Krwawy zen. Schwerpunkt

Kiedy kończyłem czytać monografię Tadeusza Grigo, dom już spał, było cicho, nie chciałem patrzeć na zegarek, bo wiedziałem, że jaka by pora nie była, było już mocno za późno i powinienem dostać naganę. Towarzyszył mi poszum w głowie, tak jakby oni wszyscy tam byli. Jakiś niepokój, że kiedy siądę do pisania, gdzieś między poranną paletą z zamówionym towarem a klientami hurtowymi i detalicznymi, i potem wreszcie wieczorem, kiedy dzieci śpią, a żona czeka z paluszkami na dole, żeby chwilę spędzić razem — o czymś zapomnę. Nie że o kimś, bo tych głosów jest zbyt wiele i one wiedzą o tym. Uwagę zwraca pojedynczy los, mimo że okazuje się on zabójczo powtarzalny. Ale wyłuskanie tej pojedynczości zarazem ma moc ocalenia wielogłosu, jakby go wzmaga, nie wycisza. Pojedyncze imiona, pseudonimy, a za nimi następne. Imiona krótkie niby salwa — jak napisze Poeta. Piszę. Cmentarze rosną, maleje liczba czytelników. To zrozumiałe. Coraz więcej codziennych spraw się nakłada na to czuwanie. Niektóre wyglądają, jakby naprawdę były ważne. Poza tym Ty już wiesz, że to zmierza ku końcowi. To dosyć nieludzki punkt widzenia. Może na jakiś sposób uzurpujący sobie boskie prerogatywy do przekraczania linearności czasu. Patrzysz na ich zdjęcie — uśmiechnięci, mimo czerni i bieli, zmęczenia, lęku, który zawsze pewnie gdzieś chwyta podstępnie za żołądek, ale młodość, siła, ciepło emanuje. Są ciepli, żywi. A Ty wiesz coś, czego oni jeszcze nie wiedzą. Wiesz gdzie i kiedy — kula snajpera, granat, odłamek, miotacz płomieni, podmuch eksplozji pocisku ciężkiego moździerza, kostka białego fosforu.

Otwierając kolejny plik, działasz jak umysł Zen: pozwalasz myślom, obrazom, słowom przepływać, patrzysz na ręce, która same wiedzą co pisać i nie znasz wcale zakończenia, puenty, wiesz co utrzymywać w umyśle. Kiedyś dawno Mistrz mówił jakoś tak:

„ — Nie skupiajcie się na szczegółach wizualizacji, bo zmusicie umysł do ciężkiej pracy i osiągnięcie tylko zmęczenie; zaufajcie obrazowi, słuchajcie jak podaję wam opis, ale nie podążajcie za nim; to, co ma się pojawić w umyśle, pojawia się spontanicznie”.

Kiedy zasypiasz, budzisz się, pozwalasz krążyć obrazom, szukasz zdjęć miejsc, budynków, portretów ludzi, a potem piszesz tak jak teraz, nie podejrzewając nawet, że to, co ma się wypowiedzieć, przyjmie taką lub inną formę, nie zastanawiając się nad tym, czy to ma sens. Bo odpowiedź brzmiałaby, że nie, że to już zostało opowiedziane. Ale być może chodzi o to, żeby jednak zapamiętale powtarzać, dla pamięci, za pamięć, teraz, dla tych ludzi, którzy czytają te słowa, a nie przeczytają wielu innych słów, które Ty, chłopcze, wyłuskasz, które podpowie ci Twój krwawy zen. Cmentarze rosną, maleje liczba czytelników, ale Ty idź dalej w tę noc. Chłodno już. Idź. Już pora.

Te kilka dni, które nastąpiły po śmierci Andrzeja „Morro” Romockiego, będącej zaledwie epizodem, incydentem, pojedynczym postrzałem wśród wielu innych — były dla Powstania decydujące. W nocy z 15 na 16 września z Saskiej Kępy na Solec i Czerniaków przedostało się 420 żołnierzy i sprzęt, jeszcze bez większych strat, weszli od razu do walki, bez odpoczynku. W nocy z 16 na 17 września już przy sporym przeciwdziałaniu Niemców i nawałach ogniowych kierowanych na rzekę przedostało się kolejnych 390 żołnierzy — wszyscy z 9 Pułku piechoty 3 Dywizji im. Romualda Traugutta. Z 17 na 18 września na drugi brzeg wobec zapory ogniowej na Wiśle przedostało się zaledwie 63 żołnierzy. Berlingowcy to ludzie bez doświadczenia walk w mieście, często gubiący się w miejskiej zabudowie, niepotrafiący korzystać z jej zasłon, maskować się. Powstańcy zdobyli tę wiedzę i umiejętność, płacąc wysoką cenę w czasie kilkudziesięciu dni walk. Na przykład — strzelając z nieumocnionych budynków żołnierze z armii Berlinga wychylają się z okien, zamiast strzelać z ocienionych wnętrz, załomów w głębi budynku. Trudno się dziwić, że wchodząc do walki prosto z marszu ponoszą bardzo duże straty.

