Gdzie jest grób Calela Perechodnika

To już nie czuwanie. To grzebanie. Bez gorączki, jakby ostatkiem sił, bez bojowego zapału. Tak jak rozgrzebuje się wypalone popioły. Dokonało się. Otwarta rana, jaką stało się miasto, nie zarasta, raczej tężeje, zestala się w tym kształcie, w jakim została zadana. To już nie miasto, to wielki, szarzejący strup. W ruinach jednak zostają nieliczni ludzie. Nie mam tutaj na myśli asystencyjnej resztki oddziałów strzegącej ewakuacji powstańczych szpitali, która 9 października rano opuszcza Warszawę. Nie mam na myśli ludzi, którzy ukrywając się w piwnicach i schronach, nie zauważyli, nie dowiedzieli się, że Powstanie upadło (chociaż można było się tego domyślić po nagłej ciszy trwającej od kilku dni) — chociaż i tacy się trafiali, szczególnie w rejonach, przez które pożoga oblężenia przetoczyła się stosunkowo wcześnie. Tym bardziej, że do wielu zrujnowanych budynków, z obawy przed minami, Niemcy nie wchodzili długo, albo nie wchodzili w ogóle. To stwarzało warunki do odnalezienia sobie szczeliny, jamy, w której można było próbować przetrwać ile się da. A nikt nie wiedział ile.

Wśród tych ukrywających się są tacy, którzy nauki wstępne z nieistnienia mają opanowane znacznie lepiej, którzy w tej szkole niebytu są najbardziej zaawansowani. Ludzie, którzy znali kanały o wiele lepiej niż Powstańcy na grubo rok zanim Powstanie Warszawskie wybuchło. Ilu ich było na terenie Warszawy w Godzinie W? Kilka, kilkanaście tysięcy? Nie tworzyli zwartej społeczności, byli rozproszeni, nawet nie zdziesiątkowani, bo przymiotnik, który należałoby utworzyć dla oddania stanu, w jakim znalazła się ich pierwotna społeczność, i tak niewiele by mówił. Pamiętasz scenę z „Czasu Apokalipsy”, kiedy pułkownik Kurtz mówi o tym, jak obserwował ślimaka pełznącego po krawędzi ostrza? To właśnie oni, ludzie ze skraju otchłani, wywieszeni nad nią jak garść suchorostów wżarta w jakąś garść ziemi sypniętą przypadkiem na krawędzi. Żydzi.

Nie stanowili jednej grupy. Rozproszone losy ludzi należących do różnych organizacji, albo nienależących już do niczego i nikogo. I jeden wspólny mianownik. Żadnych złudzeń, żadnej wielkiej nadziei.

Najbardziej barwną spośród tych grup stanowili ci uwolnieni przez batalion „Zośka” 5 sierpnia 1944 roku z obozu przy ul. Gęsiej, ulokowanego w ruinach dawnego Getta i zwanego „Gęsiówką”. Kilkuset Żydów i Żydówek z całej Europy, nie mówiących po polsku, zdanych całkowicie na dobrą wolę powstańczych władz i ludności stolicy, z trudem wtapiających się w otoczenie. Wielu z nich starało się o przydział do oddziałów powstańczych, często mieli potrzebne umiejętności. Podobno wśród uwolnionych Żydów był mechanik, który pomagał przy zdobytych przez zgrupowanie „Radosław” dwóch czołgach „Pantera”. Wielu innych imało się prac pomocniczych przy budowie barykad, kopaniu rowów, w szpitalach, wytwórniach powstańczego sprzętu. Nie działo się tak tylko dlatego, że chcieli walczyć, chociaż w wielu wypadkach na pewno też. Mogło też chodzić o to, że przynależność do wojska w obcym środowisku dawała im możliwość zdobycia żywności, zdobycia podstawowego poczucia bezpieczeństwa, przetrwania. Żyd z kiepskim wyglądem, bez znajomości realiów, środowiska i języka nie miał szans włączyć się w życie społeczności cywilnej. Naturalną koleją rzeczy trzymali się swoich oddziałów i spływali razem z nimi w stronę Starego Miasta, dzieląc z mieszkańcami i żołnierzami los unicestwianej dzielnicy. Po upadku Starego Miasta ci, którzy przeżyli, najczęściej byli rozstrzeliwani doraźnie, tam gdzie zastali ich zdobywcy ruin.

