Rozdział V. Udaję się do „Przewozu królowej”
W nocy padał deszcz obfity; z rana nazajutrz nadciągnął z północo-zachodu mroźny wiatr, przeganiając rozproszone chmury. Pomimo to wszystko, jeszcze zanim słońce zaczęło się ukazywać i zanim ostatnia z gwiazd znikła z niebios, wyprawiłem się nad brzeg strumyka i dałem nurka w głęboką, wirującą zatoczkę. Ponieważ skostniałem cały w tej kąpieli, usiadłem znów koło ogniska, do którego przyłożyłem sporo paliwa, i zacząłem poważnie zastanawiać się nad swoim położeniem.
Obecnie nie było już żadnych wątpliwości co do nieprzyjaznych uczuć mego stryja; nie było wątpliwości, że miałem w ręku losy własnego życia oraz że stryj mój niczego nie omieszka, by przyprawić mnie o zgubę. Byłem jednak młody i dziarski, a przy tym jak większość młokosów wychowanych na wsi miałem wielkie mniemanie o swej przebiegłości. Przybywając do jego wrót, byłem niewiele co lepszy od żebraka i niewiele co starszy od pacholęcia; on przywitał mnie zdradą i przemocą; więc też byłoby to doskonałą odpłatą, gdybym wziął go teraz pod swą władzę i poganiał, jak pasterz owcę.
Siedziałem tak przy kominku, piastując kolano w dłoniach i uśmiechając się sam do siebie; uniesiony wyobraźnią, widziałem samego siebie, jak węszę jedną po drugiej jego tajemnicę i staję się panem i władcą tego człowieka. Czarodziej z Essendean, jak powiadają, sporządził zwierciadło, w którym ludzie mogli czytywać przyszłość; musiało być ono z innego materiału niż gorejące węgle, gdyż we wszystkich kształtach i obrazach, jakie się przyglądałem, gdym tak siedział, ani razu nie pojawił mi się okręt, ani razu okrętnik w kudłatej czapie, ani razu wielka pałka, co miała spaść na mą biedną głowę... ani też najmniejsza zapowiedź onych wszystkich udręczeń, jakie miały niebawem mnie nawiedzić.
Wraz też, odęty zarozumiałością, poszedłem na górę i wypuściłem więźnia na swobodę. On uprzejmie powitał mnie na dzień dobry; odwzajemniłem się mu tymże pozdrowieniem, uśmiechając się nad nim wzgardliwie z wyżyn mojego sprytu. Wkrótce zajęliśmy się śniadaniem, zupełnie jakby to było wczoraj.
— No mości panie — odezwałem się drwiąco — czy waszmość masz mi coś jeszcze powiedzieć?
Ponieważ zaś nie dawał mi zrozumiałej odpowiedzi, ciągnąłem dalej.
— Zdaje mi się, że już czas, byśmy się wzajem zrozumieli. Wziąłeś mnie waszmość za wiejskiego Jaśka Zielone-Ucho, który we łbie ma tyle dowcipu lub odwagi, co garnek rozbełtanej kaszy. Ja zaś wziąłem waćpana za człowieka poczciwego, a co najmniej nie gorszego od innych; zdaje się, żeśmy się obaj pomylili. Jaką masz po temu przyczynę, by się mnie obawiać, oszukiwać mnie i dybać na moje życie?...
Mruknął coś, jakoby to były żarty i jakoby lubił sobie nieco dworować; potem zaś, widząc, że się uśmiecham, zmienił sposób przemawiania i zapewniał mnie, że wyjaśni mi wszystko, gdy zjemy śniadanie. Z jego twarzy widziałem, że nie miał gotowego dla mnie łgarstwa, choć już z uporem jakoweś obmyślał; i jużem mu podobno51 miał to powiedzieć, gdy przerwało nam kołatanie we wrota.
Nakazałem stryjowi pozostać na miejscu i poszedłem otworzyć; ujrzałem na stopniach stojącego chłopca-wyrostka w odzieniu żeglarskim. Ów, ledwie mnie zoczył, zaczął pląsać, ukazując kilka podskoków żeglarskiego tańca kobeźnego (o którym nigdy przedtem nie słyszałem, a tym mniej nie zdarzyło mi się go widzieć), przy czym trzaskał w powietrzu palcami i przytupywał z wielką sprawnością. Mimo wszystko był zsiniały od zimna, a w twarzy miał dziwny wyraz, coś pośredniego między łzami i śmiechem, co świadczyło o wielkim bólu ducha i pozostawało w sprzeczności z tą wesołością jego zachowania.
— Jak się masz, brachu? — odezwał się rozbitym głosem.
Zapytałem go surowo, czego sobie życzy.
— O, czego sobie życzę! — podchwycił i wraz zaczął nucić:
„Toć moje marzenie, gdy nocka nie ciemna
O takiej porze roku...”
— Dobrze — powiadam — jeżeli w ogóle nic tu nie masz do roboty, okażę się tak dalece nieuprzejmy, że zamknę ci drzwi przed nosem.
— Zaczekaj no, braciszku! — wrzasnął przybysz. — Czy wcale się nie znasz na żartach? Czy może chcesz, by mnie obito? Przyniosłem list od starego Heasyoasy do pana Belflowera — mówiąc to, pokazał mi list. — I to ci jeszcze powiem, brachu, że głodny jestem piekielnie.
— Dobrze — odrzekłem — wnijdź do dworu, a dostaniesz kęs strawy, choćbym nawet miał z tego powodu pozostać na czczo.
To mówiąc, wprowadziłem go do wnętrza domu i posadziłem na własnym miejscu, gdzie on zabrał się z łapczywością do ostatków śniadania, kiwając na mnie od czasu do czasu i wyczyniając przeróżne grymasy, które, jak mi się zdaje, biedaczek uważał za godne człowieka. Tymczasem stryj przeczytał list i siedział w zamyśleniu; naraz, ni stąd ni zowąd, zerwał się w wielkim ożywieniu na równe nogi i odciągnął mnie na stronę w najdalszy kąt pokoju.
— Przeczytaj to — rzekł, wręczając mi list.
Oto brzmienie tego listu, który w chwili, gdy to piszę, leży przede mną:
Karczma Hawes, koło Przewozu Królowej
J. Wielmożny Panie!
Przebywam w tych stronach, tu, to tam zarzucając kotwicę, i wysyłam mego pacholika, by zasięgnął wieści. Jeżeli pan dobrodziej masz jakoweś zlecenia dalsze co do morskich podróży, tedy dzisiaj ostatnia po temu nadarza się sposobność, gdyż będziem mieli wiatr pomyślny do odpłynięcia z zatoki. Nie będę starał się temu przeczyć, iż miałem sporo utrapienia z waszym pełnomocnikiem, p. Rankeillorem; z czego, jeżeli zawczasu nie zapobiec, zobaczysz waszmość, że wynikną pewne straty. Wypisałem wam rachunek — jak w dopisku. Pozostaję waszmości najposłuszniejszym, uniżonym sługą,
Eliasz Hoseason.
— Widzisz, Dawidku — podjął stryj, skoro obaczył, że już skończyłem czytanie — mam pewną spekulację handlową z tym właśnie Hoseasonem, kapitanem brygu kupieckiego z Dysart, zwanego Zgodą52. Otóż, jeżeli zgodzisz się, byśmy obaj poszli za tym chłopcem, będę mógł zobaczyć się z kapitanem w Hawes, a może na pokładzie Zgody, jeżeli tam trzeba podpisać papiery; ażeby zaś nie tracić czasu, możemy się kopnąć i do rejenta, pana Rankeillora. Po tym, co zaszło, zapewne nie będziesz chciał mi wierzyć na słowo, ale chyba uwierzysz Rankeillorowi. On jest mężem zaufania przynajmniej połowy szlachty okolicznej; człek to sędziwy i wielce poważany, a przy tym znał twojego ojca.
Stałem przez chwilę, rozmyślając. Miałem iść do jakiejś miejscowości żeglownej, gdzie niewątpliwie było dużo luda i gdzie stryj nie poważyłby się na użycie przemocy; co więcej, sama obecność chłopaka okrętowego była mi w tym względzie obroną. Ponadto sądziłem, że potrafiłbym wymóc wizytę u rejenta, nawet gdyby jej zapowiedź była w tej chwili jedynie obłudą ze strony mego stryja; zresztą w głębi serca pragnąłem obaczyć z bliska morze i okręty. Należy pamiętać, że cały mój żywot dotychczasowy upłynął był pośrodku lądu, pomiędzy górami, i że dopiero na dwa dni przedtem ujrzałem po raz pierwszy zatokę spoczywającą na kształt tafli błękitnej oraz statki żeglujące po jej powierzchni, nie większe od cacek dziecinnych. Rozważając szczegół po szczególe, doszedłem do silnego postanowienia.
— Doskonale — rzekłem — chodźmy do Przewozu.
Stryj wdział surdut i kapelusz, a do boku przypasał zardzewiały kordelas; po czym zadeptaliśmy ogień, zatarasowaliśmy wrota i ruszyliśmy w drogę. Wiatr, iż to było w onych stronach zimniejszych, od północo-wschodu, dął nam prawie w twarze, gdyśmy szli. Było to w czerwcu; murawa cała się bieliła od stokrotek, a drzewa od kwietnych okiści, atoli sądząc po naszych sinych paznokciach i po bólu w kostkach, można by raczej mieć na myśli zimę i białość grudniowego szronu.
Stryj Ebenezer wlókł się powoli przykopą53, kiwając się z boku na bok, jak stary oracz, wracający do dom54 z roboty. Przez całą drogę nie odezwał się choćby słówkiem ani razu, tak iż zdany byłem na rozmowę z chłopcem okrętowym. Opowiedział mi, że na imię mu było Ransome i że jeździł po morzu już od dziewiątego roku życia; wszakoż nie umiał mi powiedzieć, wiele lat liczył sobie obecnie, jako że stracił rachubę. Pokazał mi malowidła wyrzezane na swej skórze, odsłaniając pierś pomimo dokuczliwego wiatru i na przekór mym przestrogom, gdyż myślałem, iż mogło go to o śmierć przyprawić. Klął okropnie, gdy sobie tylko coś przypomniał, lecz raczej jako żak prostaczek niż jak dorosły mężczyzna; przy tym chlubił się z wielu potwornych i występnych uczynków, jakich był się dopuścił, jako to: potajemnych kradzieży, fałszywych oskarżeń, ba, nawet zabójstwa — atoli we wszystkich szczegółach tak mało było prawdopodobieństwa, a w sposobie opowiadania znać było tyle niedołężnej i pomylonej junakerii55, iż mnie to więcej nastrajało do litości nad nim niż do dawania mu wiary.
Wypytywałem go o bryg (był to, według jego oświadczenia, najpiękniejszy statek, jaki pływał kiedykolwiek po morzach) i o kapitana Hoseasona, na którego cześć równie głośne wypowiadał pochwały. Heasyoasy (tak bowiem chłopak wciąż nazywał szypra), był to, jak wnosić z tych opowieści, człowiek nieliczący się z niczym ani na niebie, ani na ziemi — jeden z tych co to, jak powiadają „walą pełnymi żaglami na sąd ostateczny” — gburowaty, okrutny, z sumienia wyzuty i popędliwy; a biedny mój chłopiec okrętowy nauczył się podziwiać te wszystkie jego przymioty jako rzecz godną żeglarza i dorosłego mężczyzny. Jedyną tylko skazę upatrywał w tym swoim bożyszczu.
