CODZIENNA KALUMNIA
(najpoczytniejszy organ narodowo namaszczonego prostactwa polskiego w Stanach Zjednoczonych Północy) numer gwiazdkowy, z dnia 24 grudnia 1921 r. Artykuł wstępny pt.
Szumowiny moralne, toledańscy szalbierze religijni
„Starodawnym polskim zwyczajem pospieszamy do Was, Bracia najmilejsi, z tradycyjnym opłatkiem. Łamiąc go zgrabiałymi od znoju codziennego palcami, wysłuchajcie prostego życzenia naszego, przesłanego z głębi gołębich serc naszych: Pokój strzechom oczekującym was na rodzinnej ziemi! Obyście jak najrychlej mogli z powrotem zawitać pod nie, przywożąc do kraju pogodę duszy, liczne doświadczenia i godnie napełnione kiesy.
Nie wolno nam jednak, powołanym stróżom waszego mienia i waszych moralnych zasobów na obczyźnie, pominąć milczeniem obrazy Boskiej, jakiej dopuszczają się ludzie biesem opętani w Toledo, na hiszpańskiej ziemi. Cały świat dzisiaj rozbrzmiewa od wieści o bezeceństwach, pod osłoną religii w tej mieścinie uprawianych.
Nie stało382 czerwonoskórych, białymi zaludniły się prerie, spowszedniały samochody i samoloty, więc zwyrodniałe umysły znudzonych miliarderów na religię się rzuciły niby na szatańską zabawę i w budzie tanecznej, dancingiem zwanej, dopuszczają się świętokradztwa, na wspomnienie którego krew w żyłach ludzi bogobojnych, uczciwych się ścina. Zanim nastanie godzina zasłużonego gniewu Bożego i kara straszna spadnie na głowy złoczyńców, Was, Bracia nasi najdrożsi, przestrzedz i uchować pragniemy przed wszelkim bałamuctwem, jak zaraza na cały świat z przeklętej sadyby wionącym. Zatykajcie małżowiny uszu waszych, spuszczajcie powieki oczu waszych, gdy tylko posłyszycie zdradzieckie podszepty, czy ujrzycie obrazki, przystojność ludzką obrażające. Powiadamy wam: oto szatan w postaci wolnego amerykańskiego obywatela w hiszpańskim Toledo wspaniałą świątynię wybudował sobie i oczekuje hołdu, pokłonu od całej ludzkości. Przy pomocy masonerii całego świata, przy współudziale zbłąkanych duszyczek chrześcijańskich! Wszystko, co najgorsze, co wyzute z wszelkich uczuć ludzkich, przekupne, wyuzdane — tam się skupiło, by w nieprzytomnych orgiach szukać zapomnienia o grozie Sądu Ostatecznego. Lada dzień sprawiedliwy ogień piekielny pochłonie tę całą żydowską robotę. Wiemy, kto zasila pieniędzmi ten przybytek wszeteczeństwa i rozpusty. Zakrwawiony bolszewik hojnie darzy wszystkich w prawo i w lewo zrabowanymi klejnoty, a zbir Niemiec pracowitą dłoń przykłada do podtrzymania świątyni Belzebuba. Niestety, nie zbrakło w Toledo i naszych rodaków, pochodzących, jak zresztą spodziewać się należało, wyłącznie z szeregów trędowatego, hańbiącego nas obozu aktywistycznego. Te szumowiny narodowe, ci inwalidzi moralni, przystępując do kliki oszustów religijnych, wykreślili się sami dobrowolnie z wszelkiej przynależności do narodu naszego. Niechaj nazwiska ich, które ogłaszamy poniżej, przeklęte będą na wieki wieków, amen!
Zdumiewa nas fakt jeden, który musi być bezzwłocznie wyjaśniony: oto wśród cudaków, plątających się około głównego szatana, znajduje się dwóch cudzoziemców, niby Chińczyk i rzekomo Hindus, obaj o czystych polskich nazwiskach, zniekształconych do niepoznania przez heretycką pisownię. I tak Chińczyk A-to-tso doskonale wyraża nasze zapytanie: A to co?, bramin zaś Onczidaradhe może śmiało ukrywać pogróżkę mściwej duszy: On ci da radę! Należałoby wnieść gremialną prośbę do naszego biskupa, by polecił właściwym czynnikom zbadać sprawę, co znacznie uspokoiłoby wzburzoną narodową opinię.
Wypełniwszy powinność naszą, Bogu Bracia mili Was polecamy i nie tracimy nadziei, iż piorun z wysokiego nieba niebawem roztrzaska toledańskie gniazdo bezwstydu i zgorszenia.
Dowiadujemy się w ostatniej chwili, iż w łonie duchowieństwa wszystkich zacnych i zwycięskich po wojnie narodów przygotowuje się wcale skuteczna akcja, zmierzająca do wpłynięcia na rząd hiszpański, by twórcę najpierwszego domu rozpusty w Europie, Amerykanina Dawida Yetmeyera, zamknął jak najszybciej do czubków, gdyż niewątpliwie ma barek we łbie383 ten potwór, skąpany w miliardach”...
Pojednanie cnoty z rozpustą
Rozdział szósty teren stanowi, na którym...
pierwsze kości padają ideowej i konstruktywnej rozgrywki między Yetmeyerem a Havemeyerem. W dancingu odbywa się wstępna, generalna próba baletu wobec zaproszonych gości. Pantomima, zatytułowana Pojednanie cnoty z rozpustą, została skomponowana przez Podrygałowa i służyć ma ustaleniu pierwiastków stylowych, jakie znajdą zastosowanie przy wykonywaniu późniejszym głównego misterium, tj. Wesela hrabiego Orgaza.
Pojednanie cnoty z rozpustą jest pierwszym, oficjalnym popisem Ewarysty, która ma wytańczyć dzieje swej dziewiczej tragedii, powstałej z tą chwilą, kiedy miłość do nieudolnego matadora Manuela pogmatwała się obłędnie z uwielbieniem dla zwycięskiego byka Corcito. Zjawa triumfującego zwierzęcia rzuciła cień na zbolałą duszę dziewiczą i zraniła głęboko dumę pierwszej miłości. Przyrodzone pędy cnoty pogmatwały się niesamowicie z pnączami mściwej rozpusty. Taniec torreadorski, w którym ginie byk-zmora, ma być równocześnie duchowym wyzwoleniem i umysłowym uzdrowieniem Ewarysty, opętanej przez ponure wspomnienia.
