Rozdział III. Zawieram znajomość ze stryjem

Naraz rozległ się donośny szczęk łańcuchów i zgrzyt rygli, aż z wielką ostrożnością otwarto wrota, które natychmiast zawarły się za mną, zaledwiem został wpuszczony do wnętrza.

— Idź do kuchni i nie ruszaj niczego — dał się słyszeć głos i gdy obywatel tego domu zajął się ponownym utwierdzaniem wszystkich zasuwek i przeszczepek we drzwiach, ja tymczasem szedłem po omacku naprzód, aż dostałem się do kuchni.

Ognisko właśnie było wystrzeliło jasnym płomieniem, a w świetle jego ukazała mi się izba bodaj najbardziej opustoszała, jaką mi się zdarzyło widzieć kiedykolwiek. Na półkach stało pół tuzina talerzy; na stole znajdowała się miska kaszy, łyżka rogowa i kubek cienkiego piwa — wszystko to zastawione do wieczerzy. Poza tym, co wymieniłem, w tej ogromnej pustej świetlicy o kamiennym sklepieniu nie było żadnych sprzętów oprócz pozawieranych24 skrzyń ustawionych wzdłuż ściany i oprócz narożnego kredensu opatrzonego kłódką.

Gdy już ostatni łańcuch został zapięty, mężczyzna ów przybył za mną. Był to sobie lichotka chudy, zgarbiony, wąski w łopatkach, o twarzy jak glina; wiek jego można by oceniać na pięć do siedmiu krzyżyków. Szlafmycę miał z flaneli, a takiż był i szlafrok, noszony przezeń na podartej koszuli, miast kaftana i kamizelki. Znać było, że się z dawna nie golił; jednakowoż co mnie najwięcej niepokoiło, a nawet zatrważało, to że ów człeczyna ani nie odrywał oczu ode mnie, ani też nie spojrzał mi otwarcie w oblicze. Nie umiałem dociec, czym był z pochodzenia lub zawodu; zakrawał jednak (tak mi się zdawało) na starego i bezużytecznego służalca, którego za chleb łaskawy pozostawiono na straży tego wielkiego dworu.

— Czyś zmęczony? — zapytał, trzymając wzrok na wysokości mego kolana. — Może byś zjadł tę odrobinę kaszy.

Powiedziałem, że się boję, czy nie pozbawię go przez to własnej jego wieczerzy.

— O! — odpowiedział mi — mogę się doskonale bez niej obejść; jednakowoż piwa się napiję, bo mi ono zmiękcza kaszel. — Wypił kubek prawie do połowy, lecz przez ten cały czas, gdy pił, nie spuszczał mnie z oka; naraz wyciągnął rękę przed siebie. — Zobaczmyż on25 list! — powiedział.

Odpowiedziałem, że list był nie do niego, lecz do pana Balfoura.

— A za kogóż ty mnie poczytujesz? — zapytał ów. — Daj no mi list Aleksandra.

— Waćpan znasz imię mego ojca?

— Dziwno by było, jeślibym go nie znał — odparł na to — wszak był mi bratem rodzonym; a choć zdaje mi się, żeś sobie nie upodobał ani mnie, ani mojej dobrej kaszy, to jednak jestem twoim rodzonym stryjem, dzielny mój Dawisiu, ty zaś jesteś rodzonym moim synowcem. Daj mi więc ten list, usiądź przy stole i najedz się do syta.

Gdybym był o parę lat młodszy, na pewno od wstydu, zmęczenia i zawodu, jakie mię tu spotkały, zalałbym się rzęsistymi łzami. Wobec tego, co tu się działo, nie stać mnie było na słowa, ni takie, ni owakie, jeno wręczyłem mu list i przysiadłem się do kaszy, mimo że niewielką miałem, jak na swoje lata, chęć do jadła.

Tymczasem mój stryj, pochyliwszy się nad ogniskiem, obracał list w rękach na wszystkie strony.

— Czy wiesz, co w nim się zawiera? — zapytał znienacka.

— Waszmość pan sam widzisz — odpowiedziałem — że pieczęć nie była naruszona.

— Tak — rzecze on — ale cóż cię tu przywiodło?

— Miałem list oddać — odrzekłem.

— Nie — odzywa się ów przebiegle — tyś się tu pewnie czegoś spodziewał?

— Przyznam się, mości dobrodzieju — mówię na to — iż, gdy mi powiadano, jako mam zamożnych krewniaków, istotnie dałem się uwieść nadziei, że oni mi może dopomogą w życiu. Atoli nie jestem żebrakiem; nie ubiegam się o żadne łaski z waszej strony i nie pragnę niczego, czego by mi nie dano dobrowolnie. Albowiem, choć wyglądam na chudzinę, to jednak mam przyjaciół, którzy byliby uszczęśliwieni, gdyby mogli mi się czymś przysłużyć.

— Hola, hola! — ozwał się stryj Ebenezer. — Nie unośże się na mnie gniewem. Zgodzimy się i tak doskonale z sobą. A jeżeliś już, mój dzielny Dawisiu, dał spokój tej odrobinie kaszy, to może bym ja sam też przełknął jej choć krzynkę. Tak! — ciągnął dalej, wywłaszczywszy mnie ze stołka i łyżki. — To dobre, zdrowe pożywienie... wspaniałym jest kasza pożywieniem.

