III. Jak poznałem moją żonę

Przez dwa dni błąkałem się dokoła pawilonu, kryjąc się za nierównością gruntu. Stworzyłem sobie cały system taktyczny. Niskie pagórki i kotliny, przechodzące jedne w drugie, osłaniały jakby płaszczem ciemności mój nużący, a może nie bardzo szlachetny wywiad. Ale pomimo tego mało dowiedziałem się o Northmourze i jego gościach.

Gdy zapadł zmierzch, stara służąca przyniosła świeże zapasy żywności. Northmour i młoda kobieta, czasami razem, częściej osobno, przechadzali się po wybrzeżu koło piasków ruchomych. Widocznie nie chcieli, żeby ich widziano, gdyż miejsce to było otwarte tylko od strony morza. Ale ja, leżąc we wgłębieniu, za jednym z najwyższych pagórków, widziałem doskonale zarówno Northmoura, jak i młodą pannę podczas ich spaceru.

Wysoki człowiek znikł zupełnie z widowni. Nigdy nie przekraczał progu domu, nie pokazywał się nawet w oknie, przynajmniej ja go nigdy nie widziałem. Zresztą w dzień, kiedy z górnego piętra pawilonu widać było na dalszą przestrzeń wydmy, nie posuwałem się ku niemu, w nocy zaś, gdy zbliżałem się do pawilonu, dolne okna były zabarykadowane, jakby chciano przetrzymać oblężenie. Czasami przypuszczałem, że wysoki człowiek leży w łóżku, bo i wtedy, gdy go widziałem, szedł chwiejnym krokiem, czasami zaś myślałem, że odjechał i Northmour z młodą panną są sami w domu. Myśl ta już wtedy nawet sprawiała mi przykrość.

Nie wiedziałem, czy są mężem i żoną, ale wydawało mi się, że nie ma między nimi przyjaźni. Chociaż nie słyszałem, co mówili, ani nie mogłem odróżnić wyrazu ich twarzy, jednakże zachowanie ich z daleka było sztywne, nieprzyjazne prawie. Zauważyłem, że młoda dziewczyna szła zawsze prędzej w towarzystwie Northmoura, niż kiedy była sama, gdyby zaś istniało między nimi jakiekolwiek uczucie, przechadzałaby się wolniej, właśnie idąc z nim razem. Czasami kroczyła o metr od niego i nastawiała parasolkę z jego strony, jakby barierę. Northmour starał się zbliżyć do niej, panna oddalała się coraz bardziej i droga ich po wybrzeżu tworzyła rodzaj zygzaka z linii przekątnych, który skończyłby się w falach, gdyby przechadzka ich dłużej trwała. Powracając, panna nieznacznie przechodziła na drugą stronę tak, że Northmour znajdował się między nią a morzem. Przyglądałem się z najwyższym zadowoleniem i aprobatą tym manewrom i śmiałem się po cichu.

Trzeciego dnia wyszła na przechadzkę sama i ku wielkiemu memu zmartwieniu spostrzegłem, że kilkakrotnie zaczynała płakać. Już wtedy nie była mi obojętna. Ruchy jej aż ciągnęły oczy — tyle w nich było lekkości i stanowczości. Głowę trzymała z nieopisanym wdziękiem, postać jej tchnęła słodyczą i dystynkcją30.

Dzień był tak słoneczny i pogodny, morze tak spokojne, powietrze było tak świeże i zdrowe, że wbrew zwyczajowi panna po raz drugi wyszła na przechadzkę. Towarzyszył jej Northmour. W pewnej chwili ujrzałem, jak gwałtem31 owładnął jej dłoń. Pomimo dziwacznego mego położenia, podniosłem się z zasadzki, by zainterweniować. Ale ujrzałem, jak Northmour zdjął kapelusz i skłonił się, przepraszając, schowałem się więc znowu. Potem odszedł zaczerwieniony i nachmurzony, uderzając laską po trawie. Z przyjemnością stwierdziłem, że ma bliznę i siniec pod okiem, był to ślad mojej ręki.

Przez pewien czas młoda kobieta stała tam, gdzie ją opuścił, patrząc na otwarte morze i na wysepkę. Potem nagle otrząsnęła się z zadumy i wytężając znów energię, poszła dalej. Niedawne zajście wstrząsnęło nią. Zapomniała, gdzie jest. Szła prosto ku piaskom ruchomym. Jeszcze parę kroków, a życie jej byłoby w niebezpieczeństwie. Stoczyłem się ze stromej wydmy i biegnąc ku niej, zawołałem, żeby się zatrzymała.

Zatrzymała się wtedy i szła wprost na mnie. Nie było w niej najlżejszego strachu, wyglądała jak królowa. Byłem boso, w stroju prostego marynarza, przepasany tylko szarfą egipską. Prawdopodobnie wzięła mnie z początku za rybaka z wioski, włóczącego się po wybrzeżu i szukającego przynęty dla ryb. Znalazłszy się oko w oko, czując na sobie jej wzrok mocny i rozkazujący, byłem przejęty podziwem dla jej urody. Była piękniejsza, niż wydawała mi się z daleka. Pomimo śmiałości swej zachowywała miękkość dziewczęcą i pełną wdzięku. Żona moja przez całe życie zachowała ową rezerwę w obcowaniu, która u kobiety jest rzeczą doskonałą i ona to dopiero nadaje wartość jej poufałości.

— Co to znaczy? — zapytała.

— Pani idzie wprost w ruchome piaski — rzekłem.

— Nie znam tej okolicy — powiedziała. — Pan mówi jak człowiek wykształcony.

— Sądzę, że nim jestem — odparłem — pomimo mego przebrania.

Jej oko kobiece już dostrzegło mój pas.

— O — zauważyła — ten pas zdradza pana.

— Pani wyrzekła słowo „zdradza” — podjąłem. — Czy mogę prosić, by pani mnie nie zdradziła? Ukryłem się dla dobra pani. Ale gdyby Northmour dowiedział się o mojej obecności, mogłoby mnie spotkać coś gorszego niż zwykła przykrość.

— Czy pan wie, z kim pan rozmawia? — spytała.

— Czy nie z żoną pana Northmoura? — odrzekłem w formie pytania.

Potrząsnęła głową i przypatrywała mi się z uwagą, która stawała się kłopotliwa. Po czym wybuchła nagle:

— Ależ pan ma twarz uczciwą. Proszę być tak szczerym, jak twarz pana, i powiedzieć, czego pan chce i czego pan się obawia. Czyż pan sądzi, że mogłabym panu zaszkodzić? Pan ma raczej możność wyrządzenia mi krzywdy. A jednak nie wygląda pan jak wróg. Po cóż pan, dżentelmen, błąka się jak szpieg w tym pustkowiu? Proszę mi powiedzieć, kogo pan nienawidzi?

— Nie nienawidzę nikogo — odparłem — i nie boję się stanąć z nikim oko w oko. Nazywam się Cassilis, Frank Cassilis. Prowadzę życie włóczęgi dla własnej przyjemności. Jestem jednym z najstarszych przyjaciół Northmoura. Tymczasem przed trzema dniami na tym samym wybrzeżu pchnął mnie nożem w ramię.

