Komnata III. INSPIRATORIUM
Pan Yetmeyer twierdzi:
— Myśl odkarmiona sposobem właściwym, a więc podwójnie: przez wiedzy ambrozję232 i przez codzienną strawę zmysłową, które w trawieniu pogodnym złączone urodzą refleksję, musi następnie flirtowi się oddać z tajną inspiracją. Tym założeniom odpowiada skromnie komnata trzecia, która fizjonomię ma nastrojową czy marzycielską.
Wchodzimy. Jest ciemno. Gdzieś z wyżyn stropu kotara rzucona, która w półkręgu trzy ściany pokoju okrywa szczelnie. Draperie zwiesiły leniwe jęzory, nieustępliwe, zszarzałe, bezczelne. Brak mi oddechu. Jedna ściana wolna. Mgły na niej się kłębią, zimno pykającym kagankiem gazowym ledwie rozwidnione. Pośród odmętów cień człowieka brodzi. Przez chwilę widoczny jest najwyraźniej. Miedzianonagi pastuch beocki233 w wątłej opasce z koźlej, żółtej skóry i z pałką owczarską w zadumanej dłoni. Spojrzał wprost na mnie z rozkłębionej toni. W tych oczach, w tych oczach gna strumień szalony, bije mchy zielone, szronem migoce zapienionej bieli i mądrym szafirem głębię sobie ścieli. To Hermes234! — poznaję — na jakimś nieznanym, arcydzielnym fresku. Jest jak upiorne o szczęściu marzenie, barwione niebem kamienne natchnienie, gdzieś zagrzebane w podziemiach Pompeii235.
Szczerzą już ku mnie złowieszcze piszczele pochowane w mroku trzy greckie napisy (nieznośna maniera kształconego snoba):
διάκτορος — έριούνιος — ψυχοπομπός236
co przypomina czy uprzytamnia każdemu przybłędzie, że Hermes jest boski dla myśli przewodnik, zwłaszcza w podróżach nieco nieoględnych po świeckich rozłogach, że dobre ma serce i w słowa napięciach ludziom pomaga, zaś duszom zgaszonym przez straszydło śmierci w ciemnościach dogadza.
U stóp syna Zeusa leżą kozetki, przytulne, powabne. Sprzęty starogreckie. Usiadam. Wyczerpany jestem. Nie zwraca uwagi wszechwładca dancingu, lecz niezmordowany zaczyna misterium. Na przeciwległej kotary aksamit, pokorny, obleśny, dwa padły światełka, okrągłe, ciekawe i jak płomyk chwiejne. Płyną po śliskiej zasłony przestrzeni i porywają całe twe spojrzenie. Czasem przystaną u góry lub z boku, lecz na tym postoju już nie oderwiesz od nich twego wzroku. To Hermesa oczy, które myśl twoją prowadzą, uwodzą i na właściwe wtrącają koleje. Myśl samotnieje, od zbytecznego i bałamutnego odrywa się tłoku. Chodzić się uczy po niebie, po ziemi. Klimatu szuka, gdzie może poorze i trochę zasieje. Jest zawsze z sobą. Słucha monologu swego własnego. Wiedzą niewiedzy posila się, grzeje. Nad każdą przeszkodą wspina się do skoku. Przed siebie dąży, chce czegoś. Hermes ma upór pielgrzyma w oku. Wiesz co już i kiedy, i jak, i którędy!... Światełka migocą, a bóstwo przewodzi. W mózgu człowieka powoli świta: jutrzenka — inwencja!
Myśl się oswoiła z twórczą swoją dolą, więc ją z żywiołem, z temperamentem należy sprzęgnąć, zanim zacznie działać. Temu przeznaczeniu służy: