Na zamrożonym cyplu konstrukcji zapomnienia
— Sahibie! Ponawiam skromne upomnienie: konstrukcja, konstrukcja! Yetmeyer ma rację, że bez niej nie warto, choćby mimochodem, pomyśleć o dziele. Pan sam przyznaje konieczność skuwania pomysłu w pomysł, zanim się przystąpi do wykonania powziętych zamiarów. Trzy są działania najściślej spętane szkieletem konstrukcji: technika, szpiegostwo i sztuka. Technika dotąd przeważnie sama swoją drogą zdąża, sztuka jest najczęściej z techniką zbratana, szpiegostwo w trójkącie z techniką i sztuką żywot swój wiedzie. Poza tym uważam, że jeżeli ma czym osiągnąć można pewne wyrównanie, a w konsekwencji i pojednanie, dwóch waszych systemów, twego i zbawcy, to przede wszystkim na samej konstrukcji, jako podstawie nowoczesnego, wszelkiego myślenia. Otwarcie wyznaję, że do zgody zmierzam, do zaprzyjaźnienia dzielnych przeciwników. Poprzednio jednak zbyteczne wyrostki konstrukcji usuwam, zwłaszcza niezdarne i w zapalnym stanie, a przez to groźne. Od ciebie, sahibie, pobieram zapłatę, hojną i dostojną, więc tobie zachcianki przeważnie ułatwiam lub perswaduję rozkosznie, jedwabnie. Yetmejerowi zaś bezinteresownie, czyli za darmo, pomysły jego przerysowane lub niedociągnięte jak najchętniej psuję. Dancingu władca pochopnie oświadcza: kolekcjonera myślowo trenuję, by mógł być Orgazem z właściwym wyrazem, za co w nagrodę przecudną dziewczynę na własność poślubi. A ja zaraz z miejsca odwracam program i konstruuję: Wyraz (na ludzkiej twarzy) jest albo wspomnieniem rozkoszy doznanej, wesołej czy chmurnej, ale już odległej, a wobec tego aktem oczyszczenia i wygładzenia wszelkiej niepewności, albo spodziewaniem uczucia pełni czyli nabrzmieniem żądzą przyszłości, nadzieją własności, której szukamy zawsze poza sobą, na otoczeniu, a więc procesem podpatrywania i zachwaszczania sąsiedzkiej miedzy, którą zagarniamy szczęściem spanoszeni. Od tych wyrazów skrajnie przeciwnych: uduchowienia i drapieżności, istnieją tylko rozliczne odmiany, kilka subtelnych, bardzo wiele chamskich i mnóstwo nijakich.
— Pozwól, że przerwę. Otóż według ciebie w uroczystym ślubie, czyli w pantomimie, obliczem wyrażam nic mniej i nic więcej, jak tylko wspomnienie rozkoszy miłosnej, niewymuszonej, nieopieczętowanej aktem poślubienia, pierwotnej, bezwzględnej?
— Bezsprzecznie, sahibie. Przez Ewarystę i tylko dla niej zostajesz Orgazem. Nagrodę bierzesz sam sobie dla siebie, zanim dokonasz, co ci przypisano i na co się godzisz. Nie Ewarysta nagrodą za wyraz, lecz wyraz nagrodą za Ewarystę. Miłość zmysłowa nie przeczy świętości. Z miłości tylko świętość się rodzi i tylko po świętość miłość uporczywa idzie do ołtarza. Świętość miłowania jest sama w sobie skłonna do cudów i do promieniowania na niedolę ludzką. Na tym polega Wesele Orgaza, do czego zdąża również Yetmeyer, lecz nici pomysłu swego poplątał, zamoralizował po to jedynie, by pana złamać.
— On chce mnie zabić!
— On chce mieć Orgaza, chce świętość z człowieka na zewnątrz wydobyć. Czego myśleniem swoim nie osiągnie, będzie usiłował wymuszeniem zdobyć.
— Camera obscura dla mnie przeznaczona.
— Okrutne tortury. Ale we dwoje obronimy pana.
— Kto drugi?
— Oblubienica w czas uszczęśliwiona. Proszę nie marudzić dzisiejszej nocy. Zresztą dziewica bardzo się podoba. Coś niecoś wiem o tym. Pozory zachować, z niczym się nie zdradzać. Balet studiować. Obraz el Greca nadal pilnie badać.
— Z rozkoszą rosnącą co dzień się wgapiam w kompozycję zacną i myślę nad tym, jakby to urządzić, by móc malowidło na własność nabyć.
