Nieprzyjaciel nie wytrzymuje naszych zwrotów zaczepnych
Pięćdziesiąty pierwszy dzień czuwania. Po odejściu kanałami resztek zgrupowania „Radosława” nocą z 19 na 20 września, dzień zastaje Powstańców, którzy nie odeszli, na skrawku Czerniakowa wyznaczonym ulicami Wilanowska, Solec, Zagórna, Idźkowskiego. W ręku Powstańców pozostaje też skrawek wybrzeża nad Wisłą szerokości około 250 metrów z zatopionym statkiem wycieczkowym „Bajka”, na który znosi się rannych do ewakuacji. Za dnia ten rejon jest przestrzeliwany ze wszystkich stron i w praktyce nie ma szans tam się utrzymać. Ma to znaczenie, bo zaczyna brakować nie tylko żywności, ale i wody, a tę trzeba czerpać z rzeki, ale jest to możliwe tylko nocą. Walka toczy się nawet nie o poszczególne domy, ale o piętra i pokoje.
Na Czerniakowie zostaje około 90 żołnierzy „Parasola” i „Zośki” pod dowództwem Ryszarda Białousa ps. „Jerzy”139, resztki 1 i 2 batalionu 9 Pułku piechoty pod dowództwem majora Łatyszonka140, resztki zgrupowania „Kryska” — razem kilkaset osób, w większości kontuzjowani, ranni, ogłuszeni. Dowodzi ten, kto krzyknie i zbierze wokół siebie ludzi. Walka trwa, bo ciągle jest nadzieja już nie na kolejny desant, ale na ewakuację na drugi brzeg Wisły, na opiekę szpitalną dla rannych, na jedzenie. Tak zostaje ocalony, poprzez ewakuację na Pragę, Jan Rodowicz ps. „Anoda”141, żołnierz kompanii „Rudy” z batalionu „Zośka” — 9 sierpnia ranny w lewe płuco na Woli, odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, ranny znowu w lewe ramię i bark, z potrzaskaniem kości, 15 września i ranny po raz trzeci 16 września w tę samą lewą rękę. Ewakuowany — przeżyje wojnę. Zostanie aresztowany 24 grudnia 1948 roku przez UB, 7 stycznia 1949 roku zginie — według oficjalnej wersji wyskakując z IV piętra budynku Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Zginie za to tego dnia „Czarny Jaś”, Jan Wuttke142, zastępca kompanii w batalionie „Zośka”, od 5 września 1944 roku mąż Ireny Kowalskiej, ps. „Irka”143. Żona przeżyje męża o kilka dni, nie wiadomo dokładnie ile, widziana ostatnio na Wilanowskiej 1 w dniu poddawania budynku 23 września rano. Miejsce mordu i pochówku — nieznane. Miejsce pochówku Jana Wuttke — także nieznane.
Rankiem 20 września do budynku szpitala powstańczego przy Wilanowskiej 18/20, gdzie jeszcze kilka godzin temu leżał na noszach „Radosław”, wchodzą Niemcy. Szpitalem zajmuje się Irena Konopacka-Semandeni ps. „dr Konstancja”144. Przed powstaniem należała do grupy tzw. ciotek, które przyjmowały cichociemnych i pomagały im się asymilować w warunkach okupowanej Warszawy. Przez jej mieszkanie przewinęło się łącznie trzynastu z nich. W sierpniu w walkach o Politechnikę straciła męża i syna, żołnierzy batalionu AK „Golski”145. Młodszego syna zabrała do siebie do szpitala na Czerniaków, wydawało się, że to spokojniejsze miejsce. Przed zajęciem szpitala przez Niemców usunięto z niego wszelkie rzeczy świadczące o tym, że mógłby być to szpital wojskowy. Mimo uznania praw kombatanckich przez państwa alianckie Niemcy za znalezioną jedną opaskę powstańczą potrafią wymordować wszystkich rannych w szpitalu. Wszyscy o tym wiedzą. Podobnie ryzykowne są czapki, elementy niemieckich „panterek”, zdjęcia zrobione w czasie Powstania. Na pytanie, czy wśród rannych są Powstańcy, dr. Konopacka odpowiedziała, że nie i wówczas jeden z rannych, prawdopodobnie volksdeutsch, odezwał się po niemiecku, że owszem, że wszyscy ranni to Powstańcy. Został rozstrzelany przez niemieckiego oficera w pierwszej kolejności. Następnie niemiecki oficer, od posłania do posłania, szedł i strzelał do wszystkich pozostałych, każąc dr. Konopackiej potwierdzać zgon. I tak 110 razy. Po wyjściu Niemców okazało się, że siedemnastu rannych mimo postrzałów, ciężkich ran głowy — jednak żyje. Kolejny oficer zgodził się na ewakuację rannych. Dziesięciu z nich zabrano w nieznanym kierunku, z siedmioma z nich do końca powstania dr. Konopacka wegetowała w podziemiach zrujnowanego budynku Okrąg 2, dawnej reducie „Parasola”, następnie na gestapo wywalczyła prawo do ich ewakuacji. Niemcy mówili na nią „Die Hexe” — Wiedźma, ale tych siedmiu ze 110 przeżyło. Przeżyje też jej młodszy syn — Zbigniew. Po wojnie zostanie wybitnym matematykiem.