— On to już w sobie nie ma nic a nic z marynarza! — nadmieniał. — Naprawdę, to brygiem kieruje pan Shuan; ten jest najlepszym marynarzem z zawodu, pomijając pijaństwo; powiadam ci, że w to wierzę! Ba, spojrzyj no tutaj! — i odwinąwszy pończochę, pokazał mi wielką szpetną i czerwoną bliznę, której widok ściął mi krew w żyłach. — On to zrobił... pan Shuan to zrobił... — dodał z przechwałką w głosie.
— Co! — wykrzyknąłem. — Więc ty spokojnie przyjmujesz z jego rąk takie okrucieństwo? Jak to! Przecież nie jesteś niewolnikiem, by się tak obchodzono z tobą!
— Nie! — ozwał się biedny niedojda, zmieniając nagle brzmienie głosu. — Będzie on też miał za swoje! Patrz no! — pokazał mi wielki nóż składany, który, jak mi wyznał, pochodził z kradzieży. — O, niech no tylko zobaczę, że ze mną zaczyna; nie ulęknę się go; już się z nim rozprawię! O, nie będzie on pierwszy! — i poparł swoje słowa nędznym, niedorzecznym, a plugawym przekleństwem.
Nigdy dla nikogo w tym świecie szerokim nie miałem tyle współczucia, co dla tego półgłówka. Zaczęło mi przychodzić na myśl, że ów bryg, zwany Zgodą, był — pomimo swego cnotliwego nazwania — istnym piekłem pływającym po morzach.
— Czy nie masz przyjaciół? — zapytałem.
Powiedział, że miał ojca w jednym z portów angielskich — zapomniałem już w którym.
— Był to też człek wyborny — dodał — ale już nie żyje.
— Na miłość Boską! — zawołałem. — Czy nie mogłeś wynaleźć sobie przyzwoitego zajęcia na lądzie?
— O nie! — odpowiedział, mrugając i spoglądając niezmiernie chytrze. — Zapędzono by mnie do rzemiosła; ja zaś znam się na sztuczkach, co w dwójnasób więcej warte... oho!
Zapytałem go, jakie rzemiosło mogło być tak okropne, jak to, które uprawiał i w którym życie jego narażone było na ustawiczne niebezpieczeństwa nie tylko ze strony wichrów i morza, ale i od strasznego okrucieństwa tych, co mu byli zwierzchnikami. Przyznał, że to święta prawda, i zaraz potem zaczął wysławiać swój tryb życia i opowiadać, jaka to uciecha dostać się na ląd, mając pełno pieniędzy w kieszeni, i sypać nimi niby człek dorosły, kupować jabłka, nadrabiać fantazją i zadziwiać innych chłopaków, których nazywał glistami błotnymi.
— Zresztą nie jest to jeszcze tak źle, jak się wydaje — wspomniał — są i gorsi ode mnie: są to dwudziestofuntowce! O sprawiedliwości! Żebyście widzieli, jak oni biorą się do rzeczy!... No, ale przyznam się, widziałem jednego człowieka, w takim wieku, jak ty... — (wydawałem mu się stary) — ...ach, i do tego miał jeszcze brodę... no, i ledwośmy wyjechali z rzeki, a jemu wyszumiał trunek z głowy... rety, jak on krzyczał i pędził przed siebie! Wystrychnąłem go gracko na dudka, powiadam ci! A są też i pomniejsi: o, zgoła mali w porównaniu ze mną! Powiadam ci, uczę ci ich moresu, że aż miło! Gdy ciągniemy maleńkich, to ja też trzymam powróz, by ich smagać.
I tak plótł ustawicznie trzy po trzy, aż doszedłem do wniosku, że miano dwudziestofuntowców oznaczało u niego owych nieszczęsnych przestępców, których zsyłano za morze, na przymusowe roboty w Ameryce Północnej, albo też jeszcze nieszczęśliwszych ludzi niewinnych, których porywano w niewolę lub zwabiano w pułapkę (jak wieść głosiła) dla prywatnych zysków lub z zemsty.
Właśnie wtedy doszliśmy do szczytu wzgórza, skąd ujrzeliśmy Przewóz i przystań. Zatoka Forth (jak powszechnie wiadomo) zwęża się w tym miejscu na szerokość sporej rzeki, która ku północnej stronie tworzy wygodny przewóz, a górnym zakosem przemienia się w zamkniętą lądem przystań dla wszelkiego rodzaju okrętów. Na samym środku cieśniny znajduje się wysepka z jakimiś zwaliskami; na brzegu południowym zbudowano groblę dla celów przeprawy, a na końcu tej grobli, po drugiej stronie gościńca, dostrzegłem budynek schowany za pięknym wirydarzykiem głogów i ostrokrzewów, a zwany karczmą Hawes.
Miasteczko Queensferry56 leży dalej na zachód, a dokoła karczmy było o tej porze dnia jak gdyby zupełnie pusto, bo czółno dopiero co odpłynęło było z podróżnymi. Wszakoż koło grobli spoczywała jakowaś łódź, a w niej na burtnicach drzemało kilku marynarzy. Była to, jak wyjaśnił mi Ransome, szalupa brygu, oczekująca kapitana; zaś o jakie pół mili stamtąd, w ustronnym zakątku zatoki, chłopak pokazał mi samą Zgodę, stojącą na kotwicy. Na jej pokładzie widać było krzątaninę, znamionującą przygotowania do odjazdu; podnoszono reje na właściwe miejsca, a że wiatr podmuchiwał właśnie z owej strony, przeto do uszu mych dochodził śpiew żeglarzy ciągających liny. Po wszystkim, czego nasłuchałem się przez drogę, spoglądałem na ten okręt z niezmiernym obrzydzeniem i z całego serca litowałem się nad biedakami, którzy byli skazani na żeglowanie w nim.
Wysunęliśmy się już wszyscy trzej na grzbiet wzgórka, przeto przeszedłem na drugą stronę gościńca i zwróciłem się do stryja:
— Uważam, iż słuszna powiedzieć wam, mości panie, że żadna siła nie zmusi mnie, bym miał wstąpić na pokład onej Zgody.
On jakby ocknął się ze snu.
— Hę? — zapytał. — Co takiego?
Powtórzyłem mu znowu.
— Dobrze, dobrze — odrzekł. — Przypuszczam, że jeszcze zdołamy ci się przypodobać. Ale po cóż my tu stoimy? Tu takie przenikające zimno... a jeżeli się nie mylę, to tam już na Zgodzie gotują się do odjazdu.
Rozdział IV. Co mi się przydarzyło u „Przewozu Królowej”
Skorośmy przybyli do karczmy, Ransome zaprowadził nas po schodach do małego pokoiku; było tam zastawione łóżko, a na węglach płonęło wielkie ognisko, iż było gorąco jak w piekarni. Tuż przy kominie siedział za stołem wysoki, posępny, surowo spoglądający mężczyzna i coś tam pisał. Pomimo wielkiego gorąca w pokoju, ubrany był w gruby kaftan marynarski, zapięty aż pod szyję, i wysoką, włochatą czapę, naciśniętą na uszy; nigdy jeszcze nie widziałem takiego człeka (choćby to był i sędzia w trybunale) który by się zdawał z pozoru bardziej zimny, gorliwy i panujący nad sobą, jak ten kapitan okrętu.
Naraz powstał i występując wprzód, podał szeroką dłoń Ebenezerowi.
— Szczycę się, iż cię oglądam, panie Balfour — ozwał się głosem bardzo grubym — i cieszę się, żeś waszmość przybył na czas. Wiatr jest wspaniały, a odpływ właśnie się zmienia; przed nocą zobaczymy stary kubeł z węglami płonący na wyspie Majowej.
— Kapitanie Hoseason — rzekł mój stryj — zanadto waćpan ogrzewasz swój pokój.
— Taką mam nawyczkę, panie Balfour — odparł szyper. — Jestem człowiekiem zimnego usposobienia; krew mam zimną, mości panie. Ani futro, ani flanela... nic, mosterdzieju, nawet gorący rum, nie rozgrzeją tego, co się zowie temperamentem. Dzieje się to samo, mości panie, z bardzo wielu ludźmi, którzy zwęglili się, jak to powiadają, na morzach podzwrotnikowych.
— Dobrze, dobrze, kapitanie — odpowiedział stryj — wszyscy musimy być tacy, jakimi nas zrobiono.
Atoli57 zdarzyło się, że owo dziwactwo kapitana bardzo wiele przyczyniło się do mych nieszczęsnych kolei. Albowiem, choć sobie przyrzekłem, iż mego krewniaka nie spuszczę z oka, to jednak byłem tak żądny obaczenia morza z większej bliskości, a jednocześnie tak znużony ciasnotą pokoju, że gdy stryj mi polecił, bym „zbiegł na dół i zabawił się przez chwilę”, ja w swej głupocie dałem posłuch jego słowom.
Tak więc wyszedłem, pozostawiając obu mężczyzn, siedzących przy flaszce i za całą stertą papierów, i przeszedłszy w poprzek gościńca przed samą karczmą, zstąpiłem na wybrzeże. W tym zakątku, mimo panującego wiatru, o brzeg uderzały tylko drobne fale, niewiele co większe od tych, jakie widywałem był na jeziorze. Za to nowością były dla mnie charszcze58 — jedne zielone, inne brunatne i podłużne, inne zaś pokryte pęcherzykami, które trzaskały mi w palcach. Choć ta odnoga59 daleko zachodziła w głąb lądu, to jednak zapach wody morskiej i tu był nadzwyczaj słony i drażniący; ponadto Zgoda zaczęła potrząsać żaglami, co pękami wisiały na rejach — a nastrój wszystkiego, com spostrzegał, usposobił mnie do myśli o dalekich podróżach i obcych krainach.
Przyjrzałem się również marynarzom w czółnie — były to rosłe, ogorzałe chłopy, niektórzy w koszulach, niektórzy w kubrakach, niektórzy gardła poobwiązywali sobie kolorowymi chustkami, jeden miał w olstrach zatkniętą parę pistoletów, dwóch czy trzech było uzbrojonych w sękate pałki, a wszyscy w puginały. Wdałem się w rozmowę z jednym, który wyglądał mniej po zbójecku niż jego towarzysze, i wypytywałem go o żeglugę. Opowiedział, że ruszą w drogę, skoro tylko skończy się przypływ, i okazywał radość, że porzucą port, gdzie nie było szynkowni i grajków — wszystko to jednak przeplatał tak okropnymi złorzeczeniami, iż czym prędzej oddaliłem się od niego.
To mnie przywiodło znów do Ransome’a, który był pono najmniejszym łotrem w tej zgrai; wybiegł on rychle z karczmy i przyleciał do mnie, wołając o czarkę ponczu. Odpowiedziałem mu, że tego mu nie dam, bo ani jego, ani mojemu wiekowi nie przystoją takie zbytki.
