Zła noc
Nadchodzi zmierzch i ciężka noc. Żołnierze Pułku „Garłuch” nie bardzo wiedzą, co mają robić. Cofnięci na pozycje wyjściowe, często pod ogniem nieprzyjaciela, nie dostają nowych rozkazów. Grupy żołnierzy domagają się od oficerów jakiejkolwiek decyzji, niektórzy chcą na własną rękę przebijać się w stronę kompleksów leśnych — Lasów Chojnowskich albo Puszczy Kampinoskiej. Pułk „Garłuch”, wskutek braku zdecydowania w ciągu tej nocy i następnego dnia, w zasadzie przestanie istnieć. Luźne ale liczne grupy młodych, częściowo uzbrojonych ludzi wędrujące w różnych kierunkach będą zwracały uwagę tyłowych patroli niemieckich. Będą wyłapywani i rozstrzeliwani, część dotrze na Mokotów, część się rozproszy.
To ciężka noc, w której trwają walki, ale trwa też exodus z miasta. Ogólne wrażenie jest takie, że godzina „W” w zasadzie nigdzie nie przynosi jednoznacznego sukcesu. Większość strategicznych i operacyjnych obiektów wyznaczonych do zajęcia pozostaje w rękach niemieckich. Mosty, dworce, duże budynki użyteczności publicznej. Straty powstańców są bardzo ciężkie. Mówi się o ponad dwóch tysiącach zabitych i rannych. Taka rzeź nie powtórzy się w czasie Powstania, jeżeli mowa o skutkach walki w jednostkach liniowych. Bo oczywiście ludność cywilna swój największy koszmar ma dopiero przed sobą. Jeden z historyków Powstania, Jerzy Kirchmayer19, zarzuci „Monterowi” w powojennych opracowaniach, że planując Godzinę „W” na godzinę 17, rozumował jak przedwojenny polowy dowódca, który chciał rozpoznać przeciwnika walką, ocenić jego położenie, gdzie trzyma się mocno, a gdzie słabo, pod osłoną nocy przegrupować swoje siły i o świcie uderzyć na przeciwnika znowu. Sam „Monter” przyznawał po wojnie, że zamiarem było dozbroić się w obiektach słabo obsadzonych i wzmocnić się przed uderzeniem na obiekty silnie obsadzone. Przy czym dzięki temu rozproszono i tak słabe siły, wyznaczając im setki równorzędnych celów, bez cienia myśli, że raz odparte natarcia nie zostaną wznowione, bo oddziały się rozsypią, wyjdą samowolnie z miasta, nie nawiązując łączności z wyższym dowództwem albo po prostu — jak bateria „Kuba” po pierwszym ataku — przestaną istnieć.
Gorzką ocenę realizacji strategicznych planów dowództwa AK wystawił dowódca garnizonu warszawskiego, świeżo przybyły z Wilna Generał Stahel20, który w pisanym w sierpniu raporcie z walk w Warszawie nawet nie zauważył, że godzina „W” była nakierowana na jakieś strategiczne cele. Pisze o rozproszonych atakach na pomniejsze cele, których zamiarem jest zapewne zdobycie broni, amunicji. To by się zgadzało z zamiarem „Montera”.
