Domysły na temat Chorążego Kunysza
Wzmiankują o nim różni autorzy, ale w bazie powstańczych biogramów czy grupach dyskusyjnych można znaleźć skróty życiorysów Siergieja Kononkowa czy Stanisława Łatyszonka, a jego samego znaleźć trudniej. Nie, to źle powiedziane. Nie ma go. Może gdzieś jest, ale ślady się pozacierały. Nie ma zdjęcia ani żadnych informacji. Kiedy trafiłem na odłamek jego historii w relacjach o walkach na Przyczółku Czerniakowskim i ich licznych przetworzeniach, było tylko nazwisko i to, co zrobił, wyznaczając koniec swojego życia. Nazwisko jak nazwisko, stopień nie za wysoki, tylko historia z nim związana nie dawała mi spokoju. Kim był Chorąży Kunysz, że nie ma po nim śladu, ulicy, skweru, tablicy, śladu w Internecie? „Nic się nie kończy prostym tak lub nie i nie na darmo giną wojownicy” — jak mawia poeta.
Co z tego zatem, że jest 18 października, a Czerniaków upadł niemal miesiąc temu? Chorąży Kunysz nie mógł dla mnie zostać bohaterem jednego zdania w monografii, powtarzanego potem na stronach internetowych. Szukałem.
Wreszcie znalazłem z pomocą dobrych ludzi w internetowych bibliografiach książkę i kupiłem ją za 1,99 PLN plus koszty przesyłki, a jakże. Książka Jerzego Rydłowskiego, o którym to autorze nic nie wiem, wydana w roku 1971, chyba tylko raz — dwutomowe dziełko pod tytułem Żołnierze lat wojny i okupacji z paginą u góry Poczet chwały oręża polskiego. Książka dosyć paskudna w wymowie, chociaż rozumiem, jako urodzony w roku 1974, że może wiele więcej nie dało się zrobić. Chociaż to był czas, kiedy sporo dało się napisać, wydać, mimo interwencji cenzorskich, jeżeli się chciało. Z tych lat jest sporo wartościowych publikacji, które da się czytać bez zażenowania. Tymczasem tutaj nawet gdy autor pisze biogram Eugeniusza Lokajskiego, który zajmuje w książce cztery strony, tylko raz przechodzi mu przez gardło nazwa „Armia Krajowa”. W wielu innych miejscach, kiedy mowa o wydarzeniach z Powstania — a pisze nazwę wydarzenia z małych liter — autor wyraźnie stara się budować zdania tak, żeby nie nazywać ludzi, spraw po imieniu i pisze ogólnie powstańcach, a jeżeli jakieś organizacje tam wymienia, to głównie AL, wiadomo. Ponadto są w tej książce różni bohaterowie, nie mnie sądzić autentyczność ich heroizmu, może powinni tam być. Ale nie ma wielu z tych, którzy na pewno powinni być, a nawet w 1971 roku byli dosyć bezpieczni. Trudno zatem mi nie przeczuwać, że Jerzy Rydłowski chciał z jakichś względów, może z gorliwości, żeby książka była bardziej prawowiernie ludowa, socjalistyczna i radziecka niż tego wymagały standardy epoki. I nie istnieją w tej publikacji praktycznie żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Nie ma na przykład marynarzy, o których już wówczas pisał Jerzy Pertek, Edmund Kosiarz, Władysław Dyskant i których malował Adam Werka, bo było wolno. Ale nie ma tych z „Garlanda”, „Groma”213, „Orkana”214, „Orła”215, „Jastrzębia”216, „Dzika”217 „Sokoła”218. Nie ma lotników, chociażby Skalskiego219, Urbanowicza220, Zumbacha221, Henneberga222, Króla223. Nie ma, o ile mnie wzrok nie myli, nikogo spod Monte Cassino, chociażby majora Stańczyka224, z jego słynnym „mot de Cambronne” spod San Angelo. Nie ma Podhalańczyków225, Karpatczyków226, z 1939 jest gen. Kustroń227, ale nikogo więcej, no nie ma chociażby gen. Bołtucia, który też zginął idąc na bagnety pod Łomiankami, nie ma gen. Włada228, nie ma Raginisa229. Nie ma i nie ma. Inne czasy, grało się wówczas na innych klawiszach w tym fortepianie. Tak jakby dało się grać tylko czarnymi albo tylko białymi. No cóż. To nie recenzja. Nie kupiłem przecież książki za 1,99 plus koszty wysyłki, żeby szukać informacji o tych, o których i tak wiem dużo, ale o tych, o których nie wiem nic. Bo teraz są inne czasy i wszyscy teraz chcą znowu tylko jednym typem klawiszy. Wtedy były czarne? No to teraz pominiemy czarne i będziemy grali tylko białymi. A Chorąży Kunysz był użyteczny w tamtej klawiaturze. Teraz jest kłopotem. Nie pasuje.
