Fallout 1944. Robinsonowie

Robinson — to brzmi romantycznie. Wyrzutek, rozbitek, pozostawiony na pastwę żywiołów, budujący świat od zera, od nowa, na nowo określający swoje miejsce wobec natury, no tak. Ale jak to się ma do ludzi, którzy wybrali pogrzebanie żywcem w morzu ruin? Bo to najczęściej była decyzja o pogrzebaniu się żywcem, z niewielką nadzieją na zmartwychwstanie. I co ciekawe, że wielu z tych, którzy byli nazywani warszawskimi robinsonami, nie do końca zgadza się z takim określeniem. Jakby chcieli podkreślić, że w tym nie było nic z klimatu powieści Daniela Dafoe czytanej nawet może w czasach młodzieńczych. Różniło ich od pierwowzoru w zasadzie wszystko. Na przykład — Robinson Crusoe czekał na spotkanie z innym człowiekiem, a dla warszawskich robinsonów inny człowiek był źródłem największego zagrożenia. Inni ludzie byli gotowi ich zabić po prostu za to, że są, bez żadnych zbędnych negocjacji. Tak jakby przetrwanie w pustyni wymarłego, dobijanego kolejnymi wyburzeniami, rabunkami i podpaleniami miasta nie było wystarczającym wyzwaniem.

W chwili podejmowania decyzji, o ile to zawsze była decyzja, nikt nie przypuszczał, że front będzie stał na Wiśle, czyli na wyciągnięcie ręki — do stycznia 1945 roku. Do ostatniej chwili przed upadkiem Powstania oczekiwano wznowienia ofensywy sowieckiej, jeżeli nie bezpośrednio, poprzez desant w Warszawie, to pośrednio, przez uderzenia od południa, znad Pilicy, albo od północy, manewrem przez Narew i Wkrę. Szczególnie tę drugą wersję Rosjanie mieli dobrze ugruntowaną historycznie — raz tak zrobił Paskiewicz w 1831 roku, a drugi raz próbował Tuchaczewski w 1920. Jeżeli wziąć to pod uwagę — decyzja, by zamaskować się i pozostać w mieście, nie wydawała się wcale taka zupełnie nierozsądna. Szczególnie gdy się miało w świadomości to, ile warte były humanitarne obietnice Niemców na Woli, Ochocie, Starym Mieście, Czerniakowie, Powiślu. Wyjście z miasta było zdaniem się na łaskę i niełaskę wroga. To mogło być trudne do przyjęcia nie tylko dla Żydów, którzy nie mogli liczyć na nic, ale i dla Polaków. I tak często było. Zatem niektórzy przygotowywali się, czasem dosyć długo, na tę ewentualność. Inni podejmowali nagle narzuconą im grę w przetrwanie ad hoc.

Ukrywali się w piwnicach i na strychach, czasem we wnętrzu żeliwnego kotła, czasem na półpiętrze spalonego domu. Jedni ukrywali się kilka, kilkanaście dni, inni ponad pięć miesięcy; jedyni byli Polakami, inni byli Żydami; jedni ukrywali się samotnie, inni ukrywali się w grupach, czasem z rodzinami; byli żołnierzami, cywilami; byli cali, zdrowi, a czasem ranni, czasem nawet ciężko. Były grupy, w których znajdowały się dzieci, kobiety w ciąży, psy. Jedni swój los planowali zawczasu, organizując podziemne izby, awaryjne wyjścia, kopiąc dodatkowe chodniki w stronę kanałów, inni przyjmowali go nagle, bez żadnego przygotowania, w wyniku splotu okoliczności.