— To był pan! — zawołała.

— Dlaczego to uczynił — ciągnąłem dalej, nie zważając na ten okrzyk — ani mogę odgadnąć, ani też dbam o to32. Nie mam wielu przyjaciół i nie jestem wrażliwy na przyjaźń, ale z miejsca, gdzie jestem, nie dam się ruszyć i nic mnie nie zastraszy. Jeżeli zaś pani przypuszcza, że mogę zaszkodzić jej albo też jej przyjaciołom, jest na to sposób, daję go w ręce pani. Proszę powiedzieć Northmourowi, że obozuję w kotlinie Hemlock, a może przyjść i zasztyletować mnie w nocy, gdy będę spał.

Mówiąc to, zdjąłem czapkę, złożyłem ukłon pannie i wczołgałem się znów między wydmy. Pierś mą ściskało bolesne uczucie. Czułem się bohaterem i męczennikiem. A tymczasem, naprawdę, nie miałem nic na usprawiedliwienie mego postępowania. Zatrzymałem się w Graden wiedziony ciekawością, ale nie był to motyw szlachetny. Innej przyczyny, która już wtedy przykuwała mnie do tej okolicy, nie mogłem pani mego serca wymienić.

Przez całą noc o tym tylko myślałem. Chociaż sytuacja jej wydawała mi się podejrzana i otaczała ją tajemnica, byłem zupełnie pewny, że ona nie czyni nic złego. Dałbym życie za to, że udział jej w tych sprawach jest całkiem niewinny i bez zarzutu. Ale wytężając bezskutecznie wyobraźnię, nie mogłem się domyślić, co ją łączyło z Northmourem. Czułem, że zdanie moje o niej jest słuszne, gdyż jest oparte nie na rozsądku, lecz na intuicji. I zasnąłem z myślą o niej.

Nazajutrz przyszła o tej samej porze sama. Jak tylko wydmy zasłoniły ją od strony pawilonu, zbliżyła się do brzegu, wołając mnie po imieniu stłumionym głosem. Ze zdziwieniem ujrzałem, że jest śmiertelnie blada i silnie wzruszona.

— Panie Cassilis — zawołała — panie Cassilis!

Ukazałem się natychmiast i wyskoczyłem na brzeg. Kiedy mnie ujrzała, widocznie odetchnęła z ulgą.

— Och — zawołała chrapliwie, jakby pierś jej była zdławiona ciężarem — dzięki Bogu, pan jest żywy i zdrowy. Wiedziałam, że jeżeli pan jest, to przyjdzie pan tutaj. — (Czy to nie dziwne? Tak szybko i mądrze natura przygotowuje nasze serca dla spójni33 trwającej życie całe, że już na drugi dzień naszej znajomości ja i żona moja mieliśmy tej spójni przeczucie. Ja czułem, że będzie mnie szukała, ona była pewna, że mnie znajdzie). — Proszę opuścić to miejsce — mówiła dalej prędko — proszę mi obiecać, że nie będzie pan dłużej spał w lesie. Pan nie wie, jak ja cierpię. Przez całą ostatnią noc nie mogłam spać, myśląc, że pan jest w niebezpieczeństwie.

— W niebezpieczeństwie? — powtórzyłem. — Któż mi zagraża? Northmour?

— O nie — odparła — czyż pan sądzi, że powiedziałam mu o naszej wczorajszej rozmowie?

— Nie Northmour? — zdziwiłem się. — Więc któż? Dlaczego? Nie mam powodu obawiać się nikogo.

— Pan nie powinien się dopytywać — brzmiała jej odpowiedź. — Proszę mi zaufać i odejść stąd prędko, prędko! Tu chodzi o życie pana!

Straszenie odważnego młodzieńca nigdy nie jest dobrą strategią. Słowa jej wzmogły tylko mój upór i uważałem odtąd za punkt honoru — zostać. Jej troskliwość o mnie jeszcze bardziej umacniała mnie w tym zamiarze.

— Nie chcę się wdzierać w tajemnice pani — odparłem — ale jeżeli Graden jest miejscem tak niebezpiecznym, pani sama naraża się, zostając tutaj.

Ona tylko popatrzyła na mnie z wyrzutem.

— Pani i jej ojciec — podjąłem, ale przerwała mi rozpaczliwie:

— Ojciec mój! Jak pan dowiedział się o tym?

— Widziałem go przy lądowaniu — odpowiedziałem i odpowiedź ta zadowolniła nas oboje, gdyż była to istotnie prawda.

— Ale — ciągnąłem dalej — pani może się mnie nie obawiać. Widzę, że chce pani pozostać w ukryciu i że nie naruszę tajemnicy pani; to jest tak pewne, jak gdybym spoczywał wśród piasków ruchomych. Już od lat prawie z nikim nie mówiłem34, jedynym moim towarzyszem jest mój koń, a i on, biedne zwierzę, nie jest w tej chwili przy mnie. Widzi więc pani, że może pani liczyć na moje milczenie. Niechże droga pani mi powie, czy zagraża pani niebezpieczeństwo?

— Pan Northmour mówi, że jest pan człowiekiem honoru — odpowiedziała — i wierzę, że tak jest. Powiem więc panu: ma pan słuszność, jesteśmy w okropnym, okropnym niebezpieczeństwie i pan je podziela, pozostając tu z nami.

— A! — rzekłem. — Pani słyszała o mnie od Northmoura? I on ma o mnie dobre mniemanie?

— Pytałam go o pana wczoraj wieczorem — tłumaczyła się. — Powiedziałam — tu czuło się wahanie w jej głosie — powiedziałam, że spotkałam pana dawno już temu i słyszałam o nim od pana. Była to nieprawda, ale nie wiedziałam, jak mam wybrnąć z tego, nie zdradząc obecności pana35. Northmour bardzo chwalił pana.

— Pani pozwoli mi na jedno pytanie: czy to niebezpieczeństwo zagraża ze strony Northmoura?

— Od pana Northmoura? — żywo zawołała młoda dziewczyna. — Och, nie, on naraża się razem z nami.

— A mnie pani proponuje, abym stąd uciekł? — odparłem z wyrzutem. — Nieświetnego jest pani o mnie zdania.

— Po cóż by pan tu miał pozostać? — przekonywała dalej. — Nie jest pan naszym przyjacielem.

Nie wiem, co mi się stało, gdyż podobnej słabości nie zaznałem od dziecka, ale na te słowa oczy moje, wpatrzone w nią, napełniły się bolesnymi łzami.

— Nie, nie — głos jej drżał zmieniony — nie chciałam zrobić panu przykrości.

— To ja panią dotknąłem — rzekłem i wyciągnąłem do niej rękę.