Wymamrotał krótki pacierz przedobiedni i zabrał się do jedzenia.

— Twój ojciec, pamiętam, bardzo lubił tę potrawę, ale ja to nie potrafię więcej, jak ino dziabnąć troszkę jadła. — Pociągnął spory łyk podpiwku, co snadź przypomniało mu o obowiązkach gościnności, gdyż wraz potem tak przemówił. — Jeżeliś spragniony, tedy wodę znajdziesz za drzwiami.

Nicem26 na to nie odpowiedział, stojąc na obu nogach prosto jak drąg i z wielką złością w sercu poglądałem na stryja. On zaś, swoją koleją, jadł bez przerwy, niby człek krótkością czasu przynaglony, i wciąż rzucał krótkie, przenikliwe spojrzenia to na moje trzewiki, to na niewykwintne pończochy. Raz tylko, gdy odważył się popatrzeć nieco w górę, oczy nasze spotkały się wzajem ze sobą; zaiste i rzezimieszek, co przychwycon, gdy rękę trzymał w cudzej kieszeni, nie okazałby większego zaniepokojenia, niźli on podówczas. To skłoniło mnie do zastanowienia się, zali jego bojaźliwość wynikła z nazbyt długiego odzwyczajenia się od wszelkiej styczności z ludźmi, czy też może po krótkim obcowaniu ze mną usposobienie to przejdzie i stryj mój zmieni się w całkiem innego człowieka. Jego głos przenikliwy obudził mnie z tych dumań.

— Czy twój ojciec dawno umarł? — zagadnął.

— Trzy tygodnie temu, mości dobrodzieju — powiadam mu na to.

— Był to człek skryty, ten Aleksander... człek skryty, milczący — mówił dalej. — Nigdy nie odezwał się wesoło, gdy był w leciech młodszych. Czyż nie opowiadał o mnie nigdy jakowych fraszek?

— Pókiście mi sami tego nie powiedzieli, nigdym nie wiedział, mościpanie, o tym, że ojciec mój miał brata.

— Mój drogi, mój drogi! — rzecze Ebenezer. — Toś nie słyszał może i o Shaws?

— Nawet i miana tego nie słyszałem, mościpanie — odrzekłem.

— Pomyślcie sobie! — powie on na to. — Jakiż to człek dziwny!

Mimo wszystko, zdawał się być niezwykle zadowolony, atoli czy z siebie samego, czy z tego postępowania mego ojca, tego nie zdołałem z twarzy mu wyczytać. W każdym razie to pewna, że widocznie pozbył się tego obrzydzenia czy niechęci, jaką zrazu był powziął przeciwko mej osobie, gdyż ni stąd, ni zowąd skoczył z miejsca, przeszedł przez izbę i stanąwszy za mną, klasnął mnie po łopatce.

— Jeszcze się z sobą doskonale zżyjemy! — zawołał. — Cieszę się doprawdy, żem cię tu wpuścił. A teraz chodź spać!

Ku memu zdumieniu, nie zapalił ani lampy, ani świecy, ale zapuścił się w ciemny korytarz, gdzie, ciężko dysząc i szukając po omacku drogi, gramolił się po schodach do góry, aż zatrzymał się przed jakimiś drzwiami, które jął odmykać. Szedłem tuż za nim, następując mu na pięty i potykając się nieustannie. Teraz prosił mnie wnijść, jako że był to pokój mnie przeznaczony. Uczyniłem, co mi zlecił, ale uszedłszy kilka kroków, przystanąłem i zażądałem światła, bym mógł trafić do łóżka.

— Fiu-fiu! — rzekł stryj Ebenezer. — Księżyc ładnie przyświeca.

— Ani miesiąca, ani gwiazd nie widać, mości dobrodzieju; ciemno tu jak w kominie — odpowiedziałem. — Nie mogę dostrzec łóżka.

— Fiu-fiu! Fiu-fiu! — rzecze on na to. — Światła w domu żadną miarą znosić nie mogę; zanadto się boję pożarów. Dobranoc ci, Dawidku, mój chwacie! — i zanim zdążyłem czemuś ponadto się sprzeciwić, zatrzasnął drzwi i posłyszałem, jak tarasował je od zewnątrz.

Nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. W pokoju było zimno jak w studni, a łoże, które nareszcie odszukałem, było nasiąkłe wilgocią, niby trzęsawisko; na szczęście jednak przywlokłem był na górę tobołek i derkę, więc nią się owinąwszy, ległem na podłodze, w miejscu gdzie wielkie krzyżaki łoża zasłaniały mnie od wiatru. Niebawem zapadłem w twardy sen.

Ledwo się rozwidniło, otwarłem powieki i obaczyłem, że znajduję się w wielkiej komnacie, obwieszonej skórą pięknie wytłaczaną, zastawionej sprzęty misternie dzierganymi i oświeconej trzema oknami. Lat temu dziesięć, a może dwadzieścia, musiało to być miło zasypiać lub budzić się w tym pokoju; lecz wilgoć, brud, zaniedbanie, jako też myszy i pająki, uczyniły od tego czasu wszystko, by go zohydzić. Ponadto wiele szyb w oknach było powybijanych, a było to tak pospolitym zjawiskiem w całym domu, iż przywiodło mnie to do przypuszczenia, że stryj mój musiał tu kiedyś wytrzymywać oblężenie ze strony zawziętych sąsiadów — może z Dżenetą Clouston na czele.

