VII. Groźba przez okno pawilonu
Nigdy nie zapomnę tego popołudnia. Northmour i ja byliśmy przekonani, że napad jest nieunikniony. Gdyby od nas zależało zmienić bieg wypadków, bylibyśmy ten napad raczej przyśpieszyli60, niż odwlekali. Tak ciężkie i nieznośne było dla nas oczekiwanie. Nie byłem nigdy molem książkowym, choć lubiłem czytać; ale żadne książki nie wydały mi się tak niedorzeczne, jak te, które kolejno odrzucałem wtedy w pawilonie. Nawet rozmowa się nie kleiła. Oczekiwaliśmy wciąż w naprężeniu, nasłuchując, chwytając każdy dźwięk, nawet szum wiatru wśród wydm. Ale dotąd nie było ani śladu naszych wrogów.
Roztrząsaliśmy wciąż mój projekt dotyczący pieniędzy. Nie bylibyśmy go wykonali61 w stanie zupełnej równowagi. Ale byliśmy tak zatrwożeni, że chwytaliśmy się źdźbła, jak tonący brzytwy, i postanowiliśmy wystawić pieniądze, chociaż w ten sposób zdradzaliśmy obecność Huddlestone’a w pawilonie. Suma ta składała się częściowo z monety brzęczącej, częściowo z papierów bankowych i czeków na imię Johna Gregory. Wzięliśmy ją, przeliczyliśmy, włożyliśmy znowu do skrzynki pocztowej należącej do Northmoura i przygotowaliśmy list po włosku, który mieliśmy dołączyć. Podpisaliśmy go obaj, dodając przysięgę, że jest to wszystko, co ocalało z ruiny banku Huddlestone’a. Oczywiście, był to czyn najszaleńszy, chociaż dokonany przez dwóch ludzi zdrowych na umyśle. Gdyby skrzynka wpadła w ręce niepowołane, byłaby dowodem przeciwko nam, podstawą do wytoczenia nam sprawy kryminalnej. Ale nie rozumowaliśmy wtedy całkiem trzeźwo, a byliśmy tak zdenerwowani, że musieliśmy wyładować nasz niepokój raczej w byle jakim czynie, niż znosić tę agonię oczekiwania. Prócz tego byliśmy przekonani, że w zagłębieniach wydm pełno jest szpiegów i ukazanie się nasze ze skrzynką może doprowadzić do nawiązania rokowań, a może i kompromisu.
Dochodziła trzecia, gdy wyszliśmy z pawilonu. Deszcz ustał, słońce świeciło prawie wesoło. Nigdy jeszcze mewy nie latały tak blisko domu, nie bojąc się wcale ludzi. Gdy byliśmy na progu, jedna z mew zatrzepotała skrzydłami tuż nad naszymi głowami i krzyknęła żałośnie tuż nad uchem.
— To omen dla ciebie — rzekł Northmour, przesądny jak wszyscy wolnomyśliciele. — One myślą, że już umarliśmy.
Zaprzeczyłem, ale bez przekonania — ten krzyk ptaka zrobił wrażenie na mnie.
Tuż przed bramą, na gładkiej trawie postawiliśmy skrzynkę, a Northmour zaczął powiewać białą chustką nad głową. Nikt nie odpowiadał. Podnieśliśmy głos, wołając, że jesteśmy posłami, którzy chcą rozstrzygnąć spór. Ale ciszy nic nie przerywało, prócz szumu morza i krzyku mew. Z ciężkim sercem daliśmy temu pokój. Nawet Northmour był niezwykle blady i obejrzał się przez ramię, jakby w obawie, że ktoś się prześliznął między nim a drzwiami pawilonu.
— Na Boga — wyszeptał. — Tego już dla mnie za wiele.
Odparłem równie cicho:
— A może ich wcale nie ma?
— Popatrz tam — wskazał mi ruchem głowy, jakby bojąc się wyciągnąć dłoń.
Spojrzałem we wskazanym kierunku i ujrzałem słup dymu w północnej części lasu, wznoszący się ku bezchmurnemu niebu.