Musiały ją wzruszyć moje słowa, bo podała mi swą dłoń pośpiesznie. Trzymałem ją, patrząc jej w oczy. Wreszcie ona pierwsza wyrwała dłoń i zapominając o swojej prośbie, uciekła, nie odwracając się, i znikła mi z oczu. Wtedy poczułem, że ją kocham i że może i ja nie jestem jej obojętny. Później nieraz temu zaprzeczała, ale co do mnie wiem, że dłonie nasze nie byłyby się tak silnie zwarły36, gdyby serce jej już wówczas nie biło silniej. A ponieważ przyznała się, że pokochała mnie dnia następnego, nie warto nawet się spierać co do tego momentu.

Nazajutrz nie stało się nic nadzwyczajnego. Przyszła jak poprzedniego dnia, skarciła mnie za to, że pozostaję w Graden, a napotkawszy mój upór, zaczęła mnie wypytywać, jak tu przybyłem. Opowiedziałem jej o tym, jak zostałem świadkiem ich wylądowania i postanowiłem zostać w Graden zarówno dlatego, że goście rozbudzili we mnie zainteresowanie, jak i z powodu zamachu na mnie Northmoura. Popełniłem tylko nielojalność, dowodząc, że od pierwszego spojrzenia postanowiłem tu zostać dla mojej żony.

Teraz, kiedy jest u Boga i wie już wszystko, wie, że zamiary moje i wtedy były czyste, przykro mi wspominać tę nieszczerość, która i za jej życia dręczyła moje sumienie. Nie chciałem być zbyt otwarty, by jej nie rozczarować. A najmniejsza tajemnica tam, gdzie istnienia były tak ściśle spojone, jest tym listkiem róży, który budzi ze snu zaklętą księżniczkę.

Przeszliśmy potem na inne tematy. Opowiedziałem jej o moim samotnym, wędrownym życiu. Słuchała mnie, prawie się nie odzywając. Nawet wtedy, gdyśmy poruszali obojętne kwestie, byliśmy oboje słodko wzruszeni. Musiała odejść — och, zbyt prędko, niestety! Jakby na mocy milczącej umowy, nie podaliśmy sobie rąk, bo każde z nas wiedziało, że nie jest to między nami tylko forma towarzyska bez treści.

Dnia następnego, czwartego naszej znajomości, spotkaliśmy się na tym samym miejscu wczesnym rankiem. Rozmawialiśmy poufale, ale byliśmy zarazem bardzo onieśmieleni. Mówiła jeszcze raz o moim niebezpieczeństwie — był to dla niej pretekst, którym pozorowała swe przyjście. — Wtedy ja wygłosiłem mowę, obmyśloną już w nocy, dziękując jej za zainteresowanie, za to, że wysłuchała historii mego życia, które nikogo przedtem nie zajmowało i o którym nie opowiadałem nikomu. Nagle przerwała mi gwałtownie:

— Gdyby pan wiedział, kim jestem, nie zechciałby pan ze mną nawet rozmawiać!

Oznajmiłem, że myśl taka jest szalona, że chociaż znamy się tak mało, jest mi już najdroższą przyjaciółką. Ale słowa moje wtrącały ją w jeszcze gorszą rozpacz.

— Ojciec mój się ukrywa! — zawołała.

— Droga — przekonywałem, po raz pierwszy zapomniawszy dodać „pani” — cóż mnie to obchodzi? Niech się ukrywa dwadzieścia razy, czy zmieni to w pani choć jedną myśl?

— Tak, ale przyczyna — mówiła w podnieceniu — przyczyna... — głos jej się załamał — na nas ciąży hańba!

IV. W jak straszny sposób dowiedziałem się, że nie jestem sam w lesie Graden

Oto historia mojej żony, którą wydobyłem z niej wśród szlochania i łez. Nazywała się Klara Huddlestone; brzmiało to pięknie w mym uchu, ale mniej pięknie niż inne imię — Klary Cassilis, które nosiła przez dłuższą i, dzięki Bogu, szczęśliwszą część swego życia. Ojciec jej, Bernard Huddlestone, był bankierem prywatnym i prowadził interesy na wielką skalę. Przed kilku laty, gdy interesy jego zachwiały się, chwycił się sposobów niebezpiecznych, a nawet zbrodniczych, aby ocalić się od ruiny. Wszystko było nadaremne. Wikłał się coraz bardziej, wreszcie stracił od razu i honor, i mienie. W tym czasie Northmour asystował jego córce, mało przez nią do tego zachęcany. Wiedząc o jego uczuciach, Huddlestone zwrócił się do niego o pomoc. Obawiał się nie tylko hańby i ruiny, nie tylko sądu, który nieszczęśliwy człowiek ściągnął na swoją głowę. Zapewne z lekkim sercem poszedłby do więzienia. Obawiał się niespodziewanego, skrytobójczego i bezprawnego zamachu na swoje życie. To odbierało mu sen w nocy i budziło go z drzemki. Wtedy szalał z trwogi. Chciał zagrzebać się gdzieś z dala od świata, na jednej z wysp na południu Oceanu Spokojnego i jacht Northmoura, „Red Earl”, miał go tam zawieźć. Jacht zabrał ich w tajemnicy z brzegów Walii i zawiózł do Graden, potem odpłynął do stoczni w celu naprawy uszkodzeń i zaopatrzenia się we wszystko na długą podróż. Klara nie wątpiła, że rękę jej przyrzeczono jako cenę ocalenia. Bo chociaż Northmour nigdy nie uchybił grzeczności i rycerskości, jednak czasami w mowie i zachowaniu się pozwalał sobie za wiele.

Słuchałem z naprężoną uwagą i wypytywałem o to, co mi się wydawało niejasne i tajemnicze, ale na próżno. Nie wiedziała, jaki cios miał ich spotkać ani też skąd miał spaść. Strach ojca był niekłamany, pogrążał go w rozpaczy i przygnębiał fizycznie. Nieraz myślał on o tym, by oddać się bez zastrzeżeń w ręce policji. Ale planu tego zaniechał, gdyż był przekonany, że nawet mury więzień angielskich nie ochronią go od jego prześladowców. Miał on w ostatnich latach sprawy z Włochami i z rezydentem włoskim w Londynie. I stamtąd to oczekiwał nieuchronnego ciosu. Ujrzawszy na pokładzie „Red Earla” majtka-Włocha, przeraził się i robił z tego powodu gorzkie wymówki Northmourowi. Ten odpierał zarzuty i twierdził, że Beppo (imię majtka) jest pewnym chłopcem i że można mu zaufać na śmierć i życie. Ale Huddlestone nie dał się przekonać i ciągle utyskiwał37, że wszystko przepadło, że zguba jest tylko kwestią dni i że Beppo będzie jej przyczyną.

Cała historia wydała mi się halucynacją człowieka skołatanego nieszczęściem. Poniósł ciężkie straty, spekulując38 walorami39 włoskimi i odtąd Włoch w jego nocnych majaczeniach wydawał mu się symbolem zguby.

— Ojcu pani — oświadczyłem — trzeba dobrego doktora i lekarstw uspakajających.

— Ale pan Northmour? — zauważyła Klara. — On nie poniósł strat, a podziela obawy mego ojca.