— Wykluczone kupno. Natomiast nietrudno będzie obrabować kościelny ołtarz i skarb z sobą uwieść. Trzeba jednak przed tym być pewnym schroniska na naszej wyspie.
— Muszę ci oznajmić, że hrabia Majcherek, ten przeklęty Polak, Dawida najemnik, w Paryżu, jak może, dokucza, psoci. Szyfrowa depesza z przedwczoraj ostrzega, że dzięki zabiegom narwanego Piosia francuski minister spraw zagranicznych założył protest przeciwko umowie międzynarodowej z delegatem moim odnośnie do kraju Franciszka Józefa.
— Manifestacja antyalbiońska. Mogą protestować. Trzeba wyrugować nas przedtem z wysepki, by protest nie spłowiał. Tymczasem nie łatwo wyprawę szykować w krainę nocy bez aparatów rozgrzewających, których tajemnicy nikt dotąd nie poznał i przy zachowaniu dalszej ostrożności chyba nie pozna. Na zapomnienia śnieżystej odludni już wszystko gotowe. Połowa zbiorów niemal za dni kilka lub może nawet w niewielu godzinach przybędzie na miejsce i zawieszona czy rozłożona zostanie paradnie w „Pałacu lodowym”. Wyspa uzbrojona i okolona ratowniczym pasem min srogich, wyrodnych. Jak stado rekinów u wjazdu do portu z peryskopów mruga ku nieproszonym, ciekawym przybyszom łodzi podwodnych zaczepna flotylla. A aluminiowe jastrzębie i wrony, słynne brzegówki i albatrosy (do samych transportów służą ostatnie) umieją ponosić metalowym skrzydłem we mgły i w zadymkę, pod słońce i w nocy, i spluwać potrafią żagwiami granatów i bruić541 pod siebie zatrutymi bomby... A kolumbryny542 dalekonośne, co kartaczami swego celu dopną w linii powietrznej na sześćset mil pełnych? A wyżywienia możność na miejscu, bez cudzej pomocy, bez żadnych dostaw? Te smakowite przeróbki mięsne z cielska psów morskich? Tych tysiąc włók543 zboża sianego na ziemi zwożonej z Egiptu, zagrzanej powietrzem czule zgęszczonym pod szklanym dachem? Mam nadto wspominać tę wierną załogę, której szczęście dałeś nieprzebywania w unarodowionych pięciu częściach świata, którą z obroży krwawej wyrwałeś rozbeszczelnionych praw i aksjomatów? Z dyplomatycznych drwię sobie gestów, gdym pożywiony i uzbrojony. Rzecz najważniejsza, by się nie spostrzegli, do czego zmierzasz i co masz w głowie, lub gdy donosy braci patriotów staną się natrętne, by ci nie dowiedli, że wiedzę o tobie zupełnie posiedli. Tylko po kryjomu można coś stworzyć, tylko podstępem można u drugich twórczość wymusić.
— Wczorajszą pocztą mym ludziom w Berlinie, Paryżu, Londynie zupełnie nowe posłałem instrukcje. Mają się starać o wykazanie, że cywilizację przed zagładą chronię przez wycofanie istotnych wartości i uniemożliwianie małpiarskich skłonności, które zarazę szerzą bezpłodności. Zbrojenia moje służą tylko temu, by bronić tradycji przed wszelkim zamachem i każdą destrukcją. Takie gadanie pustymi słowami jak alkohol działa na małe mózgi wielkich mężów stanu, odpowiedzialnych przed podłym zespołem mdłej demokracji. Mężowie stanu pilnie nadsłuchują, żarłocznych instynktów melodię sfałszują, zmielą ozorami, a samorządny, cuchnący ludek kiwa makówkami, gdyż zadowolony, że już mniej rozumie, aniżeli dotąd z chciwości pojmował. Zjawia się potem szlachetny uczony, zakatarzony, żółcią zalany, niewykąpany, niedożywiony, zawsze zaspany i dla narodu gryzmoli tomy. Ględy spocone, a rozgderane, a wystękane i zasmarkane. I to Yetmeyer historią zowie!
— On wskrzesza to samo, co ty przez niecierpliwość, czy przez pietyzm, już składasz do grobu.
— Powiedz, co lepsze: Wyspa Zapomnienia czy Przedśmiertny Dancing?
— Ta sama idea, w odmiennych kolorach. Praktyczniejszy będzie ten pomysł z obu, którego konstrukcja od praktyczności najdalej odbieży.