— Ale szklankę słodowego piwa możesz otrzymać, i owszem — dodałem.
On zaczął szczerzyć zęby i wykrzywiać się do mnie, dając mi różne przezwiska, lecz mimo wszystko ucieszył się i z piwa słodowego; wnet też usiedliśmy za stołem w przedniej izbie karczmy, pijąc i jedząc, aż się nam uszy trzęsły.
Tu przyszło mi na myśl, że ponieważ karczmarz był człowiekiem z tych okolic, przeto dobrze bym uczynił, gdybym w nim pozyskał przyjaciela. Zaprosiłem go do towarzystwa, jak to było podówczas częstym obyczajem; atoli on uważał się za nazbyt wielką osobę, by miał zasiadać pospołu z takimi chudzinami, jak Ransome i ja, więc już zabierał się precz z pokoju, gdy przywołałem go nazad, zapytując, czy nie zna przypadkiem imci60 pana Rankeillora.
— Uu, i jak jeszcze! — odrzekł. — Jest to człek wielkiej zacności. Za pozwoleniem, czy to aspan jesteś ów człowiek, co to przybył z Ebenezerem?
Gdy dałem mu odpowiedź potwierdzającą, zapytał.
— Aspan chyba nie jesteś z jego przyjaciół? — co według szkockiego sposobu mówienia miało znaczyć, że nie jestem jego krewnym.
Odpowiedziałem, że nie.
— I ja myślałem, że nie — rzecze karczmarz — a jednak jesteś asan jak gdyby troszkę podobny do pana Aleksandra.
Wspomniałem, że Ebenezer nie cieszył się przychylnością ludzi okolicznych.
— Zapewne — odrzekł karczmarz. — Jest to stary niegodziwiec i niejeden pragnąłby go widzieć dyndającego na powrozie... zarówno Joasia Clouston jak i wielu innych ludzi, których pozbawił domu i szczęścia rodzinnego. Atoli kiedyś i on był też miłym młodzieniaszkiem. Było to jednak jeszcze, zanim rozeszła się wieść o panu Aleksandrze; rzekłbyś, że było to śmiercią dla niego...
— I cóż to była za wieść? — zapytałem.
— Oo!... że to on właśnie go zabił — odrzekł karczmarz. — Nie słyszałżeś aść61 nigdy o tym?
— I za cóż miałby go zabijać? — powiadam na to.
— Za cóż, jak nie po to, by zająć owo miejsce? — wyjaśnił.
— Miejsce? — zapytałem. — Czy Shaws?
— Nie wiem o żadnym innym — odrzecze ów.
— Tak, człowiecze? — mówię na to. — Więc to tak było?... Czyż mój... czy Aleksander był najstarszym z rodzeństwa?
— Jużci, że był — rzecze karczmarz. — Gdyby było inaczej, za cóż miałby go ów zabijać?
To rzekłszy, oddalił się, bo już mu do tego było pilno od samego początku.
Prawdę mówiąc, przeczuwałem był od dawna wspomniane przez niego okoliczności; atoli inna to zgoła rzecz domyślać się, a inna wiedzieć na pewno. Siedziałem przeto odurzony mym szczęściem i ledwo mi się chciało wierzyć, że ten sam biedny chłopczyna, który niespełna dwa dni temu, kurzem odziany, powlókł się tu z Lasu Ettrick, obecnie był jednym z możnych tego świata, posiadał dom i rozległe włości, a jutro mógł dosiąść własnego rumaka. Wszystkie te piękne rojenia, wraz z tysiącem innych, tłoczyły mi się w głowie, gdym siedział przy oknie karczmy, gapiąc się bezmyślnie przez szybę i nie zwracając uwagi na to, co widziałem; przypominam sobie tylko, że oko moje napotkało kapitana Hoseasona na grobli, pośród swoich okrętników, i przemawiającego do nich jakby rozkazująco. Naraz ujrzałem, jak krokiem równym wracał ku domowi, nie mając w sobie nic z żeglarskiej niezgrabności, owszem niosąc po męsku okazałą i piękną swą postawę, a na twarzy widniał mu wciąż ten sam wyraz rozsądku i powagi. Pytałem sam siebie, zali podobna, by opowieści Ransoma mogły zawierać prawdę i zacząłem po trochu im niedowierzać: tak nie zgadzały się z powierzchownością tego człowieka. Naprawdę jednak nie był on tak dobry, jak przypuszczałem, ani tak zły, za jakiego go podawał Ransome; bo w rzeczywistości było w nim dwóch ludzi, a ten, co z nich był lepszy, porzucał go, ledwo kapitan stąpił nogą na pokład swego statku.
Za chwilę posłyszałem głos stryja, który mnie przyzywał; wyszedłszy, zastałem ich obu na gościńcu. Pierwszy zagadnął mnie kapitan, a to w takim sposobie (co bardzo schlebiało młodemu chłopczynie), jakby mówił równy z równym.
— Mości panie — rzekł — imć pan Balfour cuda mi opowiada o tobie, a ja ze swej strony też rad cię widzę. Pragnąłbym dłużej tu pobyć, żebyśmy mogli lepiej zaprzyjaźnić się z sobą; wszakoż i tak uczynimy, na co nas stać w tej chwili. Racz waszmość spędzić pół godziny na pokładzie mego brygu, nim ustanie przypływ, i trącić się ze mną kielichem.
Owoż tedy niepodobna wypowiedzieć, jaką miałem chętkę, by zwiedzić wnętrze okrętu; atoli nie zamierzałem bynajmniej wystawiać się na azard62, przetom63 mu odpowiedział, że stryj i ja mamy się udać w pewnej sprawie do rejenta.
— Tak, tak — rzekł kapitan — napomknął ci mi on o tym. Alić64, wiedz asindziej65, że łódź wysadzi cię na ląd koło grobli miejskiej, a stamtąd to dość rzucić kamiuszczkiem, by się trafiło w dom Rankeillora.
W tym miejscu nagle nachylił się i szepnął mi w ucho.
— Dawaj baczenie na starego krętacza; on tu coś knuje niedobrego. Chodź asan na pokład, to ci coś powiem.
Po czym, biorąc mnie pod ramię, mówił dalej głośno, postępując w stronę łodzi.
— Ale gadajże waćpan, co mam ci przywieść z Karolińskich ostrowów? Kto jest przyjacielem pana Balfoura, tego jestem powolnym sługą. Czy zwitek tytoniu? Czy indiańskie pióropusze? Czy skórę dzikiego zwierza? A może fajkę kamienną? Czy ptaka przedrzeźniacza, co miauczy na każdego jak kocur? Alboli66 ptaszę, kardynałem przezwane, że czerwone jest jako krew?... Wybierz z tych jedno i powiedz, coć67 się podoba.
Tymczasem doszliśmy do szalupy, on zaś podał mi rękę, by mnie na nią wprowadzić. Ani mi się nie śniło, bym się miał opierać; mniemałem (o głupi prostaczek!), żem znalazł68 dobrego przyjaciela i sprzymierzeńca, a przy tym radowałem się, że zobaczę okręt. Zaledwieśmy usiedli69, każdy na swoim miejscu, łódź odbiła od grobli i zaczęła się posuwać po wodzie; wobec radości z tej nowej dla mnie jazdy oraz wobec podziwu nad naszą małością, widokiem wybrzeża i wielkością brygu, co rósł w oczach, w miarę jakeśmy70 się doń zbliżali, ledwie zdołałem zrozumieć, co mówił do mnie kapitan, i odpowiadałem mu na chybi-trafi.
Skorośmy przybyli na miejsce (siedziałem wówczas, przyglądając się z lubością wyniosłemu okrętowi, silnemu przypływowi, rozbijającego się z szumem o jego boki, oraz żeglarzom, wesoło pokrzykującym przy robocie), Hoseason, oznajmując, że on i ja winniśmy pierwsi wyjść na pokład, kazał z głównej rei spuścić linę. Uchwyciwszy się tejże, zawisłem, bujając się, w powietrzu, a za chwilę postawiono mnie na pokładzie, gdzie już w pogotowiu czekał na mnie kapitan i wraz ujął mnie ramieniem pod pachę. Stałem tak przez chwilę, nieco oszołomiony chwianiem się wszystkiego wokoło, może i po trosze zalękniony, a mimo to niezmiernie uradowany onymi dziwnymi widokami; kapitan tymczasem pokazywał mi największe dziwa, objaśniając mi ich nazwania i użytek.
— Ale gdzież mój stryj? — ozwałem się nagle.
— Aha! — odrzekł Hoseason, rzucając z nagła złowrogie spojrzenie. — W tym sęk!
Czułem, że jestem zgubiony. Dobywszy wszystkiej mocy, wydarłem mu się z rąk i podbiegłem do burty. Jakoż dostrzegłem szalupę zdążającą ku miastu co sił we wiosłach oraz mego stryja siedzącego na rufie. Wydałem rozdzierający okrzyk.
— Na pomoc! Na pomoc! Morderstwo! — aż oba brzegi zatoki zadzwoniły odgłosem, a stryj odwrócił się z miejsca, gdzie siedział, i ukazał mi twarz pełną okrucieństwa i grozy.
Ostatnia była to rzecz, jaką widziałem. Już bowiem porwały mnie krzepkie ręce, odrywając mnie od boku okrętu, a wraz potem zdało mi się, jakoby grom we mnie trzasnął; zalśnił mi w oczach płomień ogromny i padłem bez zmysłów.
Rozdział VII. Odbywam podróż morską na brygu Zgoda z Dysart
Gdym przyszedł do siebie, leżałem w ciemności, wielce obolały, skrępowany na rękach i nogach, a przy tym ogłuszony mnóstwem niezwykłych hałasów. W uszach mi brzmiał huk wody — jakoby jakiejś olbrzymiej młynówki — bębnienie rozbryzgujących się ciężkich kropel, łomotanie żagli i przeraźliwe nawoływania okrętników. Cały świat to piętrzył się zawrotnie w górę, to zawrotnie opadał kędyś w dół; byłem tak schorzały i potłuczony na całym ciele, a w głowie mi się tak mąciło, że upłynęło sporo czasu, zanim, wodząc myśli tędy i owędy lub nawet znów tracąc przytomność pod świeżym ukłuciem bólu, doszedłem do przekonania, iż na pewno leżę w więzach gdzieś na spodzie tego nieszczęsnego okrętu, a wiatr niechybnie wzmógł się w istną wichurę. Wraz z jasnym uświadomieniem sobie mej niedoli zwaliły się na mnie: czarna rozpacz, okropne wyrzuty na mą własną głupotę i wściekły gniew na mego stryja — co wszystko razem ponownie pozbawiło mnie zmysłów.
Kiedym wrócił na nowo do życia, wstrząsały mną i ogłuszały mnie te same zgiełki, te same bezładne i gwałtowne poruszenia; ponadto do wszystkich innych moich udręczeń i katuszy dołączała się słabość, jaka zawżdy napastuje lądowca nienawykłego do morza. W onych dniach mej burzliwej młodości doświadczyłem mnogich utrapień, wszelako żadne z nich nie rozprzęgało tak mego ciała i ducha, żadne nie lśniło tak nikłym promykiem nadziei, jak owe pierwsze godziny pod pokładem brygu.
