Drugie widzenie Tymoteusza

Siedzieliśmy we dwóch obok stosu książek koło mojego biurka. Masz etap pytania, więc pytałeś, czy możesz wejść pod futerały gitar Taty albo czy możesz usiąść na tym czy tamtym stosie książek. Potem wziąłeś popiersie Włodzimierza Wysockiego i postawiłeś na drewnianym kocie-skarbonce, gdzie zbieram sobie pieniądze na ten wzmacniacz, wiesz, jeden z tych, co je robi Pan Janek z Hajnówki, kopie Fenderów, tylko lepsze od Fenderów189. Właśnie pokazywałem ci pismo pełne Laktolów, które kupiłem pięć lat temu w Visby, nie wiedząc jeszcze, że będziesz i że Traktor (czyli Laktol) i Dudzie Ato będzie lekiem na każdy twój ból, smutek i krzywdę. Kupiłem to pismo, bo wydało mi się bardzo oryginalne, że można wydawać wysokonakładowy miesięcznik o traktorach. Nie widziałem nigdy pisma o traktorach. Pomyślałem — warto mieć coś takiego na półce, tak o dla samej przyjemności obcowania z osobliwością. Wydawało mi się, że jesteś bardzo zaabsorbowany traktorami we wszystkich szwedzkich wcieleniach, ciągle pytałeś, pokazując paluszkiem na kolejne zdjęcia:

— A to? A to? A to? — i kiedy doszliśmy do strony, gdzie jakiś stary, zielony, szwedzki traktor stawał dęba na zawodach, powiedziałeś — O! Mok! Mok!

Wyjaśniłem ci, że to jednak nie jest smok, tylko traktor, który jest do smoka łudząco podobny. Wtedy podniosłeś wzrok, jakby ci się przypomniało, że coś chcesz mi powiedzieć, popatrzyłeś mi w oczy, a potem wskazałeś palcem na skos dachu za mną i powiedziałeś z poważną miną:

— Pan był, tam, tam.

Obejrzałem się i oczywiście nic nie zobaczyłem. Rząd niskich regałów z Ikei z poupychanymi książkami. Pod skosem dachu, na który wskazywałeś, były świadectwa zagłady i cierpienia wielu narodów. Hołodomor190, Tybet191, Dachau192, Korea Północna193, Gułag194, Chiny195, Kambodża196, Calel Perechodnik197, Treblinka198, Wiesenthal199. Nad nimi polskie powstania narodowe oprócz Warszawskiego, które w stosach zaległo wokół biurka i na biurku.

— Pokażesz mi synku, gdzie był Pan? — zapytałem, a Ty wstałeś natychmiast z podłogi, podszedłeś do mnie z wyciągniętą rączką. Podałem ci rękę, wstałem i poszedłem za Tobą kilka kroków, schylając głowę, bo skosy mamy nad wyraz niskie na poddaszu. Powierzchnia użytkowa wyliczona przez dewelopera, kiedy kupowaliśmy dom, wynosiła niecałe pięć metrów kwadratowych, po podłodze czterdzieści, ale to się dla sprzedawcy nie liczyło, bo on nigdy nie miał tylu książek. Skosy odcięliśmy na wysokości metra, akurat w sam raz na najtańsze regały z Ikei.

— O tu, o tu! — pokazałeś na zaułek między ścianą, półką a poręczą oddzielającą ten zakamarek poddasza od schodów. — Tutaj Pan był, lano, lano był Pan.

— Aha... — podtrzymałem rozmowę, chociaż nie wiedziałem, czy to miało cokolwiek wspólnego z tym Panem, którego widziałeś w sierpniu na schodach i który poszedł na górę do Taty.

— Pan dudzi, a Tata małi — powiedziałeś i pokazałeś, jaki ten Pan był duży i jaki Tata przy nim mały. Nie do końca rozumiałem, jak dudzi pan mieścił się w miejscu, w którym byłem schylony w pół, a ty dodałeś — I mama małi, a Pan dudzi!

— Hm, a mówił coś ten Pan?

— Mówił, mówił, tam Pan, tam... — byłeś wyraźnie zaaferowany historią, jaką chciałbyś mi opowiedzieć, dysponując zaledwie kilkudziesięcioma słowami.

— Ale co mówił? — wiedziałem, że to głupie pytanie, już kiedy je zadawałem. No jak miałbyś mi powiedzieć, co ten Pan mówił, głupi tata.

— a Tata... a Tata... — zacząłeś przeciągać, jak zawsze kiedy do jednego słowa musisz dodać więcej niż jedno, albo jedno, ale rzadko używane i wiem, że Ty wiesz, jakie to słowo, jak ono brzmi, bo je rozumiesz, operacja w Twojej główce już zaszła, tylko trzeba do tego dopasować aparat mowy, a z tym jeszcze jest kłopot. Więc zapauzowałeś, powtarzając „tata”, zbierając siły do kolejnego komunikacyjnego skoku, żeby wreszcie wystrzelić: — puci-moka, ale to Tata i pise... i musi Tata to on o i o nie — przerwałeś i jeszcze raz pokazałeś na zaułek za poręczą — o — Pan tam!

I tak oniemiałem, bo oczywiście nic nie zrozumiałem, a to, co zrozumiałem, mogło być przecież projekcją moich oczekiwań, wynikających z kontekstu, miejsca, następstwa zdarzeń i tego, z czego sam pomału się wynurzam. Ostatecznie był wieczór 2 października 2018 roku. Po chwili wróciliśmy do zabawy, ale jeszcze dwa razy prowadziłeś mnie w miejsce, gdzie był Pan i próbowałeś coś powiedzieć o wizycie, która miała miejsce „lano” tego dnia. Byłeś spokojny, nie mówiłeś, że się boisz. Zatem nie był to chyba żaden groźny Pan. Nawet jeżeli Tata zbudził coś zbyt głośnym nocnym stukaniem w klawiaturę, to chyba jest tak, że upiory odchodzą, a gwardia zostaje. Pewnie dlatego mimo tego, że Twoja Mama pyta, czy coś mi się śni, jakby w oczekiwaniu, że muszę cierpieć na koszmary, albo chociaż muszą do mnie wracać wyobrażenia, kadry ze zdjęć, twarze ludzi, ich głosy — od początku sierpnia śpię spokojnie, nic mi się nie śni. Oczywiście to nie musi nic znaczyć. Zupełnie nic.