Nie mogłem się nie uśmiać z tego, co poczytywałem za jej naiwność.

— Droga — powiedziałem do niej — sama mi pani mówiła, jakiej zażądał nagrody. Jeżeli Northmour podnieca strach ojca pani, to nie dlatego, że wierzy w tych tam Włochów, lecz dlatego, że jest zakochany w pewnej zachwycającej Angielce.

Przypomniała mi, jak byłem napadnięty przez niego w noc wylądowania. Nie umiałem tego objaśnić. W końcu postanowiliśmy, że udam się do pobliskiej wioski rybackiej, Graden Western, przejrzę ostatnie gazety i zorientuję się, czy grozi jakie niebezpieczeństwo. Nazajutrz na tym samym miejscu40 miałem jej złożyć sprawozdanie. O odjeździe moim nie było już mowy. Z obecności mojej zdawała się czerpać poczucie bezpieczeństwa i nadzieję pomocy. A i ja sam nie byłbym jej teraz opuścił41, choćby mnie na klęczkach o to błagała.

Dotarłem do Graden Western o dziesiątej rano, gdyż byłem wtedy tęgim piechurem, odległość zaś wynosiła zaledwie siedem kilometrów. Odbyłem miłą przechadzkę po trawie. Wioska ta jest położona hen, na końcu świata. W zagłębieniu wznosi się kościół. Port wśród skał, o które rozbiło się niejedno czółno42 wracające z połowu. Kilkadziesiąt domów kamiennych, ustawionych wzdłuż wybrzeża i dwóch ulic, z których jedna prowadzi do portu, druga, pod prostym kątem, odbiega od niego. Na rogu tych ulic stoi ciemna i niemiła oberża, główny hotel miejscowy.

Byłem ubrany teraz odpowiednio do mego stanowiska społecznego, by móc złożyć wizytę pastorowi, który mieszkał w małym domku obok cmentarza. Poznał mnie, chociaż widziałem go po raz ostatni przed dziewięciu laty43. Kiedy powiedziałem mu, że odbywam wycieczkę turystyczną i straciłem zupełnie nić zdarzeń, zaopatrzył mnie w gazety z ostatniego miesiąca. Z paczką pism poszedłem do oberży, zamówiłem sobie śniadanie i zacząłem studiować „bankructwo Huddlestone’a”.

Była to afera okropna w całym tego słowa znaczeniu. Tysiące osób straciło swe mienie; jeden z poszkodowanych zastrzelił się po zawieszeniu wypłat. Mimo to zaczynałem sympatyzować raczej z panem Huddlestone niż z jego ofiarami. Tak wielka już wtedy była we mnie siła miłości ku mojej żonie. Na głowę jego nałożono cenę. Ponieważ był to fakt niezwykły i opinia publiczna była niesłychanie wzburzona, wyznaczono za ujęcie bankruta cenę bardzo wysoką — 750 funtów szterlingów44. Pisano, że ma przy sobie duże sumy pieniędzy. Jednego dnia donoszono, że go widziano w Hiszpanii; nazajutrz głoszono z całą pewnością, że ukrywa się między Liverpoolem i Manchesterem albo na brzegach Walii. Wkrótce znów depesza45 donosiła, że wysiadał na brzegu Lucatanu czy Kuby. Ale ani o Włochach, ani też o żadnej tajemnicy nie było mowy.

W ostatnim numerze gazety była jednak wiadomość niejasna. Kontrolerzy, sprawdzający sumę upadłości i rachunki bankruta, znaleźli wśród nich tysiączną kwotę, która przez pewien czas figurowała w obrotach domu Huddlestone’a. Niewiadome było pochodzenie tej sumy i w tajemniczy sposób znikła ona z rachunku. Raz tylko była oznaczona literami „X. X.”, ujawniła się zaś w obrocie dopiero w okresie wielkiej depresji finansowej bankiera przed sześciu laty. Za właściciela tej sumy uważano pewnego członka królewskiego domu i krążyły o tym mętne pogłoski. „Ten tchórz i desperat46” — tak tytułował go dziennik — uciekł podobno z większą częścią tej sumy i ma ją przy sobie.

Rozmyślałem nad tymi faktami i nad tajemniczym niebezpieczeństwem grożącym bankierowi, gdy człowiek jakiś wszedł do oberży i zażądał chleba i sera, mówiąc silnie cudzoziemskim akcentem.

Siete Italiano?47 — zapytałem.

Si, Signore48 — brzmiała odpowiedź.

Zauważyłem, że to rzecz niezwykła znaleźć południowca tak daleko na północy. Zazwyczaj żaden z nich tu nie dociera. Na to Włoch odpowiedział, że każdy szuka roboty, gdzie może. Zastanowiło mnie, co za robotę mógł znaleźć w oddalonej wiosce rybackiej. Niemile uderzony tym spotkaniem, zapytałem się gospodarza oberży, gdy mi wydawał resztę, czy widział kiedy Włochów w tej wioseczce. Odrzekł mi, że gościli tu kiedyś rozbitkowie z Norwegii.

— Nie — rzekłem — ale czy był tu kiedy Włoch podobny do człowieka, który kupił w tej chwili chleb i ser?

— Co? — zawołał tamten. — Ten czarny drab49 z wyszczerzonymi zębami? Pierwszy raz w życiu i zapewne ostatni widzę takiego!

Gdy mówił, podniosłem wzrok i ujrzałem przez okno na ulicy trzech mężczyzn w odległości trzydziestu metrów. Zatopieni byli w poważnej rozmowie. Jeden z nich był tym samym, z którym przed chwilą mówiłem w oberży. Dwaj pozostali, sądząc z ich pięknych twarzy, cery matowej i miękkich kapeluszy należeli do tej samej narodowości. Tłum dzieci wioskowych otaczał ich, gestykulując i przedrzeźniając ich. Na tle smutnej, brudnej ulicy i niskiego, chmurnego nieba wyglądali oni bardzo obco. Niewiara moja rozwiała się raz na zawsze. Mógłbym wmawiać w siebie, że to nic nie jest, ale od tej chwili zacząłem podzielać strach przed Włochami.

Przed zachodem słońca oddałem gazety na plebanię i powracałem między wydmy, do swego obozowiska. Nigdy nie zapomnę tej drogi. Pogoda nie dopisywała; było zimno i burzliwie. Wiatr świszczał w niskiej trawie pod mymi nogami. Drobny deszcz siekł mnie w przerywanych podmuchach. Z głębi morza wstawała olbrzymia chmura, jak szczyt górski. Trudno wyobrazić sobie czas posępniejszy. Może dlatego, że wpływała na mnie niepogoda, a może, że nerwy moje już były nadszarpnięte, byłem również posępny.