Przeżyli ci, którzy razem z innymi wyszli kanałami. Wśród nich był Peter Forro ps. „Paweł”, węgierski Żyd, znakomicie znający niemiecki, strzelec w 3 kompanii batalionu „Parasol”, w końcowej fazie walk na Czerniakowie — świetny strzelec PIAT-a. Wspominają go Tadeusz Grigo („Powiśle Czerniakowskie 1944”) i Aleksander Kamiński („Zośka i Parasol”). Tak pisze o ataku na budynek Banko PKO na ul. Okrąg 2 pierwszy z nich:

„Czołg z lufą działa skierowaną w budynek PKO, sunął powoli z terenu gazowni [...] nagle z drugiego rogu, z domu pod numerem 7a przy ulicy Ludnej, „Paweł” strzelił ze swojego „piata”. Zawsze był niezawodny. Tym razem też. Czołg stanął w płomieniach”.

[14 września]

„[...]Trzy czołgi, nie niepokojone przez powstańców, zbliżały się powoli do rogu ul. Okrąg. Gdy pierwszy znalazł się w odległości około 50 metrów od stanowiska „piata”, na rozkaz pchor. „Lota” — „Paweł” wystrzelił. Pocisk rozerwał się około metra przed czołgiem, co wystarczyło, by wszystkie zawróciły[...]”

[15 września]

O tej samej akcji zdaje się pisze Kamiński:

„[...] Gdy okazało się, że broń przeciwpancerna plutonu berlingowców nie działa skutecznie w rękach jej obsługi, Jurek Lot zdecydował, że należy użyć piata, do którego miał już tylko trzy granaty. Paweł, obsługujący tego piata, miał szczęśliwą rękę: za drugim strzałem obezwładnił najbliższe działo szturmowe, dwa pozostałe po krótkim namyśle wzięły na hol wrak i zniknęły wraz z nim. Paweł nie mówi po polsku, to Żyd węgierski z Gęsiówki, który wraz ze swym kolegą Belą stał się żołnierzem „Parasola””

Wiadomo, że 22 września w czasie walk w rejonie magazynów „Społem” na ulicy Wilanowskiej „Paweł” jako władający biegle językiem niemieckim został wytypowany jako parlamentariusz do rozmów z Niemcami dotyczących poddania się części Powstańców i zanim zdążył dojść do wrogich linii pod białą flagą — został zastrzelony. Może ktoś po tamtej stronie zapamiętał, że dzień czy dwa wcześniej zaproponował Niemcom w nienagannej niemczyźnie, żeby sami się poddali Powstańcom. Nie natknąłem się na żadne zdjęcie Petera Forro z PIAT-em, którego tak niezawodnie obsługiwał. Jest w ogóle mało zdjęć Żydów z bronią. Nie mieli swojego biura propagandy.

Wśród Żydów byli też ci, którzy ukryli się cudem po „aryjskiej” stronie miasta po Powstaniu, nazywanym Powstaniem w getcie, a które niektórzy historycy nazywają dużo godniej — Kwietniowym, stawiając je w jednym rzędzie z polskimi narodowymi zrywami z Listopada i Stycznia. Niechciane, niezasymilowane przez polską świadomość, było z ducha przecież polskie, może tylko bardziej rozpaczliwe, beznadziejne, heroiczne, dla samej zasady. Żyjący przywódcy Powstania Kwietniowego — Marek Edelman i Icchak Cukierman203 — po wyjściu z ukrycia piszą 3 sierpnia 1944 roku odezwę do bojowców z getta, gdziekolwiek są, która jest kolportowana począwszy od 11 sierpnia 1944 roku, pierwszy raz przez „Warszawianka — Wydawnictwo Warszawskiego Okręgowego Komitetu Robotniczego PPS”, a następnie powtórzona zostaje kilkukrotnie na łamach różnych tytułów powstańczej prasy:

„Do Obrońców Warszawskiego Getta!

Do pozostałych przy życiu Żydów!

Od trzech dni lud Warszawy prowadzi walkę orężną z okupantem niemieckim. Bój ten jest i naszym bojem. Po upływie roku od pełnego chwały oporu w gettach i obozach „pracy”, od obrony życia i godności naszej, stoimy dziś wespół z całym Narodem polskim w walce o wolność. Setki młodzieży żydowskiej i bojowników ŻOB stoją ramię w ramię ze swymi polskimi towarzyszami na barykadach. Walczącym nasze bojowe pozdrowienie.