Tymczasem na dworze słońce już od dawna świeciło, a ponieważ zmarzłem nie na żarty w tej nieszczęsnej komnacie, przeto zacząłem dobijać się do drzwi i wrzeszczeć, póki nie nadszedł mój uwięziciel, by mnie z niej wypuścić. Zaprowadził mnie na tyły domu, gdzie była studnia z żurawiem, i powiedział, że „tu mogę obmyć twarz, o ile zechcę”; gdym to uczynił, przedostałem się jakoś na własną rękę do kuchni, gdzie stryj rozpalił już był ognisko i gotował kaszę. Stół był zastawiony dwiema miseczkami i dwiema łyżkami rogowymi, natomiast podpiwku była tylko jedna miarka — taka sama, jak wczoraj. Zapewne oko moje spoczęło z pewnym zdziwieniem na tym szczególe, a stryj snadź to zauważył, gdyż, jakby odpowiadając na myśl moją, zagadnął mnie, czy nie zechciałbym się napić „ciemnego słodowego” — bo tak je nazywał.

Odpowiedziałem, że owszem mam to w zwyczaju — wszakoż nie powinien sobie robić zachodów.

— Nie, nie! — rzecze stryj. — Nie odmówię ci niczego, na co mnie stać.

Dobył z półki nowy kubek, potem zasię, ku wielkiemu z mej strony zdumieniu, miast przynieść więcej piwa, przelał dokładnie połowę zawartości jednego kubka do drugiego. Była w tym postępku jakowaś niby szlachetność, która dech zaparła we mnie; o ile stryj mój był niewątpliwie biedakiem, to należał do tych ludzi dobrze wychowanych, którzy nas niemal zniewalają, by szanować nawet ich niedostatek.

Gdyśmy się uporali ze śniadaniem, stryj Ebenezer otworzył szufladę i wyciągnął z niej glinianą fajkę i pęczek tytoniu, z którego nakrajał sporą garść, a resztę schował z powrotem. Nabiwszy fajkę, usiadł w słońcu koło jednego z okien i palił w milczeniu. Od czasu do czasu oczy jego błądziły dokoła mej osoby, po czym rzucał mi jakieś pytanie. Pierwszym z nich było:

— A jakże twoja matka?

Skoro zaś odpowiedziałem, że ona również zmarła, ozwał się:

— Tak, tak! Ładna była to dziewczyna!

Następnie, po długiej przerwie, podjął:

— Któż są ci twoi przyjaciele?

Odpowiedziałem, że było to kilku szlachty, noszących nazwisko Campbell, choć, prawdę powiedziawszy, jeden z nich tylko, mianowicie pastor, trochę dbał o mnie; lecz zaczęło mi się wydawać, że stryj nazbyt sobie lekceważył moje stanowisko, więc znalazłszy się z nim sam na sam, nie chciałem, by uważał mnie za pozbawionego pomocy.

On, zda się, ważył to sobie w umyśle, a potem rzekł:

— Dawidku, mój zuchu, postąpiłeś sobie waść całkiem trafnie, iżeś przybył do swego stryja Ebenezera. Bardzo mnie obchodzi los rodziny i zamierzam uczynić dla asana wszystko, co należna; atoli zanim się nieco namyślę, do czego by cię tu było najlepiej przysposobić — czy do palestry, czy do służby Bożej, czy do wojska, w czym najwięcej kochają się młokosy — nie chciałbym, ażeby Balfourowie mieli się korzyć przed jakimiś tam Campbellami z Gór, przeto proszęć27, byś trzymał język za zębami. Żadnych listów; żadnych posyłek; żadnych rozmów z osobami postronnymi, bo inaczej... fora ze dwora!

— Stryju Ebenezerze — odrzekłem — nie mam najmniejszego powodu przypuszczać, jakobyś mi asindziej dobrze nie życzył. Mimo wszystko chciałbym ci zaznaczyć, że mamci i ja własną dumę. Nie moja to wola, iżem przybył tu, by cię szukać, a jeżeli jeszcze raz pokażesz mi drzwi, to wezmę cię za słowo.

Wydawało się, żem sprawił mu tym przykrość.

— Phi, phi! — ozwał się. — Pomiarkujże się, człowieku, pomiarkuj! Zostań u mnie dni kilka. Nie jestem czarodziejem, żebym mógł ci znaleźć wielkie w świecie stanowisko na dnie miski z kaszą; lecz jeżeli dasz mi parę dni czasu i nie piśniesz nikomu ani słowa, to nie masz najmniejszego wątpienia, że ci się przysłużę.

— Wybornie — odrzekłem — mądrej głowie dość dwie słowie. Jeżeli aść28 dobrodziej pragniesz mi dopomóc, tedy, oczywista, jeno będę się z tego radował, i nie kto inny, jedno ja, poczuwać się będę do wdzięczności.

Zdawało mi się (wyznam, że przedwcześnie), jakobym już zawojował stryja, więc wraz jąłem mówić, że muszę przewietrzyć i wysuszyć na słońcu siennik i pościel, bo nic mnie nie nakłoni do spania w takiej bryndzy.

