Zażarte walki. Strzelec Andrzej Landau
Czytasz te frazeologizmy „zażarte walki”, „dowody żołnierskiej odwagi”, „zacięta obrona”, ale co to w zasadzie znaczy? Czy jest jakiś miernik, urządzenie, którym to można zmierzyć? Jest sześćdziesiąty pierwszy dzień czuwania. Na propozycję poddania się, wystosowaną 28 września przez gen. Källnera, dowódcę wszystkich sił, jakie Niemcy zgromadzili przeciwko powstańczemu Żoliborzowi, dowódca obrony, płk. Mieczysław Niedzielski ps. „Żywiciel”, odpowiada kontrpropozycją, żeby to Niemcy poddali się Powstańcom, bo przecież wojna się kończy i widać, kto ją przegrywa. Żołnierze zgrupowania „Żywiciel” wiedzą, że po różnych walkach, które toczyły się z większą lub mniejszą intensywnością wokół dzielnicy — nadchodzi dzień ostateczny. Nie były, jak się okazuje, tym dniem walki o Marymont, próby zdobycia Dworca Gdańskiego, próby nawiązania łączności z desantem berlingowców z prawego brzegu. Od kilku dni ostrzał Żoliborza przybiera na sile, 28 września osiągając rozmiary huraganowe. Nocą, kiedy ostrzał cichnie, słychać przemieszczające się kolumny zmechanizowane, chrzęst gąsienic ciężkich pojazdów bojowych. Niektórzy uważają, że Niemcy będą się cofać, że cisza na froncie na wysokości Warszawy oznacza, że Sowieci podjęli jakiś manewr poza Warszawą, i Niemcy, sami zagrożeni okrążeniem, szykują się do odwrotu. Wątpliwości nie mają chyba tylko żołnierze szturmowej kompanii „Żniwiarza” w ruinach fabryki „Opla”170. Są blisko stanowisk kolaboracyjnych oddziałów RONA. Stamtąd słyszą wieczorem krzyki:
— Pany Powstańce! Jutro wasz ostatni dzień!
Nazajutrz, czyli 29 września, Niemcy uderzają na Żoliborz ze wszystkich stron, a po jednym odpartym natarciu następuje kolejne, uszkodzony czołg zastępuje sprawny i tak do zmierzchu toczą się te „zażarte walki”. Szczególnym miejscem jest Klasztor ss. Zmartwychwstanek, pierwotnie szpital polowy, od 17 sierpnia obsadzony przez Zgrupowanie „Żyrafy”171 i trzymany do tej pory w powstańczych rękach mimo ponawianych natarć. W pewnym momencie ostrzeliwany bez przerwy budynek zaczyna się walić. Strzelec Andrzej Landau ps. „Wirski”172 zostaje zasypany do pasa gruzami w części budynku, z której trzeba natychmiast się wycofać. Koledzy próbują go odkopać, ratować, ale nie mają sprzętu, łomów ani oskardów, nic, tylko gołe ręce. Dwie godziny trwa obrona odciętego plutonu Lewskiego, walka tyleż o utrzymanie stanowisk, co o wydobycie strzelca „Wirskiego” z potrzasku. Wreszcie strzelec Andrzej Landau ps. „Wirski” prosi kolegów, żeby już poszli i zostawili mu pistolet oraz kilka magazynków. Nie rezygnują. Dopiero kiedy Niemcy podpalają piwnice pod miejscem, gdzie walczą koledzy „Wirskiego”, spełniają jego prośbę, zostawiają mu broń i wycofują się. „Wirski” czeka na Niemców i kiedy się pojawiają, strzela do nich do przedostatniego naboju. Ostatni zostawia dla siebie. Jak podaje Stanisław Podlewski, kiedy w 1945 dokonywano ekshumacji, w ruinach klasztoru znaleziono szkielet strzelca „Wirskiego”. Stojący szkielet. Jak mityczny Cúchulainn173 w ostatniej bitwie, wiedząc, że zginie, ciężko ranny przywiązuje się do słupa, żeby przyjąć śmierć na wyprostowanych nogach, nie na kolanach, tak strzelec „Wirski”, zasypany przez gruzy, bez możliwości, by upaść, przyjmuje swój los w pozycji wyprostowanej. Brzmi jak opowieść starego wiarusa, spełnienie długiego, pełnego bohaterskich czynów życia wojownika? Być może, tylko że strzelec „Wirski”, Andrzej Landau (niech to Imię powtórzy się jeszcze raz, warte jest pamiętania i powtarzania w myślach) w dniu 6 sierpnia 1944 roku obchodził swoje 16 urodziny.