Z górnych okien pawilonu widać było znaczy obszar wydm w kierunku Graden Western. Aby nie być widzianym, trzeba było tę przestrzeń okrążyć aż do wyższych pagórków na małym przylądku, skąd mogłem na przełaj50 dojść do skraju lasu. Słońce zachodziło, przypływ był niski, a piaski ruchome — odkryte. Posuwałem się naprzód w przykrej zadumie, gdy zwrócił moją uwagę ślad ludzkiej stopy na piasku. Ślady biegły niżej na piasku wybrzeża, równolegle do moich śladów na murawie. Przypatrzywszy się odciskowi tych dużych, niezgrabnych nóg, doszedłem do wniosku, że przeszedł tędy ktoś obcy dla mnie i dla ludzi — z pawilonu. I nie tylko to: nieostrożne kroki tuż koło najniebezpieczniejszych miejsc na piaskach ruchomych świadczyły, że był to ktoś nieznający tej okolicy.

Krok za krokiem szedłem po tropie. Aż wreszcie na granicy piasków Graden Floe ślady znikły. Człowiek, który tędy szedł, zginął, wessany przez nie. Tylko kilka mew, które widziały śmierć nieznajomego, krążyły nad tym miejscem z melancholijnym swym krzykiem. Słońce ostatnim wysiłkiem przedarło się przez chmury i oświetliło purpurą szeroką spadzistość lotnych piasków. Stałem przez kilka chwil, patrząc na to miejsce, pogrążony w myślach przygnębiających. Silnie, nieodparcie czułem w tym miejscu śmierć. Zastanawiałem się, jak długo mogła trwać ta tragedia i czy krzyki słychać było z pawilonu. Kiedy miałem już odejść, nagle silny podmuch wiatru spadł na wybrzeże i ujrzałem kręcący się w powietrzu, to znów opadający na piaski czarny filcowy kapelusz. Takie same mieli Włosi w wiosce.

Zdaje mi się, że krzyknąłem. Wiatr pędził kapelusz do brzegu, a ja biegałem koło topieli piaszczystej, przygotowując się, by go schwycić. Wreszcie wiatr rzucił kapelusz o kilka kroków ode mnie. Chwyciłem go ze zrozumiałym zaciekawieniem. Kapelusz był podniszczony i trochę zrudziały — te, które widziałem na ulicy, były świeższe. Podszewkę miał czerwoną ze znakiem fabrycznym i miejscem pochodzenia: Wenecja.

Ogarnęło mnie przerażenie. Wszędzie widziałem Włochów. Po raz pierwszy i ostatni w życiu doświadczyłem uczucia szalonego popłochu. Czułem strach, nie zdając sobie z tego sprawy, i z uczuciem ulgi wróciłem do mego samotnego obozowiska w lesie. Tu zjadłem tylko trochę wczorajszej zimnej zupy, bojąc się rozpalać ogień. Posilony i wzmocniony, odrzuciłem płonne obawy i spokojnie położyłem się spać.

Nie wiem, jak długo spałem. Obudził mnie nagły, olśniewający blask, skierowany w moją twarz. Porwałem się na klęczki, ale blask zgasł. Ciemność panowała nieprzenikniona. A ponieważ wicher dął wściekle z morza, a deszcz lał jak z cebra, wszystko utonęło w łoskocie burzy.

Upłynęło pół minuty, zanim odzyskałem panowanie nad sobą. Nie mogłem uznać mego wrażenia za nocną zmorę. Przeczyły temu dwie okoliczności. Płótno mego namiotu, które dobrze umocowałem przed snem, było odwiązane, w powietrzu zaś unosił się zapach oleju i gorącego metalu. Widocznie świecono mi w oczy ślepą latarką51. Wniosek był oczywisty. Był to tylko błysk; ktoś spojrzał na moją twarz i odszedł. Pytałem siebie, czemu tak się stało. Odpowiedź na to była prosta. Ktoś poświecił mi w twarz i nie poznał mnie, chociaż sądził, że poznaje. Ze strachem myślałem, co byłby uczynił, gdyby mnie był poznał.

Ale na myśl, że zabłądzono do mnie przez pomyłkę i że pawilon jest w niebezpieczeństwie, zapomniałem o sobie. Musiałem zrobić wysiłek, żeby wejść w czarny, nieprzenikniony gąszcz otaczający kotlinkę. Szedłem po omacku ku wydmom, pod razami ulewy i podmuchów wiatru, ogłuszony hukiem, w strachu, że za każdym krokiem mogę potrącić niewidzialnego wroga. Ciemność była tak straszna, że nie dostrzegłbym nawet całego wojska, gdybym był nim otoczony, a łoskot burzy tak silny, że słuch mój nie działał równie dobrze, jak wzrok.

Do rana patrolowałem koło pawilonu. Czas dłużył się nieskończenie, nie widziałem żadnej żywej istoty i nie słyszałem nic, prócz szumu wichru, morza i deszczu. Światło na górnym piętrze sączyło się przez szparę w okiennicy i czuwało wraz ze mną aż do świtu.

V. Rozmowa między Klarą, Northmourem i mną

Z nastaniem dnia wycofałem się do mej kryjówki między pagórkami, aby tam zaczekać na moją żonę. Ranek był szary, burzliwy i melancholijny. Wiatr ucichł nad ranem i tylko czasem podmuchy jego dawały się czuć od brzegu. Morze opadło, ale deszcz wciąż lał niemiłosiernie. W całej tej pustce wśród wydm nie widać było żywej duszy. A jednak pewien byłem, że okolica roi się od ukrytych wrogów. Przekonywał mnie o tym kapelusz unoszący się nad piaskami i światło, które zbudziło mnie w nocy. Były to głośne sygnały niebezpieczeństwa grożącego Klarze i jej towarzyszom w pawilonie.

Przed ósmą drzwi się otworzyły i ujrzałem drogą jej postać zdążającą ku mnie wśród ulewy. Czekałem na nią na brzegu, podczas gdy szła przez wydmy.

— Tak trudno mi było przyjść — zawołała. — Oni nie chcieli, abym wychodziła na deszcz.

— Klaro — zagadnąłem — nie boisz się?

— Nie — odrzekła z prostotą, która mnie napełniła ufnością. Bo żona moja była nie tylko najlepszą, lecz i najodważniejszą z kobiet. Siła charakteru szła u niej w parze z powabem i dobrocią, co rzadko się zdarza.

Opowiedziałem jej wszystko, co zaszło. Zbladła, ale nie straciła panowania nad sobą.

— Widzi pani, że jestem cały i zdrów — zakończyłem. — Ludzie ci nie mają względem mnie złych zamiarów. Inaczej nie żyłbym już tej nocy.

Chwyciła mnie za ramię.

— I ja nic nie przeczułam! — zawołała.

Głos jej napełnił mnie szczęściem. Objąłem ją i przyciągnąłem do siebie. Ani się spostrzegłem, kiedy jej ramiona mnie oplotły, a usta moje zwarły się z jej ustami. Słowo „kocham” aż do tej chwili nigdy nie padło między nami. Dotąd pamiętam dotknięcie jej policzka mokrego od deszczu. Nieraz potem, gdy myła twarz, całowałem ją mokrą na pamiątkę owej chwili na wybrzeżu. Teraz gdy ją zabrała dłoń Najwyższego, a ja samotnie kończę moją ziemską pielgrzymkę, przywołuję znów obraz miłości i głębokiego przywiązania, które nas łączyły, i czuję, że nic nie zdoła złagodzić tej straty.