— Northmour — powiedziałem (mówiliśmy wciąż szeptem) — nie mogę dłużej wytrzymać w niepewności. Wolę stokrotnie śmierć. Zostań tu na straży przy pawilonie. Pójdę naprzód i zmiarkuję62, czy mam iść wprost do ich obozu.
Obejrzał się dokoła, mrużąc oczy, potem skinął na znak zgody.
Serce me biło jak młotem, gdy szedłem w kierunku dymu. Dotąd drżałem z zimna, teraz oblały mnie płomienie. Grunt w tym miejscu był nierówny, setka ludzi mogła leżeć w ukryciu po obu stronach mej ścieżki. Ale wybierałem przejścia najbezpieczniejsze, z których mogłem widzieć kilka kotlin od razu. Wkrótce ostrożność moja odniosła skutek. Wszedłszy nagle na trochę wyższy pagórek, zobaczyłem człowieka schylonego wpół i biegnącego wąwozem tak szybko, jak tylko na to pozwalała niewygodna pozycja. Wypłoszyłem jednego ze szpiegów z zasadzki. Jak tylko go zobaczyłem, zacząłem wołać na niego po włosku i angielsku. A on, ujrzawszy się odkrytym63, wyskoczył z wąwozu, wyprostował się i pędem strzały znikł w lesie.
Nie było po co go ścigać. Dowiedziałem się więc, że jesteśmy szpiegowani i oblegani w pawilonie. Wróciłem tą samą drogą do Northmoura, który stał przy skrzynce. Zauważyłem, że był bledszy niż przedtem i że głos jego drżał trochę.
— Czy nie widziałeś jego twarzy? — zapytał.
— Był odwrócony ode mnie — odparłem.
— Frank, idźmy do domu. Nie jestem tchórzem, ale nie mogę tego dłużej wytrzymać — szepnął.
Było cicho i słonecznie dokoła, gdy wracaliśmy do domu. Nawet mewy odleciały i krążyły nad wybrzeżem i wydmami. Ale ta pustka przerażała mnie bardziej od całego pułku pod bronią. Dopiero gdy zabarykadowaliśmy drzwi za sobą, odetchnąłem z ulgą. Spojrzeliśmy na siebie poważnie. Każdy z nas w duchu robił sobie uwagi nad bladością i zmieszaniem drugiego.
— Masz rację — rzekłem — wszystko przepadło. Podajmy sobie dłonie po raz ostatni.
— Tak — odpowiedział — podam ci dłoń, bo zaiste nic tutaj nie knuję. Ale pamiętaj, jeżeli jakiś niemożliwy wypadek pozwoli nam wyrwać się z rąk tych bandytów, to prawem czy lewem postaram się ubiec ciebie.
— Och — odparłem — nudzisz mnie.
Uraziło go to i szedł w milczeniu ku schodom; nagle zatrzymał się na pierwszym stopniu.
— Nie rozumiesz mnie — rzekł. — Nie jestem oszustem i czuwam nad sobą. Oto wszystko. Mogę nudzić pana lub nie, panie Cassilis, mało dbam o to. Mówię dla własnej satysfakcji, a nie dla pańskiej zabawy. Możesz iść na górę i zalecać się do panienki. Co do mnie, zostaję tutaj.
— A ja też zostaję z tobą — odrzekłem. — Czyż myślisz, że ukryłbym chociaż krok jeden przed tobą nawet za twoim pozwoleniem?
— Frank — odparł z uśmiechem — szkoda, że jesteś osioł, bo masz maniery człowieka. Dziś nie możesz mnie zirytować, choćbyś chciał. Czy wiesz — ciągnął dalej łagodnie — myślę, że jesteśmy dwoma najnieszczęśliwszymi ludźmi w Anglii: ja i ty. Dobiegliśmy trzydziestki, a nie mamy dziecka ani żony, ani żadnego warsztatu pracy: biedni, godni politowania, straceńcy! A teraz ubiegamy się o dziewczynę! Jakby nie było kilku milionów dziewcząt w Zjednoczonym Królestwie! Ach, Frank, Frank, żal mi tego z nas dwóch, który przegra tę stawkę, choćbym nie ja nim był! Byłoby lepiej dla niego, jak mówi Ewangelia, aby mu uwiązano kamień młyński u szyi i rzucono go aż na dno morza64. Napijmy się — zakonkludował nagle tym samym ciężkim tonem.