Na stronie 290 dziełka Rydłowskiego pojawia Chorąży Borys Kunysz, urodzony w roku 1915 we wsi Wolica Tatarska koło Kamieńca Podolskiego, w rodzinie chłopskiej, ukraińskiej, zapewne — tego Rydłowski nie pisze — prawosławnej albo greckokatolickiej. Dalej mowa jest o tym, że powołany do wojska ukończył w 1937 roku szkołę podoficerską. Zdaje się, że nie polską, bo wieś Wolica Tatarska leżała za Zbruczem, na terytorium ZSRR. Chociaż nazwisko ma takie jak mój kolega z podstawówki — niewątpliwie Polak. Powołany do Armii Czerwonej, przeżył w rozpoznaniu artyleryjskim od czerwca 1941 do marca 1944. To nie było proste przeżyć tyle w rozpoznaniu. W Armii Czerwonej rozpoznanie najczęściej polegało na rozpoznaniu walką, co oznaczało, że posyłało się żołnierzy na nierozpoznaną pozycję wroga do ataku, a sztab stał w ukryciu i patrzył, skąd idą przygotowane ognie, żeby je zdławić, jak już ruszy to prawdziwe natarcie. Przeżywalność w jednostkach rozpoznania nie sięgała roku. Jeżeli ktoś przetrwał w służbie frontowej trzy lata, to dlatego, że był wyjątkowo dobrym, sprawnym żołnierzem. To się nie działo przypadkiem. Tak mówił Pan Bolesław, który w rozpoznaniu w Armii Czerwonej przeżył trzy lata. Pan Bolesław nigdy mi tego nie powiedział, bo byłem za młody i nie wiem, czy komukolwiek to powiedział wprost — ale przydział do jednostki rozpoznania bywał uważany za wyrok śmierci przez rozstrzelanie, tyle że rozstrzelanie przez wroga.
Chorąży Borys Kunysz został awansowany do stopnia młodszego lejtnanta, czyli po naszemu podporucznika, odznaczony za zasługi Orderem Czerwonego Sztandaru. W marcu 1944 roku został skierowany do uzupełnienia kadrowego 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR („Ruszaj, Pierwszy Korpus nasz, spoza gór i rzek, na zachód marsz!”). Już Armia Andersa miała kłopot z wypełnieniem etatów oficerskich. Nie było oficerów, bo 22 tysiące zostały wymordowane przez Sowietów, m.in. z Katyniu. Może dlatego chorąży w wieku 29 lat zostaje wyznaczony na oficera rozpoznawczego w 3 pułku artylerii lekkiej w 3 Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta.
W nocy z 16 na 17 września 1944 roku, jak podaje Rydłowski, mając pod komendą kilku ludzi i dwie radiostacje, przeprawia się przez Wisłę, żeby zorganizować stanowisko obserwacyjne. Bez łączności i obserwatorów nawet najsilniejsza artyleria jest bezradna, nie wie gdzie strzelać, a kiedy strzela, to nie wie, jakie są efekty ostrzału i nie wie jak wyliczyć poprawki. Jest jak niewidomy bokser. Tymi oczami i unerwieniem miały być dwie radiostacje chorążego Kunysza i jego kilku ludzi. Na allegro do dzisiaj można kupić sobie taką radiostację, jakiej prawdopodobnie używał Kunysz — RBM, najczęściej używana w tamtych czasach na wszystkich szczeblach powyżej batalionu. Nie sądzę, by patrolowi artyleryjskiemu, który miał działać w nieznanych warunkach, a miał znaczenie operacyjne — dano mniejszą lub dużo większą radiostację. RBM wydawała się idealna do takich celów, zasilana łatwo wymiennymi akumulatorami. Z anteną prętową miała zasięg do kilku kilometrów. Radiostacje były dwie, jakby jedną szlag trafił. Ludzi do obsługi było kilku. Powinno wystarczyć.
Na niewielkim terytorialnie przyczółku chorąży Kunysz ze swoim patrolem urządza się na strychu domu przy ul. Zagórnej 6, róg Idźkowskiego, w zasadzie na pierwszej linii frontu. Świadkowie mówili, że urządził się tam wygodnie: miał prymus, czajnik i filiżanki do herbaty, w pozornie litych ścianach wykonał sobie szczeliny obserwacyjne. Żeby się zabezpieczyć przed odłamkami i ogniem broni maszynowej — ułożył sobie wokół worki z cukrem, być może z magazynów „Społem” opodal. Był skuteczny. Artyleria pułkowa, głównie trzy baterie haubic 122 mm, przez te dwa-trzy dni układa bardzo celne, precyzyjne zapory ogniowe w rejonie Zagórnej, Idźkowskiego, Solca. Niemcy szybko się zorientowali, że gdzieś tam musi być obserwator artyleryjski. Ciosy tego boksera, nie najsilniejszego przecież, mówimy o pułku, a w praktyce — o dywizjonie artylerii lekkiej, wyprowadzane były zbyt boleśnie, w punkt. Próbowali ostrzeliwać dachy domów przy Zagórnej, w tym dom pod numerem 6, ale Chorąży Kunysz nie schodził do piwnic ani na moment i ciągle pomagał bokserowi wagi lekkiej wyprowadzać kolejne bolesne ciosy. Ciągle patrzył, korygował, podawał współrzędne, znowu patrzył, jak się układają kolejne trafienia, i znowu. Bez snu, bez odpoczynku.
20 września rano Niemcy zajęli parter domu, w którym znajdował się punkt chorążego Borysa Kunysza. Podobno z drugiej strony podpalili dom, albo szykowali się do tego (te relacje pochodzą z innych publikacji, nie są spójne). Budynku już nie miał za bardzo kto bronić. „Radosław” z resztkami Kedywu w nocy z 19 na 20 września odszedł kanałami na Mokotów, resztki berlingowców, zgrupowania „Kryski”, „Zośki” i „Parasola”, skupiały się bliżej rzeki w oczekiwaniu na ewakuację. Chorąży Kunysz był niewątpliwie doświadczonym żołnierzem, bo przeżył trzy lata wojny. Umiał trzeźwo ocenić sytuację. Zniszczył książki kodowe, notatki. Ostatni meldunek przez radio do kolegów z pułku podobno brzmiał:
„Bijcie we mnie! W domu gdzie jestem są Niemcy! Są piętro niżej, ognia, ognia koledzy!”
Wraz z nim zginęli dwaj radiotelegrafiści — kapral Rentz i kanonier Sekurecki — i nieznana liczba Niemców na niższych kondygnacjach budynku.
Nie wiem, jak wyglądał, publikacja MON z 1971 roku nie przynosi jego portretu. Nie wiem, czy się czuł bardziej Polakiem, Ukraińcem, Rosjaninem, może „człowiekiem radzieckim”. Nie wiadomo nawet, jakim językiem posługiwał się w korespondencji radiowej. Zginął walcząc w Powstaniu Warszawskim. Nie ma żadnej ulicy jego imienia, nie wiem, czy jest na Zagórnej jakaś tablica (powinna być). A pewnie jakby była, to w ramach ustawy dekomunizacyjnej zostałaby zdjęta, a ulica przemianowana. Ot, kolejny obrót dziejów, kolejne wymazywanie bohaterów, żołnierzy. Znowu ktoś chce zagrać połową klawiatury tamten koncert, tamtą etiudę. A tak się nie da. Zawsze zabrzmi fałszywie.
[Chorąży Borys Kunysz — 1915–1944]