Staliśmy tak przez parę chwil — dla zakochanych czas leci na skrzydłach. Obudził nas z tej rozkosznej ekstazy szyderczy wybuch śmiechu. Odwróciliśmy się oboje, ale ja nie odjąłem52 ręki z kibici53 Klary, ona zaś nie odsunęła się ode mnie. O kilka kroków od nas stał Northmour. Był pochylony naprzód, ręce trzymał założone w tył, twarz jego pobladła z wściekłości.

— Ach, Cassilis! — powiedział, gdy zobaczył moją twarz.

— Tak, to ja — potwierdziłem ze spokojem.

— A więc tak, panno Huddlestone — mówił dalej cicho, lecz z najwyższą pasją — to tak pani dotrzymuje wiary ojcu i mnie? Tyle jest warte życie ojca dla pani? I tak pani jest zakochana w tym młodym panu, że depce pani względy bezpieczeństwa, przyzwoitości, zwykłej ludzkiej ostrożności...

— Panna Huddlestone — chciałem mu przerwać, ale on napadł na mnie brutalnie:

— Trzymaj pan język za zębami, mówię do tej panny.

— Ta panna, jak się wyrażasz, jest moją żoną — rzekłem, żona zaś moja przysunęła się do mnie bliżej, potwierdziła więc me słowa.

— Czym twoim? Kłamiesz! — krzyknął.

— Northmour — odparłem — wszyscy wiemy, że masz zły charakter, a mnie twoje słowa najmniej mogą gniewać. Prócz tego proponuję ci, abyś mówił ciszej, bo jestem przekonany, że nie jesteśmy sami.

Obejrzał się. Uwaga moja ochłodziła jego uniesienie.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał.

Wymówiłem tylko jedno słowo:

— Włosi.

Zaklął siarczyście i patrzył na nas.

— Pan Cassilis wie to wszystko, co i ja wiem — rzekła moja żona.

— Chcę wiedzieć — wybuchnął — skąd przyszedł diabeł Cassilis i co diabeł Cassilis tu robi. Mówicie, żeście po ślubie. W to ja nie wierzę, a gdyby tak było, nieruchome piaski szybko dałyby wam rozwód. Cztery i pół minuty, Cassilis. Mam cmentarz prywatny dla mych przyjaciół.

— Ten Włoch — odparłem — ginął dłużej.

Spojrzał na mnie zaskoczony i poprosił, abym mu opowiedział, co wiem.

— Masz zbyt wiele przewagi nade mną, Cassilis — dodał.

Spełniłem jego prośbę. Słuchał, wydając okrzyki od czasu do czasu. Opowiedziałem o mym przybyciu do Graden, o tym, że to mnie właśnie chciał zabić, wreszcie streściłem wszystko, co widziałem i słyszałem o Włochach.

— A więc — rzekł, gdy skończyłem — przyszło to wreszcie. Nie ma wątpliwości, że to oni. A co ty zamierzasz robić?

— Zamierzam zostać z wami i przyłożyć rękę — odparłem.

— Jesteś dzielnym człowiekiem — powiedział szczególnym tonem.

— Nie boję się.

— A więc — ciągnął dalej — twierdzicie oboje, że jesteście małżeństwem? I pani mi to mówi w oczy, panno Huddlestone?

— Nie jesteśmy jeszcze małżeństwem — sprostowała Klara — ale będziemy nim, gdy tylko stanie się to możliwe.

— Brawo! — zawołał Northmour. — A umowa? Do kroćset tysięcy, chyba pani nie jest pozbawiona rozumu. Mogę nazwać rzeczy po imieniu. Cóż będzie z umową? Pani wie równie dobrze, jak ja, że życie ojca pani od tego zależy. Wystarczy mi włożyć ręce do kieszeni i odejść, a do wieczora będzie miał gardło poderżnięte.

— Tak, panie Northmour — odparła Klara, nie tracąc równowagi — ale pan tego nigdy nie zrobi. Pan zawarł umowę niegodną dżentelmena, ale pomimo to jest pan dżentelmenem i nigdy w życiu nie opuści pan kobiety, której pan zaczął pomagać.

— Aha! — odburknął. — Myśli pani, że dam jacht za darmo! Myśli pani, że dla miłości starszego pana będę narażał wolność i życie, a potem — będę przyjemnym tancerzem na weselu? No, tak — uśmiechnął się dziwnie — może nie zupełnie się mylicie. Ale proszę zapytać tu oto obecnego Cassilisa. On mnie zna. Czy można mi ufać? Czy jestem człowiekiem mającym skrupuły, godnym zaufania? Czy jestem dobry?

— Wiem, że pan często gada nierozsądnie — odparła Klara — ale wiem, że jest pan dżentelmenem i w najmniejszym stopniu nie boję się pana.

Northmour popatrzył na nią z podziwem i uznaniem.

— Czy myślisz, Frank — zwrócił się do mnie — że oddam ją bez walki? Mówię ci, namyśl się. Przyjdzie zaraz za pierwszym razem do starcia między nami.

— Byle chcieć, to i drugi raz nastąpi niebawem — uśmiechnąłem się.

— O tak, zapomniałem. Ale sztuka bywa do trzech razy...

— Za trzecim razem będziesz miał załogę „Red Earle” do pomocy.

— Czy słyszy pani, co on mówi? — zwrócił się Northmour do mojej żony.

— Słyszę dwóch mężczyzn rozmawiających jak tchórze — odparła. — Gardziłabym sobą, gdybym tak myślała lub mówiła. I żaden z was nie wierzy w to, co mówi. A więc jest to tym bardziej złe i niedorzeczne.

— A to zuch! — zawołał Northmour. — Ale ona jeszcze nie jest panią Cassilis. Nie mówię nic więcej. Chwila obecna mi nie sprzyja.

Wtedy żona moja, ku memu zdziwieniu, postanowiła odejść.

— Pozostawiam tu panów samych — rzekła. — Ojciec mój zbyt długo jest bez opieki. Ale proszę pamiętać: macie być przyjaciółmi, bo obu was uważam za mych miłych przyjaciół.

Wytłumaczyła mi później ten krok. W jej obecności bylibyśmy się dalej kłócili. Miała słuszność, bo zaledwie znikła, rozmowa nasza stała się bardziej poufała.

Northmour patrzył na nią, gdy szła przez wydmy.

— To jedyna kobieta na ziemi — zawołał i zaklął. — Zobacz, jakie ona ma ruchy.

Ja skorzystałem ze sposobności, aby czegoś więcej się dowiedzieć.

— Patrz, Northmour, jesteśmy wszyscy w niezbyt miłym położeniu.

— Wierzę ci, chłopcze — odrzekł, patrząc mi w oczy. — Mamy całe piekło przeciw sobie, to prawda. Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie jestem pewny życia.

— Powiedz mi jedno — zagadnąłem. — O co chodzi tym Włochom? Za co ścigają Huddlestone’a?