— Czy ten dom należy do mnie, czy do ciebie? — ozwał się ów głosem przenikliwym, a potem nagle urwał. — Nie, nie — podjął po chwili — nie to chciałem powiedzieć! Co moje, to i twoje, Dawidku, mój ty zuchu, a co twoje, to i moje. Krew gęstsza jest niż woda, a oprócz mnie i ciebie nie masz nikogo, który by mógł nosić nasze nazwisko.

Tu przeszedł do opowieści o naszej rodzinie, o jej starodawnej możności, o swoim ojcu, który zaczął rozszerzać dwór, i o sobie samym, który poniechał budowy, poczytując ją za grzeszne marnotrawstwo; to podsunęło mi myśl, by oznajmić mu o zleceniu Dżenety Clouston.

— Jędza! — krzyknął. — Tysiąc dwieście pięćdziesiąt... oto tyle dni, odkąd wygrałem proces z tą jędzą. Nie bój się Dawidku! jeszcze ją spalę na rozżarzonym torfie, zanim zdoła mi ona zaszkodzić! Czarownica... osławiona czarownica! Pójdę zobaczyć się z urzędnikiem sądowym...

To mówiąc, otwarł kufer i wydobył zeń surdut, stary wprawdzie, lecz wcale jeszcze dobrze zachowany, oraz kamizelkę, i dość jeszcze przyzwoity kastorowy29 kapelusz — wszystko pozbawione jakichkolwiek galonów lub koronek. Narzucił to byle jako na siebie, i wyjąwszy laskę z kredensu, pozamykał znów na klucz wszystkie schowki i już miał wychodzić, gdy zatrzymała go jakaś myśl nowa.

— Nie mogę ciebie pozostawić samego w domu — odezwał się. — Muszę cię potrzymać za drzwiami.

Krew mi uderzyła do lica.

— Jeżeli waszmość wydali mnie za drzwi — rzekłem — tedy kwita z mojej przyjaźni!

Pobladł wielce i zagryzł usta.

— Nie taką to drogą — ozwał się, poglądając rozpaczliwie w kąt podłogi — nie taką to drogą należy pozyskiwać mą życzliwość, Dawidzie.

— Mości dobrodzieju — odrzekłem — pomimo należnego szacunku dla wieku waszmości i węzłów krwi, jakie nas łączą, nie cenię tak waszej łaski, bym miał się zaprzedawać w niewolę. Tak mnie wychowano, bym miał o sobie dobre mniemanie; a gdybyś mi był nawet w dziesięćkroć za wszystkich stryjów, za całą rodzinę, jaką miałem na tym świecie, nie kupiłbym twojej życzliwości za taką cenę.

Stryj Ebenezer podszedł do okna i przez chwilę wyglądał na dwór. Spostrzegłem, że trząsł się cały i szarpał, jak człek nawiedzony epilepsją. Atoli30 gdy się obrócił, miał uśmiech na twarzy.

— Dobrze, dobrze — przemówił. — Musimy być cierpliwi i wyrozumiali. Ja nie pójdę i nie ma już o czym mówić.

— Stryju Ebenezerze — rzekłem — nic na to nie poradzę. Waszmość obchodzisz się ze mną jak ze złodziejaszkiem; nienawistną jest ci myśl, że przebywam w tym domu; dajesz mi to odczuć w każdej chwili i w każdym słowie: niepodobna, byś mógł mnie kochać; co się zaś mnie tyczy, to odzywałem się do ciebie tak, jak nie sądziłem, bym miał się kiedy odzywać do kogokolwiek. Czemuż więc starasz się mnie zatrzymać? Pozwól mi odejść z powrotem... pozwól mi odejść z powrotem do przyjaciół, którzy mnie kochają!

— Nie, nie, nie, nie — rzekł stryj z wielką powagą. — Ja bardzo cię lubię... jeszcze sobie przypadniemy do serca; a przez wzgląd na cześć naszego domu nie mogę cię odprawić tą drogą, którą tu przybyłeś. Pozostań tu spokojnie, bądź dobrym chłopcem; skoro pomieszkasz tu troszkę spokojnie, przekonasz się, że zgodzimy się z sobą.

— Dobrze, mości dobrodzieju — odrzekłem, rozważywszy w milczeniu całą sprawę — pobędę tu czas jakiś! Słuszniejsza, bym szukał wsparcia u własnych krewniaków niż u obcych, ale jeżeli nie dojdziemy do zgody, to ręczę, że nie stanie się to z mej winy.

Rozdział IV. W dworze Shaws grozi mi wielkie niebezpieczeństwo

Jak na tak zły początek, reszta dnia upłynęła wcale pomyślnie. Zajadaliśmy zimną kaszę na obiad, a gorącą kaszę na wieczerzę; kasza i piwo stanowiły całe pożywienie mojego stryja. Mówił do mnie zgoła niewiele, i to w ten sam sposób, co poprzednio, rzucając mi niespodziane zapytanie po długim milczeniu; gdy zaś próbowałem naprowadzić go na rozmowę o mojej przyszłości, stale się od niej wykręcał. W pokoju przylegającym do kuchni, dokąd pozwolił mi się udać, znalazłem sporo książek zarówno łacińskich, jak i angielskich, które dały mi wielką rozrywkę na całe popołudnie. Doprawdy, czas płynął mi tak miło w tym doborowym towarzystwie, że zacząłem się już niemal godzić z pobytem w Shaws i jedynie widok mego stryja oraz jego oczy, co jakby się bawiły w ciuciubabkę z moimi, wskrzeszały wciąż we mnie silną nieufność.

Wtem znalazłem rzecz jedną, która przejęła mnie niejakim wątpieniem. Oto na białej karcie początkowej jakiegoś zbiorku pieśni (jednego z wydanych przez Patryka Walkera) był nagłówek wypisany ręką mego ojca, taką treść mający: „Mojemu bratu Ebenezerowi w dniu jego piątych urodzin”. Zastanowiła mnie jedna okoliczność, a mianowicie: ponieważ mój ojciec był niewątpliwie młodszym bratem, więc albo dopuścił się jakiejś dziwnej omyłki, albo też jeszcze przed ukończeniem piątego roku życia umiał stawiać litery ozdobnym, wyraźnym i męskim charakterem pisma.

Starałem się wybić to sobie z głowy; atoli choć brałem do rąk dzieła wielu ciekawych autorów, dawniejszych i nowszych, historie, poezje i powieści, ta myśl o charakterze pisma mego ojca nie chciała odczepić się ode mnie; gdy zaś na koniec powróciłem do kuchni i zasiadłem znów do kaszy i piwa, zaraz zapytałem stryja Ebenezera, czy mój ojciec bardzo był skwapliwy do książek.

— Aleksander? O bynajmniej! — brzmiała odpowiedź. — Ja sam bardziej byłem skwapliwy; w młodości uważano mnie za mądrego chłopczynę. Ba, nauczyłem się czytać wtedy, kiedy i on.

To mnie jeszcze bardziej zbiło z tropu; naraz strzeliła mi myśl do głowy i zapytałem, czy on i mój ojciec byli bliźniakami.

On podskoczył na stołku, a łyżka rogowa wypadła mu z ręki na ziemię.

— Co cię przywiodło do tego zapytania? — ozwał się i uchwyciwszy mnie za kaftan na piersi, spojrzał mi tym razem prosto w oczy; miał ślepki małe, ruchliwe i świecące, jak u ptaka, a zerkał nimi i mrugał jakoś dziwnie.

— Co waćpan sobie myślisz? — zapytałem z całym spokojem, bo byłem od niego znacznie silniejszy i niełatwo dawałem się nastraszyć. — Proszę wypuścić z rąk mój kaftan. Tak nie należy postępować!

Stryj potrzebował wielkiego wysiłku, by zapanować nad sobą.

— Mój zuchu, Dawidzie — odezwał się — nie powinieneś mi mówić o swoim ojcu. W tym właśnie tkwi cały błąd.

Usiadł na chwilę, dygocąc, i zerkał na swój talerz.

— Był to jedyny brat, jakiego miałem — dodał, lecz w głosie jego nie było serdeczności; potem podniósł łyżkę i dalej jadł wieczerzę, wciąż jeszcze się trzęsąc.

To ostatnie zajście, owo podniesienie ręki na mą osobę i nagłe oświadczenie miłości ku memu nieboszczykowi ojcu, było mi już tak niepojęte, iż obudziło we mnie zarówno lęk, jak i otuchę. Z jednej strony zacząłem sądzić, że stryj mój może jest szalony i kto wie, czy nie groziło mi od niego niebezpieczeństwo; z drugiej zaś strony przychodziła mi na myśl (chociażem jej nie wywoływał, a nawet oddalałem ją od siebie) opowieść z jakiejś dumki, którą słyszałem był śpiewaną przez lud prosty, o biednym młodzianie, co był prawnym spadkobiercą, i o złym krewniaku usiłującym wydrzeć mu należną majętność. Albowiem czemużby miał mój stryj bawić się w takie ceregiele ze swym synowcem, który przybył prawie jak żebrak do jego drzwi — jeżeliby w głębi ducha nie miał jakiegoś powodu, by się go obawiać?

Przejęty tymi domysły31, wprawdzie całkiem nieświadomymi, niemniej jednak zapuszczającymi silne korzenie w mózgu, zacząłem teraz naśladować jego przebiegłe spojrzenia, tak iż siedzieliśmy przy stole niby kot z myszą, podglądając ukradkiem jeden drugiego. Nie starał się już mnie ni słówkiem zagadywać o to lub owo, tylko uporczywie coś rozważał w skrytości swych myśli; im dłużej siedzieliśmy tak z sobą, im bardziej mu się przyglądałem, tym większej nabierałem pewności, że owe skryte zamysły były nieprzyjazne dla mnie.

Gdy już zmiótł do czysta, co miał w misie, wydobył znów, jak rano, garść tytoniu, wystarczającą do jednej fajki; następnie przystawiwszy krzesło do rogu kominka, siedział przez chwilę plecami do mnie, puszczając kłęby dymu.

— Dawidku — rzekł na koniec — właśnie teraz myślałem...

W tym miejscu przerwał, po chwili znów rzecz podjął.