Jedni opuszczali gruzowiska Warszawy jeszcze jesienią, w czasie kapitulacji — tak jak sanitariuszka Danuta Gałkowa ps. „Blondynka” — odkryta 8 października 1944 roku przez patrol sanitarny, kiedy żyło jeszcze dwóch z 21 lub 22 ciężko rannych, których wyprowadziła, wyniosła z płonącego szpitala „Pod Krzywą Latarnią”, sama z płonącymi włosami — 2 września 1944 roku. Inni ukrywali się jeszcze długo po zajęciu gruzów Warszawy przez Sowietów, bo nie mieli w swoich schronach skąd się dowiedzieć, że jest już po wszystkim. Ci, którzy wybierali metodę mniej bezpieczną — koczowania w budynkach, na wysokich piętrach, często wcześniej spaliwszy schody, samodzielnie dokonując dodatkowych wyburzeń — nie mieli raczej szansy przegapić momentu wkroczenia wojsk sowieckich do Warszawy. Ci, którzy wybierali życie w bunkrach czy w kanałach — nie mieli skąd czerpać najbardziej podstawowej wiedzy nie tylko o sytuacji na froncie i okolicy Warszawy, ale o rzeczach takich, jak który aktualnie jest miesiąc, dzień tygodnia, pora roku. Tym bardziej, że niezależnie od miejsca wybranego na schron wszyscy wspominają o odwróconym zegarze biologicznym — dzień miał być nocą, a noc dniem. Bo największym wrogiem warszawskich robinsonów był przecież drugi człowiek, a nie natura. Szczególnie gdy byli Żydami. Nie wiadomo dokładnie, ilu ich było. Liczbę tych, którzy przetrwali, historycy szacują na około osiemset osób. Liczbę tych, którzy podjęli taką próbę, bardzo zgrubnie szacuje się na około dwa tysiące osób. To by oznaczało, że około tysiąc lub więcej osób zginęło z rąk Niemców, zmarło z głodu, chorób, zimna lub ran między październikiem 1944 roku a styczniem 1945 — ale są to czcze dywagacje. Mogło się przecież zdarzyć, że człowiek znikał bez świadectwa, gdzieś w gruzach, zastrzelony przez Niemca, szabrownika, lub nie był w stanie sam wydobyć się ze swojej kryjówki z powodu osłabienia lub innego nieszczęścia — na przykład kontuzji w trakcie wędrówki po ruinach. Wówczas po wojnie zostawały przypadkiem odkrywane anonimowe bunkry-mogiły, rozłożone resztki ciał. Nieme.

Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że większość osób ukrywająca się planowo w ruinach Warszawy była Żydami, a jeżeli wśród nich znajdowali się Polacy, to najczęściej jakoś z tą grupą związani — więzami rodzinnymi, małżeńskimi, przyjaźnią, rzadziej poczuciem obowiązku czy solidarnością, chociaż i o takich wypadkach jest mowa. To oni budowali schrony zawczasu, dbali o zapasy, dodatkowe wyjścia, wentylację, czasem mieli wewnętrzną studnię, czasem uzbrojenie dla części załogi bunkra. Żydzi też najczęściej pozostawali w grupach. Rekordzistami wydają się dwa małżeństwa ukrywające się od lipca 1943 roku (sic!) w skrytce między mieszkaniami przy ulicy Hożej 36 (za Dariuszem Libionką i Barbarą Engelking „Żydzi w powstańczej Warszawie”): Fania z mężem Sewkiem Glazerem oraz Basia z mężem Mietkiem Chwatem. W tej samej skrytce przetrwali od Powstania do 17 stycznia 1945 roku. Wynika z tego, że łącznie spędzili w niej ponad półtora roku z przerwą na Powstanie.

W grupie Robinsonów z przypadku największą grupę stanowili z kolei Polacy, którzy na ziemi niczyjej lub wrogiej zostawali w wyniku zamieszania związanego z przesuwającymi się liniami frontu, chaosu miejskiej walki, w której łatwo było stracić orientację. Ponadto Polacy należeli też do tej grupy, która często ukrywanie się zaczynała jeszcze w trakcie trwania Powstania i nie mając orientacji w swoim położeniu, nie wiedząc na przykład, że Powstanie upadło, że żołnierzom Armii Krajowej przyznano prawa kombatanckie — kontynuowała swoją robinsonadę. Zdarzało się też, że byli robinsonami jedynie w czasie Powstania (stąd te kłopoty w oszacowaniu liczebnego i czasowego wymiaru zjawiska) i w czasie Powstania przestawali nimi być, na przykład mieszając się z tłumem cywilów wychodzącym 1 i 2 października do Pruszkowa. Polacy też byli najliczniejszą grupą próbującą rozwiązań, które nigdy nie przyszłyby do głowy zabunkrowanym Żydom — na przykład wmieszania się w grupy przymusowych robotników przybywających do Warszawy z Dulagu Pruszków na rabunek i wyjścia razem z nimi ze strefy zakazanej.