Usłyszałem huk działa i przypuszczałem, że burza okazała się dla nas nazbyt sroga i że załoga strzelaniem daje znać o swym trudnym położeniu. Myśl o wybawieniu, choćby przez śmierć w głębinie morskiej, napawała mnie radością. Niestety nie ziściło się nic z tego, czegom się domyślał71, jedno (jak mi później opowiedziano) był to pospolity zwyczaj kapitanów, który niniejszym zapisuję na dowód, że nawet najgorszy człowiek może mieć w sobie łagodniejsze uczucia. Okazało się, iżeśmy przejeżdżali72 o parę mil od Dysart, gdzie niegdyś zbudowano bryg i gdzie przed laty kilkoma osiedliła się sędziwa pani Hoseasonowa, matka kapitana, a czy to wyjeżdżano na pełne morze, czy zawijano ku lądowi, nigdy nie dopuszczono, by Zgoda miała ominąć tę miejscowość bez palby armatniej i wywieszenia bandery.
Zatraciłem zupełnie rachubę czasu; dzień i noc były sobie podobne w owej zatęchłej jamie okrętowego kadłuba, w której spoczywałem, a okropność mego położenia dłużyła mi w dwójnasób każdą godzinę. Toteż nie potrafię zdać sobie z tego sprawy, jak długo tak leżałem, oczekując, rychło li posłyszę trzask okrętu rozbijającego się o rafę lub poczuję, jak statek, chybocąc się, spadać będzie na łeb na szyję w głębiny morskie. W końcu wszakże sen odebrał mi wszelką świadomość męczarni.
Obudzony zostałem blaskiem latarki świecącej mi wprost w oblicze. Jakowyś człowieczyna, lat może trzydziestu, o zielonych oczach i bujnych, kędzierzawych włosach, stał nade mną, bacznie mi się przyglądając.
— No — ozwał się — jakże się asan73 miewasz?
Odpowiedziałem szlochaniem; wówczas przybysz obmacał mi puls i skronie, po czym zabrał się do przemywania i opatrywania rany, którą miałem na czaszce.
— No, no! — rzekł. — Poważny cios! Co, mój bracie? Rozwesel się! Świat jeszcze nie ginie; źle rozpocząłeś swoją po nim wędrówkę, ale jeszcze zdołasz wszystko naprawić. Czy ci dano jaką strawę?
Odpowiedziałem, że patrzeć nie mogę na jadło; on na to dał mi nieco gorzałki z wodą w kubku cynowym i pozostawił mię znów samego.
Gdy w czas jakiś przybył powtórnie, by mnie obejrzeć, leżałem pół śniąc, pół czuwając, rozwarłszy oczy szeroko w ciemności; choroba całkiem przeszła, ustępując jednak miejsca okrutnym zawrotom głowy i nudnościom, które bodajże ciężej przyszło mi znosić. Ponadto odczuwałem ból we wszystkich członkach, a sznury, które mnie krępowały, piekły mnie jak żywy ogień. Zaduch jamy, w której spoczywałem, zdawał się przenikać we mnie, a w ciągu długiej samotności po jego poprzednich odwiedzinach wycierpiałem istne katusze trwogi, już to z powodu ciągłego przebiegania szczurów okrętowych, które niekiedy tarabaniły mi po samej twarzy, już to z powodu potwornych widziadeł, jakie zawżdy snują się koło łoża człowieka gorączkującego.
Skoro otworzono zapadnię w pułapie i zabłysła latarka, powitałem ów blask niby światłość słoneczną, lejącą się z niebios; i chociaż w tym oświetleniu obaczyłem jedynie mocne a ciemne belki okrętu, co był mi więzieniem, jednak omal nie krzyknąłem głośno z radości. Człowiek ów zielonooki pierwszy jął zstępować po drabinie, a spostrzegłem, że szedł trochę niepewnie. Za nim postępował kapitan. Żaden z nich nie wyrzekł ani słowa, tylko pierwszy, usiadłszy, zbadał mnie i opatrzył mi ranę jak poprzednio, natomiast Hoseason poglądał mi w oblicze jakimś dziwnym, posępnym wzrokiem.
— Otóż, mosanie74, sam widzisz — rzecze pierwszy — wielka gorączka, brak apetytu, brak światła, brak pożywienia: sam pan widzisz, co to znaczy.
— Nie jestem znachorem, panie Riach — odrzekł kapitan.
— Za pozwoleniem, mości panie — rzecze Riach — pan masz tęgą głowę na karku i dobry, iście szkocki język w gębie, by się wszystkiego dowiedzieć, ale teraz nie pozwolę waszmości na żadne wymówki: żądam, by tego chłopca zabrano z tej jamy i umieszczono na forkasztelu75.
— Czego waćpan żądasz, to nie obchodzi nikogo, co najwyżej samego ciebie — odgryzł się kapitan — ale ja powiem waćpanu, jak będzie. On pozostanie tu, gdzie jest.
— Przypuśćmy nawet, że waszmość zostałeś odpowiednio wynagrodzony — rzecze drugi — to pozwolę sobie skromnie zauważyć, że mnie to nie spotkało. Płacą mi, i to zgoła nie za wiele, tylko za to, że jestem młodszym oficerem na tej starej kufie, a waszmość wiesz doskonale, czym starał się ciągnąć z tego zyski; poza tym jednak nie płacono mi za nic innego.
— Gdybyś waszeć umiał oderwać się od cynowej czarki, panie Riach, nie mógłbym się w niczym skarżyć na ciebie — odparł szyper — a ośmielę się nadmienić, że zamiast bawić się ze mną w zagadki, winieneś zachować dech w gębie, byś miał czym kaszę ostudzić. Nas tam wzywają na pokład — dodał tonem ostrzejszym i postawił nogę na szczeblu drabiny.
Ale pan Riach ucapił go za rękaw.
— Dajmy na to, że zapłacono ci, byś dokonał morderstwa... — zagadnął.
Hoseason zwrócił się ku niemu z błyskiem w oczach.
— Cóż to znowu? — wrzasnął. — Co ma znaczyć taka mowa?
— Zdaje mi się, iż jest to mowa, którą waćpan możesz zrozumieć — rzekł pan Riach, poglądając mu nieustraszenie w oblicze.
— Panie Riach, byłem z waćpanem na trzech morskich wyprawach — odparł kapitan. — Przez ten czas, mości panie, winieneś był już mnie poznać: jestem człowiekiem surowym i zawziętym, ale wszystko, co aść teraz powiadasz... fe, fe!... To pochodzi ze złego serca i brudnego sumienia. Jeżeli utrzymujesz, że chłopak zemrze...
— Pewnie, że tak będzie! — rzekł pan Riach.
— Dobrze, mości panie, czyż to nie wystarczy? — rzecze Hoseason. — Zabieraj go, gdzie ci się podoba!
Wraz76 też kapitan wszedł na drabinę; ja zaś, który leżałem był77 w milczeniu podczas całej tej osobliwej rozmowy, zobaczyłem, że pan Riach obrócił się za odchodzącym i pokłonił mu się prawie do kolan, w czym oczywiście uwydatniało się szyderstwo. Nawet w ówczesnym stanie mej choroby zdołałem wymiarkować dwie rzeczy, a mianowicie że sztorman78, zgodnie z domysłami kapitana, był nieco podchmielony, oraz że (czy trzeźwy, czy pijany) mógł mi się on pono79 okazać ważnym sprzymierzeńcem.
W pięć minut później zerwano mi więzy, jakiś człek wziął mnie na plecy i zaniósł na forkasztel, gdzie mnie złożono na posłaniu z kilku derek marynarskich; tam też w jednej chwili postradałem przytomność.
Zaiste za szczęście sobie poczytałem, gdy otwarłszy oczy ponownie, znalazłem się na świetle dziennym, wśród ludzkiego towarzystwa. Forkasztel był miejscem dość przestronnym, zastawionym wokoło tapczanami, na których siedzieli ludzie, ćmiąc fajki, lub spali po odbytej wachcie80. Ponieważ dzień był pogodny, a wiatr pomyślny, przeto otwór w powale był odsłonięty, tak iż do wnętrza wbiegała nie tylko jasność dniowa, ale od czasu do czasu i przeświecająca pyłem smuga blasku słonecznego, olśniewając mnie i radując. Wszakoż nie pierwej poruszyłem się, aż któryś z żeglarzy przyniósł mi łyk jakiegoś lekarstwa, przyrządzonego przez pana Riacha, po czym polecił mi, bym leżał spokojnie, póki on nie wróci. Wyjaśnił mi, że żadna kość nie uległa zgruchotaniu.
— Cios w głowę to fraszka. Człowieku — rzecze — toć ja ci go zadałem!
Tak przeleżałem wiele dni pod ścisłym nadzorem i nie dość, żem powrócił do zdrowia, ale zaznajomiłem się z mymi towarzyszami. Była to istotnie nieochajna81 hałastra, jak większość marynarzy, boć sam zawód odrywał ich od wszystkiego, co w życiu jest powabem, i skazywał na wspólne kołatanie się po srogich odmętach, pod rozkazami niemniej okrutnych zwierzchników. Było pomiędzy nimi kilku takich, którzy żeglowali przódy w służbie u piratów i widzieli rzeczy, o których wstyd byłoby nawet wspominać; byli i tacy, którzy zbiegli z okrętów królewskich i miewali już stryczek na szyi, z czego zresztą nie czynili tajemnicy; a wszyscy, jak to powiadają, byli „poprztykani” z najlepszymi przyjaciółmi. Wszakże jeszcze nie upłynęło wiele dni wspólnego z nimi zamknięcia, gdy już zacząłem się wstydzić tego, com o nich sądził zrazu, jeszcze koło grobli Przewozu — jakoby oni byli bestiami nieczystymi. Żaden stan ludzki ni rodzaj nie jest zły do gruntu, ale każdy ma swe zalety i wady, a moi współokrętnicy nie byli wcale wyjątkiem od tego prawidła. Byli gburowaci, to pewna, i źli, jak mniemam, ale zalet mieli też niemało. Gdy się opamiętali, bywali uprzejmi, prostodusznością przewyższali nawet takie jak ja parafiańskie chłopię, a miewali i przebłyski uczciwości.
Był tam jeden człowiek, może czterdziestoletni, który godzinami siadywał przy mym tapczanie, opowiadając mi o swej żonie i dziecku; był on rybakiem, który rozbił się z łodzią i w ten sposób został zniewolony do włóczęgi po pełnym morzu. Lata już upłynęły od owego czasu, jam go jednak nigdy nie zapomniał. Jego żona, która (jak mi często powtarzał) była o wiele młodsza od niego, na próżno wyglądała powrotu swego męża... nigdy on już rankiem nie roznieci jej ogniska, ani też nie zaopiekuje się dziecięciem podczas jej choroby... Istotnie (jak pokazały wypadki) wielu z tych nieszczęśników bawiło wtedy na ostatniej w życiu wyprawie; otchłanie morskie i ryby-ludojady żer sobie z nich uczyniły... a niewdzięczneć82 to rzemiosło źle mówić o umarłych.