W loży dyrekcyjnej dancingu zebrało się całe najbliższe otoczenie Yetmeyera. Podrygałow, który tym razem występuje głównie w roli autora, wyjaśnia zebranym te sensy idealne, jakie kryją się w jego pomysłach, wykonywanych przez Ewarystę i przez dwunastkę Podrygałowiąt. Nie ufa jego wywodom i podkłada im treści na wskroś ziemskie, powszednie, wychowawczyni jego dzieci, niańka Prakseda. Ukraińska ta dziewka, schorzała i zgorzkniała stara pannica, kocha się po kryjomu w swym chlebodawcy. Z miłości tej przetrwała ona całe piekło pożycia Podrygałowa z czterema jego żonami i wychowała baletmistrzowi cały tuzinek jego potomków. Dzisiaj zależy Praksedzie głównie na tym, by Igor nie ożenił się po raz piąty. Tymczasem urok Ewarysty działa bardzo silnie na tancmistrza i niania posądza swego pana, że szykuje się on potajemnie do małżeństwa z primabaleriną. Obawa przed tego rodzaju możliwością wpędza prostaczkę w głuchą rozpacz i podnieca ją do trywialno-brutalnych prób przeciwdziałania.
Po raz pierwszy zjawia się publicznie na tym przedstawieniu delegat Havemeyera, bramin On-czi-da-radhe, wywołując powszechne zaciekawienie zarówno swym cudackim wyglądem, jak i niezwykłym sposobem zachowania się. Przypatruje się on pantomimie, zawieszony przez cały czas na nogach zahaczonych o balustradę loży, głową na dół. Po skończonym widowisku wszczyna derwisz dyplomatyczne rokowania z panem Dawidem, któremu oświadcza wśród umizgów przyjaznych, że wzorem pojednania cnoty z rozpustą, zmierza on również do zbliżenia poglądów oraz usunięcia różnic, jakie dzielą obu przeciwników: Yetmeyera i Havemeyera.
Pokorne cienie zmitrężonych fraków fałdują się w siedzeń zagłębiu. Zawstydzony szelest kobiecego jedwabiu tu i ówdzie wślizgnie się do wnętrza. Pogaszone twarze. Bieleją w ponurej ciszy załamane, sztywne gorsy. Rozpalone uda niewieście dygocą w zimnicy półmroku. Spłoszone półsłówka, jak świętojańskie robaczki, migotem wy błysną i niedbale gasną. Chmurnie sprawdza służba karty zaproszenia. Bimbają przekornie kropelki uśpionych wodotrysków. — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —
PRÓBA GENERALNA
PO RAZ PIERWSZY W DOBOROWYM GRONIE:
BALET Z PANTOMIMĄ W 3 ODMIANACH
UŁOŻONY NA UROCZYSTOŚĆ INAUGURACJI
„PRZEDŚMIERTNEGO DANCINGU”
PRZEZ LUCYFERA SZTUKI TANECZNEJ
IGORA FRANCEWICZA PODRYGAŁOWA
Z SARATOWA.
OGLĄDAĆ BĘDĄ WSZYSCY JAK W JEDNEJ NIEWIEŚCIE
KŁÓCĄCE SIĘ Z SOBĄ
CNOTA Z ROZPUSTĄ
POJEDNAĆ SIĘ MOGĄ.
ILUSTRACJA MUZYCZNA KOMPOZYCJI MISTRZA SYMFONII
KUBISTYCZNEJ ARCHANIOŁA
ASCANIO COLONNA PITOUPITOU con FUOCO
Z FLORENCJI.
Występ:
PRIMABALERINY EVARYSTY DE LAS CUEBAS,
„Flaminicae Amatae” skocznych misteriów,
CZARODZIEJKI WIROWYCH OBŁĘDÓW ORAZ PEŁNEGO TUZINA
DZIECIĄT FRUWAJĄCYCH
Obojga płci PODRYGAŁOWIĄT.
W WYKONANIU WIDOWISKA BIERZE UDZIAŁ CAŁY DANCINGÓW
ZESPÓŁ ŻYWY I MARTWY.
W dyrekcyjnej loży sam autor baletu, Podrygałow, siedzi. Na palmy wyżynach spojrzenie uwiesił. Nos długi, zadarty szuka firmamentu. Zielonkawe lica, w ostrołukach zmarszczków, wyjawiają z dala ciekawość studencką. Wśród plisów skóry przy ustach upiętych wylękniony uśmiech nieznacznie przykucnął. Stożkowej łepety włosienne poszycie jest barwy słomianej i dźwiga w pośrodku udeptany przedział. Króciutki, pluszowy żakiecik do stanu wystawia na pokaz kibić wprost kobiecą. Spoza wycięcia nudnej kamizelki, sarniej, pikowej, rozmachany fular, barwy granatowej z kremowymi cętki, powiewa czupurnie i fantazyjnie. Jelenie nogi słynnego tancmistrza są utajone w głębi szarawarów, głośno petitowych, karnie sprasowanych. Meszty balowe, lakierowane, z pomponikami na spiczastym grzbiecie, zalotnie muskają jedwabne pończoszki.
Tuż przy nim się biedzi w mizernej, taftowej, bławatnej sukience piastunka dzieci od lat wzwyż piętnastu: Prakseda Bakcyl. Na Ukrainie w Żmerynce zrodzona, zwrotniczego córka. Losy zagnały dziewczynę na służbę do miasta Kijowa. Wyhołubiła Podrygałowowi dwanaścioro dzieci, jego cztery żony pod rząd pochowała. Dziś, nie wie czemu, każdą z nich wspomina.
Wspominki niani Praksedy o umiłowanym czarcie i o czterech żonkach jego
„...Oj! nie byle ziółka, całkowicie gorzkie, niby centuria384, dla Praksedy były te ślubne Igora, kochane śliczności. Same pogańskie, kruche porcenelki385, same jaszczurki chłodne, oślizgłe a sepleniące cudackim jazgotem. Ćwir-ćwir cały dzień Boży. W każdym kącie: bęc i taka paniusia już leży i wzdycha, czas drogi wałkoni. Wciąż dąsa się, finfa i nudnie dziamoli386. Bez zmiłowania pięć razy na dobę pomstuje o wannę. Niczego sobie nigdy nie żałuje. Koronki, bombonki, pończoszki, olejki, loczki, breloczki, puderki, pińczerki, pajac pod kołdrą, za gorsetem myszka z obciętym ogonkiem. Tryle godzinami. La-la-la radosne, a nikt nie wynypie, skąd idzie wesołość i po jakie licho. Wieczorem fikanie cienkimi nogami po glansowanej posadzce salonu, bezwstydne, układne. O północy za to rżnie na umór w karty, zapewne z gachami, lub wiedzie rozhowor z zamówionymi poprzednio duchami. A zbarłożonych387 fatałachów wszędy kopice, stogi, wyrośnięte sterty. Gdy przyjdzie napęcznieć i biedne stworzonko w żywocie wykockać388, już taka paniusia zaraz się burdasi389 , o co nie bądź siepie, sierdzi, klątwuje i wymyśla cięgiem. Nijakiej czułości, żadnego modlenia, nigdy ani troszkę. Więc nie dziwota, że Igor chłopisko czmycha do szynku, w miasto na rozpustę. Prakseda natomiast co wieczór, przykładnie, dobra noc mówiła szanownej swej pani, każdej po kolei, jaka nie bądź była. Rączki niedobre, wymacerowane różowym pachnidłem, słodkie jak pomadki, ale wielmożne, wargami zlizała. Prakseda, służebna, nadsłuchiwała, jak czort półszeptem podszczuwał dziewuchę: »Zatłamś tę kukłę, palcami pod gardło, bo zanim dziecina wychyli się z łona, już nie będzie matki, a cała zgryzota i z dzieckiem babranie na ciebie spadnie!«. Wielka ochota wlokła się po grzbiecie, między cyckami łaziła mackami, niby zdradliwe, kąsiwe robactwo. Lecz na odżegnanie Prakseda »Zdrowaś« kilka mamrotała, półgębkiem, ukradkiem. I ustępowała swędząca ciągota z pacierza, z pachwin i ze spierzchłych dłoni. Trzeba się poszudrać390, gdy gnębi pokusa, a migiem spotnieją śmiałości do draństwa.
