Widzenie Tymoteusza. Śpiew murów
Może tego nie widzisz Synku, ale miewam trochę nieobecny wzrok. Staram się zapominać na czas bycia z Tobą o tym, co we mnie zamieszkało. To zawsze było, ale ostatnio to coś chce gadać, mówić do mnie. Nie wiem, dlaczego akurat lato tego roku przymusiło mnie do opowiedzenia samemu sobie tej historii jeszcze raz. Czy z powodu tej liczby — czterdzieści i cztery — która koresponduje z moimi urodzinami? Tak to wyjaśniałem paru znajomym, Twojej Mamie. Ale tak naprawdę — nie mam pojęcia, dlaczego to się ze mną dzieje. Dźwięczy mi to w uszach, kotłuje się w głowie i ona czasem boli, a czasem bolą plecy, jakbym cały dzień nosił żelastwo z piwnic hurtowni na górę i z powrotem. I to też zresztą się czasem zdarza. Zatem gadam do siebie. Bo przecież często tak jest, że aby lepiej zrozumieć jakieś zdanie albo zadanie, powtarza się je na głos. Tak, żeby związki między wyrazami, pojęciami stały się jaśniejsze, jakby się ręką wodziło po niewidzialnym przedmiocie, próbując odgadnąć, co to właściwie jest, z czego jest zrobione, do czego można tego użyć, czy może się do czegoś przydać, czy czymś grozi.
Mówię do siebie, że czuwam i zarazem próbuję sobie tę historię opowiedzieć jeszcze raz, na głos, poskładać kilka znaczących dla mnie szczególnie fragmentów, głosów, zdań, obrazów. Z jednej strony schładzam, uciszam, oddalam się. Z drugiej nasłuchuję tych głosów łapczywie:
Nocą, gdy miasto odpłynie w sen trzeci,
a niebo czarną przewiąże się chmurą,
wstań bezszelestnie, jak czynią to dzieci,
i konchę ucha tak przyłóż do murów.
Zaledwie westchniesz, a już cię doleci
z samego dołu pięter klawiaturą
w szumach i szmerach skłębionej zamieci
minionych istnień bolesny głos chóru.
„Bluszczem głosów spod ruin i zgliszcz
pniemy się nocą na dachy i sen,
tobie, Warszawo, w snach naszych śnisz,
nucąc wrześniami żałobny nasz tren”.
T. Gajcy, Śpiew murów
Podobno wczoraj bawiłeś się z Mamą w pokoju siostry, a ja jadłem mój dietetyczny posiłek po pracy i nagle odwróciłeś się w stronę schodów, które prowadzą na poddasze, gdzie spędzam teraz na lekturach i pisaniu sporo czasu, pokazałeś palcem na górę i powiedziałeś:
— Pan pośet!
Mama powiedziała, że nikogo nie ma, a Tata jest na dole, ale Ty przecież widziałeś i wiesz lepiej, co widziałeś, więc pokazałeś jeszcze raz z pokoju siostry schody na poddasze i powiedziałeś zdecydowanie:
— Pan, Pan pośet — po czym dodałeś, zaplatając rączki wokół klatki piersiowej — boje-boje!
Wierzę ci, że mogłeś coś albo kogoś widzieć i miałeś prawo się tego przestraszyć. Podobno dzieci i psy tak mają, że widzą niewidoczne dla dorosłych postaci, a nawet potrafią z nimi rozmawiać. Te dobre i te mniej dobre. Muszę ci powiedzieć, że od kiedy czuwam na głos, czasem mam wrażenie bliskiej obecności, chociaż bałbym się jakoś jednoznacznie ją określić, żeby nie popadać w to wszystko, czego się nie da obronić w języku. Tam na poddaszu zbiera się dużo jakiegoś koloidu. Mówię sobie, że to kurz z książek, z dawno nieruszanego regału. Wszystkie te książki kiedyś miałem w rękach, sporo z nich przeczytałem. Niektóre po kilka razy, a nawet jak byłem młodszy, rysowałem ołówkiem na planach i mapkach swoje wersje taktycznych rozwiązań nierozwiązywalnych zadań, głównie bojowych. I od kilku tygodni one nie wracają na półki, walają się po biurku, podłodze. Wertuję je, przeglądam, grzebię w internecie, porównuję coś, co napisali jedni, z tym, co napisali inni i czasem próbuję napisać wersję wynikającą z tych rozproszonych głosów, która mnie samego przekona. Właśnie tak, jakbym był znowu w szkole i głowił się nad bardzo trudnym zadaniem. W każdym razie chciałem Ci powiedzieć Synku, że wierzę, że Pan pośet na górę, bo tam się strasznie dużo kłębi na poddaszu, dużo imion, pseudonimów, a powiedziane jest, aby imion nadaremno nie używać i nie wzywać. A tata wzywa.
