Że jest kto dowodzi, że walka trwa

Rankiem 1 października wchodzi w życie porozumienie między dowództwem Powstania a Niemcami o ewakuacji ludności cywilnej i zawieszeniu działań zbrojnych między godziną 5:00 a 19:00. W rękach Powstańców znajduje się już tylko Śródmieście, a w nim około 250.000 mieszkańców. Nie ma już oddziałów partyzanckich w Kampinosie, upadł Czerniaków, Żoliborz, Mokotów, milczy radiostacja 1 Frontu Białoruskiego. Nikt ze sztabu „Bora”-Komorowskiego nie wie, że żadna z wysłanych poprzez Londyn do Moskwy depesz do Rokossowskiego nie dotarła. Od 28 września nie ma zrzutów ze strony sowieckiej, od 22 września nie ma zrzutów z baz alianckich we Włoszech, od 6 września nie ma prądu, woda jest tylko ze studni kopanych na podwórzach kamienic. Paradoksalnie w tych dniach uzbrojenie Powstańców przedstawia się stosunkowo najlepiej. Już na Żoliborzu po kapitulacji jest mowa o przejęciu kilkuset karabinów zwykłych, kilkuset pistoletów maszynowych, kilkudziesięciu rusznic sowieckich i angielskich PIAT-ów, zapasów amunicji idących w dziesiątki tysięcy sztuk. Jedna trzecia obrońców Żoliborza miała sowieckie „pepesze”. W Śródmieściu wreszcie stany osobowe są zgrane ze stanami uzbrojenia. Broni jest mniej więcej tyle, ile potrzeba dla ludzi. Odpowiedzialne są za to nie tylko zdobycze wojenne oraz zrzuty alianckie i sowieckie, ale także ogromne straty wśród oddziałów. Stan uzbrojenia wzrósł, stany osobowe spadły.

Przez cały dzień trwa ruch ludności cywilnej na stronę niemiecką. Jest umiarkowany. Przez barykady przechodzi około 8000 osób, głównie kobiety z dziećmi. Niewiele. I nie chodzi tylko o to, że wychodząc z miasta, trzeba wszystko porzucić, że wolno ze sobą zabrać tylko tyle z dorobku całego życia, ile jest się zdolnym unieść we własnych rękach. Trudno w to uwierzyć, ale ludność cywilna nie chce opuszczać miasta bez armii. Bo jeżeli armia zostaje, to jest nadzieja na wyzwolenie, wytrwanie, doczekanie wolności. Bo — wreszcie — armia wyrosła właśnie z tej ludności. Von dem Bach jest zaskoczony małą ilością cywilów opuszczających Warszawę i podejrzewa podstęp. Ale tego dnia w sztabie KG AK zostaje podjęta decyzja, że rozmowy kapitulacyjne mają być kontynuowane już następnego dnia — 2 października 1944 roku. Wiadomo, że huragan dywizji pancernych, który zmiótł w trzy dni Mokotów i dwa dni potrzebował na zmasakrowanie Żoliborza, teraz skieruje się w całości przeciwko Śródmieściu, zapewne najpierw przeciwko części południowej, a potem centralnej. Obie dzielnice są oddzielone od Wisły szerokim pasem zabudowy miejskiej. Nie ma szans, aby ktokolwiek z obu tych dzielnic przebił się do Wisły, tym bardziej, że front nad Wisłą milczy już prawie dwa tygodnie.