...Bywało, nad rankiem powraca Igor ze szkliwem wilgotnym w wypłukanych oczach i chwiejny na nogach. Chce się przekomarzać, szuka cygaretki, potyka się, bredzi. Małżonka dziaukota, a czując płodu dotkliwe chyboty, ojca nicponia rżnie w gębę chwacko. On za warkocze, tak sobie dla figlów, na dywan ją zgarnie i wlecze do sieni, a potem już dalej i nieco raźniej na frontowe schody. Sapanie, bełkoty, ratunku-rety, lamenty, rozpacz. U sąsiadów zgroza, a prystaw391 gaspadin392, wezwany przez stróża, pojawił się w bramie i na małżonków leje wody wiadra. Oj, heca nie lada i istne pieklisko. Sponiewierane, skrwawione, zdrapane, kakaowymi sińcami znaczone, z kłakami w garściach, wreszcie rozdzielone zostało małżeństwo, po czym westchnęło i policyjny zeznało protokół. Po awanturze znacznie życzliwiej i niemal pogodnie na się spozierali. Obrzęd wyrównania małżeńskich sprzeczności przez pyskopranie sprzyja czułościom. Kurtyna zapada, chryja się kończy pod ciepłą pierzyną, pulchną jedynaczką. Lecz zanim pośpią, zwykle ulgę czynią sobie: oboje rzygają na przemian lub równocześnie, rzygają w muśliny, puchy, adamaszki. Jego nawiedza dopust z alkoholu, jej żółć zbełtały ciężarności drgawki. I znowu te katy nękają Praksedę, drą się, brzękają: »Praksiu moja, Praksiu! uprzątnij to świństwo, szybko bez poznaki!«. Prakseda się kwapi, miotłą na łopatę obrzydliwość zgarnia, piaskiem posypuje, podnosi żaluzje, przez okna rozwarte wpuszcza słoneczko głupio uśmiechnięte i rośne powietrze, i śpiewkę skowronią... wprost na splamione, szerokobiodre, w brokaty wtulone a zasmrodzone... małżeńskie łoże. Oni już chrapią, a niania się gapi na swego pana i pojąć nie może, dlaczego od dawna, bez żadnej potrzeby, bez wszelkiej nadziei, w najgłębszym milczeniu dziewiczego serca... kocha Igora. Zaledwie wyrzekła tę prawdę w sobie, nic nie powiedziawszy, po trzykroć krzyż kładzie: na czole, na ustach i na małych piersiach. Przemienienie Pańskie! Didko chyba znaje!393 Psie jakieś uroki!... Tfy... coś także!...
...Dziś wielka próba. Wspomina, wspomina. Inaczej nie może. Tyle zmarniało, zbutwiało, przepadło. A Igor wciąż żyje. Każdego licho przyczepi się możne, Igora omija. Patrzyło mu się, by zginął już dawno. Na Kreszczatyku394 wleciał pod tramwaj, a ledwie na karku motoru szczotki skórkę mu zdarły. Razjeżżaja395 cała w gruzy się rozpadła, gdy piotrogradzkie na cześć Lenina nastały hulanki, mordercze, bestialskie. Dwa całe tygodnie strzelali, palili i rabowali. Ginęły tysiące, przymknięte w domach, jak w rzeźniach baranki. Igor wszystkie noce najspokojniej przespał i wyszedł nietknięty. Prawda, że Prakseda zawsze przy nim była, czuwała, żywiła, lecz może właśnie dlatego tylko również ocalała. Gdzieś w Niemczech latał napowietrznym statkiem. Sparły się gazy, buchnęły płomieniem i wszyscy przepadli. Przysmażonego spomiędzy zgliszczy, poturbowanego, ale żywego wyjęto Igora. Kusztykał, kawęczał, ale się wylizał. A w Saratowie, bywało, co ranka i co wieczora szedł pomór na miasto. Ciągnęły zarazy, żołdackie hordy i chłopskie widła. Głód się wprowadził i niby brytan spuszczony z łańcucha, na wszystkie strony do każdej radości, bronił dostępu, złe szczerząc zęby. Igor wciąż tańczył i całą rodzinę z zagłady wyhopkał. Spojrzeć wystarczy, jak nogi poderwie i śmignie w górę, jak zwija się w frygę396 i stąpa w powietrzu, by zrozumiał każdy, że on chyba z czarty musi mieć konszachty, że go bogorób397 jakiś spreparował nie z ludzkiej gliny, lecz ze smoły diabelskiej, że nie da mu rady żadna przekora do człowieczej doli stale przylepiona, że go nie zmoże i woda święcona, by przed ikonostasem398 rozwalił się krzyżem, w pokornych ślozach399 i rzewnej słabości, że Igor po prostu nie kipnie nigdy, że śmierć jest mu żartem, że ją wykiwa o każdej porze i zawdy ściemięży400, bo niezawodnie najlepszym synkiem i najbardziej szczwanym jest... belzebuba! Nie zmiarkowała jeszcze ani razu, by o coś prosił czy przed kim czapkował. Idzie sobie prosto przed samego siebie, wesoło harcuje i rzec by można, że bez wysilenia, niby od niechcenia, śladu swej duszy ciuchta401 dookoła i po to jedynie aż do upadłego tańcuje, tańcuje...