Z wielu relacji wyłania się obraz chaosu. Wszystko nieźle działa w obrębie jednej dzielnicy, części dzielnicy, tam gdzie działają zwarte oddziały, ale trudno mówić o jakiejkolwiek koordynacji działań między dzielnicami, czy o planowym przegrupowaniu sił. Tej nocy dowodzący obwodem Żoliborz ppłk Mieczysław Niedzielski ps. „Żywiciel”21 po stratach poniesionych w godzinie „W” wraz z około 900 swoimi ludźmi, z czego około połowa była uzbrojona — opuszcza miasto i udaje się do Kampinosu, zostawiając jedynie niewielką placówkę na placu Wilsona. Nic o tym nie wie dowódca oddziałów partyzanckich w puszczy, kapitan Józef Krzyczkowski ps. „Szymon”22, który oczekiwał wsparcia z Żoliborza w godzinie „W”, kiedy uderzał na lotnisko polowe na Bielanach. Nie doczekawszy się pomocy od oddziałów warszawskich, przegrupowuje się pod osłoną nocy do kolejnego ataku. Powstańcy uderzą o 4 rano, znowu bez powodzenia, przy czym ciężko ranny zostanie kapitan „Szymon”. Opuszcza miasto samodzielne zgrupowanie kapitana Władysława Nowakowskiego „Serba”23, próbuje wyjść ze Starego Miasta zgrupowanie batalionu „Antoni”24 oraz „Wigry”25 pod dowództwem ppłk. Franciszka Rataja ps. „Paweł”26. Bataliony docierają na Wolę i tam zostają zatrzymane. Dowódca obwodu Ochota, ppłk Mieczysław Sokołowski „Grzymała”27, postanawia wyjść z około 700 ludźmi, z których tylko około 100 ma uzbrojenie, w kierunku Lasu Sękocińskiego. Na Ochocie 2 sierpnia zostają tylko dwa punkty oporu — w rejonie Monopolu Tytoniowego28 i w czworoboku ulic Wawelska, Pługa, Milanowskiego i Uniwersytecka. W nocy odpływa z Mokotowa także batalion „Karpaty”29 oraz inne mniejsze oddziały, które poniosły porażkę w godzinie „W” — łącznie około tysiąca ludzi. W sumie tej nocy i następnego dnia opuszcza Warszawę około pięciu tysięcy ludzi. Część z nich — jak zgrupowanie „Żywiciela” czy „Grzymały” — podejmie próby powrotu do stolicy i zacznie się rozbudowywać, część — jak pułk „Garłuch” — rozproszy się bezpowrotnie.
Jeżeli coś ratuje Powstanie na tym etapie od całkowitego niepowodzenia, to postawa ludności cywilnej. To właśnie znakomity duch, radość, entuzjazm wśród cywilów w pierwszych godzinach Powstania powoduje krzepnięcie powstańczego wojska.
Mimo woli kojarzy się ta noc sierpniowa z nocą styczniową30 sprzed bez mała stu lat, kiedy to insurgenci mieli uderzyć na zaborcę na terenie całego Królestwa i która to noc również brzmiała w większości miejsc porażką i klęską. A jednak — podobnie jak wtedy — mimo porażek, odwrotów, szukania bezpiecznej przystani w lasach, pojawia się zaskakujący efekt. Przeciwnik niby trzyma gardę, zadaje większe straty, nawet wydaje się, że triumfuje, ale traci inicjatywę, zamyka się w bezpiecznych enklawach, w których może się sycić swoją przewagą ognia, ale zostawia słabszym buntownikom teren, pozornie rzecz bez znaczenia. Tam, wtedy — w 1863 roku — zaczyna grupować swoje garnizony wyłącznie w większych miejscowościach, zostawiając insurgentom mniejsze miejscowości niemal bez osłony, dzięki czemu tamci powstańcy zyskują na kilka-kilkanaście dni oddech, krzepną partie, nabierają charakteru wojskowego zbieraniny chłopsko-ziemiańskie i kiedy przeciwnik odzyskuje inicjatywę, okazuje się, że pozornie rozbitego już przeciwnika nie jest tak łatwo dobić. I tutaj dzieje się coś podobnego. Godzina „W” jest w zasadzie z wojskowego punktu widzenia porażką, ale Niemcy, spodziewając się samego powstania, nie podejrzewali jego skali — i to jakby wbrew ocenom generała Stahela, które zdawały się bagatelizować osiągnięcia pierwszych godzin walki. Na kilka dni Niemcy, mimo niekwestionowanej przewagi na każdym planie, tracą jedno — inicjatywę. Kiedy ją odzyskają koło 5 sierpnia — naprzeciwko nich nie będzie stało to samo wojsko, nie te wstrząśnięte niepowodzeniami rozproszone częściowo grupy wyłapywane w różnych miejscach 2 sierpnia. To będzie wojsko, które będzie czuło za plecami wsparcie całego miasta. I tak długo jak ta symbioza będzie trwała — a będzie to różnie wyglądało w różnych rejonach miasta — ten żołnierz będzie dokonywał cudów, które nie śniły się Generałowi Stahelowi ani jego następcy — Erichowi von dem Bachowi31.