Wzywamy wszystkich pozostałych jeszcze przy życiu bojowców ŻOB oraz całą zdolną do walki młodzież żydowską do kontynuowania oporu i walki, od której nikomu nie wolno stać z dala. Wstępujcie do szeregów powstańczych. Przez bój do zwycięstwa, do Polski wolnej, niepodległej, silnej i sprawiedliwej.

Żydowska Organizacja Bojowa

Komendant Antek”

Garstka członków dawnej komendy ŻOB dołącza do Zgrupowania „Róg”, a potem do Armii Ludowej na Starym Mieście. Początkowo komenda AL nie chce dawać im żadnych zadań, chce ocalić tę garstkę pogorzelców. Szybko okazuje się, że na odcinku powierzonym AL najbezpieczniej jest w pierwszej linii, bo stanowiska niemieckie są mniej niż sto metrów od linii powstańczych, zatem nie jest używana tutaj ciężka broń, rejon nie jest bombardowany przez samoloty ani ciężką artylerię, tak jak zaplecze kotła staromiejskiego. Kiedy upadek Starego Miasta staje się bliski, przechodzą razem z AL kanałami na Żoliborz. Po kapitulacji dzielnicy nie decydują się wyjść razem z jeńcami. Nie wierzą, że to dla nich ocalenie, a raczej, że jest to pewna śmierć. Zostają w podziemiach domu przy ulicy Promyka 43 i będą próbowali przetrwać tak długo, jak się da. W połowie listopada podejmą próbę wyjścia. Tak ten dzień zapamięta dr Stanisław Śwital204, w Powstaniu zastępca szefa służby zdrowia Śródmieścia, po Powstaniu szefujący niewielkiemu szpitalikowi w Boernerowie:

„W tym pamiętnym dniu 15 listopada 1944 r. ok. godz. 9 rano weszła do mojego małego, skromnego gabinetu lekarskiego jakaś młoda nieznana mi kobieta, a stanąwszy przede mną powiedziała: „to pan doktor Śwital” i, nie czekając na potwierdzenie lub zaprzeczenie tych słów, podała mi wyciągniętą ręką małą karteczkę białego papieru, na którym od razu dostrzegłem znany mi dobrze podpis: „Bartosz”. Onże „Bartosz”, prof. dr med. Lesław Węgrzynowski205, były szef sanitarny Warszawa-Śródmieście w Powstaniu Warszawskim, w kilku skreślonych słowach prosił mnie, byłego swego podwładnego, tj. byłego zastępcę szefa sanitarnego Warszawa-Śródmieście, o uczynienie wszystkiego, na co mnie stać, w sprawie, którą przedstawi oddawczyni kartki. Dr Węgrzynowski napisał też, że ja jestem jedynym człowiekiem, w którym widzi nadzieję ratunku dla siedmiu osób. Jasne było, że nie tylko dr Węgrzynowski, ale i kobieta, którą miałem przed sobą, znali mnie: „Bartosz” ze współpracy ze mną, a ona z opowiadania „Bartosza”.

Kobieta, której nie pytałem, kim jest, bo wystarczył mi podpis „Bartosza”, opowiedziała mi, że na Żoliborzu przy ulicy Promyka w piwnicy jednopiętrowego domu siedzi siedmiu powstańców warszawskich: pięciu mężczyzn i dwie kobiety, i że grozi im niechybna śmierć, gdyż w kamienicy tej w przeciwległym szczycie Niemcy rozpoczęli budować umocnienia i w każdej chwili mogą dojść do piwnicy kryjącej powstańców. Dodała przy tym, że powstańcy mają broń i trochę amunicji, ale to ich nie uratuje. Na moje pytanie, skąd ona to wszystko wie — odpowiedziała, że i ona tam była, ale przed paroma dniami wyrwała się stamtąd z koleżanką, aby po drugiej stronie frontu dla odciętych od świata i ludzi szukać pomocy”.