Łodzie i pontony w drugą stronę miały zabierać rannych, jednak Niemcy są wstrzelani w pas wybrzeża Wisły oczyszczonego nocnym wypadem z 14 na 15 września przez kompanię „Rudy” i przez to wszelki ruch jest tutaj utrudniony. Nocą ewakuacja odbywa się w niejakim porządku, ale kto ranny w nogi i nie ma kogo poprosić o pomoc, jest bez szans na dostanie się do łodzi. Pierwszy dowódca czerniakowskiego zgrupowania, Zygmunt Netzer ps. „Kryska”, dwa razy jest wynoszony na brzeg Wisły przez kolegów ze zgrupowania, ale nie udaje się go przenieść na żadną łódź.

Armia Wojska Polskiego przed forsowaniem Wisły miała na stanie m.in. 49 pontonów NLP; na zakończenie działań bojowych stany wykazywały 10 sztuk na stanie i straty 37 zatopionych, 41 uszkodzonych ciężko — razem 88, czyli 179% strat, czyli mówiąc po ludzku każdy ponton NLP był co najmniej dwukrotnie uszkodzony, załatany i użyty ponownie, a pomimo tego i tak 37 już nie wyłowiono z rzeki — co oznacza, że niektórych użyto po ciężkich uszkodzeniach trzy razy. Rezerwy sprzętu były w gestii dowództwa frontu, ale nie zostały użyte.

W tych decydujących dniach ani Komenda Głowna AK, ani dowództwo Okręgu AK nie mają żadnej łączności z Czerniakowem. Nie udało się odtworzyć lądowego korytarza natarciem z południowego Śródmieścia, nie ma łączności przez kanały — ta jest jedynie z Mokotowem, nie ma łączności radiowej. Nie ma amunicji, żywności. W tej sytuacji trudno uznać, że ktokolwiek koordynuje walkę na przyczółku i wokół niego.

18 września 1944 roku Nikolaus von Vormann, dowódca 9 Armii niemieckiej, raportuje do dowódcy Grupy Armii „Środek”, że:

„Siła bojowa użytych w Warszawie oddziałów po stracie 9000 zabitych i rannych od 1 sierpnia jest obecnie na wyczerpaniu. Jednostki zdolne do walk ulicznych są wykrwawione”.

Nie wiadomo, czy do tego bilansu wlicza się straty jednostek czasowo podporządkowanych grupie korpuśnej von dem Bacha oraz straty sprzed 5 sierpnia, kiedy grupa nie istniała. W okresie raportowanym niektóre pododdziały w czasie walk w Warszawie po doliczeniu uzupełnień ponosiły straty krwawe na poziomie 145–150%. Gdyby nie fakt, że po wycofaniu z prawego brzegu Wisły von dem Bachowi podporządkowano czasowo elementy 19 i 25 Dywizji Pancernej oraz Dywizji „Hermann Goering” — tłumienie Powstania mogłoby trwać jeszcze długo. W dziennikach i raportach von dem Bach skarży się, że żołnierze nie chcą schodzić do kanałów, że czołgi nie działają dosyć agresywnie, że boją się podjeżdżać blisko barykad i umocnionych domów, ostrzeliwując z daleka cele, wystawiając piechotę na ostrzał Powstańców.