Od dwóch dni myślałem dużo o fosforze białym. Chciałem znaleźć zdjęcie płytek fosforu. Nie proszku, nie bomby, nie kolby laboratoryjnej, ale płytek. Jak mogły wyglądać płytki, które mieściłyby się w zasobnikach, ładownicach w ilości dużej, w ilości wystarczającej? A może to były kostki? Podobno fosfor biały w kostkach jest bardziej stabilny, rozkruszony łatwo się zapala, trudno gasi, nie da się ugasić wodą. Rozgrzewa się do 1300 stopni, ale pali się także w temperaturze poniżej 100 stopni, powoli, nieprzerwanie, niepowstrzymanie. A nasze białko, z którego jesteśmy zbudowani, ścina się przy dłuższym przebywaniu w temperaturze 63 stopni. Rany po fosforze są głębokie, trudno się goją i świecą w nocy, jak próchno w lesie. Algorytmy wyszukiwarek internetowych są bezlitosne. Nie trafiałem na zdjęcia kostek, płytek. Widziałem ciągle zdjęcia poparzonych, popalonych dzieci, kobiet, zbliżenia ich ran, dziur wypalonych w ciele do kości i na wylot. I to nie były zdjęcia z Powstania Warszawskiego, to były zdjęcia z Aleppo, Homs, Mosulu32. Tak jakby wojna się nie skończyła. Bo ona się niestety nie skończyła. Nie umiemy jej skończyć.
Próbuję to zrozumieć, otwieram książki w zaznaczonych zagiętymi rogami miejscach i czytam tamtą historię jeszcze raz, opowiadam ją na głos, tak jak układa mi się w głowie, jak ją słyszę zewsząd i wewnątrz. Nie piszę niczego nowego. Raczej ścieram kurz, wyciągam starocie, układam. Marzy mi się, że w ten sposób zbliżamy się jednak do zakończenia tej cholernej wojny. Dla Ciebie. A wtedy i my, i oni, także ten Pan, który pośet na górę, na poddasze do Taty — będziemy mogli zasnąć, wreszcie odpocząć, oddychać spokojnie i swobodnie. A potem się obudzić. Tymczasem — nie bój się. Tata czuwa.
Nie o wszystkim śpiewa Lao Che33
Pierwsze 3–4 dni Powstanie było w natarciu, bo Niemcy nie mieli czym go stłumić. Przez Warszawę przechodziły oddziały walczące na przedmościu praskim, walczyły chaotycznie o przebicie, ale nie było mowy o tłumieniu Powstania, bo nie było czym ani kim. Żeby opanować sytuację, Niemcy musieli ściągać do Warszawy najróżniejsze oddziały po 300–400 żołnierzy z odległości czasem po 300 i więcej kilometrów i powoli klecić z nich jakieś zgrupowanie, przy czym pierwszym zadaniem miało być odbicie zablokowanych punktów oporu w centrum miasta34 i przebicie przez miasto komunikacji z drugim brzegiem Wisły. Powstańcy nie zdobyli wprawdzie mostów, ale odcięli je od reszty miasta.
