Ostatnia szarża
Tak, to sześćdziesiąty dzień i widzisz: jest tak, jak mówisz. Dopiero czuwanie dzień po dniu pokazuje, ile to trwało: zdążyłeś pojechać na urlop, wrócić, posłać dzieci do szkoły, kupić zeszyty, piórnik, przeżyć ponowny szok adaptacyjny młodszego dziecka w żłobku, dni zrobiły się krótsze, noce zimne, rower jeszcze stoi w garażu, ale wiesz dobrze, że szans na jego użycie będzie coraz mniej.
Jest 29 września rano, we mgle, szronie osadzającym się na trawach, grudach, ugorach zgrupowanie partyzanckie rządzące niemal niepodzielnie Puszczą Kampinoską pod dowództwem majora „Okonia” dociera do wsi Budy Zosine na południe od puszczy, zaledwie kilkaset metrów od nasypu linii kolejowej Warszawa-Skierniewice. Zgrupowanie jest rozciągnięte na wiele kilometrów wśród leśnych i polnych duktów. Celem marszu postawionym przez dowódcę są Góry Świętokrzyskie. Czas Niepodległej Rzeczypospolitej Kampinoskiej skończył się trzy dni temu, 27 września, kiedy niemieckie Stukasy zbombardowały rozpoznane miejsca postoju dowództwa zgrupowania, m.in. we wsi Wiersze. Oddziały osłonowe zgrupowania na wschodnich podejściach puszczy uwikłały się w ciężkie walki z niemieckimi oddziałami, które nacierały od Warszawy w głąb lasów. Wszyscy przeczuwali, że to nie przypadkowe starcie, ale początek szerszej, planowej akcji.
Fakt, że Warszawa stała się miastem frontowym, zaś na froncie od tygodnia panował spokój, zaowocował znacznym zagęszczeniem jednostek wojskowych, w pełnym tego słowa znaczeniu, wokół terenów objętych Powstaniem. Do akcji o kryptonimie „Sternschuppe” — czyli nomen omen „spadająca gwiazda” — Niemcy skierowali dwie grupy operacyjne w sile po około 3000 żołnierzy każda, wsparte lotnictwem rozpoznawczym, bombowym, czołgami, artylerią i co najmniej jednym pociągiem pancernym. Wiele wskazuje na to, że Niemcy od samego początku mocno przeceniali liczebność, siłę i wagę zgrupowania kampinoskiego. W raportach niemieckiego wywiadu podaje się liczebność od 5 do 15 tysięcy, czyli liczby, do jakiej w zasadzie się nie zbliżyło. Ale to zgrupowanie różnymi akcjami, zazwyczaj wysyłając oddziały w sile od kilkunastu do stu ludzi, niepokoiło niemieckie garnizony w promieniu wielu kilometrów. Niemcy wiedzieli też, że część zrzutów dla Warszawy lądowała w Kampinosie, gdzie dosyć łatwo była przejmowana przez partyzantów, którzy panowali nad dużymi obszarami terenu, gdzie dużo było ziemi niczyjej, zupełnie inaczej niż w opasanej coraz ściślejszym kordonem Warszawie.
Przez długi czas dostępu do Warszawy od północy broniła 12 dywizja węgierska, ale jak w wielu innych przypadkach tutaj i w całej Polsce, tam gdzie spotykali się polscy partyzanci, walczący po stronie alianckiej, i węgierskich żołnierze, formalnie wspierający Niemców, nie dochodziło do żadnych starć, a Honwedzi przepuszczali polskie oddziały bez jednego strzału, na różne sposoby udając potem głupków przed niemieckimi przełożonymi. Tak było w sierpniu, tak było we wrześniu koło Warszawy, tak było później na Kielecczyźnie, gdzie Honwedów próbowano używać do blokowania oddziałów okręgu „Jodła”, które po odwrocie znad Pilicy kontynuowały „Burzę” na swoim terenie. Ale we wrześniu zachodzą zmiany. Niemcy widać zorientowali się, że blokada od strony Kampinosu jest podejrzanie dziurawa.