— Mam odrobinę srebra, które prawie ci obiecałem, jeszcze przed twoim urodzeniem... — prawił — obiecałem twojemu ojcu. O, nie był to, rozumiesz, jakiś prawny zapis... ot, po prostu, jak to bywa, gdy dwaj ze szlachty trącają się kieliszkami. Dość na tym, że tę odrobinę srebra chowałem oddzielnie... był to koszt wielki, ale com przyrzekł, tom przyrzekł... a obecnie ona urosła aż do okrągłej... dokładnej... — tu zatrzymał się i utknął — do okrągłej sumy czterdziestu funtów! — te słowa wykrztusił, rzucając w bok poza swoje ramię bystre spojrzenie, a zaraz za chwilę dodał, głosem prawie skrzeczącym. — Szkockich!

Funty szkockie odpowiadają swą wartością angielskim szylingom32, zatem ostatnie dopowiedzenie wielce odmieniło myśl zdania ostatniego. Ponadto widziałem, że ta cała opowieść była łgarstwem, wymyślonym w jakowymś zamiarze, którego niepodobna mi było z niej odgadnąć; toteż nie starałem się ukryć szyderstwa, gdym odpowiedział:

— O jeszcze raz dzięki, mości dobrodzieju! Zdaje mi się, że funtów sterlingów!

— To właśnie miałem na myśli — odrzekł stryj pospiesznie — funtów sterlingów! A jeżeli zechcesz na chwilę wyjść do bramy, ot tylko po to, by zobaczyć, jaką dziś mamy noc na dworze, wydostanę ci tę sumę i przywołam cię z powrotem.

Wypełniłem jego wolę, śmiejąc się w duchu wzgardliwie ze stryja, który mniemał pono, że dam się tak łatwo wprowadzić w błąd. Noc była ciemna, ledwie parę gwiazdek świeciło nisko nad widnokręgiem; a w sam raz, gdy stanąłem za bramą, posłyszałem przytłumione wycie wiatru, przewalającego się kędyś wśród wzgórz. Mówiłem sobie, że w powietrzu czuć jakąś zmianę i burzę, ale nie zdawałem sobie bynajmniej sprawy, jak ważną miało się to dla mnie okazać okolicznością jeszcze przed upływem onego wieczora.

Gdym został znów zawezwany do izby, stryj wyliczył mi na rękę trzydzieści siedem złotych gwinei33; resztę — a były to drobne monety złote i srebrne — miał również na podorędziu, jednakowoż tu opuściła go już odwaga, więc całą tę drobnicę wsunął do własnej kieszeni.

— Niech ci to będzie dowodem! — powiedział. — Jestem dziwakiem, a ludzie obcy nie mogą się ze mną oswoić. Wszelako dotrzymanie słowa uważam za powinność; przed chwilą mogłeś się o tym przekonać.

Otóż stryj mój wyglądał na takiego skąpca, że oniemiałem wprost na widok tej nagłej szczodrobliwości i nie mogłem znaleźć słów, by wyrazić mu podziękowanie.

— Nie ma o czym mówić! — odpowiedział. — Obejdzie się bez podziękowań; nie potrzeba mi dziękczynienia. Wypełniłem swą powinność; nie chcę przez to wcale powiedzieć, jakoby każdy uczynił to samo, lecz co się mnie tyczy, to (nie dość, że jestem człowiekiem zapobiegliwym) miło mi oddać, co się należy, synowi rodzonego brata; i miło mi też pomyśleć, że odtąd będziemy żyć z sobą w zgodzie, jak przystoi tak bliskim przyjaciołom.

Odpowiedziałem mu nawzajem najuprzejmiej, jakem34 tylko umiał, ale przez cały czas zachodziłem w głowę, co zdarzy się za chwilę i z jakiej przyczyny stryj rozstał się z tak mu drogiemi gwineami; albowiem ten powód, jaki podawał, mogło i dziecko obalić.

Naraz spojrzał boczkiem w mą stronę.

— Patrzaj no — rzecze — a teraz wet za wet!

Odrzekłem, że jestem gotów dowieść mej wdzięczności we wszelkiej rozsądnej mierze, i stanąłem w pogotowiu, oczekując jakiegoś potwornego żądania. Tymczasem, gdy stryj na koniec nabrał śmiałości do rozmowy, jedyną rzeczą, jaką mi powiedział (i to bardzo do rzeczy, jak mi się zdawało), było to, że się starzeje i jest nieco ułomny, przeto chciałby mnie prosić, bym mu dopomagał w gospodarstwie domowym i w uprawie wielkiego ogródka.

Odpowiedziałem, iż z całą ochotą będę na jego usługi.

— Dobrze — rzekł stryj — a więc zaczynajmy! — i wydobył z kieszeni zardzewiały klucz. — Oto — powiada — oto jest klucz od wieży w najdalszym zakątku dworu. Możesz się aść35 dostać do niej tylko od zewnątrz, bo ta część dworu nie jest wykończoną. Gdy się dostaniesz do wnętrza, idź po schodach na górę i przynieś mi stamtąd skrzynkę, znajdującą się na strychu... Są w niej papiery — dorzucił.

— Czy mogę wziąć światło, łaskawco? — zapytałem.

— Nie — odparł ów, nader przebiegle. — Nie ścierpię świateł w swoim domu.

— Doskonale, mości panie — rzekę. — A czy schody są w dobrym stanie?

— Są przewyborne — odparł, a gdy już wychodziłem, dodał. — Trzymaj się ściany; tam nie ma balustrady. Ale schody są pod stopami zupełnie pewne.