Tego samego dnia 18 września 1944 roku około godziny 14:45 basowy pomruk setek lotniczych silników. Nad Warszawę nadlatuje wyprawa 104 „Latających Fortec”135 z amerykańskiej 8 Armii lotniczej. To wyprawa z zaopatrzeniem, którą wstępnie anonsował 10 września w depeszy premier RP Stanisław Mikołajczyk. Na widok setek otwierających się na niebie spadochronów wielu mieszkańców zaczyna wiwatować, tańczyć na ulicach, nieliczni martwią się, że teraz Niemcy zmasakrują spadochroniarzy Sosabowskiego. Dopiero po dłuższej chwili do ludzi dociera, że to nie jest zrzut oczekiwanej Brygady Spadochronowej, ale masowy zrzut zaopatrzenia. Spadochroniarze Sosabowskiego czekają w tym czasie na lotniskach południowej Anglii w oczekiwaniu na poprawę pogody w rejonie Arnhem. Ze 107 B-17 „Flying Fortress”, które rano wystartowały z baz w Wielkiej Brytanii, nad Warszawę dociera 104, co zadaje nieco kłam teorii, że straty w takiej wyprawie musiałyby być wysokie. Amerykanie zrzucają 1284 zasobniki z wysokości około 4000 metrów, z czego do rąk Powstańców trafia około 20% zrzutu, KG AK kwituje 16 ton zaopatrzenia. Resztę przejmują Niemcy.

„Bór”-Komorowski w depeszy do Londynu dziękując za pomoc, kładzie nacisk na to, że akcja musi być kontynuowana. Nikt nie wie, że to były dwie wyprawy w jednej — pierwsza i ostatnia. 22 września 1944 ostatni raz nad Warszawę przylecą samoloty z baz we Włoszech, wystartuje ich dwanaście, zrzutu dokona pięć.

Tymczasem żaden zasobnik z amerykańskiej wyprawy nie trafia na będący punktem ciężkości walk Czerniaków. Czerniaków walczy sam.

19 września z zaskoczenia Armii Wojska Polskiego udaje się wysadzić desant między mostami Poniatowskiego i Średnicowym, ląduje 1062 żołnierzy z 8 pułku piechoty i sowieckiej 20 kompanii miotaczy ognia, z zadaniem wykonania natarcia na skrzydło Niemców atakujących od północy Czerniaków. Cały desant składający się z 1 i 2 batalionu 8 Pułku piechoty na drugim brzegu ma tylko jedną radiostację, pozostałe toną w postrzelanych pontonach. Berlingowcy zajmują trochę terenu, trochę domów wokół ślimaka zjazdowego z Mostu Poniatowskiego. Z Czerniakowa rusza też powstańczy wypad, mający nawiązać łączność z desantem rzuconym między mostami. Powstańcy zajmują Przystań Wioślarską, widzą się z ludźmi po drugiej stronie wiaduktu Poniatowskiego. Jednak nie mają szans na połączenie. Rozdziela ich lawina ognia. Brak jest jakiegokolwiek współdziałania ze Śródmieścia. Być może nawet nie wiedzą tam o desancie. Z desantu, który wylądował między mostami, wróci na praski brzeg tylko 163 żołnierzy. Reszta — czyli około 800 — zginie lub dostanie się do niewoli. Niemcy raportują 283 zabitych i 300 jeńców. Ale nie raportują ludzi, którzy giną na rzece.

19 września w nocy zapada w sztabie AWP decyzja o wstrzymaniu akcji desantowej, od tej pory ma być prowadzona jedynie ewakuacja.

Mści się na Powstaniu brak ogólnej koncepcji, który gorzko wyrzuca dowódcom w swoim opracowaniu Jerzy Kirchmayer. Skoro Powstanie miało liczyć na pomoc zza Wisły, argumentuje, to trzeba było od początku siły swoje skupiać przy rzece tak, żeby mieć do niej dostęp, a nie skupiać się w centrach dzielnic odległych od brzegu. Tymczasem próbowano zdobyć mnóstwo kluczowych punktów w mieście, większości nie zdobywając. Bo jak poucza stara napoleońska maksyma — kto chce obronić wszystko, wszystko straci. Trzeba mieć przewagę, owszem, ale przez chwilę w decydującym momencie i na ograniczonym obszarze — czyli decydującym miejscu, w schwerpunkt, jak mawiali niemieccy sztabowcy sprzed stu lat. Schwerpunkt był na ginącym Czerniakowie, z którym dowództwo Powstania nie miało łączności.