...Za chwilę granda, okrutna parada. Pamięta tak samo w Moskwie, w Bukareszcie, a potem w Paryżu. Dziś ino różnica, że Podrygałow wlazł między gapiów i wichrem być nie chce świszczącym w arenie. Coś nowego knuje, do niańki się liże i honor czyni wychowawczyni swych mnogich pisklątek. Wino jej płaci i oranżadę, figi i daktyle. Zatańczą przed nimi pierzaste wróblęta, żółtawe kaczęta, Igora nasienie, które przy piersiach swych zatęsknionych, sflaczałych i zeschłych, czule wychowała i odbiedziła. Powiedzie bachory w tany niezawodne cygańska horpyna402, obłędna flądra i niby to panna. Psiamać by ją wzięła. Wrzask zewsząd gawroni »cudna Ewarysta!«. No, i cóż z tego? Wielkie mecyje!... Po jakie licho zawracanie głowy? Półnagie wystawia bogdanka403 specjały, ale Podrygałow nie durny kocur i nie da się złasić! Gadzinowej śliny z ust Ewarysty on nie popije i po omacku nie zwyczajny włazić do kurwich barłogów. Jego trzeba prosić, przypaść mu do kolan, za stopy obłapić i skamlać i wzdychać. A także się spieszyć, bo nie lubi czekać i kiedy raz minie lubieżna godzina, on rozkosz wstrzymaną na zawsze zapomni i nie dowidzi już nigdy tęsknoty, która się przed nim na paluszki wspina.
Fajność Ewarysty czymże jest dzisiaj, wobec Praksedy rozmodlonej krasy, która ongi była? Pan naczelnik stacji, gdzie jej rodzina uboga żyła, strojąc besztefranty404, zaklinał się przed nią na wszystkich świętych, że najdziwniejszym jest mu ona chabrem, jakiego zwidział, że zwędrowawszy w poprzek i na przełaj stepowe bujniska405 wielkiej Ukrainy, nigdy nikt nigdzie ziółka tak wiotkiego, posrebrzonego niebiańskim płaczem, migocącego paciorkami ślepi, takiej dziwoty, co niby cytrynek406 siada w koniczynę i z wielkiej radości wąsaty nochal do słonka rozdyma, na ludzki sposób wypatrzyć nie zdoła. I miała co z tego, że się tak pyszniła? Ot... skaparzyła urodę i cnotę jedynie po to, by od fikania zapocone buty pucować z wieczora... A do rozkoszy sposobność była, była raz jedyny! Dziesięć lat temu. Igor bezprzytomny i zaopuszczony do szlafkamery407 nad rankiem zabłądził i młodą piersiczkę zaspanej scałował. Durna, przerażona Igora, Igora, którego pragnęła nade wszystko w życiu, z tapczanu na ziemię jak szczura strąciła!... Poszedł i nie wrócił. Odtąd dygotała już cała we wrzątku, w duszę mu patrzyła, o zapomnienie, o wybaczenie szlochała, żebrała, nockami na klęczkach pod jego drzwiami wspomnienie siliła, lecz żadnej chętki ani zmiłowania w nim nie stermosiła. Skrzep serce mu zatkał dla cudnej Praksedy. Była poza nim, żyła, chodziła i młodość żmudziła408. Jak uczeń Pański łagodny bywał, obfity w łaski, a zawsze pyszny, niedostępliwy. Pośród pieluch, nad balią, przy piecu miłosną cierpotę409 bez zaprzestania, bez zmiłowania Bożego, ludzkiego, studzi taj miętosi i tak zakutłana410 w milczenie przystojne jest niby sobaka wierna podwórzowa, co ino ślady pana wypatruje. Chyba do skonu samego, rychłego nie wypietrasi ni słówka marnego o swojej gorącej, jak fibra dławiącej, ku Igorowi żalem chliptającej, miłosnej potrzebie. Więc nie dziwota, że dzisiaj jest kwoczka, ukropem sparzona, zmacerowana i podskubana, że kraśne liczka na marne, przyśpiesznie ciemrzą się, ciemrzą411...
Już niech co chce będzie, bo i tak Podrygało nie zerknie nawet. Nigdy nie będzie w pieszczotkach pospania, a nawet żadnego przy kuchni macania.
Przedwczora, bywało, Podrygałowowi gatki naprawiała. Spojrzał pod światło na zacerowane, czerwone jej ręce, po twarzy oczyma bajbardzo pobiegał i po włosiętach ugłaskanych składnie, na oba boki w precelki zwiniętych. — Moja Praksedo — dobrotliwie zganił — jesteś zaniedbana. Masz dotąd niezły rysunek głowy, zwłaszcza w profilu, lecz wątrobiane szpecą cię plamy. Trzeba coś robić, by jakoś odmłodnieć. — Na psa uroki, toż to istne kpiny! Dziś wyprostowana siedzi tuż przy nim i by nie miał wstydu, twarz upudrowała oraz gliceryną ręce wytarła. Właściwie nie ma znowu tak bardzo o co się szastać. Niech Ewarysta spróbuje teraz, niech ona sobie Igora urzeknie i żoną mu będzie. Warto być piątą prawowitą białką412. Bachorów kupa już jest gotowa, a nowych dziecisków od razu przybędzie. Igor jest majster i nie przepuści niewieście ślubnej. Czort taki się mnoży, choćby nawet nie chciał. On nie tylko płodzi niewinne maleństwa, lecz matce zaszczepia nieludzkie prawo przynaglonej śmierci. Cztery już damy wyprawił do piekła, a to samo licho i piątej nie minie. Niech się taka znajdzie, co znowu skosztuje!
Najsamprzód Dunkę sprowadził z obczyzny. Kobiecina niezła, ckliwa, piegowata. Trzy lata rodziła, co rok, jak najęta. Do ołtarza poszła już z brzuszkiem napiętym i takoż spęczniała wstąpiła do trumny. Błagała, żebrała, by nie poniewierał znękanego ciała. On jednak mąż wierny, a jurny buhaj, wygodę w domu chciał mieć przede wszystkim, więc ją tumanił, że umiłowanej zdradzać nie może i bez powstrzymania płodził, taj płodził. Pewnikiem z rozpaczy raka przywołała na karmiące piersi i musiała kiwnąć. Po niej nastała tinglówna Rumunka. Rozlazła, uparta, same dwojaki na świat przynosiła, lecz zawsze zdechnięte. Raz, przy łzawym końcu, żywego chłopaka Szaszę porodziła, ale w tym połogu własne swoje łono ma śmierć zabiedziła. Ruda, dzióbata, lecz cudnie wystawna Niemczycha z Berlina, z pokorą suki, chylądzią413po kątach brzemię obnosiła. Zapalna baba; jeno Igor spojrzał w jej gały piwne, już gotowa była, niby młockarnia gwarnie rozbiegana, do ciągłych porodów. Sześcioro powiła, lecz staplała zdrowie, krwią nieco popluła i legła w grobie. Nie pytał Igor, kto mu to mrowie, ledwie raczkujące, przewinie, ogarnie, po ludzku odżywi. Domową ciarchę414 Praksedzie ostawił, a sam, czestny samiec, jak ta boguwola415 zwinny, niewinny, wiecznie bezprzytomny, z podkasanymi swymi komedianty po szerokim świecie za chlebem bumlował. Na marny ostatek wojennej doli przywlókł do Kijowa szwajcarską wyżlicę z francuskiego rodu. Wystarczyło spojrzeć, by wraz pomiarkować, że zakatrupi416 on taką marnotę z wykrzywioną gębą i gdyby szczapa chudziarę417 strzelistą. Była zalękniona, parlowała cicho, a ślepia nadmierne, męką zwilgocone, powiek sinych drżączką zasłaniała w śmiechu. Dowiedział się Igor, że wielka choroba drzemie w niej z czasów, gdy możnego księcia w wojennej uzdrowni była pielęgniarką. Więc bardzo się naglił, by ją zabajcować, póki jeszcze można i jak należy. I przyszło na świat dwoje niebożątek z tuzina najmłodszych. Kilka lat jeszcze brzydnica418 przekorna Podrygałowową, gdzie tylko dopadła, ciskała w błoto, aż ją stermosiła w drodze z Petrogradu do Saratowa. W ścieluchach419, przy plancie kolei zniszczonej, tuż obok stacji jakiejś niepamiętnej, dół jej wykopano czyściuchny, piaszczysty. Nikt się nie turbował420, że Prakseda sama musiała harować, by pozostałe stado turkawek utrzymać w kupie i przeznaczeniu tańcującemu uczciwie dochować...”