Dariusz Libionka i Barbara Engelking w książce „Żydzi w powstańczej Warszawie” wspominają grupę, która ukrywała się przy ulicy Złotej 26 — około 20 osób, które dały się zamurować w dobrze wyposażonym, wentylowanym bunkrze, dawnym piwniczym magazynie sklepowym. Mieli mieć żywność, wodę, broń. Zaraz po zajęciu gruzów Warszawy przez Armię Czerwoną przyjaciółka jednego z zamurowanych o imieniu Ewa przybyła na miejsce, gdzie w tamtej chwili stacjonował oddział NKWD. Po otwarciu bunkra (za książką D. Libionki i B. Engelking): „z otworu na czworakach, zataczając się wyczołgały się postacie-upiory, potwornie brudne, zarobaczywione, zarośnięte i półprzytomne. Dwie obłąkane osoby nie dały się wyprowadzić z piwnicznych czeluści, zostały zastrzelone”.

Jeden z uwolnionych wtedy — Abram Lewi (Ryszard Walewski)206 zeznawał później w procesie Jürgena Stroopa, napisał też, mieszkając już Izraelu, książkę wspomnieniową. Nigdzie nie wspominał już o tym, jak i z kim przeżył w bunkrze w gruzach Warszawy, jak nazywali się ci, którzy przeżyli, ale nie chcieli wyjść i zostali zastrzeleni. To są zdania, które są zwięzłe i więzną w gardle, gdy się je próbuje przeczytać na głos. Podobnie po lekturze relacji Alicji Haskelberg207, ukrywającej się z grupą Polaków i Żydów przy ulicy Wilczej 32, zostaje fragment:

„Ci 3 Żydzi nas opuścili, obiecując, że do nas zajrzą i przyniosą trochę żywności. Niestety, siły nas zupełnie opuściły i z każdym dniem czuliśmy, że niedługo pomrzemy wszyscy. Mój mały synek, który leżał w gipsie, zaczął puchnąć i 30 grudnia 1944 r. zmarł. [...] Trupek mojego małego synka leżał z nami przez dłuższy czas, dopiero potem zjawili się ci 3 Żydzi, którzy gdzieś w pobliżu się ukrywali. Przynieśli nam trochę żywności i zabrali mego synka, by go zakopać w piwnicy”.

Nieco ponad dwa tygodnie później Alicja Haskelberg wyszła na wolność. Nie wiem, czy ekshumowano jej małego synka, czy dowiedziała się, w której piwnicy został zakopany.

Jedną z najbardziej niezwykłych historii opowiada Wacław Gluth-Nowowiejski, sam ukrywający się jesienią 1944 roku na Marymoncie. W swojej książce „Stolica jaskiń” opisuje, jak na Czerniakowie dwóch żołnierzy — Stefan Ślusarczyk208, prawdopodobnie ze zgrupowania „Kryska”, oraz Franciszek Głowacki209, prawdopodobnie przydzielony do Komendy Głównej AK w pobliżu ulicy Solec, uciekając przed niemieckimi czołgami, schronili się w piecu Fabryki Wyrobów Pozłacanych Plewkiewicza210 i tam zostali przez kolejne cztery miesiące. Niestety niewiele więcej o tych dwóch ludziach wiadomo, poza tym, że podobno przeżyli, wychodząc w styczniu 1945 roku ze swojego ukrycia. Nie wiadomo jednak, co przez ten czas jedli i pili, skoro zakłady na Czerniakowie były w zasadzie na pierwszej linii frontu. Relacja ta nie jest do końca jasna, ale spisana została przez człowieka, który sam przeżył jako Robinson od 14 września do 2 listopada 1944 roku, ciężko ranny w rękę w piwnicy domu przy ulicy Warszawskiej 6, więc wiedział, o czym pisze.