Tymczasem nad miastem zapada cisza. Dziwna, dzwoniąca w uszach. Ludzie wychodzą z piwnic. Grzebią w ruinach, zabezpieczają resztki dobytku w piwnicach, szukają bliskich — żywych czy umarłych. Za Władysławem Bartoszewskim — fragment relacji Jerzego Brauna179:

„Na Kruczej, koło Hożej powstał od razu targ, ruchomy bazar uliczny. Wymieniano dolary, kupowano latarki elektryczne (po dolarze sztuka), sprzedawano papierosy. [...] Ludzie w trudnych warunkach, które były dla Warszawiaków czymś w rodzaju końca świata, myśleli nie tylko o własnym ekwipunku, ale otwarli szafy i komody dla wszystkich źle odzianych, zwoływali, przymierzali, wywlekali coraz to nowe pończochy, płaszcze, szaliki, cierpliwie dopasowywali je do potrzeb bliźnich, zazwyczaj pierwszy raz w życiu widzianych. I dziwna rzecz: ludzie nie rozpaczali, nie biadali nad utratą swoich dóbr osobistych, nad opuszczeniem swoich domów i sprzętów. Była w nich jakaś cudowna, imponująca obojętność dla materii, stoicyzm posunięty do granic humoru, jakaś wspaniała pogarda bogów dla dobytku ziemskiego i mamony”.

Polskie Radio „Błyskawica” nadaje tego dnia komunikat:

„Istotnie jest prawdą, że Niemcy już nigdy nie zdobędą Warszawy. Warszawa już nie istnieje”.

O godzinie 19:00, równo z upływem terminu zawieszenia broni, ponownie odezwie się niemiecka artyleria. Władysław Bartoszewski wspomina, że paradoksalnie ten odgłos niszczycielskiej działalności Niemców zostaje przyjęty przez wielu ludzi z ulgą po całym dniu ciszy. Widomy znak tego, że mimo wszystko walka trwa. Wojsko trwa. Że w tej nocy jest, kto dowodzi. Że walka trwa.


Pan Bolesław. Kiedy walka przestaje mieć sens, zamienia się w rzeź

Jako dziecko bardzo lubiłem Pana Bolesława i Panią Wandę. O tym, że Pan Bolesław był przedwojennym członkiem Komunistycznej Partii Polski, którego nie udało się rozstrzelać Stalinowi i że Pani Wanda była z AK i pochowała w Powstaniu pierwszego męża, miałem się dowiedzieć dużo później. Dużo za późno, żeby zadać wiele pytań. Jako dziecko uwielbiałem syjamskiego kota Kacpra, który wylegiwał się na meblach i pokój Pana Bolesława, niewielką klitkę pełną książek i tajemniczych przedmiotów poupychanych na półkach, między książkami, wiszących na ścianie. Był tam hełm, bagnet, lornetka — tyle pamiętam. Pamiętam twarz Pana Bolesława, krzaczaste, zawsze lekko uniesione brwi, przedwojenny wąsik pod nosem. Wydawał mi się wielki, szczególnie przy drobnej Pani Wandzie. I nie traktował mnie jak dziecko, co ogromnie mnie fascynowało, rozmawiał ze mną jak z dorosłym. Nie ukrywał nic, nie ściemniał.

Bywało, że zamykał się z mną w swoim pokoiku i niespiesznie pokazywał coś ze swoich skarbów. Kilka razy obdarował mnie książkami, które szczególnie mnie fascynowały, rodzice mówili, że nie, że masz oddać, ale nie oddałem, a pewnie Pan Bolesław by nie przyjął. Bo to było między nami — mną i Nim, a nie między nim a rodzicami.

W pokoju Pana Bolesława zawsze było lekko przytłumione światło lampki, która stała pozastawiana ze wszystkich stron jakimiś przedmiotami. Na makatce od strony okna wisiały dwa bagnety.

— Jak chcesz, możesz wziąć do ręki — powiedział Pan Bolesław i podał mi jeden z nich — ten jest niemiecki — dodał dla porządku. Złapałem za rękojeść i wysunąłem go z pochwy.

— Popatrz tutaj — Pan Bolesław wskazał na wyżłobienie mniej więcej w połowie szerokości głowni wielkości mojego dużego palca — ten rowek nazywaliśmy z kolegami na wojnie „krwiopijcą”. Kiedy się wbiło taki bagnet w człowieka, on odprowadzał krew o tutaj i ona spływała w dół, nie brudziła nam broni i rąk.