Wyszedłem na dwór, w nocną pomrokę. Wicher jeszcze wciąż wył w oddali, choć ani jedno jego tchnienie nie dolatywało do dworu w Shaws. Ciemność była niezwykle gęsta i czarna jak smoła, więc z ochotą trzymałem się wciąż muru, postępując po omacku przed siebie, aż na koniec doszedłem do wrót narożnej wieży na samym końcu niedokończonego skrzydła. Włożyłem klucz w zamek i właśniem go przekręcił36, aż ci tu całkiem znienacka, choć nie słychać było ni wichru, ni grzmotu, całe niebo zabłysło przerażającym płomieniem — i znów zaległa je czarna pomroka. Musiałem zakryć sobie ręką oczy, by na nowo przywyknąć do ciemności, boć doprawdy byłem na poły oślepiony, gdym wkroczył do wieży.

Wewnątrz było tak ciemno, że wydawało się, jakoby trudno tu było nawet oddychać, jednakże posunąłem się, wyciągając jednocześnie rękę i nogę naprzód: pierwsza z nich uderzyła o ścianę, a druga o najniższy stopień schodów. Ściana, jak rozpoznałem po dotknięciu, była stawiana z pięknie ciosanego kamienia; również i schody, choć nieco strome i wąskie, były gładko wymurowane, szły równo i silnie trzymały się pod stopą. Mając w pamięci, co stryj mówił o balustradzie, szedłem tuż koło samego muru i z bijącym sercem wymacywałem drogę w czarnej ciemności.

Dwór Shaws był wysoki na całe pięć pięter, nie licząc poddaszy. Otóż w miarę jakem się posuwał37, wydawało mi się, jakoby w klatce schodowej przybywało powietrza i zrobiło się nieco widniej; jużem się dziwił38, co mogło być przyczyną tej zmiany, gdy wtem na niebie mignęła znów letnia błyskawica — i przepadła, jak pierwsza. Jeżelim nie krzyknął39, to jeno dlatego, że lęk pochwycił mnie za gardło; a że nie spadłem, to zawdzięczam raczej łasce Niebios niż własnej sile. Nie dość, że ów blask wdarł się tu ze wszystkich stron poprzez wyłomy w murze, tak iż mi się wydało, jakobym wspinał się na odsłonięte rusztowanie, ale jednocześnie ta sama przelotna jasność odkryła mi, że stopnie były nierównej długości i że jedna z mych stóp znajdowała się w tej chwili o dwa cale od krawędzi.

„Takie to były owe wspaniałe schody!” — pomyślałem sobie. Wraz z tą myślą wstąpiło w mą duszę poczucie jakowejś wściekłej odwagi. Stryj wysłał mnie tu niewątpliwie, by narazić mnie na wszelkie przypadłości, może nawet na śmierć. Przysiągłem sobie, że stwierdzę to „może”, choćby mi nawet przyszło za to kark skręcić; przygiąłem się niżej i wsparłszy się na rękach i kolanach, gramoliłem się w dalszym ciągu pod górę, obmacując każdy cal przed sobą i badając wytrzymałość każdego kamienia. Wskutek przeciwieństwa z onym rozbłyskiem, ciemność jak gdyby wzmogła się w dwójnasób; na domiar wszystkiego słuch mój mąciło i myśl mą mieszało donośne skrzężenie nietoperzów pod wierzchołkiem wieży, a niekiedy też same głupie te stworzonka, zlatując w dół, uderzały mnie po twarzy lub po ciele.

Wieża — winienem to nadmienić — była czworoboczna, a w każdym jej narożniku stopień był utworzony z wielkiego głazu o kształcie odmiennym od tamtych; służył on do spojenia oddziałów klatki schodowej. Otóż doszedłem był40 do jednego z tych nawrotów, gdy obmacując, jak zwykle, drogę przed sobą, przesunąłem ręką po krawędzi i poczułem, że za nią już nic nie ma... trafiłem w próżnię. Schody nie wznosiły się już wyżej; posyłać tu człowieka obcego, by wspinał się w ciemności po tych schodach, było to tyle samo, co wysyłać go na śmierć niechybną. Więc, aczkolwiek dzięki błyskawicy i mojej własnej ostrożności czułem się aż nadto bezpieczny, to jednak sama myśl o niebezpieczeństwie, w jakim omal się nie znalazłem, i o strasznej wysokości, z jakiej mogłem był41 zlecieć, oblała mnie całego zimnym potem i przyprawiła o nagłe omdlenie moje członki.

Atoli42 wiedziałem już teraz, co mi było potrzeba, więc obróciłem się i jąłem spełzać z powrotem w dół, a serce miałem przejęte dziwną zawziętością. Gdym już przebył prawie połowę drogi, do wieży wpadł z łoskotem wicher, zatrząsł nią w posadach i znów zamarł; zaczął padać deszcz, a zanim doszedłem do samego podnóża schodów, już lało jak z cebra. Wytknąłem głowę na dwór i poprzez strugi ulewy spojrzałem w stronę kuchni. Drzwi, które zamknąłem był za sobą, gdym wychodził z domu, były teraz otwarte i przesączały małą smużkę światła; wydawało mi się, że postrzegam niewielką postać stojącą na deszczu nieruchomo i cicho, niby człek, co nadsłuchuje. Nagle mignęła olśniewająca błyskawica, w której świetle ujrzałem wyraziście mego stryja, stojącego w sam raz na tym miejscu, gdziem go sobie wyobrażał; bezpośrednio potem rozległ się wstrząsający huk grzmotu.