Bramin, detektyw i ambasador
Zaczyna muzyka. Arena ściemniona. Sztucznego księżyca ścieka posoka, srebrna, zawiesista. Szurają pary. Zaczęły wirować, plątać się, pomykać. Fraki zdziwaczone i wprost z Paryża na sprzedaż zwiezionych modelów pokaz. Chybocą, dygocą, tężeją w rozdrożu, łaskocą biodra, pocierają uda. Na jednej nodze głupio przystają, niby bociany. Chodzą na dłoniach, padają na głowę, myrdają tyłami. Wciąż się rozstają oboma ramiony i wciąż wpadają na siebie brzuchami. Doborowe tany powojennego człowiectwa421 modnego. Nieznane figury, wtłoczone w zasady już ustalone i umiłowane. Jest jazz i foxtrott, shake the shimmy, one-step i tango, a two-step również, no i hesitations walc. Dziwa się422 Prakseda, za gardziel ją dławi zazdrosna jadłoba423. Podrygałow wstaje i ukłon składa.
Nadpłynął Yetmeyer. W odświętne ubranie tchórzliwie wtulony. Przed sobą popycha gościa, co przybył, jak wieści głoszą, dopiero przed chwilą. Wiedzą zaufani, że ten koczmołach424 w lamparciej skórze, spodem prawie nagi, niedbale wsparty na drągu z poprzeczką, który zwą bajragun, to ów zapowiedziany Havemeyera chwilowy zastępca, a znamienity hinduski sadhus425: On-czi-da-radhe. Różowy fular spiętrzony w turban i wystające siwiutkie zwoje skołtunionych włosów na wielbłądziej głowie są niby fantazje kremowo-lukrowe, które nasadę, figlarne-stylową, ponczowych ciasteczek zazwyczaj stanowią. Spopielałego, zatłuszczonego lica ozdobą są krótko strzyżone i chyba wapnem śnieżystym bielone wąsy i broda. Nad brwiami świecą wyzywająco dwa guzy czołowe. Podłużne zmarszczki, od skroni do skroni, skóry naprężonej trójkolorowe przekreśliły znaczki, czarny, zielony i cynobrowy. Lejtmotyw mądrości zbożnego bramina w tym hieroglifie wyraża się skocznie i symbolicznie. Prawa powieka zwisa bezwładnie, jak zepsuta stora, lewe zaś oczko, żywe, szarobure wciąż się wytęża, coś gwałtem wspomina i w czeluść czaszki przezornie się cofa dla wywołania, gdzieś w potylicy, ostrego obrazu rzeczywistości przed chwilą schwyconej. Upiorne ręce są zesztywniałe i zbrojne w pazury na półtora cala. Pod stopami człapią kneippowskie426 sandały, lecz lewa noga mozolnie się wlecze i jest niemal martwa.
Władca dancingu do sąsiedniej loży zaprasza posła, czyni mu honory, Podrygałowa, Praksedę przedstawia. Wszyscy usiedli, gość jeden stoi na palicy427 wsparty. Używa przy tym tylko zdrowej nogi. Ogromny różaniec z bazylikowego drzewa (paciorków sto osiem liczący) przez ramię przewiesił i pacierz milczący pośpiesznie żuje, nie mogąc czy nie śmiąc wypluć odważnie swej nabożnej nudy.
Słowo Igorowe o tańcującym zapładnianiu myśli
Igor wyjaśnia pryncypałowi ideowy układ wieczoru próbnego:
— Zdradą jest taniec człowieczej natury i beznadziejny, choć najistotniejszy zamiar wyraża. Dla siebie tylko może człowiek tańczyć i siebie tylko przez taniec pojmuje. Stąd nader łatwo przez wywijanie rękoma, nogami zbałamucić drugich, od siebie odpędzić i zachwyt wzbudzić. Tańczy się naprawdę swoją tajemnicę zaprzepaszczoną w czasach minionych, albo się wkracza do jasnej świetlicy, nieodgadnionej, niewysłowionej, przyszłej swej doli. Teraźniejszości praktycznej, ochronnej w tańcu nie schwycisz. Teraźniejszości uczciwej, świadomej posługi czynią: barwa, dźwięk i słowo, które na uwięzi są czasu, przestrzeni. A wirowanie musi szukać próżni, przerażającej, rozogromnionej, by ją marzeniem o sobie zaćmić i rozmnożoną wielością jedności wypełnić po brzegi. Nie może być taniec poza samotnością. Kołysanka ciała, ona dopiero myśleniu objawia, czym człowiek wbrew sobie przez całe życie pozostać musi i czym nie będzie przenigdy dla drugich. Wyklętą z tańca jest wszelka pamięć tego, co jeszcze było przed małą chwilą. Również z ekstazy, sztucznie zapalonej w ludzkiej przytomności, nie zdołasz na taniec przerzucić wspomnień milutkich i urodziwych. Tańcząc, trzeba płodzić i tylko płodzić, dla samego płodu, dla grozy poczęcia i dla rozkoszy zbawczego porodu. Do wnętrza szału należy się dostać i w sobie samym dwupłciowość wywołać. Obu rodzajów wzajemną wolę lubieżną, rozpłodną trzeba w samym sobie bez samczych przeciwieństw cudnie rozszczebiotać i w pohulankę rozkoszy pognać. Trzeba równocześnie być ojcem i matką w jednej osobie. Chodzi mi po prostu wyłącznie o to, że taniec być musi samozapłodnieniem, a więc obrazem jedynym, żywym i zupełnie nagim myśli wysileń.