Wzruszyły mnie jego słowa i zgodziłem się. Usiadł przy stole i patrzył na szklankę sherry65 pod światło...
— Jeżeli pobijesz mnie, Frank — powiedział — zacznę pić. A ty co zrobisz, jeżeli ja ciebie pobiję?
— Bóg to wie — odparłem.
— Dobrze — rzekł — a oto toast na poczekaniu: Italia irredenta!66
Reszta dnia upłynęła wśród tej samej okropnej nudy i oczekiwania. Nakryłem do stołu, a Northmour i Klara gotowali posiłek w kuchni. Przechodząc, słyszałem urywki ich rozmowy i ze zdziwieniem stwierdziłem, że obraca się prawie wyłącznie dokoła mojej osoby. Northmour mówił o wyborze męża, ale o mnie wspominał z pewnym uczuciem i nie mówił nic na moją niekorzyść, chyba że i sam się ganił jednocześnie. Uczucie wdzięczności i zdenerwowanie wzruszyły mnie do tego stopnia, że stanęły mi łzy w oczach. „Oto trzy szlachetne istoty — myślałem — mogą zginąć w obronie złodzieja bankiera”.
Zanim siedliśmy, wyjrzałem na dwór przez okno górnego piętra. Słońce zachodziło. Wydmy były puste, skrzynka stała nietknięta tam, gdzieśmy ją zostawili67.
Pan Huddlestone w żółtym szlafroku siadł przy jednym końcu stołu, Klara — przy drugim, my zaś zajęliśmy miejsca po obu stronach. Lampa paliła się jasno. Wino było dobre, mięsiwa doskonałe, chociaż przeważnie podane na zimno. Towarzystwo nasze było weselsze, niż można było oczekiwać w tych tragicznych okolicznościach. Od czasu do czasu Northmour albo ja wstawaliśmy i obchodziliśmy nasze barykady. Wtedy pan Huddlestone przypominał sobie okropną rzeczywistość, patrzył wzrokiem upiora i przez chwilę na twarzy jego malowało się przerażenie. Potem śpiesznie wychylał szklankę, ocierał czoło chustką i znowu brał udział w rozmowie.
Zdziwił mnie jego dowcip i wiedza. Był to charakter nieprzeciętny; dużo czytał i obserwował z własnej ciekawości. Miał dużo rozsądku i chociaż nie zdołałem polubić tego człowieka, zrozumiałem, dlaczego cieszył się przed swoim bankructwem powodzeniem w interesach i szacunkiem ludzi. Miał on talent towarzyski i chociaż słyszałem go raz tylko, i to w okolicznościach tak niesprzyjających, uważam go jednak za jednego z ludzi o najlepszej elokwencji68 naszych czasów.
Opowiadał nam ze smakiem i bez żadnego wstydu o łotrowskich wybiegach pewnego kupca, którego znał w młodości, a my słuchaliśmy z pewną odrazą i na pół ze śmiechem, na pół z zakłopotaniem, gdy przerwano nam obiad.
Opowiadanie pana Huddlestone’a przerwało stukanie jakby mokrego palca w szybę. Zbledliśmy wszyscy jak papier i siedzieliśmy dokoła stołu nieruchomi i oniemiali.
— Ślimak — powiedziałem — bo słyszałem, że stworzenia te wydają dźwięk podobny.
— Też mi ślimak, do czarta! — rzekł Northmour. — Słuchajcie!
Ten sam dźwięk powtórzył się dwukrotnie, z przerwami, po czym straszliwy głos wykrzyknął przez otwory żaluzji włoskie słowo — Traditore!69
Pan Huddlestone wyciągnął głowę, powieki jego zadrgały i zwalił się bez czucia na podłogę obok stołu. Northmour i ja pobiegliśmy do zbrojowni i porwaliśmy za strzelby. Klara zerwała się i chwyciła się za gardło.
Staliśmy tak w oczekiwaniu napadu. Ale upływały chwile, a nie słychać było nic prócz szumu morza.
— Prędko — rzekł Northmour — na górę, zanim tamci przyjdą!