— Czyż nie wiesz? — zawołał. — Stary łotr miał fundusze karbonarów54 w depozycie — coś około 280 tysięcy i naturalnie przegrał to na giełdzie. Miała być rewolucja w Trydencie czy też Parmie; rewolucja nie wybuchła, a całe gniazdo os leci za Huddlestonem. Bylebyśmy tylko wyszli z życiem!

— Karbonarów! — zawołałem. — No, w takim razie niech go ręka boska broni!

— Amen! — dodał Northmour. — A teraz, patrz: mówiłem ci, że jesteśmy w położeniu bez wyjścia i, szczerze mówiąc, rad byłbym z twojej pomocy. Jeżeli nie mogę ocalić Huddlestone’a, chcę przynajmniej ocalić to dziewczę. Zostań z nami w pawilonie. Oto moja ręka, że będziemy przyjaciółmi, dopóki stary nie umrze lub się nie wywinie. Ale potem znów zostajemy rywalami i wtedy... strzeż się!

— Zgoda! — odrzekłem i uścisnęliśmy sobie dłonie.

— A teraz idźmy od razu do naszej fortecy — zaproponował Northmour i poprowadził mnie ku pawilonowi.

VI. Moje zapoznanie się z wysokim panem

Klara wpuściła mnie do pawilonu. Byłem zdziwiony, że dom był tak dobrze i mocno ufortyfikowany. Silna barykada niełatwa do zburzenia chroniła drzwi przed napaścią z zewnątrz. Okiennice jadalni, do której mnie wprowadzili, a która była słabo oświetlona lampą, zabezpieczono jeszcze kunsztowniej. Ramy były wzmocnione przez listwy położone w poprzek i na krzyż. Podtrzymywał je ze swej strony cały system wiązań i podpórek, z których jedne szły od podłogi, drugie — od sufitu, niektóre zaś opierały się aż o przeciwległą ścianę pokoju. Była to wspaniała robota ciesielska. Nie mogłem ukryć mego podziwu.

— Jestem inżynierem — rzekł Northmour. — Przypominasz sobie belki w ogrodzie? Oto są! Zużytkowałem je!

— Nie wiedziałem, że masz tyle talentów!

— Broń masz? — zapytał Northmour, pokazując szereg strzelb i karabinów, które stały w doskonałym porządku, oparte o kredens i ścianę.

— Dziękuję — odrzekłem. — Od naszego ostatniego spotkania chodzę uzbrojony. Ale, prawdę mówiąc, od wczorajszego wieczoru nie miałem nic w ustach.

Northmour postawił przede mną zimne mięso, do którego zabrałem się gorliwie, i flaszkę dobrego burgunda55. Ponieważ byłem przemoczony, piłem, nie żałując sobie. Piłem zawsze bardzo mało. Nie należy jednak być krańcowym w stosowaniu zasad, więc też bez skrupułu wychyliłem wtedy trzy czwarte butelki. Jedząc, wciąż podziwiałem przygotowania do obrony.

— Możemy wytrzymać oblężenie — powiedziałem wreszcie.

— Tak — rzekł Northmour przeciągle — ale chyba bardzo krótkie. Nie znaczy to, że nie ufam wytrzymałości pawilonu, ale zabójczo na mnie działa myśl o podwójnym niebezpieczeństwie. Jeżeli dojdzie do strzelaniny, to ktoś ją usłyszy, nawet na tym odludziu, a wtedy wyjdzie na jedno, czy być zabitym przez karbonarów, czy wsadzonym do paki przez prawo. To jest diabelska rzecz: mieć na tym świecie prawo przeciwko sobie. Tak też mówię temu pasażerowi na górze. On jest tego samego zdania.

— Co to za człowiek? — zapytałem.

— Och, ten! — wykrzyknął Northmour. — Drab kwaśny i niemiły. Nic nie miałbym przeciw temu, aby wszystkie diabły włoskie skręciły mu kark. Nie jestem wcale po jego stronie. Rozumiesz mnie? Zawarłem umowę o rękę córki i chcę ją mieć.

— Rozumiem — odparłem — ale jak pan Huddlestone przyjmie moje wtargnięcie?

— Pozostaw to Klarze — odparł Northmour.

Chętnie bym go spoliczkował za tę prostacką poufałość. Ale i ja, i Northmour (sprawiedliwość nakazuje to przyznać) uszanowaliśmy zawieszenie broni i, dopóki trwało niebezpieczeństwo, żadna chmura nie przeszła między nami. Ze szczerą satysfakcją daję mu to świadectwo. Nie bez dumy patrzę wstecz na moje własne postępowanie. Trudno też wyobrazić sobie dwóch ludzi w bardziej denerwującym i drażniącym położeniu.

Kiedy się posiliłem, obejrzeliśmy dokładnie piętro. Przechodziliśmy od okna do okna, próbowaliśmy różnych podpórek, tu i tam coś zmieniając. Uderzenia młotka głośnym echem rozlegały się po domu. Zaproponowałem, żeby zrobić strzelnicę. Ale on mi odpowiedział, że są już zrobione na górnym piętrze. Oględziny te zaniepokoiły mnie i przygnębiły. Było dwoje drzwi i pięć okien do obrony, a razem z Klarą było nas tylko czworo przeciwko niewiadomej liczbie przeciwników. Zwierzyłem się z mych wątpliwości Northmourowi, a ten z niezachwianą równowagą oznajmił mi, że je podziela.

— Zanim dzień upłynie — mówił — wszyscy będziemy wymordowani i wrzuceni w ruchome piaski. Mnie to na pewno nie minie.

Wzdrygnąłem się mimo woli na wspomnienie ruchomych piasków, ale przypomniałem Northmourowi, że nieprzyjaciele nasi mnie oszczędzili.

— Nie łudź się nadzieją — odparł. — Wtedy nie byłeś w jednej łodzi ze starym, a teraz jesteś. Jest to zguba dla nas wszystkich, zapamiętaj moje słowa.

Zadrżałem o Klarę. A w tej chwili właśnie usłyszałem słodki jej głos wzywający nas na górę. Northmour pokazał mi drogę i, wszedłszy po schodach, zapukał do drzwi pokoju zwanego zazwyczaj „sypialnią mego wuja”, ponieważ krewny Northmoura, który budował pawilon, przeznaczył ten pokój dla siebie.

— Proszę wejść, Northmour, proszę wejść, drogi panie Cassilis — powiedział głos z wewnątrz.