Sam Wacław Gluth-Nowowiejski ps. „Wacek”211 nie zaplanował swojego losu, został robinsonem z przypadku. Wraz ze swoim oddziałem brał udział w krwawych walkach 14 września o Marymont na północ od Żoliborza. Osaczony razem ze swoją drużyną w niewielkim murowanym domku, próbował się bronić, podczas gdy trzy łączniczki usiłowały wynaleźć jakąś drogę ucieczki. W rozmowie zamieszczonej Archiwum Historii Mówionej opowiada o tym tak:

„Wydostały się, zobaczyły, że tutaj nie ma Niemców, przebiegły szybciutko truchtem do najbliższego drzewa tego zagajnika i stamtąd zaczęły wołać do nas: „Chłopcy, słuchajcie, jeszcze tu jest wolne przejście. Biegnijcie szybko”. Trzech chłopców spróbowało się tam przedostać. Ale od razu, ledwo się wychylili, poszła seria jedna, druga, trzecia, więc się szybko wycofali. Natomiast dziewczęta były już dalej i zatrzymały się w tym zagajniku. I co się tam z nimi stało? Po prostu nie mogły się dalej ruszyć, ponieważ właśnie spokojnie, pomalutku nadjeżdżał czołg. Widział ich, a one stały przy drzewie. Przytuliły się do drzewa i do siebie. Na tym czołgu siedzieli też tacy młodzi, opaleni esesmani, jeden z nich zeskoczył, podjeżdżał blisko, dał serię, potem jeszcze drugą serię. Wskoczył ponownie i pojechali. Tam zginęła Danusia i Basia, obie. [...] Wtedy już wszyscy wiedzieli, że jest koniec, że właściwie nie ma wyjścia. Nastąpiło coś w rodzaju, chyba to się zdarzało dość często w sytuacjach beznadziejnych. Zginiemy, ale nie jak bezbronni, spróbujemy z nimi walczyć. Dwóch chłopców wyskoczyło jednym z wejść bocznych, nawet jeden miał pistolecik, a drugi granat, bo takie było nasze uzbrojenie. Nawet ten z pistolecika zdążył strzelić do Niemca, który nieoczekiwanie tam stał, nie wiedział, i nawet nie wiemy, czy go trafił, czy nie. W każdym razie strzelił do niego, ale zanim drugi zdążył rzucić granat, poszła seria z tego ciężkiego karabinu maszynowego i dosłownie zmiotła ich. [...] Wanda, patrolowa patrolu sanitarnego, zerwała się i powiedziała: „Jak będziemy tu leżeli, to nas wykończą. Spróbuję z nimi porozmawiać. Wyskoczę z opaską Czerwonego Krzyża”. I tak zrobiła. Wyskoczyła, ale daleko nie wyskoczyła. Jeszcze nie wyszła całkowicie z tego wejścia, jak ta sama seria z tego samego karabinu ją odrzuciła, tak że padła z powrotem. To była kolejna z dziewcząt i ostatnia”.

Niemcy wrzucili do budynku wiązki granatów, strzelali przez otwory okienne, wreszcie próbowali go podpalić miotaczami ognia, po czym uznali, że wszyscy wewnątrz nie żyją i poszli dalej. Okazało się, że mimo tej masakry żyje sześciu ludzi, w tym dwóch ciężko rannych. Trzech z pozostałych, w tym Gluth-Nowowiejski, postanowiło dojść do własnych linii i sprowadzić patrol sanitarny po ciężko rannych kolegów, co zdaje się miało raczej wartość kłamstwa krzepiącego obie strony — pozostawianych ciężko rannych i wychodzących lżej rannych. „Wacek” ma wiele lekkich ran od odłamków i jedną ciężką, prowizorycznie opatrzoną ranę ręki ze złamaniem kości, przemieszczeniem stawu, jedna miazga. W czasie próby dotarcia do swoich linii dochodzi do strzelaniny z przypadkowo napotkanym na płonącym Marymoncie niemieckim patrolem koledzy się rozpraszają. Gluth-Nowowiejski odczołguje się ogródkami jak najdalej od miejsca, gdzie wpadli na niemiecki oddział i widzi nieduży murowany domek, który się nie pali. Ostrożnie wpełzł do piwnicy, która pełniła funkcję rupieciarni, ale w której — o dziwo — stało łóżko. Położył się na nim, nakrył kocem i tak został. Ocalony dom nie był jednak spokojnym schronieniem, bowiem przyciągał uwagę. Kilkukrotnie wobec intruzów Gluth-Nowowiejski udawał trupa, zarzucając sobie koc na głowę. Jego wygląd po wielu dniach ukrywania się w piwnicy z ciężką, gnijącą raną, smród który panował w miejscu, gdzie także musiał załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne — to wszystko sprawiało, że ten fortel działał. Jak wspominał w archiwum historii mówionej:

„Jak odsłonił moją twarz, jak nie wrzaśnie i chodu stamtąd po tych schodach i tam zaczął wrzeszczeć „Tote in Bett!”, czyli trup w łóżku. Rechot Niemców, że jakiś głupi Wasyl przestraszył się trupa. [...] po pewnym czasie, kiedy to znowu posłyszałem głosy niemieckie. Więc znowu zarzuciłem koc na twarz. Przyszło dwóch Niemców i ktoś trzeci. Tym trzecim okazał się cywil Polak. Ja nie mam oczywiście zielonego pojęcia kto jest, co to jest. Po tym incydencie z Ukraińcem, ja już ten koc w ogóle odrzuciłem, tym bardziej że on cuchnął, już był cały w ropie, bo przecież moje rany ropiały. [...] Weszli i ten jeden Niemiec mówi (na tyle, ile niemiecki rozumiałem, bo w czasie okupacji człowiek się uczył, to zrozumiałem, że on powiedział tak): „Do diabła wszędzie pełno tych trupów, znowu tu jest śmierdziel, rozkłada się”. Zwraca się do tego Polaka: „Zabierzcie go jak najszybciej i razem z tamtymi, co pokazywałem, gdzieś tam zakopcie”. Myślę sobie: „Z jednej strony dobrze, bo znaczy już jestem bardzo autentyczny nieboszczyk, trupek, ale z drugiej strony, jak zaczną mnie żywcem zakopywać, to ja dziękuję za taką przyjemność”. Ale ten Polak po polsku sobie mruczał: „Dobrze, dobrze, przyjdę, przyjdę”. Ale wcale nie przyszedł. I tak to już zostało. Oczywiście, oni nie mieli wątpliwości, bo zapach był tam przerażający, bo to nie tylko jest ropa, nie tylko smród, ale przecież ja musiałem czynności fizjologiczne tam na miejscu [wykonywać], więc absolutnie to stwarzało taką realistyczną wizję, że trup się rozkłada”.

Długotrwałe przebywanie w oderwaniu od jakichkolwiek informacji powodowało, że traciło się rachubę czasu. Żeby nie oszaleć, leżąc tygodniami na łóżku w rupieciarni w domu przy ulicy Warszawskiej 6, Gluth-Nowowiejski zaczął w myślach powtarzać zasłyszane utwory muzyki klasycznej. Podobnie jak Gluth-Nowowiejski o swojej walce z obłędem, z samotnością opowiadał Władysław Szpilman212 najsłynniejszy z Warszawskich Robinsonów, głównie dzięki filmowi Romana Polańskiego. Leżąc w stanie półśpiączki, powtarzał godzinami w głowie wszystkie utwory, jakie wykonywał, nuta po nucie, akord po akordzie. Podobnie o swoich doświadczeniach pisał lwowski prawnik Alojzy Muraszko, który ukrywał się pomiędzy 7 sierpnia a połową grudnia 1944 roku w Warszawie. Czytał jedyne dwie książki, jakie udało mu się znaleźć, w tym podręcznik jazdy na nartach po niemiecku i znał je prawie na pamięć, obmyślał rozmaite casusy prawne, układał w głowie kryminał, wymyślał postaci, pisał dla nich dialogi. Uważał, że to go uratowało od szaleństwa.

Wacław Gluth-Nowowiejski został wyprowadzony z Warszawy 2 listopada 1944 roku. Nie wiedział, że Powstanie upadło. Wyprowadziła go kobieta, która mówiła, że sama straciła syna w Powstaniu. Trafił do szpitala w Boernerowie, gdzie operował go doktor Stanisław Świtaj, ten sam, który przyczynił się do ocalenia Marka Edelmana, Icchaka Cukiermana i pięciu innych osób z kryjówki w piwnicy przy ulicy Promyka 43. Nigdy nie dowiedział się, kim byli ludzie, którzy odnaleźli go w piwnicy domu przy ulicy Warszawskiej 6, dali mu buty, wsadzili na dwukółkę i wywieźli ze strefy śmierci. Dawał ogłoszenia, szukał ich wszelkimi sposobami — rozpłynęli się, jakby nigdy ich nie było.