Przede wszystkim głową tańczyć się godzi, a ona za sobą porywa ramiona, biodra i stopy. Tańczy tęsknota za tym, co najdroższe, co nieodzowne, czego nikt nie ma i mieć nie może, o czym nikomu żadnym spojrzeniem ani warg tchnieniem powiedzieć nie wolno, by czucia nie spłoszyć. A w Europie porewolucyjnej, zdumiałej, nowej, tańcują od spodu. Głowę poniechali, zbrodnicze łapy przemalowali, uprzystojnili, demokratyczne brzuchy wyzwolili, tchórzliwe kopyta rozdygotali i tak się puścili w zbanalizowanym, egzotycznym cwale. Bachandrię428 taką bardzo łatwo złożyć i przefujarzyć wszystko istotne, co zawierały kiedykolwiek pląsy. Ten generalny i ulubiony popis impotensów429 z nami współżyjących starałem się cisnąć jako kartę wstępną popisów w dancingu, wyszminkowaną, zapudrowaną, pocieniowaną, przez co spełniłem uroczystościową, przykrą konieczność.
— Słusznie. Huczne oklaski widzów zwyrodniałych uznają twą rację. Mam jedną obawę: ażeby nadto nie znudził się bramin.
— O nim nie myślałem w tym pierwszym programie.
— Nie mniej od niego w wysokim stopniu Orgaza wesele i wystawienie marzonego dzieła dzisiaj zależy.
— Wnet się postaram, by go usposobić jak najlepiej dla nas. Do widowiska, które oglądamy, wracam natarczywie. Skończył się atak skoncentrowany pospolitości, skorej do wierzgania. Na foxtrocistów i na shimmistów żywioł napierał. Wiedziała przyroda, czego od nich chciała, lecz oni nie mieli odwagi zrozumieć krwi własnej wołania i pouciekali do nudnych szablonów. Wbrew zleceniom prawa przełomowi ludzie zabiegają w tańcu o wyświetlenie nieistniejącej swej teraźniejszości. W tym mdłym zapale zdemokratyczniała nasza plutokracja dzięki hasaniu straciła związek pomiędzy członkami poszczególnymi paskudnego ciała i w separatkach przy koniaku z jajem, przy lichym szampanie, swą nicość łata i dziurę istnienia swojego ceruje. A teraz zagra nam bałabajka430. Nowej zasady w tańcu objawienie. Głowy z nogami zawzięta kłótnia. Ludzkiego ciała rozpacza część dolna, bo nie dostała od życia, co chciała. Dlatego butwieje zapuszczony czerep na pokornym karku. Stąd powrót w niewolę, choć założeniem było wyzwolenie na rozkaz aniołów, a raczej może za podszeptem czarta. Utopii społecznych, liberalizmów, socjaldemokracji, zmechanizowanych, gromadnych rozczuleń skoczny wodewil, zwykła tragifarsa.
Tu się nachyla ku wiernej Praksedzie i wyznanie czyni:
— Dla was, Bakcylówno, jest przedstawienie ukraińskich tańców, abyście wspomnieli dnieprowych futorów431 skoczne weseliska, to rzępolenie basetli, gitary, to tupotanie parobczaków płowych, te gzy, chichoty dziewek zadychanych i popijanie brandziuchy432wioskowej. A potem drapoty433 starszyzny zalanej, mołojców434 pranie samymi grabiami czy kłonicami. W końcu czmychanie rozmiłowanych czym duch435 we dwoje, pomiędzy mgiełki nowiem wycukrzone, na dno parowów. Tam rozbuchanie i całowanie i obłapianie, jamry436, piskanie, dąsy, nawroty. Od sioła z oddali rozwałęsanych psisków haukanie. I znów bezhamulne437 w burzany438 wpadanie, po obnażonych pośladach klepanie, ciągoty, parnota, łaskotne sromy, rozkoszne dławienie, aż-aż po ćmaku439 wielkie wtulenie i nasycenie lubieży kochania. Potem w wiklinach zdeptanych, złamanych nagłe rychtowanie440 kiecki miętoszonej i powrót do chaty powolny, dumany z zasapanym chłopem. W piersiach strachanie okrutne się miota, niby czyjaśki441 spłoszonej skamlanie.
— Co mi tam po tym! I tak marnie sczeznę. Lecz wy, Francewicz, oczu mi nie mydlcie i wyznajcie prawdę. Jak jest z Ewarystą?
— A jakże być miało? Jest tak, jak potrzeba.
— Wyście ją mieli?...
— Zdurniałaś, Praksedo?!...
— Róbcie, co chcecie i jak się podoba. Jedno wam skażu442: trzynastego bębna już nie uchowam i piątej żinki do domu nie wpuszczę!
— Stul pysk, Praksedo!
— Cygańską biniochę443 dostać będzie łatwo, bez żadnych zachodów i bez ożenku. Z was dłubek444 niezdarny. Sama do niej pójdę i przyszykuję w czubatej pannie do was ochotę. Bez ślubu, za durno445...
— A ona ostatnie zęby ci wybije.
— Ostawi coś trochę na waszego chleba kęs dla mnie dostatni. I nie będzie wstydu, ani panowania nowego ciarastwa446. Jak żywa tu siedzę.
Onczidaradhe okiem dobrotliwym oderwał Praksedę od pomstowania. Lecz nic nie rozumie, więc zapala fajkę na długim cybuchu (tak zwane chillum), którą mu wręczył Gouzdrez z namaszczeniem.
Baletmistrz znak daje, by nowe pary w szranki wchodziły.
— Przygotowałem nikomu nieznane ludowe tańce Wschodu zbliżonego i oddalonego, w opracowaniu wyraźnie typowym. Jest to rytmiczna w życie wycieczka ludzi dorosłych o psychice dziecka, stale pogrążonej w baśniach i legendach. Skarbów nie znaleźli, nie ujrzeli cudów i nie doznali od życia zbawienia. Wśród poszukiwania wyuzdanego, rozpaczliwego nastaje w człowieku gwałtowny rozdział: duszy od ciała, pędów żywiołu od władz intelektu. Przepołowiony, naiwny danser ciska się, skacze, wywija hołubce, by jaki taki grunt pod bezprzytomność swoją udeptać, albo by w szale czy też w omdleniu zgubić wspomnienie o sobie wierzącym. Grupa desperacka, wrzaskliwa, pijacka. Do zamierającego „przeżywaczy” klanu wstawiam grupami tanów rodzaje:
wołoski arkan
gruzińską: lezginkę i bachdadurę, polskie: bałambas, góralski cyfr i dżuk rybacki z półwyspu Helu,
oraz ukraińskie przy towarzyszeniu, a raczej dudleniu, birbinii447 i kobzy,
przy czym i drumla nieco posepleni, z oddali, dyskretnie:
czabaraszkę, czeberiaczkę, czumadrychę i ciuryło.
Bramin się ożywił. Łypie zdrowym oczkiem, łzawi się i mieni. Naładował fajkę charasem448 na świeżo i gryzącym dymem odpędza natrętnych spojrzeń przybliżenie. Kilka razy mlasnął donośnie językiem i po raz pierwszy wypuścił głos z krtani:
— Słowiańskie pierwiastki tańcują na umór. Słowiańska Jivatma449 rozbija się zawsze po całym świecie za objawieniem, za absolutem. Wszędy się dziecka450 ze szczęścia kościotrupem i przez to nigdy mukti451 nie osiąga. Słowian ja kocham, ale nie szanuję...