Tymczasem dowodzenie zgrupowaniem w Kampinosie nie jest do końca jednolite. Duży mir w zgrupowaniu ma Adolf Pilch „Dolina”165, który po stracie łączności ze strukturami AK na Nowogródczyźnie przebił się ze swoimi ludźmi pod Warszawę. Jednak mimo że ma opinię znakomitego dowódcy i przyprowadza liczące 900 ludzi, pełni uzbrojone zgrupowanie — ciągnie się za nim cień rozejmu z Niemcami, w czasie którego zwalczał też partyzantkę sowiecką. Dodać wypada dla porządku — najpierw, zimą 1943, sowiecka partyzancka zaczęła dosyć skutecznie zwalczać jego. Zapewne powstaje też pytanie, jakim cudem 900-osobowe zgrupowanie ze 150 furmankami przeszło nietknięte ponad 400 kilometrów w linii prostej między jednostkami tyłowymi niemieckich wojsk, także po strzeżonych mostach i przeprawach. Pytanie bez odpowiedzi. KG AK obawia się, że zbytnie afiszowanie się współpracą z tym dowódcą może przynieść złe skutki w kontaktach z Sowietami, na których pomoc przecież się liczy. Jednak w Kampinosie jego rozjem czy układ z niemieckim okupantem przestaje obowiązywać, to „Dolina” okazuje się być jednym z bardziej bojowych dowódców. Ale w oddziale jest jeszcze świeże wspomnienie po rannym w nieudanym ataku na lotnisko bielańskie kapitanie Józefie Krzyczkowskim „Szymonie”, z którym z kolei związani czują się żołnierze pochodzący z okolicznych miejscowości. Z kolei major „Okoń” formalnie był dowódcą batalionu „Pięść” ze zgrupowania „Radosław”, z którego w Godzinie „W” wystąpiła tylko jedna kompania, w związku z tym, że dla reszty nie było broni. Został przysłany tutaj przez KG AK dopiero po licznych przygodach w sierpniu, ale tylko po to, by wybrać z istniejącego zgrupowania najlepiej uzbrojonych ludzi i poprowadzić ich na Żoliborz. Dowodzi dwoma nieudanymi atakami z Żoliborza na Dworzec Gdański, po czym część ludzi wypowiada mu posłuszeństwo i zostaje w mieście wcielona do zgrupowań pod dowództwem „Żywiciela”, a część z tych, którzy postanawiają wrócić do Kampinosu, zostaje rozbrojona przez cierpiących na brak amunicji i broni powstańców z Żoliborza. Można sobie wyobrazić animozje pomiędzy tymi dowódcami, można sobie wyobrazić, że kiedy jest względny spokój, jest żywność, zrzuty, amunicja, broń, a w niewielkich akcjach poszczególne oddziały odnoszą partyzanckie sukcesy — wszystko jest w porządku. Ale sytuacja się zmienia, kiedy na tę partyzancką republikę zaczyna naciskać zgrupowanie frontowego wojska, SS-mani z dywizji „Totenkopf”, „Hermann Goering”166, „Wiking”, czołgiści z 19 i 25 Dywizji Pancernej.
Wygląda też na to, że nie mając specjalnie operacyjnego pomysłu, jak wykorzystać Zgrupowanie „Kampinos”, podobnie jak w przypadku innych zgrupowań partyzanckich — we wrześniu Komenda Główna AK traci nim zainteresowanie. Partyzanci mają odbierać zrzuty, organizować transport żywności, amunicji i broni dla Warszawy, korzystając z nie do końca szczelnego kordonu wokół Żoliborza. 2 września „Bór”-Komorowski w depeszy do Londynu wnosi o rezygnację ze zrzutów dla partyzantów w Kampinosie. Zapewne zdaje sobie sprawę, że wobec upadku Starego Miasta przerzut czegokolwiek z Żoliborza do innych dzielnic będzie bardziej niż problematyczny. Myślenie KG AK w zasadzie było tutaj — na co zwraca uwagę Kirchmayer, ale też inni historycy — zadziwiająco jednokierunkowe. Oddziały partyzanckie miały wartość, o ile „szły z odsieczą” dla Warszawy. Nie było zupełnie innego pomysłu ich wykorzystania, ani nawet prób podobnego myślenia. W czasie pierwszych rozmów kapitulacyjnych (na razie pod pozorem konieczności zawarcia porozumienia o ewakuacji ludności cywilnej) wysłanników KG AK z von dem Bachem, ten ostatni w luźnej atmosferze będzie głośno dziwił się, dlaczego dowództwo Powstania nie wykorzystało rozbudowanych sił partyzanckich wokół Warszawy dla zakłócenia przerzutu wojsk do tłumienia Powstania w pierwszych dniach sierpnia, dlaczego później także w bezpośredniej bliskości Warszawy w zasadzie wszystkie niemieckie wojska miały całkowitą swobodę manewru. Dziwił się, dlaczego nikt nawet nie próbował wysadzić torów linii Warszawa-Skierniewice.
Kiedy w połowie września major „Okoń” zadepeszował do KG AK, informując, że wedle jego wiedzy i w wyczucia Niemcy zaciągają coraz ściślejszą blokadę wokół Kampinosu i szykują się do operacji ostatecznego zniszczenia jego zgrupowania, jedyną sugestią, jaką uzyskał, był rozkaz, by w razie niemożności walki w Kampinosie — przebijał się oczywiście do zrujnowanej Warszawy i tam kontynuował walkę do końca. Major „Okoń” poweźmie decyzję, że w razie ataku ze strony Niemców zgrupowanie ruszy w stronę Gór Świętokrzyskich, co będzie zgodne ze zdrowym rozsądkiem, chociaż sprzeczne z sugestiami KG AK. W jednej ze swoich depesz do Londynu prosi w razie zrzutów na jego teren o dostarczenie dokładnych map Kielecczyzny, Jury Krakowsko-Częstochowskiej i Śląska.
27 września, kiedy Niemcy bombardują wieś Wiersze, miejsce pobytu sztabu zgrupowania, „Okoń” zarządza wymarsz całości zgrupowania. Nie ma mowy o podjęciu otwartej walki z Niemcami, bowiem nie ma szans jej wygrać. Zgrupowanie liczy około 2700 żołnierzy, 700 koni, ma na wyposażeniu jedną armatę 75 mm, kilka działek przeciwlotniczych, sto kilkadziesiąt pojazdów mechanicznych, kilkaset furmanek, szpitale polowe. Żołnierze w porównaniu do Powstańców w Warszawie są świetnie uzbrojeni, mają — znowu w porównaniu — ogromne zapasy amunicji. Ale w starciu z jednostkami zmechanizowanymi SS mogliby co najwyżej zorganizować obronę na miejscu, a ta wobec przewagi manewru ze strony przeciwnika oznacza śmierć. Jedyną szansą jest manewr, odwrót. 27 i 28 września zgrupowanie idzie w kierunku zachodnim z Wierszy i Truskawia na Kampinos, dopiero w nocy 28 na 29 września zawraca na wschód, a potem na południe przez Marysinek, aż do Bud Zosinych w pobliżu Jaktorowa. Można sobie sprawdzić dzisiaj poprzez nawigację czy jeden z internetowych atlasów samochodowych, ile w przybliżeniu wynoszą te przemarsze, kiedy czoło Zgrupowania dociera w pobliże torów linii Warszawa-Skierniewice. Wychodzi około 90 do 100 kilometrów. Jak na dwa dni — duże wyzwanie dla pojedynczego piechura, a co dopiero dla zgrupowania kilku tysięcy ludzi z taborami, rannymi na podwodach, zaopatrzeniem, które musi przecież starczyć na drogę w Góry Świętokrzyskie i na zimowanie w obcej dla większości partyzantów okolicy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że „Kampinos” chce dokonać sztuki, z której zrezygnowało zgrupowanie Kieleckiego Korpusu AK „Jodła”. Zgrupowanie, klucząc po lasach, gubi poszczególne grupy, niektóre z grup zresztą samowolnie lub w porozumieniu z „Okoniem” odłączają się, rozpuszczają ludzi co cywila, rozpraszają się w walkach z niemieckimi grupami pościgowymi — tak jak szwadron „Jerzyków” w walkach nad Utratą.
W mniejszej skali powtarza się w Kampinosie dramat oddziałów Armii „Poznań” i „Pomorze” przebijających się znad Bzury do Warszawy, które pięć lat wcześniej w podobnej atmosferze szły, ale w przeciwnym kierunku.
Tymczasem w przedświcie 29 września patrol ułanów stwierdza, że tor linii kolejowej Warszawa — Skierniewice przed frontem zgrupowania nie jest obsadzony, tylko w budce dróżnika znajduje się kilkuosobowy patrol niemiecki. „Okoń” ku zdumieniu większości zarządza postój. „Dolina” i wielu innych komendantów naciska na jak najszybszy marsz i przekroczenie nasypu, ale „Okoń” jest nieugięty. Jego zdaniem wojsko po dwóch dniach kluczenia po lesie i polach musi chwilę odpocząć, trzeba podciągnąć tabor, zaopatrzenie, rannych, zebrać rozbitków. Do nasypu jest kilkaset metrów, nad zgrupowaniami od wielu dni skoro tylko nastaje świt — krążą niemieckie samoloty rozpoznawcze. Jest jasne, że o ile fortel z nagłą zmianą marszu o 180 stopni i późniejszym skrętem na południe chwilowo się udał, o tyle jest kwestią godzin, kiedy Niemcy się zorientują w lokalizacji zgrupowania, które teraz liczy około 1200 ludzi. Postój jednak trwa. Jeden z oficerów prosi księdza kapelana ks. Jerzego Baszkiewicza ps. „Radwan II”167 o spowiedź. Jak pisze Stanisław Podlewski na podstawie relacji księdza:
„jak mówi — księże kapelanie, tu już musimy zostać. Osłupiały pytam o sytuację. Otrzymuję odpowiedź, że nad ranem toru kolejowego pilnowało zaledwie pięciu kałmuków, teraz nadjechał już pociąg pancerny. Niemcy obstawiają mocno nasyp kolejowy. Nie zapomnę słów kpt. Wojtka, który na propozycję, aby mjra Okonia zmusić do natychmiastowego forsowania torów kolejowych i ukryć się w lasach bolimowskich, odległych o jakieś 2 kilometry, odpowiedział:
„ — Księże kapelanie, czy my jesteśmy bandą, czy wojskiem regularnym. Dowództwo dało rozkaz stać, to musimy stać. Każą ruszać — ruszamy. [...] To, że tu zginiemy, to fakt.
[...] Właśnie przechodził mjr Okoń. Podszedłem do niego i referuję opinie oficerów, a równocześnie akcentuję konieczność natychmiastowego wymarszu z kotła, w który sami się wpakowaliśmy. W odpowiedzi usłyszałem stek ordynarnych słów, a równocześnie major ręką sięgnął do kabury:
— Zabiję cię, klecho!
Oficerowie chwycili jak jeden za pistolety i skierowali w stronę majora”.
