Kulisty piorun

Już w gruzach leży mur madżongowy. Tarzają się, piętrzą kamyczki schludne, z kości słoniowej. Panna Ewarysta przy radioskopie bawi się cudownie. Zwiedziła moszę prastarą w Kordobie, była u Cyganów w samej Granadzie, do Algeciras i do Tangeru nieco zaglądała, a teraz grzecznie sylabizuje od ręki rzucony, górami i morzem narysowany na ludzkiej ziemi Boski alfabet. Co trzy minuty przerywa badanie, ucząc się na pamięć znaków zaklętych, a przy sposobności tej pożądanej nosek pudruje i usteczka plami. Kolekcjoner usiadł przy samym pilocie, lufcik otworzył i płucze usta, gdyż podniebienie spuchło mu całe i pęka dotkliwie. Truchleje on na myśl, że to recydywa potwornej choroby, krwotocznej skazy, którą przed laty zdołał odepchnąć dzięki poradzie doktora Landsberga z kliniki wiedeńskiej.

Yetmeyer zjechał z siodła taboretu na powierzchnię stołu, fiszki dominowe butami skopał, pled sobie podłożył i zasiadł w kuczki. Kraciastą poszewką zamierzeń świeżych, odprasowanych powlókł oblicze. Ślicznego Piosia przyciąga za połę:

— Zrzuć, hrabio, maskę, watę usuń z uszu i przykucnij przy mnie. Zjeżdżając ku ziemi, pogadamy sobie. Port już się uśmiecha rozigranymi świecidełkami.

— Piętrzą się z oddali zwaliste bloki fortu Sebastiana.

— Pół godzinki jeszcze dzieli nas na razie od modrej, uroczej Kadyksu przystani. Proszę mi przyznać, czy to nieprzyjemnie tak bujać z nami? Zawsze, we wszystkim jest sens ukryty, ten sam, głęboki... A hrabia, nagle, jak łucznik-kłusownik, wypłasza wiary zwierzynę najgrubszą, strzelając do niej ukryty w zaroślach niecnych kaprysów, z operetkowego niemal arkebuza1056 magnackiej fumy1057.

— Rachunku za pociąg jednak nie zapłacę.

— Kazałem wyrównać, a pana zaskarżę. Urodzi się z tego zajmujący proces, co nam nie przeszkodzi, by w rzeczach istotnych móc nadal współdziałać.

— Straciłem niestety wszelkie zaufanie do zbawczych poczynań.

— Skądże tak nagle? Czyżby z powodu błahego sporu o koszta niezwykle reprezentacyjne, o wyszastanie tysięcy dolarów, do czego poselstwa mego paryskiego nie upoważniłem? Któż widział zmieniać twarde przekonania pod wpływem dąsów?

— Cała egzotyczna i ekscentryczna impreza twoja, to opera buffo1058. Kosmicznie-liryczny interes pański jest nie na serio, wyposażony w efekty komiczne, a więc rentowne, lecz bez kręgosłupa odpowiedzialności, bez fizjonomii jasnej, przejrzystej, bez oczu czystych i wyrazistych, bez gładkiego czoła. Gruntu stałego nie czuję pod wszystkim, natomiast spostrzegam jakieś dno podwójne zdradliwej groteski. Akcja zbawienia toczy się, wlecze, utyka, urywa. Serpentynowych frazesów igraszka, miliardów swawola z męczeńską niedolą niemowlęcia-życia. Nabijanie ludzi po prostu w butelkę wzorem niewybrednym jarmarcznych kuglarzy. Oto są wyniki, które osiągnąłem po zastanowieniu, po ambasadorskim mym doświadczeniu i po obserwacji jak najściślejszej figlów dancingowych. Bez żadnych osłonek panu Dawidowi tę prawdę powierzam.

— Cenię, bardzo cenię, i... ubolewam. Dążyłem zawsze do porozumienia. Przedstawicielstwa Wyspy Zapomnienia w Warszawie mi trzeba. Hrabiemu właśnie tę misję wybitną i dochodową chciałem ofiarować.

— Bym wobec intryżek i krętactw waszych ponownie skosztował piołunu afrontów od jakichś wielmożów? Nie trawię obelgi. Połykasz kapsułki rycynusowej nieuprzejmości magów mocarstwowych i managerów gładziutko, grzecznie i z półuśmieszkiem. Dzikich pielgrzymów na Polskę nasyłasz, zaś Liga Narodów niemal jednocześnie usypia procesję i ubezwładnia wyraźnie na przekór. Wiary prospektor1059 do kieszeni chowa zuchwałą zaczepkę, słóweczkiem nie piśnie.

— Polityczny dzieciuch. Liga kpi z wszystkich, by choć w ten sposób, czyli niewątpliwie dosyć dokuczliwie, arcypowagę zaznaczyć swoją, której się kłania najuprzejmiej każdy bez wyjątku naród i najuprzejmiej nie słucha żaden. Genewski trybunał czy areopag1060 nie jest niczym innym, jak panną służącą Wielkiej Brytanii. Wiedzą już dzisiaj wróblowie na dachu, że chlebodawczyni i protektorka pozbyć się pragnie służebnej istoty, mocno cherlawej, pretensjonalnej i do rozkazywania aż nadto skorej. Warto jednak wiedzieć dla uśmierzenia skurczów oburzenia, że na wyraźne zlecenie moje, za moje pieniądze, a dodam poufnie: za olbrzymią kwotę, komisarz Ligi na biednych dzikusach dokonał iniekcji.

— Nieskalany szantaż, wzorowa obłuda.

— Mógłbym cię zastrzelić za płochą zniewagę, wyrzucić za drzwi i strącić z kabiny. Nikt by nie wiedział, gdzie sczeznął hrabia. Pobaraszkować mam jednak ochotę dziś nieco z tobą. Wypadu spróbować, podkopu, włamania do zrozumienia twojej warowni. Z biologii słowa wykład migawkowy od niechcenia palnę. Otóż są słowa, jak ci wiadomo, które nie znoszą namacalnego ucieleśnienia, zwłaszcza wskrzeszenia przebrzmiałych epok czy prostowania złamanych narowów. Słowa sarkofagi, słowa pomnikowe. Istnieją również klejnoty — słowa, które są już czynem niemal same w sobie i czoło poety czy myśliciela zdobią diademem żywych płomieni. Są jeszcze poza tym pewne powiedzenia nieurodziwe i niezliczone, których przeznaczeniem praktycznym jest judzić, fermenty stwarzać, psychiczną glebę nawozić, plewić, nasion wiosennych kurzawę miotać, usypiać i budzić. To są pociski do mojej procy, to ognie sztuczne festynów moich, gdy przeprowadzam materializację rozległych marzeń i wierzeń zgłębionych. Przy ich pomocy wypycham ludzi na krańce fantazji i tam ich osiedlam, aby pomniejszeniem łomocących tęsknot był im odtąd walny, fakt życia realny. Ideoplastię trzeba i należy nam przyszykować, przez obrzydzenie zakutym głowom naturalistycznej metody porodów. W moich oracjach i podżegani ach odcieki zostawiam na duszyczkach płaskich, że coś się dzieje, że coś istnieje dlatego tylko, że się nie stało i stać nie mogło w rzeczywistości. Nikogo nigdy nie chcę bałamucić, lecz zapanować nad tłumów wiarą.

— Yetmeyer jest chory na lęk przestrzeni, która istnieje w milionach wymiarów pomiędzy słowem a jego czynem. Stąd bezwymiarowość pańskich oświadczeń i pańskich działań.

— To oddalenie zawsze reguluje finansowa siła, która potwory wyobraźniowe chętnie ośmiesza i postaciuje.

— Ten wszystko kupuje. Żywym towarem nawet handluje. Wyznanie wiary u Havemeyera nabyłeś sobie za Ewarystę. Pierwszorzędny sukces. Szczerze gratuluję.

— Zupełnie wystarcza, co uzyskałem, by w kolekcjonerze odnaleźć Orgaza.

— Pan sobie upraszcza, co mu niewygodne, a komplikuje wszystko, co najprostsze, niezaprzeczone. Wręcz więc zapytać pozwalam sobie, jak też to sobie wyobraża zbawca ten wiary ogień, czułego Orgaza, gdyby tak przypadkiem ktoś sprzątnął dziewicę sprzed samego nosa pamtomimowemu bohaterowi?

— Spełni najprzykładniej on swoją rolę.

— Czyżby? Być może? Taki niezachwiany jest jego stosunek do Pana Boga? Ja sądzę inaczej. I twierdzę stanowczo, że jeśli podrzesz z Havemeyerem spisaną umowę, a Ewarystę Podrygałowowi dziś jeszcze powierzysz, nie będzie Orgaza, a wyznanie wiary w skandal się przemieni.

— W ostatniej chwili mamże ryzykować nadwyrężenie potężnego dzieła?

— Pójdź ze mną o zakład. Pół miliona funtów zaangażuję. Na nędzę skażę żonę i dzieci, by raz się przekonać, czy ci zależy na nieodpartych prawdy dowodach, czy też chcesz nadal wykręcać się sianem oraz mamić siebie i wszystkich dokoła wykrętasami czysto maniackimi.

— Ho, ho, tak śmiało? Proszę nie wygłupiać się wymyślaniem przeciw maniactwu! Któż lepiej od pana tę tezę pojmuje, że chcąc intelektualnie swój świat posiadać, chcąc własnej konstrukcji życie ofiarować i niebywały w dziejach wypadek z siebie wyrzucić, trzeba nieodzownie otorbić się w wnętrzu maniactwa powłoką, której nie przeżre żaden kwas niecnoty ani wszechmożny jad praktyczności. Z maniactwa tylko wydobyć można formę myślenia obowiązującego siebie i drugich, by dobrze wiedzieć, czego z przeszłości dzisiaj się wystrzegać, jak bawić snobów przyszłości wizją i w jaki sposób wygimnastykować teraźniejszości zwycięskich półbogów. Tylko w maniactwie można usadowić beznadziejności twórczą urodę.

— Mnie zdaje się jednak, że to są problemy dla specjalistów chorób umysłowych.

— Mylisz się, hrabio, dla zdrowszych od ciebie, dla wszystkich zbyczonych czy zbyczałych byków. Samemu można sposobu dociec, jak umocować i gdzie rozwiesić maniactwa namioty na uspołecznionych działek parcelach. Indywidualności w tym tajemnica i obywatelskiej cnoty testament.

— Całe gadanie w jedną definicję owinąć można: tumor1061 mózgowy.

— Życzę go panu, jeżeli z poczuciem samego siebie od śliskich uścisków wielkiej ośmiornicy, czyli współczesności, chcesz się wywinąć.

— Za twoim przykładem roztoczyć mam wdzięki kosmicznych wpływów nad rzeczywistością? Mamże spreparować kilka kawałów, jak katastrofa niby budowlana, śmiertelny upadek niani Praksedy, jak dzieciąt otrutych okrągły tuzin, potworna masakra tłumów pogrzebowych, a na zakończenie i bez dodatku, krwawa awantura czerwonoskórych ze strażą ogniową, ze straganiarkami i z harcerską młodzią?

— Przepraszam bardzo, jak pan dyskutuje? Hrabia nie upraszcza, lecz prostaczkuje, czyli raczkuje racjonalistycznie po dancingowych wypadków płaszczyźnie. Pod moje myślenie nie można zajeżdżać platformą trzęsącą, jak pod magazyn jakiś kolejowy albo portowy, by potem się chełpić, że w sprawach kosmicznych jest tak, jak w życiu, że urządzono wszystko gustownie i bardzo solidnie, że skrzynie i wory, pełne drogocennych wzorów wyobraźni, wyładowano i umieszczono po cenach przystępnych w sklepach mieszczańskich. Rzeczywistości marny piaskowiec rąbiąc czekanem mojej fantazji, nie mogę dłonią chwytać odprysków, które trafiają niebacznych przechodniów i niejednemu guza wywalą. Stara historia: nie ma twórczości bez nielogicznych, bolesnych ofiar. Wasza mość hrabiowska nie raczy pamiętać, dokąd ja zmierzam. Przechodzień jestem przez bulwar powszechny, bardzo się śpieszę i mimo woli gdzieś kogoś potrącam. Z perspektywy żabiej wprost nie wypada odmierzać mych czynów ani też ganić. Ludzi niewłaściwych do moich przedsięwzięć chętnie dobieram, bo każdy z nich stwarza pospolitości pozory potrzebne, przekonywujące. Przy transcendentalnych, górnych aferach jest nieoceniony taki balast ziemski. Na wszelki wypadek od katastrof nagłych jam ubezpieczony i na nieszczęściu nie mogę stracić, lecz dobrze zarobić. Ci, którzy chcą ginąć przez nieuwagę lub zapalczywość, miech sobie skandali, ile chcą, płodzą. Ja ich nie powstrzymam. Lubię bez wyjątku wszystkich mych partnerów i każdego cenię. Trudno zaprzeczyć, że cały zespół dziwną bandę tworzy, na ogół przykrą i napastliwą. Jak to powiada łacińska sentencja? Singuli canonici boni viri, sed capitula mola bestia.1062 Tak w społeczeństwie dzieje się każdym i nie inaczej przedstawia się u mnie.

— Daj dojść do słowa, uparty bufonie! Ta konstruktywna twoja pierdółka1063 już na mnie nie działa. Jak handlarz starzyzny, sprzedajesz kmiotkowi zniszczoną czapę, szwy potargane w konwulsyjnej łapie ukrywasz chytrze i skrzeczysz nieznośnie: „Gdzie, jaka dziura? Po co dziura, komu i kto ją widział?”. Takie bujanie już mnie nie stropi. Zbyt łatwy teren do eksploatacji torfowisk głupoty wybrałeś sobie, bym puścił ci płazem wybryki bezczelne. Pośród tysięcy rozrechotanych, powszednich problemów poruszyłeś tłumy religijnymi ekstrawagancjami tylko dlatego, że metafizyczno-kosmiczne instynkty zamierały właśnie. Puściłeś prysznic i one odżyły, jakkolwiek ochoty do tej prolongaty wcale nie miały. Twój byczy biznes rozszerzyłeś sprytnie ma ludzkie cielęta i ina krowy ludzkie. Przy tej sposobności sporo nudy spławiasz i marienbadzką1064 odbywasz kurację, odtłuszczającą brzuszydło miliardów. Złoty interes takie niecne kpiarstwo, pseudoreligijne i wszechświatowe. Szaleństwami twymi nadwątlone kabzę umiesz dopełniać z sowitym naddatkiem. Gdzie tylko się uda, wszędzie zarabiasz, na wszelkiej świętości, na każdej błahostce i na brudzie każdym. Ale będzie rumor, kiedy wreszcie władze każą ci paluszki położyć na stół!

— To wykluczone! Najbardziej wpływowe i napuszone rządy od dawna są po same uszy u mnie zadłużone. Budżetu nie sklei dziś żaden parlament bez mojej pomocy. Niech mi się tylko powinie noga, a zgraja banków najpotężniejszych wraz ze mną runie. Imperializmami, jak chcę, kieruję i demokracji udzielam jałmużny.

— Zabójcze fetory nieokrzesanego dorobkiewicza.

— Galicyjski hrabia musi zazdrościć amerykańskiego szczęścia dzieciakowi! Chcę pana już dobić i kilka fragmentów mych interesów podam na przynętę. Miesięczne dochody z Dancingu wynoszą przeciętnie sześćdziesiąt milionów złotych pesedów. Liczna ma flota jest czynna obecnie, jak nigdy przedtem. Me łodzie podwodne z Havemeyera transportowcami, w drodze powrotnej z Wyspy Zapomnienia do Stanów Północnych potworne ilości wódek i absyntu lada dzień dowiozą, celem złamania hermafrodytyzmu prohibicyjnego. Siedemset dwadzieścia tysięcy dolarów zarabiam na czysto na tym zgrabnym szmuglu. Z Bombaju dostawiam do Europy małp milion trzysta, których gruczoły zanikającą tężyznę płciową intelektualistów rychło odmłodzą trafną metodą pana Woronowa1065. Dostarczam bawełny, gumy, sucharów, kakao i opium. Gdybyś był grzeczny i nadal ze mną pogodnie pracował, mógłbym ci odstąpić udzialik skromny przy wielkiej dostawie granatów ręcznych dla meksykańskich powstańców naftowych. Dziś jeszcze w Kadyksie podpiszę umowę z Sowietów agentem o przewiezienie trzystu baterii dział szybkostrzelnych ze szczecińskiego portu. Niemcom potrzebne są różne surowce do fabrykacji gazów trujących w odwetowej sprzeczce z ententą zmiętą.

— Na żadne draństwo nie pójdę z tobą, choć wcale nie wątpię, że zachowujesz ideologię magnatów kupieckich i że prawowiernym kompanem jesteś zaszczytnie znanych i zasłużonych prima-nababów. Wszystko, co mówisz, w niczym mnie jeszcze nie przekonało, że zmysł kosmiczny obudzić zdołałeś u kogokolwiek, że okupiłeś matactwa twoje jakiejś nowej ery, twórczej, historycznej, udaną szczepionką.

— Rozprawiasz ze mną tak po sztubacku, a tak wyniośle, jak gdybym się wsławił jako nagłupek1066. A ja mam prawo twierdzić stanowczo, że wpływy roboty poczętej w Toledo sięgają daleko, wywołują cuda. Pierwszy przykład z brzegu, najcodzienniejszy. Na dzisiaj wieczór zapowiedziałem w dancingu bankiet zaręczynowy dla Havemeyera w zamkniętym gronie stu delegatów. W ostatniej chwili musiałem ze świtą lecieć do Kadyksu, a równocześnie zauważyłem, że uroczystość oficjalna, sztywna, w białą gorączkę gotowa wpędzić rozjuszonego obłędną zazdrością pana baletmistrza. Nie było rady. Zaproszonym gościom kazałem oznajmić, że gospodarze będą nieobecni i że ich zastąpią filmowe zdjęcia tych drogich postaci oraz że oracje okolicznościowe wypowie za nich parlofon1067 wierny, nowo narodzony. Sami usiedli do stołu z Gouzdrezem, miauczeli z zachwytu, a z wielkiej wdzięczności chcieli całować nas obu po rękach.

— Widziałem, zbawco. Pałaszowali, aż uszy się trzęsły. Byli bardzo głodni, boś ich wypościł.

— A więc przyznajesz, że umiem skutecznie wygrywać akordy na harmonijce psychiki ludzkiej? Nic lepiej nie świadczy o moich wpływach, jak posłuszeństwo i płaska uległość tysięcy pątników, którzy przybyli z całego globu na kongresowe moje wołanie. Mógłbym ci przytoczyć sto innych przykładów wiernopoddaństwa i zrozumienia wobec mych nakazów. Wybieram na dowód jedną ilustrację niesamowitą, szczególnie ciekawą, Nie wiesz zapewne, że dzisiaj w Kadyksie akt hołdu składam dwóm dziwnym istotom, które leżą chore w miejskim szpitalu. Zabawna historia. Gardło mi wyschło od tego paplania. Znasz ginger ale1068? Niech no papież poda nam dwie butelki z sekretarzyka. A w neseserze mam zapakowane na zimno dwa udka, spreparowane jako smakołyki z kurasów stepowych, czyli prairie chicken1069. Doskonała pora, aby się pożywić, tym bardziej, że nie wiem, czy z wami pojadę na podwodny bankiet. Otóż posłuchaj. Do mego dancingu w Toledo jechały na wspólnym pokładzie jednego okrętu, który przed miesiącem wypłynął z Sidney, dwie ciche gracje1070 w podejrzanym wieku. Starsza, Angielka, imieniem Letycja, po mężu Pijmlico, już w osiemnastej wiośnie żywota nagle owdowiała i od tej chwili, zapewne pod wpływem bolesnego ciosu, ugrzęzła cała w płytkiej teozofii. Ślub uczyniła, że nigdy odtąd żadnemu mężczyźnie nie da się dotknąć i że wyobraźnię będzie umartwiała gnębieniem wizji męskiego ciała. Dla zagipsowania zwichniętej cnoty i wytrenowania zaziemskich walorów publicznie przyrzekła salonom mody, że przez całe życie, co dzień w innej sukni, na klęczkach będzie błagała Boga o wybawienie od utrapienia współczesnej kultury. Po takiej modlitwie zużytego stroju powtórnie nie wtłoczy na więdnącą kibić. I dotrzymała, czego dowodzą rachunków stosy od krawców, krawcowych. Z pełną pięćdziesiątką na kościstym grzbiecie wyruszyła do nas. Niech więc pan policzy: lat z górą trzydzieści codziennie niewiasta do szafy po jednej sukience chowała, co w sumie wynosi dziesięć tysięcy dziewięćset pięćdziesiąt modelów cacanych. Tę całą fortunę, to strojne archiwum wlokła ze sobą pani Letycja, w niezliczonych kufrach, pudłach, sakwojażach. Niezwykła kobieta zawarła znajomość, już na okręcie, czyli podczas drogi, z wściekłą Holenderką o krwi zbełtanej przez Papuasów, czy przez Malajów, panną Małgorzatką, z domu van Wouchers, przed laty czterdziestu gdzieś tam zrodzoną, jeśli się nie mylę, w Buitenzorgu. W trzynastej wiośnie już się puściła, a potem była rozpustnicą, znaną z przewrotności płciowej w centrach wybitnych Zjednoczonych Stanów oraz Europy. Najgłośniejszy występ tej ladacznicy, komentowany we wszystkich piśmidłach, był jednoroczny w Meksyku pobyt nad jeziorem Chalco. Wśród pływających skryła się ogrodów jako nałożnica znanego jerocho1071, wielkiego nędzarza, rzekomo znachora, który żywił siebie oraz ukochaną ze zbioru muszek na błota zagnanych, nad wyraz smacznych — axey-acati. Przez cały rok długi nago łaziła ta białogłowa, sprzedając turystom, za drobne monety, powabny swój widok. Złośliwi szeptali, że Margot z Afryki, z okolic Fezu, przywiozła sobie, pewnie od Arabów, chorobę skórną, jako mal de pintos1072 na ogół znaną i że ją wyleczył od tego trądu indiański amant. Wypłynęła nagle po pewnym czasie nad samą Sekwaną z serią odczytów, licznie uczęszczanych, w których dowodziła paryskim snobom, że przez ciała nagość można nagą duszę ludzkości wyzwolić. Płci żeńskiej głosiła, że ma się odrodzić, tam zaczynając, gdzie jawnogrzesznica, owa Magdalena z Nowego Zakonu, nie chciała kończyć. Za wyłudzanie bezczelne pieniędzy, stręczenie nierządu i nadmiar bluźnierstw policja francuska odstawiła babsko do granic Hiszpanii. Tu w wszystkich cukierniach i restauracjach przez kilka miesięcy tajemniczą damę z sukcesem zgrywała. W końcu głupi Niemiec, nadęty fabrykant, który w Barcelonie swój wojenny przemysł, celem okpienia komisji kontrolnej, zasadzał i krzewił, porwał aferzystkę w swe nudne objęcia. Kupił jej samochód i wysztafirował. Napisała wówczas sensacyjny romans o „Czystej Miłości”, przetłumaczony na wszystkie języki i, jak mi wiadomo, w ojczyźnie pańskiej wydrukowany, jako felieton wzorowej powieści, w jednym z organów lewicowego drobnomieszczaństwa. Znowu szupasem1073, razem z fabrykantem, dostała się dama na wyspę Minorkę, skąd po skandalach obowiązkowych umknęła cichaczem w samą głąb Australii. Powracała teraz, by prawdopodobnie i nas uszczęśliwić swymi proroctwami oraz urodą, sklejoną ze szczerbów. Wracajmy na pokład. Obie przyjemniaczki, których sylwetki naszkicowałem, były z sobą w zgodzie tak długo tylko, dopóki pogoda dopisywała. Nagle przyszedł norte1074 i zapędził wszystkich do dusznych kajut. Tam wybuchł konflikt. Prześladowana strasznymi wizjami, wśród ryku bałwanów, na czarnym dnie nocy którejś piekielnej, panna Małgorzata pani Letycji, chliptając, wyznała, że świata koniec, może nie w tej chwili, lecz w każdym razie zbliża się już szybko. Wie o tym dokładnie, gdyż objawienie bardzo wyraźne i kilkakrotne miała na ten temat. Ginącej ludzkości jedyny ratunek to jej potomek, którego starannie pod sercem chowa, by go niebawem na zły świat wydać i na odkupiciela grzeszników wychować. A zaszła w ciążę faktycznie znienacka, bez żadnej przyczyny, bez wykonania odwiecznych i miłych praw przyrodniczych płciowej miłości, w czym znak niewątpliwy, że tak się stało na wyższe zrządzenie. Filuterna spowiedź znacznie przyśpieszyła morską chorobę u pani Letycji, która wśród czkawek i dławiących torsji, wściekła i zielona, swej towarzyszce wprost oświadczyła, przy kapitanie i pierwszoklaśnych samych pasażerach, że jest oszustką bezczelnie głupią, przy czym poparła dosadne wywody skrajnym manewrem krogulczych paluszków po buzi dziewoi cudem zapłodnionej. I tu się zaczyna dancingowych wpływów niepowszedni triumf. Panna Małgorzata wystosowała do kancelarii mojej cywilnej obszerną depeszę ze sprawozdaniem o bolesnym zajściu oraz z żądaniem, abym rozkaz wydał, jak zatarg rozwikłać i w jaki sposób ma się postarać o zadośćuczynienie. Bawiłem podówczas właśnie u rejenta, gdzie zabezpieczałem Havemeyerowi umiłowaną, tańczącą panienkę. Dyrektor Gouzdralez, zapamiętały antyfeminista, nader pochopnie, na własną rękę odtelegrafował: „Bić się natychmiast na ciężkie florety aż do utraty wszelkiej przytomności w sali fechtunkowej waszego okrętu”. Lady Pijmlico stawiła się chętnie, salę zapłaciła i zafundowała swojej przeciwniczce sekundantów drogich. Prały się dziwaczki bez opamiętania, machając szablami, które jak wiadomo, są bardzo ciężkie, w obu wątłych rękach przez trzy kwadranse. Dziś ciężko ranne walczą ze śmiercią w głównym szpitalu miasta Kadyksu. Na każdy wypadek pragnęły przed śmiercią usłyszeć raz jeszcze choć jeden mój wykład o objawieniu i powołaniu do funkcji kosmicznych. Walę więc do nich aeroplanem, by te duszyczki do siebie przygarnąć, lub — jeśli tak trzeba — na śmierć wyprawić. Zaraz się dowiemy, co z nimi słychać i jaka czeka nas sytuacja, gdy nadjedziemy. Rusz się, papieżu, i radiofoniczną podaj mi słuchawkę! Drugą dla hrabiego! Halo! Kadyks? Proszę mnie połączyć z Papadopulosem, toledańskiego dancingu agentem. Numer pięćset siedem.

— Halo! Caramba!1075. Jestem skłonny słuchać, byle niedługo. Komu wpadło na myśl, by mnie teraz wzywać? Czego się zachciewa ode mnie komuś? Gram w piramidkę i czasu nie mam.

— Papadopulciu! Ty cygański synu! Dam ja ci szulerkę. Tak sprawy pilnujesz, kiedy ci wiadomo, że mam przyjechać? Za dziesięć minut już będę u was. Co nowego słychać?

— Ach... pan Yetmeyer! Uniżony służka. A ja myślałem, że to Cynamon, ten pierdzigryczka1076 z londyńskiej giełdy. Biuletyn dzisiejszy mniej więcej jest taki: Kinematografy wszystkie wypchane na naszych filmach. Nie odebrałem jeszcze dotąd kasy, ale przypuszczam, że tak, jak co dzień, zarobię dla siebie ze sto tysięcy. Muszę się namyśleć, ile z tej sumy odstąpię panu. Mamy czas... obaj. W szpitalu sprzedałem tysiąc biletów po sto pesedów, a drugich tysiąc po sto dwadzieścia, wszystko na wykład szanownego zbawcy. Oba czupiradła leżą na pół żywe, obandażowane i opryskliwe. W murze lecznicy, dzielącym pokoje czułych sąsiadek, zrobiłem wyłom, by bez wytężenia mogły się kłócić. Wszystkie wydania pism wieczorowych po prostu zalane artykułami skandalicznymi. Jeden pod tytułem: „Wielki nawróceniec i oblubieniec, czyli hrabia Orgaz”. Bardzo zamazane, siatkowe odbicie facjaty podłej i zatraconej. Przez omyłkę wzięli za kolekcjonera czeskiego szpiega, którego Polacy schwytali w Krakowie. W mieście bieganina. Na wybrzeżu tłumy, które oczekują waszego przybycia. W łodzi podwodnej od dwóch godzin siedzą tajni agenci do przemycania wszelakiej broni. Z Berlina jeden, a drugi z Kremla. Sowietnik sarka, że łódź stanowi niewątpliwą własność rządu moskiewskiego, gdyż pan Yetmeyer kupił ją od Wrangla1077. Prusak natomiast z namaszczeniem bada, z mętnym wyrazem bławatkowych ślepiów, nikomu nieznaną konstrukcję nurka, głęboko, wzdycha, gryzie kiełbasę i popija piwem. Kucharz na łodzi chwalebnie się spisał z menu bankietowym. Już odstawiłem popa na pokład, wraz z diakiem głuchym. Dla wszelkiej pewności w pancernej wieży przyskrzyniłem obu.

— Co słychać z młynami?

— Aa... byłbym zapomniał. Były telegramy, że całą energię spod Niagary skocznych wodospadów nam wydzierżawiono na przeciąg roku za milion dolarów.

— Dziękuję. Wystarczy, za kilka minut ujrzysz mnie na ziemi... Goń na spotkanie.

— No i cóż, hrabio? Słyszał pan dokładnie? Wciąż jeszcze wątpisz w rozległe me wpływy?

— Wcale nie zaprzeczam, że pierwszorzędnym jesteś aferzystą. Lecz po co ci młyny?

— Kupiłem energię do młynów popędu za oceanem, gdzie zawsze taniej. Na falach radiowych przerzucę tę siłę do Europy, sieć młynów zbuduję i kontynentu aprowizację chwycę w moje ręce, przez co żołądków cywilizowanych blokady dokonam, aby były czułe na moje nakazy i rozporządzenia twórczo-kosmiczne.

— To mi się podoba! W moich majątkach właśnie buduję dwie duże turbiny amerykańskie. Chętnie podnająłbym do ich popędu nieco prądu twego. Czy możesz się zgodzić, ażeby w tej sprawie mój administrator zwrócił się natychmiast do twego zarządu?

— Najchętniej, amigo1078. Czym mogę, tym służę. Pragnąłbym w zamian, byś z nami pozostał, do nas się nawrócił.

— Niestety, wyjeżdżam już jutro raniutko. Muszę być w domu. Nadchodzą święta. Jajkiem święconym podzielić się trzeba z żoną, dziatkami oraz ze służbą, by nikt nie zmiarkował, że w nic nie wierzę. Jestem protektorem kresowego związku do ogłupiania, ściśle doszczętnego, wszelkiej ciemnoty i wiceprezesem tajnego klubu do podstawiania każdemu nogi w publicznym życiu. Przynajmniej raz w roku wypada jakoś pokazać się swoim. Muszę stąd uciekać. Nie uznaję wprawdzie metafizycznego twojego wpływu na wiary istotę, lecz do interesów masz tęgą głowę — i teraz rozumiem, że te nastroje tak mnie zwabiły. Obawiam się jednak, że spętać mogą.

— Rozumiem wreszcie, o co ci chodzi, mój romantyku, bardzo rachunkowy. Chciałbyś, bym działał, jak burzy majowej świetlisty gzygzak, który z elektrycznej stacza się chmury pośród łomotu i w jednej sekundzie zabija, oślepia. Czy widziałeś kiedy kulisty piorun?

— Kazio Głuchowski, mój zacny compadre1079, raz coś wspominał. Faciendę1080 posiadał, wcale przyzwoitą, gdzieś tam w Brazylii, na pograniczu stanu Contestado, w pobliżu obszaru terenos dos Indios1081. Folwark niemal cały był zadziewiczony przez matto brutto1082. Na werandzie siedział swojego domu pewnego południa, w skwarze marcowym drzemiąc niedbale. Tuż obok stodoły kabokli1083 czereda z bandą coroados, czyli dywersantów czerwonoskórych, o pług skradziony wiodła spór wymowny. Syneczek Kazia, czteroletni Maciuś, na barwnym gazonie zabawiał się z Ledą, starej wyżlicy wykluwając ślepia, już skaprawiałe, wystrzępionym prętem. Wtem kulkę świetlistą, jak znak opatrzności na obrazkach świętych, ujrzał w powietrzu, gdy wędrowała majestatycznie od hibiskusa, który przy parkanie mizdrzył się do słońca, pod filary spichrza. Przebudził się ojciec, lecz zanim krzyknął, by powstrzymać chłopca, dogonił dzieciak zdradziecki płomyk i wyrżnął trzcinką w zabójcę-pielgrzyma. Łomot stu piekieł. Całą swoją wściekłość wyładował piorun na ludzi leśnych i na budynki. Spłonęły: stodoła, wozownie, wygódka, a wszyscy fornale1084 oraz koloniści zginęli na miejscu. Maciuś ocalał, suka została ciężko porażona, Indianie czmychnęli.

— Otóż tak jest ze mną. Chcąc mnie zrozumieć, zapamiętaj sobie: jam piorun kulisty. Przed siebie idę, nigdy nie zaczepiam i choć znam mą siłę, wszystkich omijam. Z tą chwilą jednak, gdy we mnie uderzą, muszę wybuchnąć i ktoś musi zginąć.

— Lecz zakład stoi pomiędzy nami, kulisty piorunie, o Havemeyera i Ewarystę? Pół miliona funtów, jako już rzekłem. Niech co chce będzie, niech idzie na bęben cały mój majorat1085.

— Co będzie z młynami, jeżeli przegrasz?

— Zakład jest istotny i nie ma związku z interesami. Jeżeli przegram, ty młyny obejmiesz i mnie je wypuścisz potem w dzierżawę.

— I tobie nie brak zmysłu do geszeftów1086. Zakład przyjmuję, ale rękę cofam od całej kabały z Havemeyerem. Sam intrygę utkaj. Nie mam dzisiaj czasu. Przyjdzie mi oświecać, a może ratować, szelmę, prorokinię, która zapowiada, że chce na świat wydać dla mnie konkurenta. Właźcie więc do łodzi, idźcie na dno morza, kochajcie się, żeńcie, kłóćcie, podgryzajcie... wszystko mi jedno, byle wesele jutro się odbyło, byle nikt nie śmiał zachwiać pantomimą.

— Reżyserem będę wytrawnym i sprawnym. Zaraz role rozdam do bankietowej, hucznej tragifarsy. Jeszcze przed północą problemat wiary kolekcjonera nam się wyświetli. Sam będziesz musiał przypilnować sobie przez dzień jutrzejszy tego przedstawienia, które koronuje dancingu rozwój, bo mnie nie będzie. Z wielkiej oddali upajać się będę moim triumfem, pociągiem pośpiesznym, nawet samolotem czym prędzej umknę od miejsca zwycięstwa, gdzie stawi się Orgaz, by wstrząsającą odegrać komedię: fałszerstwa wiary.

— Powiedz po prostu, że Ewarysta i tobie również, jak pyłek gryzący czy złośliwa muszka, wpadła do oka i źrenice łzawi, że wskutek tego na opak widzisz najprostsze zjawiska, że kusi ciebie haniebna chętka, by odbić dziewczynę kolekcjonerowi i, mimo poważne małżeńskie okowy, sam stać się... novio1087.

— Insynuacja rozbrajająca. Wszystkie twe wywody smak posiadają sianowej pożywki.

— No, no, nie szkodzi. Nie unoś się zbytnio. Jesteś niezwykle przystojny mężczyzna. Mógłbyś od biedy Orgaza zastąpić, kiedyś w przyszłości, o czym dość poważnie sam ze sobą myślę. Czujesz, że suniemy już po murawie? Słychać najwyraźniej, jak powitalna dla nas orkiestra na marimbach1088 wali. Cymbałom cymbały i na cymbałach. Ekstrakt uciechy gawiedzi współczesnej. Kadyks. Wysiadamy!

Strzał w serce ziemi na dnie oceanu. 11 000 stóp pod wodą

Wesoło toną. Zjeżdżają w przepaść przerażonej wody, która się nadyma, lecz ugnieciona i ubiczowana, ustępuje, sycząc. Przeciw najazdowi zmobilizowała suwerenna głębia krociowe armie powietrznych kulek, skocznych i zaczepnych. Bańki, kropelki, guziczki, perełki cofają się jednak w porządku, wzorowo, według najnowszej strategii skutecznej, udowodnionej i rozsławionej bitwami nad Marną oraz nad Soczą, w latach zaś ostatnich również i nad Wisłą. Ofensywny rozpęd pozostawiły opancerzonemu dziwotworowi. Przegrupowane, jako odwrotu taktyczne jednostki, maszerują grzecznie w kierunku przeciwnym biegowi łodzi, gdzieś ku powierzchni, skąd przyjdą rezerwy bałwanów morskich.

Gburowaty rekin dostał po mordzie, albowiem bandyckim znęcony instynktem, sam się napatoczył pod dziób okrętu. Rabuś ogłuszony porwany został przez figlarne prądy. (Zasłynął następnie, po jakimś tygodniu, gdy poćwiartowany i nadjedzony przez własnych kuzynów, na brzeg wypłynął koło Lizbony. W wszystkich miesięcznikach ilustrowanych całego świata były podobizny tego kadawra, fotografowane z przodu i z tyłu, od spodu i z boku. Kolorystyczne zdjęcia bańdziocha1089 wraz z zawartością, na najprzedniejszym kredowym papierze, w szał ludzi wprawiały, tak były miłe, a zajmujące przynajmniej jak wnętrze którejś z katakumb późnego Rzymu. Zabalsamowane, prawie nietknięte, więc świetnie połknięte, spały w żołądeczku salteadora1090: ratlerka czarna, czternaście pudów suszonych śliwek, blaszana spluwaczka, udziec delfina, dwie puszki od pudru i dziesięć tomów stenografowanych mów Cziczerina1091).

Mimo tego zderzenia z morskim obżartusem, krążowiec stalowy, wywróciwszy młynka, odzyskał rychło moralną postawę i nadal się spuszcza pomiędzy korali reumatyczne palce, między zwoje płazów, które dygocą i krwawo dymią, jak wyrzucone podczas operacji żywe wnętrzności. Przedziera się siłą przez wodorosty i palmy podwodne, gąbczaste tunele, ślimacze pagody, miażdży tłuszczaki polipów liliowych, pruje włókniaki różowych jeżowców, płoszy rybki sine i kraby zielone, chciwe, durniutkie.

Wszystkie zakamarki żelaznego nurka, który przydomek „Bosiaka Czwartego” w Yetmeyera flocie otrzymał na chrzcie, są rozjarzone elektrycznością. Duszno i zimno. Schłostana para ucieka od kotłów dudniących, dyszących i jak szkolny beksa wyciera kąty, rosząc je łzami. Junacka gromada zbawczych podróżników została zepchnięta do gabinetu pana admirała, który za życia białego cara piastował godność wicekomandora czarnomorskiej floty. Wybitny marynarz, przeszedłszy na służbę do właścicieli Wyspy Zapomnienia, zdołał zachować monarchiczną wiarę, jakkolwiek stryj jego, generał Fruzio, krasnoarmiejcom od lat przewodzi. Na tle politycznym nastąpił rozłam w wojskowej rodzinie. Admirał odrąbał nazwisko rodowe i od imienia swego własnego pseudonim przybrał, brzmiący hierarchicznie i archaicznie: „Kapitan Palemon”. Sam dobrowolnie siebie zdegradował, byle odrzucić jakąkolwiek możność jakichkolwiek związków, nawet we wspomnieniach czy przez omyłkę, z krewniakiem swoim w Sowietach zboczonym.

Dostojni goście, miotani dotkliwie przez nurkującej łodzi manewry, pokotem runęli na sali parkiety, zaścielone szczelnie pąsowym kobiercem z kwiatów pointiana, aksamitnie świeżych. W białych uniformach z zamszowej skóry, z granatowymi szamerowaniami na prawem ramieniu liter sprzymierzonych: ha i ipsylon, z bronią u nogi, służba okrętowa stoi przy ścianach. Wszystkim biesiadnikom podano karafki, po dwie na każdego, w plecionkach ze słomy, obie napełnione wyskokowym płynem, czyli odmianami zdradliwych fermentów zwykłej kukurydzy: atole i chicha. Steward rozpyla w powietrzu perfumy marki „Coryse”, z paryskiej firmy najnowszego kroju, która jest własnością jurnego Douglasa, pana Oderfelda, komediopisarza, zbieracza obrazów, znawcy zapachów wszelkiej wytworności i przyjaciela wielkosalonowwch czy wyścigowych magnatów rodowych.

Kapitan-admirał zasalutował i głosi tubalnie:

— Gaspadin-protektor raczy się żenić. Więc musi być uczta. Uczta, co się zowie. Do białego rana, do nieprzytomności. Wesołuchów1092 kilku zagra malaquenas1093, a potem rozkażę mołojcom-majtkom, którzy bandoleros1094 są meksykańscy, aby pohasali iotas i jarabe1095. Jedziemy sobie na rozkaz panów moich wielmożnych, do serca ziemi, z tym cichym zamiarem, by wykraść stamtąd jakąś złotą mądrość. Na pohybel ludzkiej nieudolności, a zbawcom na szczęście piję pierwszy kielich!

Wychylił duszkiem pękatą karafkę i próżnym naczyniem rozwalił lustro, w którym Ewarysta poprawiała właśnie pozłocone fioki. Spełnili toast uwięzieni goście i zakąsili, niby tartinkami, filigranowymi jajkami żółwi z rasy szyldkretowej (huevos de parlama), które są tańsze od noworodków pospolitej kury. Jeden tylko majtek, jakiś zastarzalec1096 w grzechu geofagii, zagryza ziemią, którą garściami wyjmuje z kieszeni. Inni chleją wódę bez zaprzestania, jak gdyby chcieli uraczyć się szybko i do fondytu1097.

— Nie ma poziomów. Kto widział poziomy i komu różnica ich na co się przyda? — charcze Podrygałow. — Kapitan, ty powiedz, bo jesteś od tego i musisz wiedzieć, czy myśmy głęboko już wpadli pod ziemię i czy nie czyha na nas jakie licho?

Słychać komendę gdzieś pod podłogą, którą pomiata pierwszy oficer:

— Sześćdziesiąt stopni! Dwadzieścia atmosfer! Odchylenie w lewo na siedem sekund! Drugie dynamo! Naprzód wszystkie tłoki!

Meldunek składa admirałowi starszy maszynista:

— Mój kapitanie, według rozkazu już dobijamy do samego celu. Stóp dziesięć tysięcy dziewięćset pięćdziesiąt. Brodzimy w malstromie1098 podmorskich wulkanów. Wszystko wkoło kipi, gotuje się, pieni.

— Naprzód bez pamięci! Było nie było. W samo serce ziemi, w świata tchawicę. Pięćdziesiąt stóp jeszcze osiągnąć mamy, jak mi nakazano, by ludzie z dancingu swoją frajdę mieli i prawdę schwycili, której się zachciało.

Majcherek jest blady. Saperdy robi1099 do Ewarysty i czkawkę tłumi. Mazgajowatym tenorem zawodzi:

— Mamy, cośmy chcieli. W osierdzie ziemi wpływamy tak sobie. Przepraszam bardzo, są jednak poziomy. W aeroplanie, stóp jedenaście tysięcy nad ziemią, jeszcze nie wiedziałem, co wiem właśnie tutaj, stóp jedenaście tysięcy pod wodą, że mi się chce kochać, że muszę się kochać w jakiejś istocie niepospolitej, która wyobraźnię ostałą moją przecież sklebota1100, bym mógł jakoś tworzyć. Do kroćset diabłów, dość mam małżonki mojej legalnej, dość dzieci smrodu, dość zaszczytnie nudnej, cholernej opinii. Chcę się upoić zapachem ciała, jakiegoś obcego, nieużywanego, chcę błądzić ustami po spęczniałych piersiach, choćby były wrogie. Dajcie mi tu dziewkę, pierwszą lepszą z brzegu. Od czego jesteś najemna hołoto wielkich szalbierców? Zapłacę, co chcecie. Dajcie prostytutkę, melancholijną i zabiedzoną. Taka zaraz spłonie na widok monety. Niech ktoś zarobi na mojej tęsknocie do nieposkromionej, łajdackiej chuci. Podrygałow, łotrze, czemu się patyczysz1101? Nuże, komediancie! Daj tu Ewarystę, bo ja ją kocham, ty błazeński czorcie! W łeb zaraz ci strzelę.

Upadł na podłogę, tarza się, wyje, gryzie i kopie.

— Ręce do góry! — padł ostry rozkaz.

Rząd karabinowych luf nielitośnych wymierzono prosto w piersi biesiadników, roznamiętnionych podwodną papojką1102.

— Teraz będzie pogrzeb księcia Omara razem z obrządkiem formalnych zaślubin, a potem wracamy zbratani i trzeźwi wprost na świat Boży — orzekł dowódca donośnym grzmotem.

Havemeyer powstał. Jest uśmiechnięty i zielonkawy. Podają mu w koszu zdechłego kota. Dwóch majtków zaszywa zmarłego księcia w szalik włóczkowy, szarożółtawy, który sadhus nosił stale na szyi dla elegancji, ale i niemniej przeciw zaziębieniu.

— Która godzina? — rzuca kolekcjoner rozkazujące, zdławione pytanie.

— Sir, wszystkie przyrządy i mechanizmy zawodzą w tym piekle. Stanęły zegary — wystękał wilk morski.

— Najjaśniejszy panie! — bełkoce rozchwiany telegrafista — moje maszynki są prawowierne i dotąd nie znają, co bunt zuchwały. Pukawka działa i słucha słuchawka. Radiotelepałem przed chwilą właśnie do stacji lądowej, pierwszej lepszej z brzegu. Odbębnili zaraz, że północ nadchodzi.

— O to mi chodzi...

— Wasze błagorodje!1103 Ja mam coś jeszcze do zameldowania. W Kadyksie burza i trzęsienie ziemi. Piorun zabił krowę, jedną z trzech jedynych, jakie były chlubą portowego miasta. Magistrat w żałobie. Pali mnie ta chicha, niby oczyszczana, szlag by ją trafił, sakramencka wódka. Żółć człowiekowi przez gębę wyłazi, więc muszę splunąć, lecz proszę nie karać. Pan Yetmeyer wołał, byśmy już wracali, gdyż przed kwadransem odwalił wreszcie szpitalną prelekcję. Żeńszczyny1104 obie, co się poczubiły, już wyciągnęły na śmierć kopytka. Ostatnie słowo, niby pomazanie, przyjęły od zbawcy, po czym usnęły prawie równocześnie. Mignęła wówczas wielka błyskawica trójkolorowa i czuć było siarkę. Potem szpital runął, grzebiąc trzysta istot. Już dalej nie mogę, bo jest mi niedobrze.

— Czyśmy dotarli na właściwe miejsce?

— U celu jesteśmy według życzenia. Kręcimy się w kółko.

— Przystępujemy do ceremonii pożegnania szczątek księcia Omara.

— Rozkaz, mój panie. Załoga na baczność! Wśród gości powaga! — rządzi się kapitan.

Czterech dryblasów torpedowy pocisk przywlokło za uszy na wózku biegnącym po szynach żelaznych i zatrzymało przy drzwiach komnaty, w której się ustawił sztab dancingowy, podochocony.

Kolekcjoner wydał żałobny wyrok:

— A więc zaczynamy manifestację. Proszę się trzymać twardo na nogach. Szkoda, że nie ma mojego wspólnika. On by wam wpoił należyty respekt.

Zgrabnymi dłutkami i obcążkami rączy kanonierzy wydłubali pocisk. Sędziaty1105 granat odstawili na bok, a w jego miejsce wśrubowali zręcznie wojłokowy tłumok z truposzem książęcym. Po czym bez śladu zaplombowali i zalutowali metalowy patron1106.

— Gotowe, baczność! — zabrzmiała komenda.

Havemeyer ręką milczenie rozkłada po gwarnej sali.

— Żegnam przyjaciela, należy się spokój mnie oraz jemu, nawet od birbantów. Towarzyszu drogi, nienaprzykrzony, któryś mnie opuścił w najcięższej chwili rozważań moich, w ostatnim momencie przed niechybnym czynem gry pantomimowej! Jedź, mój kochanku, w twoją czarną drogę! Gdy będziesz na miejscu, daj mi znać o sobie. Jakże rad bym wiedzieć, że i tam nawet wszystko nie ma sensu! Odszedłeś tak cicho, że próżno łowię na wielkim rozdrożu mych tęsknot zziębniętych łaskotliwy szelest pochodu twej śmierci. Byliśmy razem w dziurze podniebnej, dziś mamy nad głową ciężkie zwały wody, lecz nic się nie zmienia i nie zmieniło... Wszędzie to samo... Wyjść nie możemy poza jasną prawdę, która oświetla, że przed nami ciemno, przepaściście ciemno... Na dnie oceanu, w odmętach głębi podsłuchać chciałem, jak bije ziemi najtajniejsze tętno. W czeluści zstąpiłem po oświecenie, po okruch pocieszki. Fiasko świadomości tu mnie zagnało. Tułają się we mnie lęki, niepewności i szarpią wnętrze. Straciłem niewiarę, wiara nie nadeszła. Ciebie więc wysyłam, pieszczochu szlachetny, który odjeżdżasz do twojej rodziny, na ostatnie zwiady. Coś chciałbym wiedzieć, jakąś uncję marną, drobinę, ziarenko, listeczek, piórko. Pierwotniak jestem, biedny pantofelek. Chciałbym się przetworzyć na wyższy gatunek. Radę mi nadeślij, jakąś szczyptę wiedzy przydatnej, ziemskiej, na oprzytomnienie i na ratunek. Ciebie wysyłam, boś nieskazitelny i nieugięty, zdobywczy, przemądry. Marynarze moi! Dokładnie celować! Torpeda świszcząca niechaj dopadnie miejsca przeznaczenia, gdzie oś wszystkich sensów, i niech przedziurawi zagadkę istnienia. Ta podróż ostatnia godna jest księcia. Pal w samo serce dyszącej ziemi!

— Może to istotnie coś u nas zmieni — brzęczy ambasador, któremu głowa, nadto obciążona alkoholu zbytkiem, opada na piersi.

— Zanim odejdziemy do wieży pancernej, skąd wyślemy pocisk ten beznadziejny, razem z pogrzebem ślub się odbędzie. Sprowadźcie popa! Panno Ewarysto i panie Igorze, proszę przystanąć tuż nad torpedą.

— Dostojny panie, kolekcjonerze, zmiłuj się nade mną — żebrze kapitan. — Skąd ja wezmę popa? Zdechł starowina przed jakąś godziną wskutek gorąca i braku powietrza. Ja nie dumałem, że Igor gałubczyk1107 w zastępstwie Orgaza dzisiaj się żeni.

— Na wszystko jest rada, moi panowie, nie bądźmy niezdary. Wolę ślub cywilny i zaraz go wezmę — z emfazą gada mistrz Podrygałow.

Pieczybieda sadhuis na front się wysunął razem z papieżem i oświadcza dumnie:

— My już dokonamy, czego potrzeba. Znamy wyśmienicie wszystkie formalności. Nie trzeba nic gadać ani też robić. Nagryzmolimy kilka frazesów, podpiszą świadki, a jutro rano w urzędzie gminnym potwierdzą akt ślubny za lichą łapówkę. Panno Ewarysto, czy chcesz być żoną tego rozbijaki?

— Nie chcę, lecz muszę.

— To już obojętne. Czy ślubujesz wierność?

— Czy nieodzowne?... bo nie ślubuję.

— I tak być może. A co Igor na to?

— Ja bo się nie bawię w delikatesy, przysięgi wierności i tym podobne. Po jakie licho? Zachciało się żony, więc biorę sobie, którą upatrzyłem. Co ona pocznie z całym małżeństwem, to rzecz podrzędna. Zobaczymy później. Sprawa jest główna, aby prawo było. Kto je zechce złamać, ten musi zapłacić. Od sumy zależy, czy będę mógł przyjąć. I na tym kwita. Chodźmy pić dalej.

Obaj sekretarze intercyzę ślubną mozolnie gryzmolą przy urzędowym biurku kapitana, zdobiąc dokument inicjałami azjatyckimi. Na cześć młodej pary wszyscy wychylili nową kolejkę, którą potroili.

Pioś sztywny, ponury składa kondolencję Havemeyerowi z powodu straty podwójnej, miłosnej, potrąca kielich i zapytuje:

— Co pan teraz pocznie, kolekcjonerze?

Hardo odpowiada pan Havemeyer:

— Jutro me wesele. Od jutra będę najświeższym hrabią, wyniosłym Orgazem, który się ożeni z arystokratką jakąś garbatą albo kulawą, z prastarego rodu i dom założy dla ponurej ciżby demokratycznych współobywateli.

— Jak to, a umowa, która nawróciła kolekcjonera na fason Dawida? Zagwarantowaną i wymarzoną odrzucasz zapłatę za wyznanie wiary, umiłowaną dziewuchę wtykasz poniekąd sam w łapy parobasowi zagnojonemu moralnie, duchowo i jeszcze w dodatku bezinteresownie chcesz spełnić rolę baletowego conde Orgaza?

— W ostatniej chwili nie umiem się cofać.

— Czyżby istotnie ten oczajdusza zdołał cię nawrócić i wtajemniczyć? Pan naprawdę chory!

— Najprawdopodobniej jestem bardzo chory. Dolega mi strasznie, że głównej prawdy wciąż nie wiem o sobie. Hrabia napiera, bym zeznanie podał, jak papierosa wonnego, lekkiego na przedymienie, a ja nie mogę.

— Pan się certoli, gdy ja postawiłem cały majątek na problem wiary. Jeśli mimo wszystkiego, co zaszło dzisiaj, dotrzymasz słowa Yetmeyerowi, jeżeli z głębi twego przekonania, bez odszkodowania, odegrasz misterium, jestem zgubiony. Bankrutem będę, przeklęty Orgazie!

— Nic jeszcze nie wiem. Wciąż prawdy szukam. Prawda jest szeroka i bardzo głęboka oraz tak słona i tak zdradliwa, jak jezioro Dscherid1108 w pustyni Sahary. Zaledwie cudem przemknie karawana po kruchej powłoce; większość pielgrzymów ohydnie tonie w nasolonej cieczy, nakrytej piachami. Idźmy więc dalej ku przeznaczeniu, otwierajmy oczy, wyzywajmy losy, ale na palcach, hazardowiczu, jeden za drugim, krętą ścieżyną, z modlitewnym żarem w przytomnej głowie. Dość kłótni, hrabiczu. Naprzód, marynarze! Strzał w serce ziemi, które jest głuche na głośne wołanie ślepnących stuleci.

— Stójcie! Zwariował! Ani kroku dalej. Żądam odpowiedzi. Szaleństwo twoje kosztować mnie może pół miliona funtów!

— Na bok, gagatku, licho wstawiony. Cywilny orszaku, żłop dalej wódę! Oczywistości trzeźwych nonsensów, powszechnej racji wytartych szablonów, tej monotonii wykastrowanej z siemienia powabów czy zabawności, można przeciwstawić udatnie, skutecznie jedynie tylko, nieuleczalne... delirium tremens. Czy tak, czy owak... na jedno wychodzi. Przepraszam na chwilkę. Odbędę teraz premiowe strzelanie...

Z kanonierami zniknął w półmroku kłębów maszynowych.

— Igor Francewicz! Zabieraj nogi i dymaj do wieży z twoją krasawicą1109! Pop wcale nie kipnął i zaraz was zwiąże postronkiem ślubnym, którego nie przetnie żaden z miliarderów. Musiałem brechać1110 przed kolekcjonerem, bo posmarował za to Majcherek — wzywa baletmistrza poufnie kapitan.

Zakneblowali usta Ewaryście i powlekli z sobą, jak cielę do rzeźni, gdzieś na ubocze hali maszynowej.

Pan grubokościsty, z teczką pod pachą, z ćwikłą na policzkach wyraźnie sflaczałych, pyszny obywatel z Frankfurt an der Oder, w sąsiedztwie papieża oraz fakira zawzięcie się pęta.

Ehrwürden1111 — wszczyna — przywiozłem próbka świetnego tyfusu i wzorowej dżumy. Wszystko wykonane w bakteriologicznych, akcyjnych zakładach spółki Berlin-Moskwa. Za plecami wrogów chciałbym mój towar przewieźć towarzyszom na Czerwonym Wschodzie. Tam coś się kroi nad polską granicą i w Besarabii1112. Może się przydać mój szlachetny produkt. Przyjmijcie dostawę. Zyski niebywałe. Z kim tu można gadać? Właściciel urżnięty, goście czerknięci... Pragnąłbym wyłożyć projekty moje komuś, co zachował choćby ułamek vom recht gesunden Menschenverstande1113...

— Na próżno. Za późno. Każdy swoją dolę tu przekalkulował — podniósłszy dwa palce, A-to-tso gęga.

— Tu miejsce jedynie na irracjonalizm — ględzi śpiący bramin. — Nie ma co się dziwić. Szczyt świadomości musiał doprowadzić do przesilenia w beznadziejności. Obecnie pozostał wóz albo przewóz. Oczekujemy walnej katastrofy z jednej minuty na każdą następną.

— Coś ci opowiem na pocieszenie, błędny kupczyku. Bajeczkę prawdziwą, wyjaśniającą, dlaczego inaczej być nie powinno i być nie może. Pochodzę z krainy żółtego smoka, więc opowiadając, pozostanę w domu. Dwa tygodnie temu koło Szanghaju rozpasany pociąg najechał na pogrzeb idący w poprzek szyn kolejowych. Rodzina zmarłego, czterech pogrzebników, żałobny rydwan i zaprzężonych sześć wspaniałych wołów zmiażdżył parowóz na krwawą juchę. Ocalała tylko trumna z nieboszczykiem.

Sapperlot, noch einmal!1114Mocna anegdota — przyznaje Niemiec.

— Znam lepszą musztardę na twe podniebienie — kawęczy sadhu. — Wyobraź sobie pobrzeże Chile. Urocze, zgniłe, dwie małe wysepki, gęsto zaludnione Polinezyjczykami. Przyleciał cyklon. Wyspy poszły w morze z inwentarzem żywym i martwym dorobkiem. W tej samej chwili, kiedy paszcze wody połykały ziemię, sąsiednią wysepkę, trzecią z kolei, nawiedziły drgawki. Z głębi kilku metrów ukryte wulkany pluły na powierzchnię kościotrupami czcigodnych umrzyków. Niech twój zdrowy rozum znajdzie rozwiązanie tej zgrabnej zagadki.

Es unterliegt wohl keinem Zweifel1115, że irracjonalizm powinien zamieszkać w oddziale furiatów domu obłąkanych i że ten cudacki a groźny kryminał jest równocześnie niezłym kawałkiem dostatniego chleba.

Patriotards1116 i mouscoutaires1117! Wszyscy do raportu!

Ujrzeli w odrzwiach złowrogie błyśnięcie Orgazowych ślepi. Kolekcjoner warczy głosem omszałym, niedopieczonym:

— Zabiłem ziemię. Torpeda zawyła i poleciała. Przestrzeliłem serce tego dziwoląga, który mnie zmusza, bym wciąż przyznawał, że jeszcze żyję i że coś jakieś nazywa się życiem.

— No, no, i cóż dalej? — Majcherek wyzywa.

— Ścierwo dogorywa, lecz nie odpowiada. Książę nie wrócił, wieści nie nadesłał. Wszystko niezmienione. Okrucieństwo nudy. Blamaż wynalazków, genialnej konstrukcji. Parszywa dola zjadaczy swych myśli, połykaczy natchnień. Cynaderki z rusztu. Niechaj nikt nie twierdzi, że Yetmeyera między nami nie ma. I tutaj nas buja. Razem z nami płynie. On mnie oszukał, porwał Ewarystę, wystawił na próbę. Zemszczę się na nim i słowa dotrzymam. Pójdę na Wesele, by nikt nie zarzucił, że uczucie wiary Orgaz przehandlował dla pysznego ciała rozkosznej dziewczyny. Taka ideowa wynikła konieczność u miliardera, który się upił na dnie oceanu. Służba niech wytoczy kufy absyntu. Tańczmy hupa-hupa! Wracamy do światła w świetnych humorach. O naszej radości wydam komunikat dla gazetników. Jazda na powierzchnię!

Czarne paciorki krwi chorej, zakrzepłej osiadły na wargach zbielałych Orgaza.

Majcherek wróży na pięciu guzikach swej kamizelki, czy wygra zakład. Niemiec na mankietach cyfrową przyszłość trucicielskiej spółki ołówkiem oblicza. Jakoś się nie składa.

A u bramina... mina... jak z komina. Taniec trzech uśmiechów — absurdy miłosne

Rozdział X, czyli ostatni.

przecina ostatecznie węzły dramatyczne, namotane w toku powieści. Wyznanie Ewarysty, że oczekuje ona potomstwa, jako owocu jednej jedynej nocy miłosnej, spędzonej z Havemeyerem, zachwiało całą myślową postawą kolekcjonera, który pod wpływem wypadków dancingowych doszedł do przekonania, iż brodzi w umysłowej próżni i już choćby z tego powodu nie może obciążać się odpowiedzialnością za wprowadzenie w życie nowej istoty. Havemeyer chce, w przeciwieństwie do niesłownego Yetmeyera, dotrzymać zobowiązania i spełnić rolę Orgaza w misterium, ale zamierza przy tej sposobności wyznać, że świętobliwe i rycerskie treści, podkładane pod tę postać przez pana Dawida, są mu obce. Pokochawszy głęboko i namiętnie Ewarystę, nie śmie kolekcjoner łączyć na stałe swych losów z dolą baletnicy, ponieważ zraża go ona swym niesamowitym, kapryśnym postępowaniem. Równocześnie niepokojące objawy wskazują niezbicie na nurtującą w jego organizmie, przedawnioną chorobę. Przeczucie rychłej śmierci jest więc właściwie głównym powodem, dla którego chce on za wszelką cenę uniknąć ojcostwa. Stąd też ślub primabaleriny z Podrygałowem, ukartowany jedynie w celu ujarzmienia awanturniczego Igora, jest pożądany Havemeyerowi. Spodziewa się on, że ten związek uwolni go przynajmniej na zewnątrz od obowiązku występowania w oficjalnej roli ojca, a przyszłemu dziecięciu wobec ludzi zabezpieczy nazwisko.

Przed wykonaniem pantomimy udaje się Havemeyer do kościoła Santo Tome, gdzie przed obrazem Pogrzeb Orgaza przeprowadza porachunek z sumieniem i utwierdza się w swych postanowieniach.

O jedenastej przed północą, wśród uroczystego nastroju i ogólnego napięcia, odbywa się baletowe misterium Wesele hrabiego Orgaza. Na zapytanie, skierowane przez Yetmeyera do Orgaza, czy ponawia on wyznanie wiary w istnienie Boga i czy na tym podłożu opiera swój przyszły stosunek do Ewarysty, odpowiada pan młody, wierny samemu sobie, trzykrotnym głośnym zaprzeczeniem. Wówczas oblubienica, po raz wtóry zraniona głęboko w swym namiętnym poczuciu dumy, naprowadza Orgaza na miejsce przed ołtarzem ślubnym, z którego kolekcjoner zapada się w podziemia, gdzie chwytają go srogie ramiona torturowych przyrządów. Havemeyer, wydobyty niebawem z lochów, umiera na oczach widzów w pośrodku baletowej areny. Tuż przed zgonem zauważa on strzaskaną gałkę, która wzdłuż tajemniczych przewodów przesłała zabójczą iskrę, przeznaczoną do wysadzenia w powietrze zbiorów cywilizacji i kultury na Wyspie Zapomnienia.

Całe towarzystwo dancingowe dostaje się do aresztu. Ewarysta przyznaje się do rozmyślnego popełnienia morderstwa, Yetmeyer jednak bierze winę na siebie. Sądowe oględziny zwłok wykazują natomiast, że uszkodzenia ciała, zadane Havemeyerowi przez wtrącenie go do podziemia i wystawienie na tortury, były bez znaczenia i że śmierć nastąpiła jedynie i wyłącznie wskutek skazy krwotocznej, która po kryjomu dokonała dzieła spustoszenia wątłego organizmu. Wobec tego wydostaje się Ewarysta na wolność, Yetmeyerowi zaś każą miejscowe władze opuścić Hiszpanię raz na zawsze. We troje, to jest niedoszły zbawca i baletnica z mężem Igorem, odjeżdżają na Wyspę Zapomnienia. Hrabia Majcherek pisze spóźniony list miłosny do Ewarysty, prosząc ją o pośrednictwo w wydobyciu od Yetmeyera wygranej w wysokości pół miliona funtów angielskich. Nie wypada wątpić, że z czasem otrzyma należną mu sumę.