Yetmeyer się porwał, jest uszczęśliwiony: wysłannik przemówił!
— Ojciec-świętoszek dobrze Słowian poznał?
— Sam z pochodzenia jestem Bułgarem. Tatulo trafikant452 mieszkał w Kirk-Kilisseh453. Matka Turczynka umarła na dżumę. Małego sierotę na służbę przyjął rosyjski oficer z bałkańskiej wojny i do szpiegowskiej zaciągnął roboty pod Katowice, na Śląsk zwany Górnym. Stamtąd umknąłem i po wielu przejściach, o których pobieżnie wspominać nie warto, wylądowałem w Zachodnich Indiach. Tu filozofię poznałem Wedanta454, zbadałem sanskryt455, na pamięć wykułem Mahabharatę456 i szczerą sympatię poczułem dla Wisznu, Sziwy i Brahmy457. Szczęśliwy nowicjat w klasztorze Akhara (miejscowość górska zowie się Amritsar) pozwolił mi wkrótce powiększyć grono doborowej sekty kapłanów w Bihar. Lecz miałem pecha, chwyciłem chorobę od pewnej Angielki, turystki uczonej, która badała nad wyraz namiętnie ascetyzm hinduski. Aby się oczyścić, umartwiałem ciało i niby płaz marny na brzuchu, na rękach po ziemi pełzałem. W tej jednej pozycji lat siedem wytrwałem — i pod nadzorem całej ekspedycji międzynarodowej na Gaurizankar458, tam i z powrotem, grzech mój wyczołgałem. Uzyskawszy sławę dzięki reklamie „Gazetki żołnierskiej”, głównego organu opinii w Lahore459, mogłem już śmiało na własną rękę poszukiwać Boga...
— Znalazłeś ojcze?...
— O tak! W samym sobie.
— Dobrze nie słyszałem. Szaleje muzyka...
— Powiedziałem sahib460, że Boga mam w sobie. Pewny to interes zostać sadhusem i wejść w kontakt z Bogiem. Permashwar461 obcy, odziedziczony po dziadach pradziadach lub dla porządku ze znanego obrządku przyjęty na wiarę, nie ma tej mocy, co samodzielne umieszczenie Boga w niebiańskich rozłogach czy w samym sobie. Od tego zacząłem, że właśnie Słowianie nie mają odwagi podudłać462 w sobie, wciąż poszukują nie wiadomo czego, to owo zaczepią, coś niecoś uznają, wszystko potem walą i przed samym skonem zrozpaczoną pięścią, w której nic nigdy dobrze nie dzierżyli, wygrażają światu.
— Oni się z biesem na wieczność skumali — zachrzęści Prakseda.
— Diabeł jest tylko symbolem kierunku czysto zewnętrznego, hersztem jest bandy płoszącej ludzi, by drałowali najdalej od wnętrza swego własnego. A główna przyczyna ruchu takiego w omyłce tkwi, w błędzie, że coś istnieje, że świat jest naprawdę, nie marzeniem tylko. Raz zrozumiawszy, że ja sam jestem463 i nic poza mną nie może być trwałe, co wymaga trudu, wygimnastykowania i umartwienia, używam życia, używam myśli, siebie, drugich tworzę i z pełnią pogody, bez ksiąg pocieszenia czy współczucia bliźnich, opuszczam cielesny, chwilowy przybytek, zazwyczaj na moment kontemplacyjny, a kiedyś na zawsze.
— Bębenki w uszach dziś mi zadudoli464 ten Pitoupitou, a ja chciałbym wiedzieć, czy ojciec duchowny czuje się Bogiem naprawdę prawdziwym? — Yetmeyer, jak szczenię, pokornie dziaukoce.
— Dla siebie jam Bogiem, was nie zobowiązuję. Boga mam w sobie i stale z nim jestem. Trzeba go jednak wydobyć z siebie i wam okazać. Do tej ostentacji potrzeba znowu, żebyście wy mogli znieść taki widok i nie postradali wszystkich cennych zmysłów.
— Czy wolno zapytać, gdzie świętobliwość z moim konkurentem zawarła znajomość i odkąd wasza datuje zażyłość?
— Havemeyera spotkałem raz pierwszy, jeszcze podczas wojny, na zjeździe fakirów, derwiszów, sadhusów i jogów. Było to w Chicago. Kongres ukształtował ciekawą krucjatę dziecięcych mózgów spośród wyznań licznych, autoryzowanych w państwach nowoczesnych. Skłóciły się z sobą. Najwspanialej wypadł spór katolików polskich z Kurytyby z białoruskimi schizmatykami. Wszyscy judzili, nikt nie mitygował. Innych narodów przedstawiciele wnet się wycofali. Tamci wytrwali i przez dwa tygodnie ze sobą się darli. Zostali z nami jeszcze i Anglicy, lecz jako widzowie tego popisu, który w różnych pozach dla swoich zbiorów fotografowali. Tam Havemeyerowi sprzedałem w ramkach za upstrzonym szkiełkiem jadłospis mahanty465 z klasztoru w Bhairon-Ka-than. Przepis zastosował miliarder w swej kuchni, co na organizm kolekcjonera decydująco i regulujące wpłynęło bezwzględnie przez usadowienie w temperamencie i jego poglądach: anielskiej dobroci, wyrozumienia i łagodności.
— Snobistyczne zbytki, trzonu, pozbawione wszelkiej celowości i własnej konstrukcji — Yetmeyer burknie.
— Zalążki historii i religijności najszersze podstawy.
— Czy aby twórcze? Może dla wygody i dla samej mody?
— Opracowany system jest wspólny. Przyjaźń skojarzyła mnie z Havemeyerem, a zapoczątkował stosunek wzajemny korzystny dla obu: handlowy interes. Do Boga mojego ja zaś doszedłem przez ciała udrękę i długoletni życiowy wysiłek.
— Ojciec-świętoszek Havemeyerowi swojego Boga odstąpił czy sprzedał?
— Ni jedno, ni drugie. Przyjaciel-miliarder poznał mego Boga, oglądał dokładnie, próbował, oceniał, nawet usiłował zbliżyć się do Niego, a w końcu sam z siebie, bez wpływu żadnego, poprawił Go nieco i ustatkował.
— Wyciągam więc wniosek, że mój konkurent i zaproszony Orgaza kreator przyjął twego Boga, ale swojego w sobie nie wykrzesał.
— O tyle, o ile. On się oswoił z nagłą potrzebą uznania de iure466 oraz zgłębienia tego wszystkiego, czego mózg ludzki dotąd nie rozpoznał i najprawdopodobniej nie rychło rozpozna. A do ukochania i ubóstwienia tej mocy zakrytej i niespożytej, do odnalezienia jej miejsca pobytu w zagłębiu nas samych... krok tylko już jeden...
— Obawiam się jednak, że właśnie w tym celu salto mortale konieczne jest nieraz — zjadliwie ćwierknął dancingowy butrym467, paluszki na brzuszku w kołowrotek puścił i niby czerwiatka468 z dorodnego drzewa nagle zbryźnięta, w poduszkach fotelu cały się rozlepił. Kamienna dożera469 0 losy sadzonek w inspektach marzenia bary mu przygniotła.
Rozwlekle, niedbale, choć dobrodusznie oświadcza sadhus:
— Nigdy nic nie wskóra ten, kto przyspiesza zbawienie swoje albo też i drugich. Mądrością we wszystkim jest umieć poczekać, a życie czekaniem bywa na ekstazę dla wszystkich wybranych, którzy roztropnym o śmierci gęganiem wzbogacają śmiałość do wędrowania rzeczywistego po zmyślonym świecie.
— Didoczku nabożny, panoczku zacny, wy byście nie chcieli pogwarzyć przypadkiem o biesach drałasach470 i o delikatku, samym czorcie bat’ku471? Coś mi się tak widzi, że kto chce do Boga dostać się najłatwiej, niech do kusego najsampered472 idzie. Czort liczko ma gładkie, ludziskom jest chętny, grosza nie żałuje, zaraz wymiarkuje, co komu należy i nie opuści do samej smerty. Tak sobie dumam: ani w Ukrainie, ani to w Rosji nikt Pana Boga nie zwidział nigdy, choć mnogo luda chadzało w procesji, pościły czernice473 i kadziły czerńce474. Za to ja widziała na własne oczy już niejednego bisnowatego475, zdarnego chłopa. I dalszy dumam: czort dla mużyka i dla wszelkiej baby najbliższy, najlepszy. Kużdy ma łatwy przystęp do niego. Do Boga daleko i nijak się dopchać, a krążyć trzeba po wybielonej, cesarskiej szosie. Do czarta zaś można pójść sobie na przełaj, przez koniczynę, pomiędzy owsy... — trajkoce Prakseda zatrutym szeptem.
— W tej waszej Rosji czy Ukrainie nietrudno panować. Raz dobrze nastraszyć, nic nie wyjaśniać, wszystkiego żądać, biczować, katować, nie ofiarować słowa dobrego, a już wystarczy, by carem zostać lub samym diabłem — Onczidaradhe twierdzi wyniośle.
— Lubczyk trzeba zadać na zakochanie uparte, nieznośne i cud wielki zdziałać, by wszystko jak duzie zechciało harować na własną nędzę.
— Ona tak prawi, jak rozgadana czupirnata476 kurka, co drzewiankę477 skubie i w głupiej rozpaczy puste znosi jajka — szydzi Podrygałow.
— Szaleju za dużo u siebie macie, naciąga nim ziarno i całe myślenie przystojne rozmamla — wyrokuje sadhus.
— Wy uświęcone niby to styrczydło478, wy wszystko wiecie, a wierzyć nie chcecie, że ja znam czarta, że on między nami tuż obok was siedzi? Prakseda, panoczku, nie mówi bluzdeństwa479, cmanić480 nie umie. Ja wam pokazu naszoho czorta...
Porwała się z krzesła i jak dziwożona481 w guślarskim obłędzie za skórę lamparcią ciągnęła starca w pobliże Igora. Baletmistrz jednak ubiegł ceremoniał, dziewczynę zgrabnie pochwycił za rękę i z miejsca osadził. Skurczona, zmarniała, wpuściła głowę w zgarbione ramiona, niby wyczubiona przez koguta kwoczka i przykucnęła na czarnej zadumy rozkiwanym bancie482.
Podrygałow czule zawziętość jej chłodzi.
— Praksiu moja miła, czyś ty zakupiła dla Wani serdelki? Chłopczyna tak lubi te krótkie kiełbaski i jeść nie zechce salcesonu z cukrem.
Przebrzmiały juhasów piskania jastrzębie, scichły tupania, stężały hołubce. Trzeszczy wciąż sala zachwytem, radością. Kompozytorowi i wykonawcom spreparowano kwiecistą owację.
Jacinto przynosi dwa gumowe kółka metalowymi sczepione łańcuszki. Po krótkiej wymianie poufałych szeptów z Onczidaradhe, na balustradzie loży dyrektorskiej nikomu nieznany utwierdza przyrząd. Krótki ten zabieg porusza zebranie i mrowi domysły.
Yetmeyera dławi ponura duchota483. Dotąd on nie wie, co z Orgazem będzie i czy Havemeyer terminu dochowa? Jaka zagadka kryje się w braminie, do czego on zdąża?...
Słyszy oświadczenie sterczącego posła:
— Po tym, co widzę i co dotychczas pochwyciłem słuchem, najchętniej przyznam, że odbudowa uczuć religijnych jest pożądana, na czasie i słuszna. Nie wątpię również, że powodzenie zdobędzie dancing i że niebawem po wszystkich narodach nieposkromiony ruch się rozpęta, poszukujący swego Pana Boga.
— O tym dopiero kongres religijny przekonać mnie zdoła, który w początku przyszłego miesiąca tutaj się zbiera pod opieką rządu.
— Cieszyłbym się bardzo, gdybym mógł pogodzić najrychlej poglądy szanownego pana z naszymi tezami, aby Havemeyer na kongresie czynnie zdołał wystąpić...
— Mnie głównie przekona o konkurencie przewyborna rola w Weselu Orgaza. Tam on odkryje swoją wielką kartę. Wszędzie indziej cenię jego współudział, ale w pantomimie jest Havemeyer tak dla historii, jak i dla religii po prostu niezbędny.
— Koroną to będzie pańskiego dzieła. Stąd też sprawiedliwie domagać się trzeba znacznych gwarancji dla moralnego i fizycznego zabezpieczenia uczestnika w spółce, dla gościnnego gracza w pantomimie. I po to jedynie do pana mój klient właśnie mnie przysyła.
— Podałem warunki w szczegółowym liście...
— Wybaczy dobrodziej, ale list Pański to zamach gwałtowny, to oświadczenie tylko jednostronne. Nam układów trzeba. Odnoszę wrażenie, że w obu panach dwa różne systemy, lecz jeden przedmiot mające na oku, nagle się zetknęły. Postaram się teraz, by przez kontemplację rozmotać supły komplikacji mnogich, lecz nieistotnych.
— Mowy o tym nie ma. Nie zgodzę się nigdy. Albo twórczość czysta, albo wręcz poniechać wszelakich zabiegów.
— Proszę nie utrudniać, zanim w możliwości podziemia zstąpiłem. Zawsze przez nazwę dobraną szczęśliwie lub też formułkę zdarnie ulepioną rozwiązać umiem najtrudniejszy problem.