— Przemawiasz jak prorok, przypowieści tonem. Zdejm już ciężary, przyodziej się trochę bezwstydny nagusie i mów zrozumiale. Co znaczy aforyzm, któryś wypowiedział?
— Niezdarnie mówię, gdy mam coś na sobie. Do czystej myśli przynależy ciało czyste i gołe. Mam taką manierę. Niebawem mnie ujrzysz w przebraniu pilota. Wówczas zauważysz, że elokwencja moja będzie znowu szczelnie zapięta i osłoniona pospolitości kostiumem szarym. Przed chwilą twierdziłem, że tylko konstrukcja na wskroś niepraktyczna wytrwa nieskalana, niezapomniana, że wrazi się w serce milionów półludzi, że będzie zjawą w okrężnym biegu zdyszanych stuleci, myślą uwielbianą, zawsze poczynaną, niewykonaną, za mało uchwytną, za nadto śmiałą. Najtrwalszą konstrukcja przecudna, przemądra, jak cacka dla dzieci, które się boją, by nie było prawdą, czym bajka grozi, do czego się modlą, za czym wzdychają, czym bawić się nie śmią za żadną kanapką, pod żadnym stołem.
— Więc tabula rasa, którą chcę stworzyć?...
— Jest niby to samo, co religijnych uczuć obudzenie. Lecz Yetmeyera naczelna konstrukcja — wybaczyć proszę prostotę trywialną moich wynurzeń — ma wdzięk idealny, czysty, niepraktyczny, zaś twoja posiada demoniczną barwę, jest beznadziejna a niebezpieczna.
— Więc przegrać muszę?
— Bynajmniej. Wyobrażam sobie imprezę wspaniałą i długowieczną: Yetmeyera Dancing na twojej wyspie. Kraj obiecany, przylądek nadziei. Mały kompromis, nieco kompilacji, przymierze konstrukcji dotąd zwaśnionych, potęga myśli w jakimś uroczysku śniegów i lodów. Reniferowe do was wycieczki wszelakich głuptasków, odmrażanie nosków nader ciekawskich, skołowacenie bluźnierczych języczków, czyli ostateczne zwycięstwo was obu, i równoczesne, i równomierne. A w świecie szerokim klekoce gadka o zwariowanych dwóch miliarderach, którzy zapadli na sen zimowy, jako próżniactwa i zwyrodnienia typową chorobę, gdzieś pod biegunem samym północnym.
— Spółkę proponujesz i zamknięcie sporu?
— Ale po kongresie i po zabezpieczeniu Orgazowej doli.
— Sądziłem zawsze, że me przekonania służą do obrony przed myślowym gwałtem i zabezpieczają przed wycofywaniem samotnych poglądów. Dziś omyłkę widzę i czuję wyraźnie, że przekonania są celem napaści, w stosunku do których jesteśmy bezbronni. Musimy się godzić na ciała męczarnie, czyli niezdarną ponosić ofiarę, albo ochłapy konstrukcji twórczej na gromadną pastwę wyrzucać figlarnie, kierować się sprytem, ocalać istnienie w zbytecznej przyjaźni, zarabiać w kartelach na pozór pokrewnych i mamić myśl własną dywidendą znaczną. W życia powierzchnię nie może dziś wrosnąć głębokim korzeniem żadna konstrukcja ciężarna twórczym, samotniczym żartem. Wnet się załamuje. Myślowa twórczość w znaku wiekuistym przestaje powoli być dla mnie zabawną. Nie chce mi się walczyć. Spróbuję jeszcze kongresowych swarów, po czym bezzwłocznie powrócę przykładnie do gildii kupieckiej, gdzie wszystko tak samo bezsprzecznie trywialne.
— Wszystko na jednym spoczywa poziomie, a twórcza zabawa wymaga wywyższeń postawy własnej, nadmiernych, sztucznych, powiem, że wariackich. Chodzenie na szczudłach, pewne, zawadiackie, jest umiejętnością ściśle podstawową maskarady twórczej. Kto się raz potknie i zejdzie na ziemię, ten dostaje czkawki, albowiem niestrawną po wszystkie czasy jest względności nuda.
— Nie tylko dla mnie tropisz poza mną, ale już we mnie przede mną odważnie. Chcesz kompromitacji? Ja hrabia Orgaz, vulgo544 Havemeyer, tylko jako kupiec, bez konstrukcji żadnej, chciwy zysków łowca, z aportem wyspy zapomnienia pełnej, przystąpić miałbym do spółki akcyjnej, którą Yetmeyer około dancingu przedśmiertnego złoży?