Poprzez uniesione krzaczaste brwi zawsze wydawało mi się, że zawsze się ironicznie uśmiechał.

— Ale tym nie walczyłem, jest zdobyczny — mruknął, zdjął ze ściany drugi bagnet i podał mi — ten jest polski, wzór 29, tym trochę pracowałem...

— Naprawdę? — spotkanie z kimś, kto naprawdę walczył w wojnie, dla chłopca w wieku sześciu albo siedmiu lat było czymś wstrząsającym.

— Tak, we wrześniu 1939 trochę nim robiłem — wydawało się, że ciągle się uśmiecha, patrząc na ostrze bagnetu w moich dłoniach — byłem w grupie generała Bołtucia180 w Armii „Pomorze”, przebijaliśmy się przez Kampinos znad Bzury do Warszawy. I tutaj, niedaleko, koło Łomianek i Wólki Węglowej, zrobiło się naprawdę nieciekawie, by nie powiedzieć źle. I generał Bołtuć zebrał nas wokół siebie, powiedział tylko „Panowie, bagnet na broń” i poszliśmy za nim.

— I co było dalej?

— Generał gdzieś nam zniknął w tej walce, potem się okazało, że zginął, ale my przebiliśmy się do Warszawy, ale tylko po to, żeby tydzień później kapitulować...

— Jak to?!

— Ano tak to — Pan Bolesław zdawał się cały czas ironicznie uśmiechać — jak nie ma potrzeby ani szans, to się nie walczy, po prostu. Byliśmy okrążeni, pomocy nie można było się spodziewać znikąd, więc nie było sensu walczyć. Kiedy walka nie ma sensu, zamienia się w zwykłą rzeź, wiesz?

Wtedy nie wiedziałem, że Pan Bolesław uciekł spod okupacji niemieckiej do strefy sowieckiej, że zaciągnął się do Armii Czerwonej, że został przydzielony do rozpoznania i jako oficer plutonu rozpoznawczego przeżył piekło wojny z Finlandią. Czasem powtarzał, że Fin jest najlepszym żołnierzem na świecie, wytrwałym, chytrym i potrafiącym zabijać. Pan Bolesław zaciągnął się do wojska tworzonego w ZSRR po wyjściu Armii Andersa i przeszedł cały szlak bojowy od Lenino, poprzez Wisłę, przyczółki warszawskie, aż do bitwy o Kołobrzeg, w czasie której został zrzucony na przeszpiegi w mundurze estońskiego SS-mana, znając tylko kilka słów po łotewsku i fińsku. Gdybym wiedział i miał świadomość, z kim rozmawiam, pewnie zadałbym o wiele więcej pytań. Na przykład o tę pierwszą kapitulację Warszawy, którą przeżył jako żołnierz i tę drugą, pięć lat później, kiedy — tak myślę — wsłuchiwał się w ciszę, jaka nastała drugiego października o piątej rano. Zapytałbym o sens tej i tamtej walki. Chociaż mam niejasne podejrzenie, że umiem sobie w przybliżeniu zrekonstruować jego odpowiedzi.