Rozkaz wymarszu „Okoń” wydaje dopiero około 11: 00, ale nasyp trzeba już zdobywać w krwawym natarciu. Pierwszym oddziałom udało się przekroczyć linię kolejową i kiedy zapanowała radość, że to jednak możliwe, od Skierniewic nadjechał pociąg pancerny, masakrując żołnierzy ogniem po obu stronach toru, przy okazji niszcząc też jedyne działo polowe, jakie mieli partyzanci (według innych relacji utracili je wcześniej w czasie przemarszu, tak czy inaczej nie odegrało większej roli w bitwie). Po porażce w natarciu na tor „Okoń” zdecydował się na obronę w miejscu i przetrwanie zgrupowania do nocy. O ile od południa Niemcy blokowali tor i następowali od strony północnej, od strony Baranowa, o tyle od wschodu i zachodu teren był jeszcze otwarty. Ale rozkaz był — wytrwać do nocy. Czas działał na niekorzyść Polaków. Około 16 „Okoń” zmienił decyzję, nakazując atak w kierunku północno-zachodnim, przy czym sam major „Okoń” już po wydaniu tego rozkazu rozpoczyna przebicie z kompanią „Zemsta” w kierunku południowym. To natarcie zostaje odrzucone, partyzanci rowami melioracyjnymi spod nasypu cofają się w głąb kurczącego się terenu, jaki jest pod ich kontrolą. Wtedy też ostatni raz jest widziany major „Okoń”. Stanisław Podlewski, wytrwale zbierający przez dziesiątki lat rozliczne relacje, wyraźnie pisze, że nikt do końca nie wie, jak zginął. Rzekomo miał zdjąć mundur, opaskę i próbować się przedostać jako cywil z powrotem do Puszczy, rzekomo miał być wtedy zastrzelony przez jednego ze swoich podkomendnych w akcie rozpaczy, miał też — uznając swoją odpowiedzialność za zagładę zgrupowania — popełnić samobójstwo. Ciała jego nie znaleziono. Znalazł się w liczbie blisko 200 żołnierzy zgrupowania, którzy zginęli tego dnia pod Jaktorowem. Około 120–180 żołnierzy zostało rannych, około 200 dostało się do niewoli bądź zostało uznanych za zaginionych. Dokładna liczba strat była trudna do określenia. Wielu żołnierzy wzięli do niewoli Węgrzy, puszczając później Polaków wolno. W samych Budach Zosinych doszło do sytuacji, kiedy grożąc bronią Honwedzi stworzyli kordon oddzielający wziętych do niewoli „swoich” Polaków od oddziału SS, których chciał ich przejąć. Trudno się dziwić, że dowództwo niemieckie niechętnie używało ich w walkach z polską partyzantką.
Z kotła z bronią w ręku wyrwał się m.in. „Dolina” na czele kilkudziesięciu ludzi. Wyrwał się także dywizjon 27 pułku ułanów pod dowództwem Zdzisława Nurkiewicza ps. „Nieczaj”168, idąc do jednej z ostatnich szarż w dziejach polskiej kawalerii, nie tyle z szablami, ile z granatami w rękach. Jak opisywał kpr. Franciszek Kosowicz ps. „Maciejka”169 we wspomnieniu pomieszczonym w książce Adolfa Pilcha „Doliny” — „Partyzanci trzech puszcz”:
„Nieprzyjaciel ulokowany przed nami na koloniach, ostrzeliwuje nas zawzięcie, został chyba zaskoczony, ponieważ jego ogień stał się chaotyczny. Odpowiadaliśmy mu w pełnym biegu. Przejeżdżając galopem koło nieprzyjacielskich stanowisk, rzucaliśmy nie zatrzymując się granaty, nie zważając na to, że sami możemy dostać odłamkami. Dopadliśmy wreszcie słabo zalesionego terenu, ale nareszcie mieliśmy jaką taką osłonę. Nieprzyjaciel nie mógł nas teraz razić ogniem bezpośrednim”.
O zmierzchu przeliczają się po szarży. Górą niesie się być może huk artylerii od Warszawy. Gdzieś tam umiera powstańczy Żoliborz. Ułani zbierają się na przedmieściach Żyrardowa, formują znowu kolumnę do ataku. Ruszają, ale ich uderzenie trafia w próżnię — miasto jest opustoszałe, bowiem wszystkie jednostki garnizonowe są zaangażowane w walkach pod Jaktorowem i Budami Zosinymi. Przelatują w galopie ulicami, kierując się na południe, razem około 120–140 konnych pod bronią. Ktoś być może patrzy na nich ze zdumieniem zza zaciemnionych okien ceglanych budynków, jak na fantomy wrześniowego wojska, a ci jak duchy rozpływają się w ciemnościach, żeby dołączyć za kilka dni do oddziałów 25 pułku piechoty AK pod Piotrkowem. Na miejskim bruku nie zostają po nich nawet ślady podków. Jakby byli zjawami. Tylko jeszcze nikt im tego nie powiedział, że już nie ma ich świata, a nawet nie ma ich samych, chociaż wydają się sobie — teraz w galopie, w stukocie kopyt, charczeniu końskich chrap — żywi, realni.