Pomiędzy innymi dobrymi ich uczynkami wspomnę i to, że zwrócili mi moje pieniądze, które pośród nich rozdzielono; a choć suma okazała się o jaką trzecią część szczuplejsza, to jednak ucieszyłem się wielce, żem choć tyle odzyskał, i wiele sobie za te pieniądze obiecywałem w kraju, do którego miałem zawinąć. Okręt zdążał na Karoliny, a nie należy przypuszczać, jakobym to miejsce poczytywał za nic więcej, jak tylko za kres mego wygnania. Wprawdzie już wówczas tłumione było ono niecne rzemiosło, a następnie, po buncie kolonii i utworzeniu Stanów, istotnie ustało — ale za dni mej młodości jeszcze sprzedawano ludzi białych w niewolę, do robocizny po plantacjach, i to właśnie był los, na który skazał mnie wyrok mego niecnego stryja...
Chłopak okrętowy Ransome (od którego po raz pierwszy usłyszałem był o tych okropnościach) zachodził do nas niekiedy z czatowni83, gdzie nocował i usługiwał, i to w cichym bólu opatrywał sobie potłuczoną część ciała, to znowu głośno oburzał się na okrucieństwo pana Shuana. Serce mi się tedy krwawiło; atoli załoga żywiła wielki szacunek dla najstarszego sztormana, który, jak mawiali, był „jedynym żeglarzem w tym bałaganie i człowiekiem niezłym, o ile był trzeźwy”. W istocie, stwierdziłem co do obu sztormanów rzecz wielce osobliwą: a mianowicie, że pan Riach był ponury, opryskliwy i szorstki, ilekroć był trzeźwy, a pan Shuan muchy by nie ukrzywdził, gdy był pijany. Zapytałem o kapitana, ale mi odpowiedziano, że trunek nie sprawia żadnej różnicy w usposobieniu tego żelaznego człowieka.
Ile mi tylko pozwalała szczupłość czasu, dokładałem wszelkich starań, by z tego nieboskiego stworzenia, jakim był biedny Ransome, uczynić coś na podobieństwo człowieka — raczej powinien bym powiedzieć: na podobieństwo chłopca. Atoli w jego umyśle ledwie że kołatała się odrobina prawdziwego człowieczeństwa. Z czasów przed pierwszą wyprawą morską nie zdołał nic zapamiętać, jak tylko to, że ojciec jego wyrabiał zegary i że w bawialni miał szpaka, który umiał gwizdać Krainę północną; wszystko inne zatarło się w jego pamięci przez tyle lat udręki i znoju. O suchym lądzie miał dziwaczne pojęcia, zaczerpnięte z opowieści żeglarskich: było to rzekomo miejsce, gdzie chłopców oddawano w pewnego rodzaju niewolę, zwaną rzemiosłem, i gdzie terminatorów ustawicznie chłostano lub zamykano w cuchnących kazamatach. W miastach co drugą osobę uważał za wydrwigrosza, a co trzeci dom za miejsce, gdzie truto lub zabijano marynarzy. Oczywiście opowiadałem mu, jak uprzejmie obchodzono się ze mną samym na owym suchym lądzie, którego on tak się obawiał, oraz jak dobrze mnie wychowywali i troskliwie nauczali zarówno moi rodzice, jak i przyjaciele: toteż ilekroć otrzymał świeże cięgi, zawsze płakał gorzko i przysięgał, że ucieknie; ale jeżeli był w zwykłym bzikowatym usposobieniu lub (co gorsza) dobrał się w czatowni do szklanki spirytusu, wtedy wyśmiewał się z mych napomnień.
Nie kto inny, ale pan Riach (niech mu to Niebo odpuści!) częstował chłopca napitkiem; niewątpliwie czynił to w dobrej myśli, ale, pominąwszy, że rujnował mu tym zdrowie, było rzeczą wprost żałosną patrzeć, jak owa nieszczęsna, zaniedbana istotka zataczała się, pląsała i wygadywała niestworzone brednie. Niektórzy z załogi śmiali się, ale nie wszyscy; inni posępnieli jak chmura gromowa (myśląc zapewne o własnej młodości albo o swojej dziatwie) i nakazywali mu, by zaniechał tych andronów. Co się mnie tyczy, wstydziłem się nań poglądać, a jeszcze po dziś dzień biedny chłopak nachodzi mnie nieraz we śnie.
Przez cały ten czas (trzeba wam wiedzieć) Zgoda napotykała ustawicznie wiatry przeciwne i rzucała się to w górę, to w dół po napierającym na nas morzu, toteż otwór w pokładzie był niemal ciągle zamknięty, a forkasztel rozjaśniała jedynie latarnia, bujająca się na sosrębie84. Pracy było wżdy85 wiele i dla wszystkich; o każdej godzinie trzeba było nastawiać lub ściągać żagle; sam sposób wyrażania się świadczył o podnieceniu ludzi — przez cały dzień od tapczanu do tapczanu szły pomruki utyskiwań; ponieważ zaś nie pozwalano mi wstąpić nogą na pokład, przeto możecie sobie wyobrazić, jak poczęło mnie nużyć takie życie i jak niecierpliwie oczekiwałem jakowejś zmiany.
A pewna zmiana miała się zdarzyć, jak niebawem posłyszycie; ale wpierw muszę opowiedzieć rozmowę moją z panem Riachem, która tchnęła we mnie nieco odwagi do znoszenia mych utrapień. Zastawszy go raz w stanie pomyślnego podochocenia (bo zaiste, gdy był trzeźwy, nie spojrzał na mnie ni razu), zobowiązałem go do sekretu i opowiedziałem mu wszystkie moje przygody.
Powiedział mi na to, że mu to przypomina balladę, po czym oświadczył, że uczyni, co w jego mocy, by mi dopomóc; powinienem tylko wystarać się o papier, pióro i atrament i napisać jeden list do pana Campbella, a drugi do pana Rankeillora; jeżeli to, com opowiedział, jest prawdą, to można założyć się, dziesięć przeciwko jednemu, że on zdoła (z ich pomocą) wyciągnąć mnie z biedy i przywrócić mi prawa należne.
— A tymczasem — dodał — bądź dobrej myśli. Nie jesteś tu asan jedyny, powiadam ci; wiele jest takich, co gracują tytoń w plantacjach zamorskich, choć w domu dosiadali własnego konia przed własnym progiem... wielu, oj wielu!... Życie, bądź co bądź, to księga pełna... przypisów. Spojrzyj na mnie samego: jestem synem cnego szlachcica i prawie że ukończonym doktorem, a oto tutaj muszę podlegać, jak prosty smoluch, durnemu Hoseasonowi!
Myślałem, że okażę mu grzeczność, pytając go o jego dzieje.
Zagwizdał na cały głos.
— Wszystko to bajda! — odpowiedział. — Lubię żarty, ot i wszystko!
I jednym susem zniknął z forkasztelu.
Rozdział VIII. W czatowni
Pewnego wieczora, o jakiej dziewiątej godzinie, człek jeden z wachty pana Riacha (który był na pokładzie) zszedł na dół po swój kubrak, a wraz po całym forkasztelu zaczął się rozchodzić szept, że „Shuan nareszcie mu dogodził”. Nie potrzeba było wymieniać nazwiska; wszyscyśmy wiedzieli, o kim mowa; ale zaledwie czasu nam stało na tyle, byśmy mogli myśl tę należycie sobie uświadomić, a cóż dopiero o niej pomówić, naraz odrzucono znów zaworę, a po drabinie zszedł kapitan Hoseason. Przy rozchybotanym świetle latarni rozejrzał się bystro wokoło po tapczanach, a następnie, podchodząc prosto w moją stronę, zagadnął mnie, ku memu zdziwieniu, uprzejmie brzmiącymi słowami.
— Mój człecze — powiada — pragniemy, abyś nam usługiwał w izbie kapitańskiej. Masz zamienić tapczan z Ransomem. Zabieraj się czym prędzej z manatkami na tył okrętu!
Właśnie gdy to mówił, nad zapadnią pojawiło się dwóch marynarzy, dźwigając biednego Ransome’a na ramionach, a ponieważ okręt w tej chwili dał tęgiego szczupaka w morze i latarnia się zachybotała, więc jej światłość padła chłopcu wprost w oblicze. Było ono żółte jak wosk, a miało wyraz podobny do okropnego uśmiechu. Krew mi się ścięła w żyłach i dech w sobie powstrzymałem, jak gdybym był ugodzony.
— Zabieraj się na rufę! Dalej na rufę! — krzyczał Hoseason.
Wówczas, otarłszy się o żeglarzy i o chłopaka (który ani się nie odezwał, ani nie poruszył) — wybiegłem po drabinie na pokład.
Bryg przebijał się szybko i zawrotnie poprzez długą, zjeżoną kołbań86. Kierował się żaglami na sztymbort87, a po lewej ręce, pod łukowatym obrąbkiem foku88, dostrzegałem zachodzące słońce, jeszcze wcale jasne. To zjawisko, w taką nocną godzinę, wielce mnie zdumiało, ale byłem za głupi, bym mógł stąd wysnuć prawdziwy wniosek: iż okrążaliśmy od północy Szkocję i znajdowaliśmy się obecnie między wyspami Orkadzkimi i Szetlandzkimi, ominąwszy niebezpieczne prądy na pentlandzkiej odnodze. Ja ze swej strony, iżem był tak długo zamknięty w ciemności i nie wiedziałem nic o wiatrach przeciwnych, mniemałem, żeśmy już przebyli z połowę Atlantyku, albo i więcej. Zresztą (poza tym, że zdziwił mnie nieco tak późny zachód słońca), nie zaprzątałem sobie tym nazbyt głowy i sunąłem przez wszystkie pokłady, wpadając pomiędzy bałwany, chwytając się lin... Od wpadnięcia w morze ocalił mnie tylko jeden z okrętników, znajdujący się na pokładzie, a zawsze mi życzliwy.
Czatownia, do której się udałem i gdzie odtąd miałem sypiać i usługiwać, wznosiła się na jakie sześć stóp nad pokładami, a była dość obszerna, zważywszy wielkość brygu. Wewnątrz był nieruchomy stół i ława oraz dwa tapczany, jeden dla kapitana, a drugi na zmianę dla obu sztormanów. Cała izba była od podłogi po samą powałę zastawiona skrzyniami, mieszczącymi w sobie graty oficerskie oraz część zapasów okrętowych; pod spodem była druga składownia, do której wchodziło się przez otwór w środku pokładu; w tym miejscu były nagromadzone doprawdy co najlepsze frykasy i napoje oraz wszystek proch strzelniczy, zaś cała broń palna, z wyjątkiem dwóch dział spiżowych, była ustawiona w kobylicach89 wzdłuż tylnej ściany czatowni. Większość kordelasów znajdowała się w innym miejscu.
Małe okienka, opatrzone okiennicą, po obu stronach oraz okienko w suficie, wpuszczały tu światło podczas dnia, a z nastaniem ciemności stale paliła się lampa. Paliła się właśnie, gdym wszedł, niezbyt jasno, ale w sam raz na tyle, bym mógł dojrzeć pana Shuana siedzącego za stołem; stała przed nim butelka gorzałki i cynowa czarka. Był on wysoki, silnie zbudowany i bardzo czarny na gębie, a wlepiał oczy w stół przed sobą jak człek bezmyślny.
Nie zauważył mojego wnijścia, ani też nie drgnął, gdy w ślad za mną nadszedł kapitan i, wparłszy się na tapczanie, spoglądał ponuro na sztormana. Osoba Hoseasona przejmowała mnie zawżdy wielką trwogą, boć miałem po temu powody, ale jakiś głos mi mówił, że w tej chwili nie mam się czego obawiać, toteż szepnąłem mu w ucho.
— Jak on się miewa?
Kapitan potrząsnął głową, jak ktoś, co nic nie wie i nie chce o niczym myśleć, a twarz miał bardzo poważną.
Niebawem nadszedł pan Riach; rzucił kapitanowi spojrzenie, które tak wyraźnie, jak słowa, mówiło, że chłopak nie żyje, po czym za naszym przykładem zatrzymał się w miejscu, tak iż staliśmy we trzech, nie odzywając się ani słowem i wpatrując się w pana Shuana, a pan Shuan (ze swej strony) siedział w milczeniu, patrząc uporczywie w stół. Nagle wyciągnął dłoń, by uchwycić butelkę; wówczas pan Riach wystąpił naprzód i wyrwał mu ją, raczej przez niespodziane zaskoczenie niż przemocą, krzycząc jednocześnie i pomstując, że już za wiele było tych brewerii i że na okręt spadnie kara. Mówiąc to (a drzwi dla przewiewu stały właśnie otworem), cisnął butelkę w morze.
Pan Shuan w mgnieniu oka był już na nogach; wyglądał jeszcze nieprzytomnie, ale już gotował się do zabójstwa — no i byłby je popełnił po raz wtóry w ową noc, gdyby kapitan nie stanął pomiędzy nim a jego ofiarą.
— Siadaj! — huknął kapitan. — Wiesz li, coś uczynił? Ty opoju i bydlaku, zamordowałeś chłopca!
Pan Shuan, zdaje się, zrozumiał, bo siadł i ręką zakrył czoło.
— No tak — ozwał się — on mi przyniósł brudną czarkę...
Na te słowa kapitan, ja i pan Riach patrzyliśmy po sobie chwilę jakimś trwożliwym wzrokiem, po czym Hoseason podszedł do starszego sztormana, wziął go za ramię, poprowadził do tapczanu, kazał mu się na nim położyć i spać — zupełnie jak gdyby ktoś przemawiał do niegrzecznego dziecka. Morderca krzyczał przez chwilę, ale ściągnął z nóg marynarskie buty i usłuchał rozkazu.
— Ach! — krzyknął pan Riach strasznym głosem. — Waszmość powinieneś był wdać się w to już od dawna. Teraz już za późno.
— Panie Riach — rzekł kapitan — o tym, co się stało dziś w nocy, nikt w Dysart nie powinien wiedzieć. Chłopak utonął, mości panie... tak trzeba opowiadać... a dałbym pięć funtów z własnej kieszeni, że jest to prawdą!
Odwrócił się do stołu.
— Co waćpana skłoniło, by wyrzucać poczciwą butelczynę? — napomknął. — Był to pomysł zgoła niedorzeczny, mości panie. Hola, Dawidku, przynieś no mi drugą! Znajdziesz je w dolnej skrzyni — i cisnął mi klucz. — Waćpan sam też nie odmówi szklaneczki, mości panie — zwrócił się znów do Riacha. — Szpetną rzecz się widziało...
Tak sobie obaj siedzieli, przepijając do siebie wzajemnie; wśród tego morderca, który czas jakiś leżał, jęcząc, na tapczanie, podniósł się na łokciu i obłędnie spoglądał na mnie i na nich...
Taka to była pierwsza noc mej nowej służby, zasię w ciągu dnia następnego wdrożyłem się już dobrze w tryb moich obowiązków. Kazano mi usługiwać przy stole, do którego kapitan zasiadał o stałych godzinach, wyznaczonych na posiłek, wraz z oficerem, który nie pełnił służby, a przez cały dzień biegałem z gorzałką to do tego, to do tamtego z moich trzech zwierzchników; w nocy zaś spałem na derce, rozpostartej na deskach pokładowych w samym końcu czatowni, w sam raz na przeciągu idącym przez oboje drzwi. Było to łoże chłodne i twarde, ale i tak nie dawano mi spać bez przerwy, gdyż coraz to ktoś zachodził z pokładu po wódkę, a kiedy miano zarządzić nową wachtę, wtedy oficerowie siadali we dwóch, a niekiedy we trzech, i wspólnie pociągali z czary. Nie pojmuję, jak mogli przy tym zachować zdrowie, a nie mniej też, jakim to sposobem ja sam zdołałem je zachować.
Wszakoż z innych względów była to łatwa służba. Nie potrzeba było na stół nakładać obrusa; dania stanowiła albo kasza owsiana, albo solone mięso, z wyjątkiem dwóch dni w tygodniu, kiedy było i ciasto; a chociaż i byłem dość niezgrabny i (nie będąc jeszcze wprawiony do żeglarskiego chodu) nieraz wywróciłem się z tym, com niósł, jednakże zarówno pan Riach, jak i kapitan byli niezwykle wyrozumiali. Nie mogłem opędzić się od przypuszczeń, że było to zwinięcie chorągiewki wywołane wyrzutami sumienia i że zapewne nie byliby dla mnie tak dobrzy, gdyby nie byli się obchodzili90 gorzej z Ransomem.
Co się tyczy pana Shuana, miał on umysł niewątpliwie zmącony bądź opilstwem, bądź poczuciem winy, a może jednym i drugim pospołu. Nie umiem powiedzieć, czyli widziałem go kiedy w stanie przytomnym. Nigdyć on się nie oswoił z moim na tym miejscu pobytem, ciągle wytrzeszczał na mnie oczy (niekiedy, jak mi się zdawało, w przerażeniu), a niejednokrotnie cofał się przed mą ręką, gdym mu usługiwał. Od samego początku miałem niezbitą pewność, że nie zdawał sobie jasno sprawy z tego, co był popełnił, a w drugim dniu zamieszkania w czatowni okazało się to dowodnie. Byliśmy sam na sam — on wlepiał we mnie oczy przez czas dłuższy, naraz powstał, blady jako śmierć i podszedł do mnie, ku mej wielkiej trwodze. Atoli nie miałem przyczyny, by się go obawiać.
— Tyś tu przedtem nie bywał? — zagadnął.
— Nie, panie łaskawy — odrzekłem.
— Więc był tu inny chłopak? — zapytał ponownie, a gdym mu potwierdził, on na to. — Ach! Tak mi się zdawało! — i oddaliwszy się, usiadł za stołem, nie odzywając się ni słowem, co najwyżej czasem zażądał gorzałki.
Może się to wam wydać dziwnym, ale mimo całej zgrozy, jaką przejmował mnie ten człowiek, czułem przecie litość dla niego. Był on żonaty, a małżonka mieszkała w Leith, ale czy miał potomstwo, czy nie miał, to mi już wyleciało z pamięci; bodaj jednak był bezdzietny.
Koniec końców, nie było to jeszcze życie nazbyt uciążliwe, póki mi się tak wiodło — co jednak (jak niebawem posłyszycie) nie trwało długo. Żywiono mnie dobrze, jak samą starszyznę; częstowano mnie nawet marynowanymi owocami, które uchodziły za największy przysmak, a gdyby mi się podobało, mógłbym upijać się od rana do nocy, jak pan Shuan. Miałem ponadto towarzystwo i to nawet dobre towarzystwo w swoim rodzaju. Pan Riach, który niegdyś kształcił się w akademii, rozmawiał ze mną po przyjacielsku (o ile nie był nadąsany) i opowiadał mi wiele ciekawych rzeczy, z których niejedna była pouczająca; zresztą nawet i kapitan, choć przeważnie trzymał mnie na odległość kija od siebie, czasami stawał się przystępniejszy i opowiadał mi o pięknych krajach, jakie zwiedził.
Cień biednego Ransome’a, ma się rozumieć, ciężył na duszy wszystkim nam czterem, nade wszystko zaś mnie i panu Shuanowi. Poza tym miałem jeszcze inną, osobistą zgryzotę. Oto zmuszony byłem parać się pracą pospolitą i służebną dla trzech ludzi, na których patrzyłem z pogardą i z których przynajmniej jeden winien był dyndać na szubienicy; tak było na razie — ale myśląc o przyszłości, mogłem jedynie widzieć samego siebie jako niewolnika, pracującego pospołu z murzynami w plantacjach tytoniu. Pan Riach, zapewne przez ostrożność, nie pozwalał mi już nigdy pisnąć ani słówka o moich przygodach; kapitan, do którego starałem się zbliżyć, odtrącał mnie jak psa i nie chciał słyszeć o niczym; toteż w miarę, jak upływał dzień za dniem, coraz to bardziej podupadałem na duchu, aż wreszcie nawet cieszyłem się pracą, która nie dawała mi czasu na rozmyślania.
Rozdział IX. Człowiek z trzosem złota
Tak upłynął z górą tydzień, a w jego ciągu zaczęło się coraz to silniej dawać we znaki niepowodzenie, które i dotąd prześladowało nas w tej podróży. Przez kilka dni Zgoda ledwie że się posuwała, ba nawet kiedy indziej wręcz szła z powrotem. Na koniec zbiliśmy się z drogi tak daleko na południe, że przez cały dzień dziewiąty trzeba było się tłuc i lawirować, mając przed oczyma przylądek Wrath i dzikie skaliste wybrzeża po obu jego bokach. Z tego powodu odbyła się narada oficerów i powzięto na niej jakowąś uchwałę, której nie zrozumiałem dokładnie, jedno obaczyłem, co było jej wynikiem: otośmy poddali się wiatrowi przeciwnemu i pędziliśmy na południe.
Dziesiątego dnia popołudniu wzdęte morze zaczęło przycichać i rozpostarła się gęsta, wilgotna, biała mgła, tak iż z jednego końca brygu nie było widać, co się dzieje na drugim. Przez całe popołudnie, ilekroć przechodziłem przez pokład, widziałem oficerów i załogę, nadsłuchujących pilnie „dunugi”, jak powiadali, a chociaż nie rozumiałem nawet samego wyrazu91, wietrzyłem jakieś niebezpieczeństwo i byłem zaniepokojony.
Może około godziny dziesiątej wieczorem usługiwałem przy wieczerzy panu Riachowi i kapitanowi, gdy nagle okręt ugodził w coś z wielkim łoskotem i posłyszeliśmy rozbrzmiewające jakoweś głosy. Obaj moi zwierzchnicy skoczyli na równe nogi.
— Okręt się rozbił! — rzecze pan Riach.
— Nie, mości panie — odpowie kapitan. — Najechaliśmy tylko na jakieś czółno.