Tej nocy w kwaterze „Żywiciela” stawiają się wszyscy dowódcy zgrupowań, aby omówić nowy plan obrony. Straty w poszczególnych kompaniach i batalionach są zastraszające — od 30 do 80%, z niektórych pododdziałów zostało po kilkunastu ludzi, szczególnie w zgrupowaniu „Żyrafa” kompanie stopniały do wielkości drużyn. „Żywiciel” sam jest dwukrotnie ranny, dowodzi leżąc na noszach na podłodze. Wysłuchuje propozycji dowódców. Pojawia się plan natarcia na wał wiślany i utworzenia prowizorycznego przyczółka, z którego jutro, pojutrze mogłyby Powstańców zabrać pontony przysłane przez armię Berlinga. W sztabie „Żywiciela” jest trzech łącznościowców z prawego brzegu, są w kontakcie z tamtymi. Nikt tylko nie wie, że szyfr jest regularnie łamany, a depesze czytane przez niemiecki kontrwywiad.
29 września w Śródmieściu zapada decyzja o ponownym podjęciu rozmów z Niemcami o ewakuacji cywilów z miasta. O 6 rano 30 września 1944 roku płk Karol Ziemski ps. „Wachnowski”, legendarny dowódca obrony Starego Miasta, wraz porucznikiem Jerzym Kamińskim ps. „Ścibor”174 przekraczają linię barykad na ulicy Żelaznej i z zawiązanymi przez Niemców oczami udają się do kwatery generała von dem Bacha w Ożarowie. Von dem Bach wita generałów serdecznie, podkreśla jak bardzo mu zależy na zawieszeniu broni, jak bardzo nie wierzą w powodzenie pertraktacji jego bezpośredni przełożeni w Berlinie. Częstuje polskich oficerów „camelami” z amerykańskich zrzutów z 18 września, proponuje kawę, próbuje dyskutować kwestie wojskowe i polityczne. Stara się akcentować fakt, że rozmawia jak równy z równymi. Wygląda na to, że porozumienie o zaprzestaniu walk od dnia następnego w celu umożliwienia ludności cywilnej opuszczenia miasta będzie lada moment zawarte, wygląda na to, że w dniach 1 i 2 października od 5 do 19 obie strony nie będą prowadziły działań zbrojnych ani ostrzału, a ludność cywilna będzie mogła swobodnie opuścić Śródmieście. Ale „Wachnowski” i „Ścibor” chcą koniecznie włączyć do porozumienia Żoliborz, o którym wiedzą tyle, że walczy. Tak. Tam się toczą zażarte walki. Von dem Bach odmawia, argumentując, że tam nie ma ludzi, z którymi można by rozmawiać, że tam są sami bolszewicy i komuniści, którzy na propozycję kapitulacji potrafią odpowiadać wyłącznie w sposób obraźliwy. Von dem Bach ma na myśli pewnie kontrpropozycję „Żywiciela”, żeby to Niemcy poddali się jego zgrupowaniu. Po chwili wychodzi z pokoju odebrać meldunek i polscy oficerowie zostają przez moment sami. „Ścibor” podchodzi do stołu, niby to podziwiając kwiaty stojące w wazonie, i widzi na stole rozpostarty plan Warszawy pokryty czerwonymi i niebieskimi strzałkami, liniami. Widzi wyraźnie, że w tej chwili — jest ciągle przedpołudnie 30 września — obrońcy Żoliborza zostali zepchnięci w obręb kilku ulic i zarazem są oddzieleni od Wisły wąskim pasem terenu z wałem przeciwpowodziowym. Obaj bez słów wiedzą, co się kryje za tymi strzałkami, liniami. Może nie wiedzą, że w tej chwili w ostatnim już, nieudanym szturmie resztki zgrupowania „Żyrafa” próbują właśnie zdobyć i utrzymać wał, wierząc depeszy od berlingowców, że o 11 postawiona zostanie zasłona dymna na rzece, że będzie osłona artyleryjska, lotnicza i będą pontony. W pierwszym impecie udaje im się zdobyć koronę wału, przebiec na drugą stronę, ale w otwartym terenie, bez zasłony, pod ogromną przewagą ogniową Niemców nie mają szans się utrzymać, tym bardziej, że z drugiej strony rzeki nie widać żadnych oznak działania. Tego mogą nie wiedzieć „Wachnowski” ze „Ściborem”, ale obraz sytuacji, jaki mają, jest i tak przeraźliwie jasny.