Northmour pchnął drzwi i wpuścił mnie przed sobą. Wchodząc, widziałem, jak córka wśliznęła się do przyległego pokoju przeznaczonego dla niej. Łóżko było teraz przesunięte pod ścianę, a nie stało na wprost okien jak wtedy, gdy oglądałem ten pokój. Siedział w nim Bernard Huddlestone, zbankrutowany bankier. Chociaż źle mu się przypatrzyłem wówczas w nocy przy słabym świetle latarki, bez trudności poznałem go teraz. Miał długą, żółtą twarz, otoczoną rudymi faworytami56 i brodą. Jego ścięty nos i wystające kości policzkowe czyniły go podobnym do Kałmuka57. Jasne oczy płonęły gorączką i podnieceniem. Na głowie miał czapeczkę z czarnego jedwabiu. Na łóżku leżała otwarta ogromna Biblia, a na niej para złotych okularów, stos innych książek wznosił się obok na stoliku. Zielone firanki rzucały trupi cień na jego twarz. Gdy tak siedział — oparty o poduszki, boleśnie zgarbiony, głowa jego zwisała aż nad kolanami. Sądzę, że gdyby nie umarł w inny sposób, zginąłby w ciągu kilku tygodni z wyczerpania.

Wyciągnął ku mnie rękę, długą, cienką i nieprzyjemnie owłosioną.

— Proszę, proszę wejść, panie Cassilis — powiedział. — Jeszcze jeden obrońca, jeszcze jeden! Miło mi pana powitać jako przyjaciela mojej córki. Jakże są mi oddani przyjaciele mojej córki. Niech Bóg ich za to wynagrodzi i pobłogosławi.

Podałem mu rękę, nie mogąc tego uniknąć. Ale nie poczułem dla niego sympatii, którą gotów byłem mieć dla ojca Klary. Zraził mnie obłudny, słodki jego ton.

— Cassilis to dobry człowiek — rzekł Northmour. — Wart dziesięciu.

— Słyszę właśnie, że tak jest — śpiesznie przytwierdził pan Huddlestone. — Mówi mi to moja córka. Ach, panie Cassilis, grzechy moje obróciły się przeciw mnie! Upadłem nisko, bardzo nisko, ale mam zamiar wszystko odpokutować. Wszyscy w końcu zakrólujemy w łasce, panie Cassilis. Co do mnie, przybyłem za późno, ale ze szczerą pokorą, proszę mi wierzyć.

— Daj pan spokój tym faramuszkom58 — przerwał Northmour brutalnie.

— Nie, nie, drogi Northmour! — zawołał bankier. — Nie powinien pan próbować zachwiać mną. Zapominasz, dobry, drogi chłopcze, że jeszcze dziś wieczór mogę stanąć przed Stwórcą.

W tym stanie podniecenia wzbudzał on szczerą litość. Poglądy ateistyczne Northmoura dobrze znałem i nieraz je wyśmiewałem. Teraz oburzyło mnie, że starał się odwrócić grzesznika od myśli pokutnych.

— Ba, drogi Huddlestone — powiedział — jest pan dla siebie niesprawiedliwy. Jest pan człowiekiem przywiązanym do dóbr tego świata. Znał się pan na łotrostwach wszelkiego rodzaju, zanim ja się urodziłem. Sumienie pana jest wygarbowane jak skóra południowo-amerykańska. Tylko życia nie potrafił pan wygarbować: tu jest słaba strona tej sprawy.

— Brutal, brutal, zły chłopiec — odparł pan Huddlestone potrząsając palcem. — Nie jestem formalistą59, jeżeli o to chodzi. Nie znosiłem nigdy czczego formalizmu. Ale nie straciłem też wiary w coś lepszego. Byłem złym człowiekiem, panie Cassilis, nie przeczę temu. Ale stało się to po śmierci mojej żony, a wdowiec... to, wie pan, jest coś całkiem innego. Nie grzesznik... ale... zawsze jest różnica. Mówiąc o tym... Tst! — przerwał nagle, podniósł dłoń, rozstawił palce, twarz jego wykrzywiła się strachem. Nadsłuchiwał. — To tylko deszcz, dzięki Bogu — dodał po chwili z uczuciem nieopisanej ulgi.

Przez kilka chwil leżał wśród poduszek jak człowiek bliski omdlenia. Potem zrobił wysiłek i głosem cokolwiek drżącym zaczął mi dziękować za to, że chcę go bronić.

— Jedno pytanie, proszę pana — ozwałem się, gdy zamilkł. — Czy to prawda, że ma pan ze sobą pieniądze?

Pytanie to bardzo mu się nie podobało, ale wyznał niechętnie, że ma trochę pieniędzy.

— A więc dobrze — mówiłem. — Wszak oni ścigają pana z powodu tych pieniędzy. Czemu pan nie odda im uratowanej sumy?

— Ach! — odparł, potrząsając głową. — Próbowałem to zrobić, panie Cassilis, ale nie, oni chcą krwi.

— Huddlestone, to brzydko z pana strony — rzekł Northmour. — Ofiarowałeś im pan tylko o dwa tysiące funtów za mało. Deficyt wart jest wzmianki. I widzisz, Frank, oni sobie jasno na swój włoski sposób rozumują; wydaje im się, jak i mnie, że mogą mieć obie rzeczy, dla których go prześladują: i krew, i pieniądze i nie mieć już żadnego kłopotu z tej rozrywki nadprogramowej.

— Czy pieniądze są w pawilonie? — zapytałem.

— Tak, są tutaj, ale chciałbym, aby były na dnie morza — rzekł Northmour i nagle huknął na Huddlestone’a, od którego się odwróciłem: — Co znaczą te miny pańskie? Czy myśli pan, że Cassilis sprzeda pana?

Pan Huddlestone przeczył gorąco, że podobna myśl nie postała mu nawet w głowie.

— To dobrze — odrzucił Northmour najniegrzeczniej, jak umiał. — Skończy się na tym, że nas pan znudzi. Co chciałeś powiedzieć? — zwrócił się do mnie.

— Chciałem zaproponować zajęcie na popołudnie: wynieśmy wszystkie te pieniądze, co do sztuki, przed dom. Jeżeli karbonarowie przyjdą, to zabiorą je. Bądź co bądź, jest to ich własność.

— Nie, nie — zawołał Huddlestone — to nie jest ich, to nie może do nich należeć. To musi być rozdzielone ratami między wierzycieli.

— Daj pan spokój, tego nie będzie — rzekł Northmour.

— Tak, ale moja córka — jęczał nieszczęśliwy.

— Córka pańska nie zginie. Oto są dwaj konkurenci, Cassilis i ja, a żaden z nas nie jest żebrakiem. Wybierze jednego z nas. Co do pana, to dosyć tej polemiki: nie ma pan prawa ani do grosza z tej sumy, zresztą umrze pan niebawem.

Słowa te były okrutne, ale pan Huddlestone wzbudzał tak mało sympatii, że chociaż widziałem, jak wił się i wstrząsał, w duchu uznawałem je za słuszne.

— Ja i Northmour — rzekłem — chcemy pomóc panu uratować życie, ale nie uciec ze skradzioną własnością.

Walczył z sobą, tłumiąc gniew, ale ostrożność nakazywała mu ustąpić.

— Moi drodzy chłopcy — rzekł — róbcie ze mną i z moimi pieniędzmi, co chcecie, składam to w wasze ręce. Dajcie mi teraz się uspokoić.

Odeszliśmy z uczuciem ulgi. Widziałem jeszcze, jak wziął znów Biblię i drżącymi rękami wkładał okulary.