Wybiegli na pokład. — Kapitan miał słuszność. Najechaliśmy we mgle na jakąś łódź, ta zaś rozpękła się w pół i poszła na dno z całą załogą z wyjątkiem jednego człowieka. Ów człowiek (jakem się później dowiedział) znajdował się był na rufie jako pasażer, gdy tymczasem inni siedzieli na ławach, wiosłując. W chwili uderzenia rufa została wyrzucona w górę, a ów człowiek, mając ręce swobodne, zdołał (mimo że obarczony był fryzowym płaszczem, sięgającym mu do kolan) skoczyć w górę i pochwycić buszkpryt92 brygu. Musiał snadź93 mieć szczęście, wielką zręczność i niepospolitą siłę, że zdołał się tym sposobem wydobyć cało z takiego przejścia. Bądź co bądź, gdy kapitan wprowadził go do czatowni i oczy moje pierwszy raz na nim spoczęły, wyglądał tak spokojnie, jak ja sam.
Był on wzrostu niewielkiego, ale dobrze zbudowany i zwinny jak koziołek; z oblicza biła mu szczerość i poczciwość, ale było ono mocno ogorzałe od słońca, a przy tym piegowate i dziobate od ospy; oczy miał niezwykle błyszczące, a w nich hasała mu jakaś fanaberia, jednocześnie niepokojąca i budząca dlań przychylność. Zdjąwszy płaszcz, położył na stole dwie w srebro oprawne krócice i spostrzegłem, że do boku miał przypasany wielki pałasz. Obejście miał wytworne, a do kapitana przepił bardzo uprzejmie. W ogóle od pierwszego wejrzenia nabrałem o nim mniemania, że tego człowieka winienem zwać raczej przyjacielem niż wrogiem.
Kapitan też ze swej strony czynił spostrzeżenia, ale raczej co do jego stroju niż osoby. I ma się rozumieć, że ledwo przybysz zdjął z siebie przydługi płaszcz, wydał się niebywale strojny na tle izby oficerskiej kupieckiego brygu: miał kapelusz z piórami, czerwoną kamizelkę, pluderki94 czarne pilśniowe i błękitny kaftan ze srebrnymi guzikami i pięknymi srebrnymi galonami, słowem, szaty kosztowne, choć nieco wyniszczone od wilgoci i od dłuższego w nich spania.
— Bardzo mi żal tej łodzi, mości panie — rzekł kapitan.
— Utonęło mi paru dzielnych ludzi — odrzekł przybysz — wolałbym ci95 ich obaczyć znowu na suchym lądzie aniżeli tuzin łodzi.
— Czy wasi przyjaciele? — rzekł Hoseason.
— Asan96 nie znalazłbyś takich przyjaciół we własnym kraju — brzmiała odpowiedź. — Oni by gotowi, jak psy, życie za mnie położyć.
— Ejże, mości panie — rzecze kapitan, wciąż mu się przypatrując — więcej ci97 na świecie jest ludzi niż łodzi, które by mogłyby ich pomieścić.
— I to też prawda — zawołał tamten — a waszeć mi się wydajesz człowiekiem bardzo przenikliwym.
— Byłem ci i ja we Francji, mości panie — rzekł kapitan takim tonem, iż łacno się było domyśleć, że słowom tym nadawał większe znaczenie, niżby można było sądzić z ich pozoru.
— Bardzo to pięknie, mości panie — rzecze tamten — a jeżeli o to chodzi, to bywało i wielu innych.
— Nie masz wątpliwości, panie łaskawy — powiada na to kapitan — a piękną macie odzież.
— Oho! — rzecze nieznajomy. — To w tę stronę wiatr dmucha? — i wraz98 też szybkim ruchem położył dłoń na pistoletach.
— Nie gorączkuj się waszmość — odpowiedział kapitan. — Nie wywołuj burdy, zanim się przekonasz o jej potrzebie. Waćpan masz na grzbiecie kabat żołnierzy francuskich, a w gębie język szkocki, to wiadomo... ale w czasach dzisiejszych wielu ludzi zacnych chodzi w ten sposób, więc ja zgoła się tym nie gorszę.
— Tak? — rzecze jegomość w pięknym kabacie. — Więc aść99 należysz do zacnego stronnictwa? — (chciał przez to powiedzieć „Czy jesteś jakobitą?”, gdyż w razie obywatelskich niesnasek każde stronnictwo przywłaszcza sobie miano zacnego).
— Owszem, mości panie — odparł kapitan — jestem nieprzejednanym protestantem, Bogu niech za to będą dzięki — (Było to pierwsze słowo o jakiejkolwiek religii, jakie usłyszałem z ust jego, ale później się dowiedziałem, że gdy bawił na lądzie, uczęszczał bardzo przykładnie do świątyni Pańskiej). — Mimo to jednak byłbym zmartwiony, gdyby mi przyszło widzieć kogoś postawionego plecami do muru.
— Byłbyś asan istotnie zmartwiony? — zapytał jakobita100. — Przeto, mości panie, żeby być z waszmością całkiem szczery, wyznam ci, żem jest jeden z owych uczciwych ślachciców, którzy byli zamieszani w wypadki roku czterdziestego piątego i szóstego; a ponadto (by całkiem jasno postawić sprawę z waszmością) jeżelibym wpadł w ręce któregoś że szlachty sprzyjającej czerwonym kubrakom, prawdopodobnie byłoby ze mną krucho. Obecnie, mości panie, wybierałem się do Francji, a w tych stronach krążył statek francuski, który miał mnie wziąć na pokład; tymczasem statek ten wyminął nas we mgle... życzę sobie z głębi serca, żebyście to wy byli uczynili! A nie mogę wam powiedzieć nic lepszego ponad te słowa: jeżeli możecie wysadzić mnie na ląd tam, dokąd się wybierałem, to mam przy sobie tyle, iż mogę was sowicie wynagrodzić za fatygę.
— Do Francji? — rzecze kapitan. — Nie, mości panie, tego uczynić nie mogę. Ale jeżeli zawieść was tam, skąd przybywacie... to o tym możemy pomówić.
Wtem, na nieszczęście, spostrzegł, że stoję obok w kącie, więc pchnął mnie do kuchni, bym przyniósł onemu panu wieczerzę. Ręczę wam, że nie traciłem czasu; kiedym zaś powrócił do czatowni, ujrzałem, że szlachcic odpiął kaletę, przypasaną do kamizelki i wydobywszy z niej ze dwie gwinee, położył je na stole. Kapitan przyglądał się to gwineom, to trzosowi, to twarzy szlachcica, a wydało mi się, że był podniecony.
— Połowę tego — zawołał — a będę na wasze usługi.
Tamten zgarnął gwinee do kalety i ukrył ją z powrotem pod kamizelkę.
— Powiedziałem waćpanu — że ani grosz z tej sumy nie należy do mnie. Jest to własność mego dowódcy — tu dotknął kapelusza — a o ile byłbym głupim wykonawcą rozkazu, iżbym wzdragał się poświęcić ich cząstkę dla ocalenia wszystkiego, to okazałbym się istnym psem, okupując me ciało zbyt drogo. Trzydzieści gwinei za dojazd do brzegu, a sześćdziesiąt, jeżeli mnie dowieziesz do Linnhe Loch. Weź to asan, jeśli ochota, w przeciwnym razie sam sobie możesz zaszkodzić.
— Ho-ho! — ozwie się Hoseason. — A jeżeli wydam waćpana żołnierzom?
— Kiepskiego targu waćpan byś dokonał — rzecze tamten. — Mój zwierzchnik, trzeba wiedzieć waszeci, jest pozbawiony swych praw, jak wszyscy ludzie uczciwi w Szkocji. Jego dobra są w ręku człowieka zwanego królem Jerzym, a jego urzędnicy ciągną z nich zyski albo starają się je wyciągnąć. Ale powiem to na chwałę Szkocji, że biedni dzierżawcy myślą o swym panu znajdującym się na wygnaniu, a te pieniądze są częścią owej właśnie daniny, której poszukuje król Jerzy. Otóż aść mi się wydajesz człowiekiem znającym się na rzeczy: jeżeli więc oddasz te pieniądze w posiadanie rządowi, ileż z nich tobie się okroi?
— Niewiele, to pewna — odrzekł Hoseason, po czym dorzucił oschle — o ile się dowiedzą. Ale sądzę, że gdybym spróbował, potrafiłbym przecie utrzymać język za zębami.
— O, wtedy ja waćpana wystrychnę na dudka! — zawołał szlachcic. — Próbuj aść101 oszustwa, a ja ci odpowiem przebiegłością. Jeżelibym tylko został pojmany, oni wraz102 będą wiedzieli, co to za pieniądze.
— No dobrze — wywinął sprawę kapitan — jak mus, to mus. Sześćdziesiąt gwinei i kwita. Masz waszmość na to mą prawicę.
— A waćpan moją — odrzekł tamten.
Zaraz też kapitan wyszedł — nieco pośpiesznie, jak mi się wydawało — i zostawił mnie w czatowni sam na sam z nieznajomym.
W tym okresie (tak niedługo po roku... czterdziestym piątym) wielu wygnanych szlachty z narażeniem życia powracało do ojczyzny, bądź w tym celu, by obaczyć swych przyjaciół, bądź też ażeby zebrać nieco pieniędzy; zaś co się tyczy naczelników góralskich i wyjętych spod prawa, to powszechnie opowiadano, jak ich dzierżawcy sami sobie od ust odejmowali, byle swoim panom posyłać pieniądze, a ich współplemieńcy stawiali opór żołnierzom chcącym je ściągać i przemykali się wśród naszej wielkiej floty, by je dowieźć na miejsce przeznaczenia. Wieści o tym, ma się rozumieć, już dawniej dochodziły do moich uszu; teraz zaś miałem przed oczyma człowieka, którego życie bodaj jeszcze więcej należało się sądowej kaźni, boć był on nie tylko rokoszaninem i przemytnikiem czynszów, ale, co gorsza, wstąpił był w służbę króla Francji, Ludwika. A jak gdyby jeszcze tego nie dość było, dokoła lędźwi miał pas pełny gwinei... Jakiekolwiek były me poglądy, nie mogłem bez wielkiego zainteresowania patrzeć na tego człowieka.
— Więc waszmość jesteś jakobitą? — ozwałem się, zastawiając przed nim jadło.
— Tak — odrzekł, zabrawszy się do jedzenia. — Asan zaś, wnosząc z jego podłużnej twarzy, jest chyba wigiem103?
— Tak sobie — powiedziałem, żeby go nie martwić, bo w istocie byłem wigiem, tak żarliwym, na jakiego mnie tylko zdołał wykierować pan Campbell.
— E, to nic! — rzecze on na to. — Natomiast powiem ci, mości Tak-sobie, że ta twoja butelka już jest pusta, a byłoby źle, gdybym miał płacić sześćdziesiąt gwinei i w zamian nie otrzymał nawet kapki gorzałczyny.
— Pójdę i poproszę o klucz — ozwałem się i wyszedłem na pokład.