1 sierpnia 1944 roku, na wieść o wybuchu Powstania w Warszawie, Hitler wydał ustny rozkaz, aby podległe mu jednostki zburzyły miasto, nie brały jeńców i wymordowały wszystkich jego mieszkańców. Nie znamy dokładnego brzmienia tego rozkazu. Wbrew obiegowej opinii, III Rzesza opierała się na ustnym, pełnym niedopowiedzeń rozkazodawstwie i dużej dozie woluntaryzmu, w którym ostatecznie chodziło o to, „żeby Führer był zadowolony”. Natomiast do wykonawcy rozkazu należała interpretacja i szczegółowe dobranie metody jego wykonania. Tymczasem przez pierwsze dwa-trzy dni sierpnia nie za bardzo było kim Warszawę równać z ziemią. Sytuacja zaczęła się zmieniać 3–4 sierpnia wraz z utworzeniem grupy gen. Heinza Reinefartha35, oficera rezerwy, z zawodu adwokata, która miała odblokować siły garnizonu Warszawy, idąc od Woli, Ochoty w kierunku Śródmieścia. To nie była regularna jednostka, tworzyły ja naprędce zbierane siły policyjne i jednostki tyłowe. W pierwszych dniach jej trzonem była m.in. brygada36 sformowana z przestępców, początkowo kłusowników, przez Oskara Dirlewangera37, z którym Reinefarth zresztą się serdecznie nie znosił. W ogóle Dirlewangera i jego żołnierzy, podobnie jak uczestniczącej w tłumieniu Powstania Brygady SS RONA38 złożonej z byłych obywateli ZSRR, nikt z frontowych żołnierzy nie lubił, bo zazwyczaj chętniej zajmowali się pastwieniem nad ludnością cywilną. Nie chodziło o to, że oficerowie i żołnierze Wehrmachtu mieli coś przeciwko temu ostatniemu, chodziło o to, że ważniejsza była dla nich jednak walka niż mordy i grabieże. Mordy oznaczały zaś często ponadnormatywne zużycie amunicji. W rozmowie w nocy z 4 na 5 sierpnia 1944 roku z Von Vormannem39, dowódcą 9 Armii niemieckiej, której formalnie podlegały wojska walczące w Warszawie, Reinefarth mówił o pierwszych walkach na Woli:
— Co mam robić z ludnością cywilną? Posiadam mniej amunicji niż jeńców.
Przy czym słowa „jeńcy” i „ludność cywilna” były tutaj użyte jako synonimy, bowiem wobec rozkazu Hitlera każdy Polak w Warszawie był zarazem jeńcem, czyli kandydatem do rozstrzelania. Nie znam odpowiedzi na problemat generała Reinefartha, ale następnego dnia podległe mu jednostki kontynuowały przebijanie korytarza do Śródmieścia od strony Ochoty i Woli, po równo dzieląc czas na mordowanie ludności i walkę z Powstańcami. Z czasem proporcje ulegną zachwianiu, Niemcy i podległe im oddziały zajmą się głównie mordowaniem i rabowaniem. A potem już głównie mordowaniem. Szacunki historyków bardzo się różnią. Nie wszyscy historycy do działalności grupy Reinefartha przywiązują podobną wagę. Czasem wydarzenia nazwane „Rzezią Woli” są kwitowane jednym zdaniem o tym, że liczba ofiar jest szacowana na od 7 do 38 tysięcy. I najczęściej historycy skupiają się na wydarzeniach jednego dnia, czyli 5 sierpnia. Tymczasem piekło szalało od 4 do 7 sierpnia od Ochoty po północne krańce Śródmieścia i według ustaleń Antoniego Przygońskiego pochłonęło nie mniej niż 59.400 mieszkańców Warszawy.
Szał mordu zaczął wygaszać przybyły do Warszawy 5 sierpnia jako naczelny dowódca wszystkich sił skierowanych do stłumienia Powstania Erich von dem Bach-Zelewski, uchylając pierwotny rozkaz Hitlera. Najpierw uchylił rozkaz dotyczący mordowania wszystkich mieszkańców — miano mordować tylko mężczyzn, potem zaś tylko mężczyzn w wieku poborowym, wreszcie tylko mężczyzn podejrzanych o to, że mogliby być Powstańcami. Oczywiście nie zawsze, nie wszędzie i nie wszyscy wypełniali rozkaz co do joty. Tak to bywa na wojnie. Mimo że von dem Bach po wojnie twierdził, iż łagodząc pierwotny rozkaz Hitlera miał motywacje humanitarne, wiele wskazuje na to, że jego motywacja była wyłącznie utylitarna — chociażby dlatego, że wjeżdżając do Warszawy był świadkiem egzekucji na cmentarzu prawosławnym na Woli i nie wstrzymał jej. Najpierw objechał front wszystkich jednostek i dopiero pod wieczór uchylił rozkaz Hitlera.