19 września „Radosław”, ranny jeszcze w sierpniu w obie nogi, leżący na noszach w piwnicach budynku Wilanowska 18/20, pisze meldunek. Informuje dowodzącego obroną Mokotowa Józefa Rokickiego ps. „Karol”136, że zamierza do niego udać się kanałami z resztkami swojego zgrupowania. Patrol kanałowy przenosi ten meldunek na Mokotów, w odpowiedzi „Karol” pisze:

„Melduję o Waszym położeniu i chęci Waszej wycofania się albo na północ albo na mnie — do K-dy Okręgu. Jednocześnie według mojej oceny nie możecie opuścić absolutnie przyczółka, który obecnie zajmujecie, tym bardziej, że posiadanie tego skrawka daje Wam możność uzyskania stopniowego wzmocnienia ze strony praskiej [...] gdyby Śródmieście było w możności, już dawno przyszłoby Panu z pomocą. Co do mnie droga specjalna absolutnie nie nadaje się do przemieszczenia wojska, które swoją siłą mogłoby zaważyć na Pańskiej sytuacji. Przesyłam obecnie 800 sztuk amunicji do pm [pistoletów maszynowych] — amunicji do kb [karabinowej] niestety nie posiadam”.

800 sztuk amunicji to jest około 40 magazynków. W nocy „Radosław” podejmuje decyzję o odwrocie kanałami. Do włazu na ul. Zagórnej wchodzi około 200–260 (źródła, relacje, opracowania nie są zgodne co do takich szczegółów) żołnierzy. Ze względu na to, że walka mimo niewielkiego obszaru rozpada się już na poszczególne punkty oporu — rozkaz odwrotu nie dociera do wszystkich. Niektórzy liczą na ewakuację na Pragę, niektórzy nie chcą zostawiać rannych. Ludzie w coraz większej ilości zbierają się na skrawku brzegu Wisły, głównie nocą, rankiem chowają się w ruinach, krzakach, lejach. Berling zapowiada wielką ewakuację, 100 pontonów, nie wiadomo skąd, skoro Armia posiada ich 49, a jak wynika z powojennych dokumentów, większość była łatana. Niemcy są wstrzelani w wąski odcinek rzeki i mimo zadymiania — panują nad nią niepodzielnie ogniem. Szczególnie morderczy jest ogień broni maszynowej z wieżyczek wiaduktu Mostu Poniatowskiego, których do końca nie trafi ani jeden pocisk artyleryjski czy bomba.

Tej nocy z 19 na 20 września na brzegu rzeki leży ponownie kapitan Zygmunt Netzer ps. „Kryska”137, pierwszy dowódca Czerniakowa. Ktoś wnosi „Kryskę” na ponton. Uzbrojeni żołnierze pilnują porządku ewakuacji. Razem z „Kryską” w pontonie znajduje się 40 osób. Odbijają. Kilka metrów od brzegu Niemcy oświetlają rakietami rzekę, otwierają ogień, są świetnie wstrzelani, kilka łodzi od razu tonie. Ponton wiozący „Kryskę” też dostaje się pod ogień, ginie 27 z 40 osób. Ponton dryfuje na resztki wysadzonego Mostu Poniatowskiego, lżej ranni wynoszą ciężej rannych na resztki przęsła wystające z wody i czekają na pomoc cały dzień 20 września. Leżący na noszach, owinięty kocami „Kryska” zostaje ponownie ranny, odłamki pocisku artyleryjskiego gruchoczą mu nogę. W nocy jeden z lżej rannych płynie na Pragę po pomoc. Potem kolejny. Wreszcie, po dwóch dniach i trzech nocach na przęśle, z praskiego brzegu przypływa łódź i zabiera wszystkich rannych. Jedna z łączniczek, Halina Kłosińska ps. „Halina”138, umiera w szpitalu. „Kryska” przeżyje wojnę, chociaż w Warszawie zostanie uznany za zaginionego w akcji. 2 października 1944 roku zostanie awansowany — jak wszyscy uważają, pośmiertnie — na majora.

Po wojnie będzie zgłaszało się do niego wielu ludzi, podających się za tych, którzy wynieśli go nieprzytomnego ze szpitala na brzeg Wisły i potem na ponton. Będzie zapisywał ich nazwiska. Nie będzie wśród nich ani jednej osoby, którą zapamiętał „Kryska”, bo tak się składa, że w czasie przenoszenia na ponton odzyskał przytomność i widział, że niósł go m.in. Tadeusz Kornaszewski ps. „Tadek Wilk” z plutonu „Łokietka” i jego ludzie. Na miesiąc przed śmiercią „Kryski” lista będzie zawierała 48 nazwisk.