Czy w oną43 chwilę stryj mój poczytał ów łoskot za odgłos mego upadku, czy też usłyszał w nim głos Boga, ogłaszający go zabójcą — pozostawię to domyślności czytelników... W każdym razie to pewna44, że ogarnął go jakiś paniczny strach, tak iż wbiegł do domu, nie zamknąwszy nawet drzwi za sobą. Poszedłem, jak umiałem najciszej, w jego ślady, a przybywszy niepostrzeżenie do kuchni, stanąłem i jąłem mu się przypatrywać.

Znalazł był już czasu na tyle, by otworzyć kredens stojący w kącie i wydobyć stamtąd wielką, obłożoną pokrowcem butelkę okowity45 — teraz zaś siedział przy stole plecami do mnie. Raz po raz chwytały go śmiertelne drgawki i wybuchał głośnym jękiem, a wówczas przykładał do ust butelkę i pełną gębą żłopał niewybredny trunek.

Postąpiłem naprzód, podszedłem tuż do samego miejsca, gdzie siedział i uderzając go znienacka obiema dłońmi po łopatkach, zawołałem:

— Aa!

Stryj wydał jakiś zdławiony okrzyk, podobny do beku owcy, wzniósł ramiona do góry i zwalił się jak martwy na ziemię. Trochę mnie to przeraziło; lecz najpierw winienem był46 pomyśleć o sobie samym, więc nie wahałem się pozostawić go leżącego tak, jak był upadł. W kredensie wisiały klucze, przeto moim zamiarem było zaopatrzyć się w broń, zanim by mój stryj odzyskał przytomność i zdolność knowania złych zamysłów. W kredensie było nieco butelek, z których kilka zapewne zawierały lekarstwa; dalej było tam mnóstwo rachunków i innych papierów, które chętnie byłbym przedrabował, gdyby mi na to czas pozwolił; było też parę drobiazgów, które w tej chwili na nic nie były mi przydatne. Przeto zwróciłem się do skrzyni. Pierwsza była napełniona zapasami żywności; druga była pełna worków z pieniędzmi i papierów, powiązanych w sterty; w trzeciej, pośród wielu innych gratów (była to przeważnie odzież) znalazłem zardzewiały, szpetny puginał szkocki bez pochwy. Ten to więc przedmiot ukryłem pod pazuchą i zwróciłem się do stryja.

Leżał tak, jak był upadł47, cały pokurczony i bezwładny; jedno kolano wysterkało48 w górę, a jedno ramię rozpostarte było wszerz; twarz miała barwę odrażająco siną, a zdało mi się, że już zaprzestał oddychać. Obleciał mnie strach, zali on jeszcze żyw. Przyniosłem wody i skropiłem mu nią oblicze; wraz też wydało się, że zaczął przychodzić do siebie, bo usta jęły pracować i powieki mu się poruszyły. Na koniec podniósł oczy i spojrzał na mnie, a wówczas w jego wzroku wyraził się strach, co nie był z tego świata.

— Dalej, dalej — rzekłem — usiądź no waszmość!

— Czy ty żyjesz? — zaszlochał. — Człowiecze, tyś żyw?

— Jestem żyw — odparłem. — Ale nie aści49 za to dziękować!

On, głęboko wzdychając, starał się dech pochwycić.

— Niebieska flaszeczka... — wykrztusił — w szafce... niebieska flaszeczka... — oddech jego stawał się coraz cichszy.

Pobiegłem do kredensu i — ma się rozumieć — znalazłem tam niebieską flaszeczkę, a przy niej receptę wypisaną na skrawku papieru; dostarczyłem mu to ze skwapliwością, na jaką mnie tylko stać było.

— To moja dolegliwość — rzekł, odżywszy nieco — mam taką dolegliwość, Dawidku. To serce...

Usadowiłem go na krześle i przyjrzałem mu się. Prawdać to, że czułem pewną litość względem człowieka, który wydawał mi się tak ciężko chory, lecz zresztą byłem przejęty słusznym gniewem. Wyliczyłem mu przeto wszystkie punkty, co do których żądałem wyjaśnienia, a mianowicie: czemu łgał mi w oczy za każdym słowem; czemu bał się, że go porzucę; czemu nie podobało mu się napomknienie, że on i mój ojciec byli bliźniakami: „Czy dlatego, że to prawda?” — (takem go zapytał); następnie, czemu dał mi pieniądze, które, wedle mego przekonania, wcale mi się nie należały; a na koniec, czemu usiłował mnie zgładzić. Wysłuchał mego przemówienia, milcząc nieprzerwanie, potem zaś, złamanym głosem, jął się dopraszać, bym mu pozwolił udać się do łóżka.

— Opowiem jutro asanu50 — rzekł — opowiem na pewno... jak mi życie miłe!

Był tak osłabiony, że nie zostało mi nic innego, jak tylko się zgodzić. Na wszelki wypadek jednak zamknąłem na głucho drzwi jego pokoju, a klucz schowałem do kieszeni; po czym wróciwszy do kuchni, roznieciłem taki trzaskający ogień, jakiego tu nie widziano od wielu lat, i otuliwszy się w derkę, ułożyłem się na skrzyniach — niebawem też zasnąłem.