Chodziło zapewne o kilka rzeczy. Po pierwsze — zagrożenie życia cementowało jedność ludności cywilnej i Powstańców, po drugie — eksterminacja nie dawała szans na szybkie zakończenie walk na drodze kapitulacji (ludzie wiedzieli, że albo będą walczyć, albo zginą) po trzecie — mordy i grabieże powodowały, że mniej żołnierzy walczyło z Powstaniem, a morale i spoistość oddziałów, które i tak były raczej zbieraniną tego, co akurat było pod ręką, była w zasadzie żadna. Dlatego po 7 sierpnia główną metodą eksterminacji będzie przymusowe wysiedlanie; mordowanie stanowiło jedynie metodę pomocniczą tłumienia powstania.
Rzeczywiście — jedną z przyczyn, dla których Powstanie nie zakończyło się w sierpniu, było memento Woli i Ochoty. Wydawało się, że wyboru nie ma. Być może rzeczywiście go nie było. Nie wiadomo jak wojska von dem Bacha zachowałyby się na przykład, gdyby kapitulacja nastąpiła 20 sierpnia — biorąc pod uwagę taki drobiazg jak to, że państwa alianckie prawa kombatanckie żołnierzom Armii Krajowej przyznały dopiero 29 sierpnia 1944 roku. I dopiero od tego czasu byli oni uznawani za część wojsk alianckich walczących z Niemcami, a tym samym Niemcy mieli traktować jeńców w zgodzie z literą konwencji haskich.
Niewielu historyków Powstania przez lata pochylało się nad kilkudziesięciogodzinną gehenną Woli i Ochoty. Czasem to jest kilka zdań, czasem ledwie jedno. Cyfra. Za cyframi stoją ludzie, a w zasadzie leżą, czołgają się, wypełzają spod stosów trupów. Spośród wielu relacji jest i ta, która za mną chodzi od lat — Wandy Felicji Lurie40, która z trójką dzieci, sama będąc w ostatnim miesiącu ciąży z czwartym dzieckiem, została wyprowadzona 5 sierpnia 1944 roku ze swojego domu przy ul. Wolskiej i popędzona do fabryki „Ursusa”.
„Niemiec, który to widział [...] gdy błagałam go, całowałam go po rękach — odpychał mnie i wołał „prędzej”; popchnięta przez niego przewróciłam się, uderzył też i pchnął mego starszego synka, wołając „prędzej, prędzej ty polski bandyto”. W ostatniej czwórce, razem z trojgiem dzieci podeszłam do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą rączkę starszego synka. Dzieci szły płacząc i modląc się; starszy, widząc zabitych, wołał, że nas zabiją i wzywał ojca. Pierwszy strzał położył starszego synka, drugi ugodził mnie, następny zabił młodsze dzieci. [...] Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny: kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki i wyszła przez policzek; dostałam krwotok ciążowy. Przy krwotoku ustnym wyplułam kilka zębów”.
Trafiona przy kolejnych egzekucjach strzałami oddanymi do innych osób, ranna w nogi Wanda Lurie wieczorem wypełzła spod zwału trupów. Została niebawem ponownie pojmana i skierowana do obozu przejściowego w Pruszkowie.
Heinz Reinefarth został skazany wyrokiem niemieckiego sądu wojennego w 1945 roku na karę śmierci za brak determinacji w obronie Kostrzyna. Wyroku nie wykonano. Żaden inny sąd nigdy nie postawił go w stan oskarżenia. Po wojnie był między innymi burmistrzem miasta Westerland i deputowanym landtagu Szlezwik-Holsztyn.
Wanda Felicja Lurie w obozie w Pruszkowie 20 sierpnia 1944 roku urodziła syna. Nadała mu imię Mścisław.