Mgła była tak gęsta jak przedtem, ale rozhukanie morza niemal przycichło. Zdano bryg na łaskę bałwanów, ponieważ nie było dokładnie wiadomo, gdzie się znajdujemy, a wiatr (nader słabiuchny) nie sprzyjał właściwemu kierunkowi żeglugi. Kilku marynarzy jeszcze nadsłuchiwało, czy nie słychać dunugi, ale kapitan i dwaj oficerowie stali na średnim pokładzie, pochyliwszy się ku sobie głowami. Tknęło mnie (sam nie wiem, czemu to przypisać), że knowali coś niedobrego, a pierwsze słowo, jakie posłyszałem, podszedłszy do nich cichaczem, aż nadto mnie w tym upewniło. W sam raz bowiem pan Riach, jak gdyby mu jakaś myśl z nagła strzeliła do głowy, wykrzyknął:
— Czyż nie możemy wywabić go podstępem z czatowni?
— Lepiej niech pozostanie tam gdzie dotychczas — odparł Hoseason — tam nie będzie miał miejsca, by posłużyć się bronią.
— Prawdać104 i to — rzekł Riach — ale trudno go tam podejść.
— Ba! — rzecze Hoseason. — Możemy wyciągnąć go na rozmowę, wziąć go z dwóch stron pomiędzy siebie i zakłuć dwoma kordelasami, albo jeżeli to się nie uda, mości panie, możemy wpaść z obu stron przez dźwierze105 i dostać go w ręce, zanim będzie miał czas imać się106 pałasza.
Gdym to usłyszał, porwał mnie jednocześnie lęk i gniew na tych wiarołomnych, chciwych i okrutnych ludzi, z którymi przypadło mi żeglować. Zrazu myślałem uciekać, ale za chwilę już nabrałem więcej odwagi.
— Kapitanie — przemówiłem — ten szlachcic prosi o łyk gorzałki, a butelka już pusta. Czy mógłbym otrzymać klucz?
Wzdrygnęli się i zwrócili oblicza w moją stronę.
— I owszem, mamy sposobność, by wydobyć broń palną! — zawołał Riach, po czym rzecze do mnie. — Słuchaj, Dawidku, czy wiesz, gdzie są pistolety?
— Tak, tak! — wmieszał się Hoseason. — Dawid wie; Dawid to ćwik młodzian. Trzeba ci wiedzieć, Dawidku, mój ty zuchu, że ten zapalczywy góral może narazić nam okręt na niebezpieczeństwo, a ponadto jest zakamieniałym wrogiem naszego króla Jerzego, którego niech Bóg ma w swej opiece!
Jeszcze ani razu, odkąd dostałem się na okręt, nie wołano mnie tak jak teraz, imieniem Dawida; ja jednakże odpowiedziałem potakująco, jak gdyby wszystko, com słyszał, było rzeczą zgoła naturalną.
— W tym bieda — mówił dalej kapitan — że wszystkie nasze samopały zarówno mniejsze jak i większe, znajdują się w czatowni przed nosem tego człowieka; podobnież i proch. Otóż jeżelibym ja lub jeden z oficerów, udał się tam, by wszystko to stamtąd uprzątnąć, on mógłby nas o coś podejrzewać. Ale taki smyk, jak ty, Dawidku, potrafi niepostrzeżenie capnąć rożek prochu i parę pistoletów. A jeżeli sprawisz się gracko, zakarbuję sobie to w pamięci, gdy potrzeba ci będzie przyjaciół... a mianowicie, gdy zajedziemy na Karoliny.
Tu pan Riach szepnął mu słów parę.
— Całkiem słusznie, mości panie — ozwał się kapitan, a potem znów do mnie. — Trzeba ci wiedzieć, Dawidzie, że ten człowiek ma trzos pełen złota, a daję ci słowo, że i tobie z tego coś się dostanie.
Odrzekłem, że spełnię jego życzenie, choć doprawdy ledwie głos mogłem z siebie dobyć. Wtedy on dał mi klucz do skrzyni ze spirytusem i zacząłem z wolna wracać do czatowni. Cóż miałem czynić? Tamci byli łotrami i złodziejami; oni to wykradli mnie z ojczyzny; oni zabili biednego Ransome’a — miałemże jeszcze przyświecać nowemu morderstwu? Ale z drugiej strony stawała nader wyraźnie przede mną groza śmierci; albowiem cóż mógł poradzić chłopczyna wraz z jednym mężczyzną, choćby nawet byli zażarci jako lwy, przeciwko całej czeladzi okrętowej?
Jeszczem to sobie rozważał tak i owak, nie mogąc dojść do jasnego wniosku, gdy wszedłem do czatowni i wzrok mój padł na jakobitę, co siedząc pod lampą spożywał wieczerzę — wówczas w jednej chwili zrodziło się we mnie postanowienie. Nie przypisuję sobie z niego chluby; nie wynikło to z jakowejś rozwagi, ale stało się jak gdyby odruchowo, że podążyłem wprost do stołu i złożyłem dłoń na ramieniu nieznajomego.
— Czy waszmość chcesz być zabity? — odezwałem się.
Skoczył na równe nogi i spojrzał na mnie wzrokiem tak wyraźnie pytającym, jak gdyby przemawiał.
— O! — zawołałem. — Wszyscy oni tu są mordercami; cały okręt jest ich pełny! Dopiero zamordowali chłopaka! Teraz kolej na waszmości!
— Tak, tak! — rzecze ów. — Ale jeszcze mnie nie dostali w swoje ręce! — po czym spojrzał na mnie z ciekawością. — Staniesz aść107 po mojej stronie?
— Tak! Stanę! — zawołałem. — Nie jestem rzezimieszkiem, ani też (przynajmniej dotąd) zabójcą. Stanę z waszmością.
— I owszem — rzecze ów — jakże więc aści na imię?
— Dawid Balfour — odpowiedziałem, a potem, mniemając, że człowiek w tak wytwornej odzieży pewnie lubuje sobie w ludziach wytwornych, dodałem. — Z Shaws.
Ani mu na myśl nie przyszło, by nie dawać mi wiary, bo Szkoci z gór nawykli już widzieć możnych ludzi stanu ślacheckiego w wielkiej nędzy, ale ponieważ sam nie posiadał własnego majątku, słowa moje podrażniły w nim wielce dziecinną próżność, jaką się odznaczał.
— Moje miano jest Stewart108 — rzekł, prostując się. — Zową mnie Alan Breck. Nazwisko królewskie samo przez się wystarcza, choć noszę je po prostu i nie przyczepiam do niego nazwy jakiegoś tam śmietnika folwarcznego.
I wypaliwszy mi tę naganę, jak gdyby to była rzecz pierwszej wagi, zabrał się do obejrzenia naszej warowni.
Czatownia była bardzo mocno budowana, by mogła się oprzeć uderzeniom bałwanów. Z pięciu jej otworów jedynie okno w suficie i dwoje drzwi były na tyle szerokie, że mógł się przez nie człowiek dostać do wnętrza. Poza tym drzwi można było zatarasować: były one z tęgiego drzewa dębowego, dawały się przesuwać w żłobkach, a przy tym opatrzone były hakami, tak iż można je było trzymać w miarę potrzeby bądź otwarte, bądź zamknięte. Jedne, które były już zamknięte, zabezpieczyłem w ten sposób, ale gdym już miał zasunąć i drugie, Alan mnie powstrzymał.
— Dawidzie — ozwał się — jestem na tyle śmiały, że nazywam waćpana po imieniu Dawidem, bo nie mogę sobie przypomnieć nazwiska aścinego majątku... te drzwi, póki otwarte, stanowić będą najlepszy z mych szańców.
— Wszelakoż lepiej byłoby je zamknąć! — mówię na to.
— Nie, nie, Dawidzie — odpowiedział. — Sam widzisz, że mam tylko jedno oblicze; atoli dopóki te drzwi będą otwarte, a moja twarz będzie ku nim zwrócona, większość mych nieprzyjaciół znajdować się będzie przede mną, gdzie zawsze mieć ich sobie życzę.
Potem dał mi kordelas (których tam było kilka, oprócz broni palnej), a wybrał go po starannym zbadaniu całej zawartości skrzyni, przy czym trząsł głową i powiadał, że nigdy w życiu nie widział gorszego oręża; następnie zaś posadził mnie za stołem, gdzie położył rożek z prochem, workiem kul i wszystkimi pistoletami, które kazał mi nabijać.
— A powiem ci, że będzie to lepsze zajęcie — mówił — dla szlachcica zacnego rodu niż szorowanie talerzy i nalewanie wódki jakowymś smoluchom i wycieruchom okrętowym.
To rzekłszy, stanął pośrodku, obrócony twarzą ku drzwiom i dobywszy wielkiego swego pałasza, jął nim machać, próbując miejsca, gdzie miał szermować orężem.
— Muszę stać kołkiem na jednym miejscu — rzekł, potrząsając głową — i szkoda! Nie da to mi pola do rozwinięcia mej pomysłowości, która wżdyć109 jest najlepszą obroną. Ty zaś teraz nabijaj tylko wciąż pistolety i uważaj na mnie.
Odpowiedziałem, że będę tuż na każde jego słowo. Pierś mi się ściskała, usta zaschły, światło ciemniało mi w oczach; myśl o gromadzie, która niebawem spaść miała na nas, nadała drżące tętno memu sercu; a morze, którego plusk słyszałem dokoła brygu, morze, do którego, jak mi się zdawało, jutro wrzucą moje zwłoki, dziwnie jakoś działało na mą duszę.
— Przede wszystkim — rzekł Alan — ilu ich jest przeciwko nam?
Zliczyłem ich co do jednego, ale w głowie miałem taki zamęt, że musiałem liczyć powtórnie.
— Piętnastu — oznajmiłem.
Alan gwizdnął.
— Dobrze — rzekł — na to nie można poradzić. A teraz chodź za mną. Moją rzeczą jest obsadzić te drzwi, gdzie zajmę się walką najcięższą. Do tej nie wolno ci się wtrącać. Pamiętaj, żebyś nie strzelał w tę stronę, chyba, że oni mnie zwalą, boć ja wolę mieć dziesięciu wrogów przed sobą niż jednego przyjaciela takiego jak ty, co mi będzie w plecy trzaskał z pistoletów.
Powiedziałem, że istotnie nie jestem tęgim strzelcem.
— Bardzo to dzielnie z twej strony, że się przyznajesz! — zawołał, przejęty wielkim podziwem dla mej szczerości. — Wielu szlacheckich gagatków nie odważyłoby się na takie powiedzenie.
— Następnie, mości panie — powiadam — za waćpanem są też drzwi, przez które oni mogą się włamać.
— Tak — odrzekł — to właśnie też należy do twych obowiązków. Skoro nabijesz pistolety, musisz wygramolić się na tamto łóżko, gdzie możesz ręką oprzeć się na oknie, a jeżeli który z nich dobierać się będzie do drzwi, masz strzelać. Ale na tym nie koniec. Pozwól, że zrobię z ciebie choć kawał wojaka, Dawidzie. Czego masz jeszcze pilnować?
— Jeszcze zostało okno w suficie — odpowiedziałem. — Alić, mości Stewarcie, musiałbym mieć oczy z dwóch stron, by uważać na oba okna, bo gdy twarzą spoglądam w jeden, to do drugiego odwrócony jestem plecami.
— Święta prawda — powiada Alan. — Ale czy to nie masz uszu?
— Ma się rozumieć! — zawołałem. — Przecież posłyszę wybijanie szyby.
— Masz nieco oleju w głowie — rzekł Alan burkliwie.