Po południu 20 września Niemcy otaczają budynek przy ulicy Zagórnej 6, podpalają go i odcinają drogi wyjścia, szykują się do szturmu. W ostatniej chwili radiotelegrafista 3 pułku artylerii lekkiej chorąży Borys Kunysz nadaje ostatni meldunek, pali książki kodowe i podaje koordynaty dla ostatniej nawały ogniowej. Współrzędne, które podaje, to budynek Zagórna 6, kieruje ogień kolegów z pułku na siebie i swoich dwóch podkomendnych — kaprala Rentza i kanoniera Sekureckiego. Wszyscy giną wraz z Niemcami atakującymi budynek.
Szukałem Jego zdjęcia, biogramu w sieci. Nie wiem, jakie były jego drogi do Armii Berlinga. Nie ma jego zdjęć, nie ma biogramu. Pojawia się w wielu relacjach innych ludzi. Żołnierz wyklęty.
Tego dnia przy wyprowadzaniu cywilów i jeńców z magazynów Społem na Czerniakowie wyprowadzono łączniczkę Marię Cetys, ps. „Szympans”146, ciężko ranną 10 września, w wyniku czego amputowano jej rękę. Była ubrana jak inni cywile.
— Bist du Banditin? — zapytał jakiś Niemiec.
— Jestem żołnierzem Armii Krajowej — odpowiedziała dumnie i została natychmiast zastrzelona.
Ta wymiana dwóch zdań jako motto trafi na przedtytułową stronę pierwszego wydania książki Adama Borkiewicza Powstanie warszawskie. Zarys działań natury wojskowej — pierwszego tego typu opracowania, jeszcze w wielu miejscach niedokładnego, nieprecyzyjnego, ale pod wieloma względami — pionierskiego. „A mogła przecież zaprzeczyć i prawdopodobnie ocaliłaby życie” — napisze Tadeusz Grigo.
Chorąży Kunysz mógł się poddać i zdać na łaskę wroga, Maria Cetys mogła nic nie mówić, „Morro” mógł nie biec nad rzekę, kolejni, ginący dowódcy „Kryski” (przypomnijmy: trzech rannych, trzech zabitych w ciągu tygodnia) — mogli nie dawać głosu. A jednak — jakby napisał Żeromski, jak powtórzył za nim Wańkowicz w Monte Cassino — postępowali inaczej, „bo taki nasz obyczaj”.
Wydaje się, że stężenie odwagi przekraczało w tych dniach wszelkie normy. Było poza zasięgiem wyobraźni.
Tymczasem nazajutrz 21 września 1944 roku w meldunku dowódcy Okręgu-AK „Montera” można przeczytać zdanie:
„Naszych zwrotów zaczepnych npl [nieprzyjaciel] nie wytrzymuje. Toteż jest to nasza najwłaściwsza forma walki”.
Nie wiadomo jakim cudem — skoro tak uważa dowódca Okręgu AK — nie udało się żadne zaczepne działanie na większą skalę? Dlaczego skończyły się masakrą zwroty zaczepne na Stawki 11 sierpnia, na Dworzec Gdański 20 i 21 sierpnia, próba przebicia korytarza ze Starego Miasta do Śródmieścia? Nie wiadomo, co w ogóle ma na myśli dowódca okręgu, niemający od wielu dni łączności z Czerniakowem, niewidzący wiele poza linią barykady w Śródmieściu, który nigdy nie zszedł do kanału, nie zwizytował pozostałych dzielnic. A przede wszystkim — dlaczego w decydującym momencie Powstania, kiedy żołnierze „Kryski”, „Radosława” i Armii Wojska Polskiego krwawili się na przyczółkach — nie przyszedł wielki zwrot zaczepny pod wodzą „Montera” ze Śródmieścia?