2 października 1944 był drugim dniem ewakuacji ludności cywilnej ze Śródmieścia. Znowu liczona ona jest w tysiącach, a nie dziesiątkach czy setkach tysięcy. Cywile oglądają się na swoją armię, nikt teraz się nie spieszy do opuszczenia miasta. Całą noc Niemcy ostrzeliwali obszar opanowany przez Powstańców, w wyniku ostrzału zginął m.in. Stefan Kwaśniewski ps. „Quas”181 w batalionie „Sokół” wystawionym przez Korpus Bezpieczeństwa — strzelec wyborowy, jeden z najlepszych w swoim oddziale, w cywilu dziennikarz „Wieczoru Warszawskiego”. To jeden z ostatnich żołnierzy, jacy zginęli w Powstaniu. Rano znowu cisza i znowu ruch ludności cywilnej przez barykady w stronę stanowisk niemieckich. Nadal śladowy — kilkanaście tysięcy. Wieczorem nie nastąpi już wznowienie ognia, Komenda Głowna AK podejmie kolejne rokowania, tym razem już o pełnej kapitulacji na bazie przygotowanego w ciągu dnia projektu umowy kapitulacyjnej. Do kwatery von dem Bacha udają się pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki ps. „Jarecki”182 i Zygmunt Dobrowolski ps. „Zyndram”183. Początkowo von dem Bach będzie nalegał na natychmiastowy „gest dobrej woli” w postaci rozbrojenia oddziałów i rozebrania barykad. Oficerowie odmawiają, najpierw żądając uznania podstawowych zasad, na jakich zostanie podjęta kapitulacja i ustalenia porządku, w jakim ludność cywilna oraz wojsko będzie opuszczać Warszawę. Von dem Bach znowu próbuje zagadywać, wspomina swoje polskie korzenie, wyraża żal, że Polska nie została sprzymierzeńcem Niemiec w wielkiej krucjacie na Wschodzie, czego do dzisiaj, po siedemdziesięciu czterech latach, żałuje młody polski historyk Piotr Zychowicz. Jaka szkoda, że Zychowicz urodził się 36 lat po upadku Powstania i nie mogli się spotkać z von dem Bachem. Przecież mieliby sobie tak wiele do powiedzenia.

Tymczasem polscy oficerowie pomijają te próby zagajenia zimnym milczeniem. Nawiązują do praw kombatanckich oraz gwarancji bezpieczeństwa tak dla żołnierzy, jak i członków władz cywilnych, także za działalność podejmowaną przeciwko Niemcom przed 1 sierpnia 1944 roku. Von dem Bach się zgadza. Krzywi się tylko na żądanie uznania także praw kombatanckich żołnierzy Polskiej Armii Ludowej184, Korpusu Bezpieczeństwa185 i Armii Ludowej186. Pyta, czy doprawdy polscy oficerowie chcą podejmować temat komunistów i bolszewików przy tej okazji, jednak Iranek-Osmecki i Dobrowolski informują, że bez tego rozmowy kapitulacyjne nie ruszą z miejsca i to jeden z podstawowych warunków. Von dem Bach ustępuje i w tej kwestii. Po 19, mimo że formalnie wynegocjowane 30 września porozumienie przestaje obowiązywać — Niemcy nie wznawiają ostrzału. Szczegółowe negocjacje trwają do drugiej w nocy 3 października. Według ustaleń wymarsz jednostek ze Śródmieścia odbędzie się 4 i 5 października, po tym terminie pozostaną jeszcze uzbrojone jednostki osłonowe, pilnujące polskich szpitali polowych, do 16 października będzie działać misja łącznikowa. Do końca października będą działać niektóre polskie szpitale. Można się zatem spierać o to, czy Powstanie trwało 61, 63 czy 66 dni. Można się spierać, co to znaczy „brak celowości dalszej walki”. Dźwięczy mi w uszach opowieść Pana Bolesława, przedwojennego komunisty, żołnierza 1939 roku, który szedł na bagnety w jednym szeregu z generałem Bołtuciem, jednym z sześciu generałów, którzy zginęli w 1939 śmiercią żołnierza i oficera, rzucając swoim podwładnym w krytycznym momencie rozkaz „za mną!”, a nie „naprzód!”. A to czyni wielką różnicę.

Ale to jeszcze nie na teraz. Są jeszcze dwa-trzy dni na to, żeby ochłonąć, posłuchać tej ciszy nad miastem ruin, której nie rozprasza sekcja smyczków ani dźwięk fortepianu, ani w ogóle żaden dźwięk. Jest szare, jesienne niebo, w powietrzu czuć chłód, który się już nie cofnie. To jest rewers Godziny „W”. Warto ją sobie przypomnieć, bo ta chwila ciszy jest z tamtą chwilą nierozłącznie związana. Pod gruzami leżą tysiące ludzi, wielu z nich nie ekshumowanych do dzisiaj, w kanałach są zwały ciał, tak wysokie, że tamują przepływ ścieków (na takie ludzkie tamy natrafiali ludzie próbujący wytyczać trasy z Mokotowa, Czerniakowa, Żoliborza), zalegają trupy na Woli, Starym Mieście. Na Żoliborzu i w wielu innych miejscach trwa już robinsonada tych, którzy postanowili zostać wbrew wszystkiemu w gruzach. Postanowili, albo nie mieli innego wyjścia, tak jak wielu Żydów, którzy przeżyli eksterminację getta, Powstanie Kwietniowe187 i Powstanie Warszawskie.

Gdzieś nieopodal linii powstańczych barykad odpoczywa specjalny pułk Oskara Dirlewangera złożony z więźniów kryminalnych, wsławiony bezprzykładnym okrucieństwem, ale też jedna z najbardziej zużytych jednostek niemieckich w tej bitwie. Był stale zasilany kolejnymi transportami z więzień kryminalnych z całych Niemiec. Po wyliczeniu tych uzupełnień, stanu wyjściowego pułku i stanu końcowego, historycy wyliczają straty ludzkie tej jednostki niemieckiej na od 2500 do 3771 zabitych, rannych i zaginionych przy stanie wyjściowym około 860 ludzi, co daje od ponad 300 do ponad 400% strat. Ludzie walczący w tym pułku — słowo „żołnierze” jednak nie przechodzi przez gardło — wiedzieli, że u Powstańców nie mają co liczyć na pardon. Pułkiem tym gardził sam von dem Bach, nazywając walczących w nim kryminalistów „bandą świń”. Ale chętnie używał tych świń na najtrudniejszych odcinkach. Bo ci, którzy nie mogli liczyć na pardon, także pardonu nie dawali. Pułk Dirlewangera niebawem ruszy na Słowację tłumić kolejne powstanie188, a później zostanie przekształcony w brygadę i wreszcie w dywizję, jednak w 1945 roku nie odegra już większej roli. Oskar Dirlewanger dostanie się do niewoli we francuskiej strefie okupacyjnej w Althausen, 1 czerwca 1945 roku, kiedy zostanie przyłapany na przebieraniu się w cywilne ubranie i rozpoznany przez jednego ze świadków. Akt zgonu Drirlewangera z 7 czerwca 1945 roku wskazuje na naturalne przyczyny śmierci. Nie jest do końca jasne, jak umarł jeden z katów Warszawy i dlaczego, ale niemieccy historycy wspominają o tym, że Francuzi oddali go pod straż polskich żołnierzy, którzy w nocy z 4 na 5 czerwca pobili go na śmierć. Nikt nie badał dokładnie tego przypadku. Był i nie ma.

Tymczasem Powstańcy są jeszcze u siebie, pod bronią, dowódcy przekazują podkomendnym decyzję o rokowaniach, o kapitulacji. Jak zawsze w takich wypadkach — reakcje są nieprzewidywalne. Pamiętam relację jednej z łączniczek Zgrupowania „Radosław”, która opowiadała o tym w jednym z wielu filmów dokumentalnych o Powstaniu. Nie umiem teraz tej opowieści połączyć z konkretną osobą, odnaleźć w morzu innych historii, wywiadów, opowiadań. Mówiła, że na wieść o kapitulacji wszyscy, którzy przeżyli, dosłownie garsteczka kilkunastu ludzi, chłopców i dziewcząt, zebrali się w zrujnowanym lokalu, który był kiedyś zapewne restauracją. Ktoś znalazł gramofon i kilka płyt, ktoś przyniósł wino, o które często było łatwiej niż o wodę. Z pamięci powtarzam za tamtą starszą panią, która mimo upływu lat miała jakiś dziwny błysk w oku:

— Grał patefon, pod nogami chrzęścił nam gruz i potłuczone szkło. A my całą noc piliśmy wino, tańczyliśmy tanga i walce i płakaliśmy. Wszyscy. Niemal bez słów.