Doktor Śwital organizuje grupę ratunkową złożoną z kilku osób. Każdą z osób, która zgłosiła się do pomocy, przyjmował osobno, bez świadków i pytał, czy jest gotowa na śmierć. Bo rzeczywiście, wyprawa do ruin Warszawy w tamtym momencie była proszeniem się o śmierć. Kiedy grupa ratunkowa dotarła na ulicę Promyka, Niemców w domu, w którym ukrywali się Żydzi, chwilowo nie było. Wszyscy zrzucili z siebie co mogli, żeby upodobnić się do robotników. Najsłabsi, w tym bardzo źle wyglądający, Edelman zostali położeni na noszach i przykryci kocami. Do rozmów z niemieckimi patrolami po drodze delegowano dwie dobrze wyglądające i władające biegle językiem niemieckim siostry — Marię Syłkiewicz i Barbarę Kinkiel. Trzykrotnie niemieckie czujki zatrzymywały ten dziwny pochód w ruinach i trzykrotnie po dłuższej wymianie zdań — puszczali wszystkich dalej. O tym, kogo udało się uratować ekipie zorganizowanej przez doktora Świtaja, on sam dowiedział się po kilku latach, kiedy spotkał jedną z uratowanych osób — adwokata Zygmunta Warmana.

Byli jednak też i tacy, którzy naprawdę cierpieli na tyfus i nie mieli tyle szczęścia co Edelman i Cukierman. Tak jak Calel Perechodnik, uciekinier z getta w Otwocku, który w latach 1942–43, siedząc na melinie, spisał jeden z najbardziej wstrząsających dokumentów, wydany ostatecznie po wielu latach pod tytułem „Spowiedź”, który zadedykował „sadyzmowi niemieckiemu, polskiej podłości i tchórzostwu żydowskiemu”. Nie szukał w tym tekście rozgrzeszenia, ale odtwarzał krok po kroku mechanizm otumaniania masowej ofiary, mechanikę holocaustu, zakładając, że pisze ostatnie słowa w swoim życiu, nie wierząc w Boga, zbawienie duszy ani żadne przebaczenie poza jednym, które chciałby uzyskać — przebaczeniem swojej żony i córeczki, które — kiedy przyszła godzina wywózki — sam pomógł jako żydowski policjant zapakować do wagonów, które zaplombowane wyjechały z Otwocka w stronę Treblinki.

Perechodnik jednak przeżył na melinie aż do Powstania, został przyjęty jako ochotnik do batalionu „Chrobry II” w Śródmieściu. Podzielił los wielu innych chętnych do walki — był ludzką rezerwą, człowiekiem gotowym do walki, dla którego nie było broni. Później poważnie się rozchorował. A później wraz z innymi osobami zdecydował się pozostać w gruzach Warszawy. List Henryka Romanowskiego wydrukowany w pierwszym wydaniu „Spowiedzi” Perechodnika opowiada resztę tej historii.

„Ob. Pejsach Perechodnik

List wasz z dnia 10 gm, otrzymałem. Niestety mogę wam tylko donieść o utracie waszego brata a mego dobrego przyjaciela, kolegi Calka. Zginął po kapitulacji Powstania w Warszawie będąc w bunkrze. On był razem z grupą 22 osób. Zostali oni wykryci przez szabrowników, którzy szukali z Niemcami.

Kolega mój jedyny, który się uratował z całej grupy, przypadkowo w nocy grupę naszego bunkra spotkał i zabraliśmy go do nas. Jak on mi opowiadał, to wszyscy z bunkra wyszli na żądanie tych bandytów. Calek będąc po chorobie nie mógł wyjść i zginął w bunkrze, czyli został prawie spalony, wszyscy co powychodzili zostali rozstrzelani na miejscu.

Ja dowiadując się nazajutrz po tragicznym wypadku, poszedłem na miejsce tragicznego wypadku i pochowałem zwłoki mego serdecznego, dobrego przyjaciela, którego starałem się podczas Powstania wszelkimi siłami ratować.

Na pewno wam wiadomo, że był on chory na tyfus i żył w ciężkich warunkach materialnych. Co było w mojej mocy to robiłem, w tak ciężkich warunkach sprowadziłem do niego lekarza.

Niestety należy do tych wszystkich co my wszyscy straciliśmy.

Drogi Przyjacielu! Co do miejsca wypadku i gdzie pochowaliśmy nie jestem w stanie podać adresu. Ja prawdopodobnie będę w najbliższym czasie w Warszawie. O ile nam warunki na to pozwalają, to moglibyśmy się umówić albo spotkać w Warszawie, pokazałbym wam to miejsce. W razie wam to jest niemożliwe, to ja będąc w Warszawie ustalę sam dokładnie miejsce wypadku i wam odpiszę.

Oczekuję na odpowiedź.

Z szacunkiem

Henryk Romanowski”

Nikt do dzisiaj nie wie, gdzie jest grób Calela Perechodnika.