— Opuściłeś szczudła, nie dotknąwszy ziemi. Słucham deklaracji jako wyrazu zakłopotania właściwego wszystkim, którzy mimo wieku już dojrzałego nie zdołali jeszcze przyswoić sobie równowagi chodu. Każda zmiana rytmu w kroczeniu po świecie, często nieodzowna, jest trudna i żmudna.
— Mam wielką ochotę na popełnienie wzorowego świństwa. Dziś, zaraz, stąd z miejsca, umknąć na mą wyspę.
— I tam Yetmeyer dziś ciebie odnajdzie, zmuszając sromotnie do rozegrania nieskończonej partii. Przejąłem dowody, że wpadli na ślady naszego transportu. Nie można dopuścić, by się przedostali na samą wyspę. Za chwilę wyruszam w daleką podróż, by szlachetne plany pokrzyżować zgrabnie.
— Gracz z ciebie namiętny. Możesz moim jachtem urządzić pościg.
— Zdołali go popsuć przez najmitów swoich i pod pozorem naprawy gruntownej zawlekli okręt do bremeńskich doków.
— Znów polityczna nikczemna intryga, tym razem już Niemcy wchodzą na widownię.
— Od Niemców weźmiemy dla naszego celu lokomocję lepszą, o wiele sprawniejszą. Yetmeyer zakupił w warsztatach Gamzkopfa (pod Duesseldorfem stała ich siedziba) niezwykłej konstrukcji lotniczy aparat, który bez wytchnienia szybuje w powietrzu pełne trzy doby, udźwignąć zdoła dziesięcioro osób i mknie z chyżością: tysiąc kilometrów w jednej godzinie. Miano latawca brzmi „Olw”, czyli „Uhu”. Tym samolotem puszcza się Chińczyk zaufany zbawcy i kilku wiernych z kliki Yetmeyera. Ja się wynająłem u nich za pilota. Zabieram ze sobą jeden z ogrzewaczy starczący545 na miesiąc, zaś mgieł rozpruwaczy wezmę nawet sporo. Gołębie pocztowe ukryję w kieszeni. Pokażę szpiclom właściwą drogę, lecz oni pomarzną, więc trutniów wysadzę z litości po drodze. Sam porwę papieża, na wyspę zawiozę i tam go zostawię pod silnym dozorem. Tu bruździłby dalej, tam na coś się przyda. Powrócę pojutrze. Panu nic nie grozi, przynajmniej na razie. Na Ewarystę należy nacierać ostrożnie, łagodnie, ale stanowczo. Po raz trzeci pieję głosem uroczystym: Sahibie, konstrukcja! Konstrukcji własnej pozostań wierny! Na chwilę nawet jej się nie wypieraj. Inaczej zguba — tobie i nam wszystkim! Odjeżdżam o ósmej. Czas mi się przebierać. Pana mego żegnam.
— Czy aby tylko aparat jest pewny?
— Najpewniejszy w świecie. Już go próbowałem niezliczone razy. Gdy na morze spadnie jako motorówka lub jako żaglowiec, dzielnie fale pruje. I w łódź podwodną zgrabnie się przemienia. Również i po śniegu, jak kute załubnie546, rączo pomyka. Zapas benzyny na tydzień wystarczy. Masz jakie zlecenia?
— Zabierz z sobą proszę kogoś mi bliskiego.
— W ostatniej chwili? Ktoż jest tym posłańcem?
— Skazańcem raczej... jest kardynał Nino.
— Uszom mym nie wierzę! Czy wolno zapytać, co znaczy rozstanie z tym okularnikiem?
— Będę spokojniejszy, jeśli inkwizytor na stałe zamieszka w „Pałacu lodowym”.
— Zwracam uwagę, że obu najbliższych i nieodłącznych przyjaciół usuwasz. Odchodzą w odstawkę: Omar i kardynał!
— Obaj się popsuli. Widocznie fatalnie oddziałała na nich dłuższa morska podróż. Całe towarzystwo, jakie tu spotkali: Yetmeyer, Prakseda, międzynarodowe nędzne zbiegowisko, również wpływ wywarło wcale niedodatni. Zwłaszcza Don Fernando na hiszpańskiej ziemi niefortunnie zhardział. Rozpoczął knowania i brudne konszachty z dancingowym zbawcą. Do porozumienia między nimi doszło cichego, tajnego. Właśnie kardynał, a nie kto inny, przeciw mnie podburzał pana Yetmeyera, do myśli okrutnych spojrzeniem ośmielał. Godzinami co dzień nasz groźny grubasek przed sztalugą siedział. Złapałem ich w chwili, kiedy ten dostojnik rzymskiego kościoła do amerykańskiego arcyparweniusza niedwuznacznie mrugał. Czegóż więcej trzeba? Kota mi nawet księżulo znarowił. Kochałem portret, kosztował mnie drogo; nie życzę sobie, mimo całego respektu dla arcydzieła, aby malowidła, upodobań moich najszczytniejsza chluba, brały w życiu udział. Niewinna znajomość, zawarta w New Yorku, urosła w Toledo do poważnego kompletu rozmiarów. Dawny ulubieniec jest dzisiaj spiskowcem, więc go wysyłam tam, dokąd zasłużył: na deportację!
— Odkryciem dla mnie, co słyszę w tej chwili. Gdy Yetmeyer jednak swą stratę zmiarkuje, będzie rozjuszony i zapała zemstą.
— Albo złagodnieje, licho raczy wiedzieć. W każdym razie dosyć mam targów nieznośnych o moją skórę. Ten sprośny flirt zbirów muszę raz przerwać.
— Racz więc własnoręcznie mędrca zapakować. By zaś nikt nie spostrzegł i nie zmiarkował, kogo i jak mam uwieźć, racz włożyć go w pudło od majtek wonnych, chyba fularowych547, które Ewaryście dzisiaj popołudniu z sklepu dostarczono. Cały stos paczek powabnych i schludnych, a wskutek wypadku niesłusznie wzgardzonych, przy wieszadle stoi w antykamerze gościnnych pokojów. Dla inkwizytora możesz więc dobrać odpowiedni sleeping548. Musisz się kwapić, gdyż lada chwila po bagaż się zgłoszę.
— Mam jeszcze życzenie. W „Pałacu lodowym” trzeba własnoręcznie zbadać mechanizm do zatopienia zbiorów przeznaczony. Jak ci wiadomo, muzeum całe w ostatecznej chwili — gdybym poniósł klęskę z moim systematem i musiał zaniechać wywłaszczenia śladów dawnej kultury wskutek zamachów na moją osobę, gwałtów czy przemocy czynników państwowych lub gdybym umierał — zostanie zamknięte w hermetycznym kloszu z szklanego kryształu (grubego na cale). Przed opuszczeniem drogocennej skrzyni na dno Oceanu Lodowatego, chcę, aby spalili całą zawartość powietrza żarem. Trzeba gruntownie zniszczenia dokonać i oszczędzić nurkom żmudnych poszukiwań za zabytkami cywilizacji na zawsze straconej. O połączenie proszę zapalniczki z wielką zatapiaczką, zaś od przewodu elektrycznego, który skojarzy przyrządy oba, drutów dwa ramiona podziemnym kablem niechaj pośpieszą, jedno do New Yorku, do pałacu mego, drugie na widownię dancingu w Toledo. Prądy czuwające w zabójczych ramionach znajdą widne549 ujście w skromnych czarnych gałkach, natartych fosforem. Jedno krzesiwo już zmontowano w czerwonym pałacu, a drugie nieznacznie umieścić musimy przy pantomimowym, weselnym ołtarzu. Me oczy rozkaz wydadzą gałkom. Gdy nadejdzie chwila mściwego spojrzenia, gałki iskrę przyjmą ostatniej mej woli, wprost ją zaniosą, gdzie aparat czuwa, zabytki chroniący czy pochłaniający, i świat cały wówczas w mizernej sekundzie utraci kulturę. Inżynierom powiedz i wynalazcom, aby jak najszybciej, bez szczędzenia kosztów, wydrutowali oraz oszklili mą stanowczą wolę.
— Cudownie, sahibie! Konstrukcja, konstrukcja! Już ja dopilnuję cwaniaków wyspiarskich. Pierwsze bezpośrednie połączenie światów przeciwnych sobie, dotąd prawie wrogich: Wyspy Krokodylej z Wyspą Zapomnienia!
— Przedwczesna radość. Dopiero kongres urobi Orgaza, a Orgaz następnie konstrukcję ujawni.
— Pomiary skończone i wbite paliki. W tym całe wesele. Rzemieślników armie wezmą w swoje łapy i dźwigną na bary twórcze pomyślenie. Ich pośpiech, ich sprawność z konstrukcji wypieli łopiany i chwasty. Wiemy dziś dokładnie, gdzie w dancingu zbawcy miejsce najwłaściwsze na kolekcjonera gałkę wybuchową.
— Popędź ich do dzieła, by na każdy zamach odpowiedź wypadła bezzwłoczna i trafna. Wracaj jak najrychlej!