Tymczasem von dem Bach wraca do pokoju. „Wachnowski” i „Ścibor” oświadczają, że jeżeli się zgodzi, są skłonni, po uzyskaniu odpowiednich pełnomocnictw Komendy Głównej AK, udać się do kwatery Källnera175 i przez niemieckie linie przejść na tereny zajęte jeszcze przez Powstańców, aby skłonić „Żywiciela” do kapitulacji. Von dem Bach się zgadza. Oficerowie wiedzą, co znaczy termin „zażarte walki”, wiedzą, że teraz w zasadzie gra idzie o to, żeby przetrwać jeszcze kilka dni w negocjacjach, przekonać się jeszcze raz, że rzeczywiście Warszawa jest sama i nie ma żadnej nadziei, ale już jak najmniejszym kosztem ludzkim. Spieszą się. Już o 12:40 „Wachnowski” znowu przekracza linie polskich barykad, gotowy na podróż do kwatery głównej generała Källnera. Niemiecki generał gra na zwłokę, licząc, że obejdzie się bez kapitulacji. Jest wściekły, widać, że chce krwi. Z drugiej strony — ma wyraźne rozkazy von dem Bacha nakazujące wstrzymanie ognia na godzinę i danie szansy polskim oficerom na zmuszenie obrońców do kapitulacji. Wreszcie zgadza się i daje „Wachnowskiemu” czas od 17:00 do 18:00. „Wachnowski” powiewa białą flagą w stronę budynków po drugiej stronie i krzyczy z okien budynku sklepu ze słodyczami firmy „Fuchs”:
— Jesteśmy od generała Bora! Przerwijcie ogień!
— To szaleńcy — mówi do „Wachnowskiego” niemiecki oficer obok — oni strzelają ze stanowisk objętych pożarem!
Czas płynie, a nie udaje się nawiązać kontaktu. Inny młody niemiecki oficer mówi z boku do „Wachnowskiego” (znowu za Podlewskim):
— Oni nie chcą z wami rozmawiać. Nasze czołgi zrobią z nimi porządek.
A jeszcze inny — zbliża się godzina 17:40 — mówi:
— Nie możecie dojść do swoich? Za chwilę puścimy „Goliaty”176, one utorują do nich drogę.
Wreszcie porucznikowi „Ściborowi” udaje się o godzinie 17: 50 dotrzeć, unikając polskich kul, do linii barykad. Za nim linię przekracza pułkownik „Wachnowski”. Mają dziesięć minut. Docierają do willi przy ulicy Dygasińskiego 13, gdzie w piwnicy na noszach leży „Żywiciel”. „Wachnowski” pyta o jego zamiary, „Żywiciel” odpowiada — obrona do ostatka. Zapada cisza. „Wachnowski” przerywa milczenie:
— Z polecenia Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych nadaję panu, pułkowniku, Krzyż Orderu Virtuti Militari klasy V.
Po czym prosi pozostałych oficerów o opuszczenie pomieszczenia. Wtedy informuje „Żywiciela” o tym, że Niemcy deszyfrują wszystkie radiogramy, jakie wymienia z berlingowcami, że przebijanie się do Wisły w oczekiwaniu na przesuniętą rzekomo z 11:00 na 20:00 ewakuację będzie kolejną masakrą. Czas leci. „Wachnowski” mówi o potrzebie oszczędzania ludzi, mieszkańców, że „Bór”-Komorowski sugeruje kapitulację. Płynie minuta za minutą, aż wreszcie świeżo odznaczony orderem za męstwo na polu walki pułkownik Mieczysław Niedzielski unosi się na posłaniu i mówi:
— Zgadzam się...
O godzinie 18:19 zostaje przerwany ogień, o godzinie 23:00 oddziały na Żoliborzu składają broń. Garść ludzi przebija się na prawy brzeg. W ukryciu pozostaje kilkunastoosobowy oddziałek Żydowskiej Organizacji Bojowej177 z Markiem Edelmanem178, oni nie mogą liczyć na traktowanie jak jeńcy wojenni, dobrze o tym wiedzą. Ruiny Żoliborza opuszczą dopiero w listopadzie.
Powstańcze Polskie Radio nadaje tego dnia 30 września między innymi takie słowa (za A. K. Kunertem):
„Warszawa — zawsze nieugięta — nieodmiennie walczy. Dwa miesiące 44 roku — sierpień i wrzesień — przekreśliliśmy czerwoną wstęgą naszej krwi. Za wolność dwóch miesięcy po pięciu latach niewoli, oddaliśmy wszystko co posiadaliśmy [...]. O, bracia żołnierze, bijący Niemców na wszystkich frontach Europy, was wołamy z otchłani bólu Warszawy — przybywajcie. Warszawa wciąż jeszcze walczy”.