Szatan — ludożerca

Praksedy stan groźny. Przyszło majaczenie i zmyślania blesność550. Zerwała bandaże. Konsylium lekarzy, a równocześnie komisyjka śledcza, na razie szczupła, bez wszystkowiedzkich nadznakomitości, bez pseudogenialnych arcybałamutów, z cyrkułowymi, niereklamowanymi poddygnitarzami, nierespektowana przez donos partyjny, zmysłu pozbawiona do uprawiania popłatnych grzeczności, niewykształcona w hasłach o Bogu i niby-Ojczyźnie, sumienna, uprzejma. Yetmeyer gospodarz oprowadza wszędy, do lochów się spuszcza, gdzie wilgoć grobowa i szczątki kasowe. Z „Camera obscura” zerwał wszelki kontakt, gdyż razem z Jacinto i mechanikami na czas zamurował bez żadnej oznaki niebezpieczne przejście. Zebrano materiał, lecz dla gazeciarzy siurpryza551 niewielka. Na razie — vis maior552. Klasyczny świadek zeznawał nijako, jak gdyby naprawdę o niczym nie wiedział. Gdy wyzdrowieje, jakoś raźniej można będzie zażądać dla podżegaczy, gdyby się uparli w tępej ciekawości, ażeby Rosjanka opowiedziała, czego nie widziała.

Tymczasem karetka z ratunkowego prawie pogotowia już zajechała. Nosze wstawiono do przedpokoju. Oczekują zmierzchu, by przy wynoszeniu rannej piastunki nie wabić ulicy i dalszym rozgłosem bardziej nie zaszkodzić frekwencji w dancingu. Ze snu upalnego Prakseda zbudzona. Zbielałe wargi językiem wilgoci. Parnota mosiężna ugniata jej skronie, więc zjadliwie stęka. Ewarystę wzywa do słuchania zeznań:

— Bihme!553 Ja nikogo nie zabijała ani zabić chciała. Skargę jeno miała do Yetmeyera na Podrygałowa.

Ewarysta chorą w poduszkach układa i uspokaja. Prakseda, z twarzą znieruchomiałą i spopielałą, wlepioną w plafon, z pustyni swych myśli miota garścią piasku słów zapieczonych, troską oszalałych.

— Ja ne zdużaju grumać się554 z Igorem. On zhamanuje555 gzubięta556 rozkoszne. Kijem komedianckim harata557 po głowie i po paluszkach córeczkę najmłodszą za to, że pod ścianą na jednej nóżce kroczyć niezdolna, albo że na ziemię zwalić się nie umie. Kosteczki jej łamie i cięgiem wymyśla, aby była składna w Weselu Orgaza. Więc ja pognała do naszego pana, by wziął zmiłowanie. Zaledwie tu przyszłam, bies wskoczył na mnie i do sali rzucił, gdzie licho wybuchło i poturbowało. Po drodze nikogo ja nie spotkała, a Onczidaradhe, który się modlił w swoim strasznym dziuple, powiedzieć nie umiał, gdzie jest zbawca świata. Więc sama szukała, a mściwy Igor swojego patrona, prześcipnego cura558, w ślad za mną machnął, by mnie przyrychtował. Co ja teraz pocznę, co poczną dziecięta? Idę do szpitala, a tam w Alkazarze, w hotelowej budzie, gdzie same batiary559, dziecków cały tuzin. Zabałakać560 można każdego czym nie bądź, ale jest jedna, oczywidna prawda, że Igor się zbiesił i że czortów mnóstwo po świevie rozpuścił. Grzech561 się rozwałęsał i po dancingu. Bestyjnik za wami, panno Ewarysto, drepci562 i harcuje, by was przecie zjednać. Nic go nie odpędzi, gdy Podrygałow raz sobie ubzdurał, że tanecznicę wielce urodziwą należy mu posiąść, jeno bez proszenia, bez czułych umizgów, bez jednego słowa. Już on zdziałać zdoła, czego mu potrzeba, dziewictwo omroczy i w powolność563 zmoże. Prędzej czy później będziesz jego żoną, bo tak być musi. Cały dancingu porządek wam zbebla564.

— Cichaj, Praksedo, gadanie ci szkodzi! Mało co rozumiem z takiej zbieraniny każdej ludzkiej mowy, jaką ty gwarzysz.

— Co trzeba, skapujesz565. Może już wydobrzeć nigdy się nie uda? Więc muszę powierzyć, co powinnaś wiedzieć, panienko ozdobna, że dla nas wszystkich jedyny ratunek, abyś ceregielów dalszych nie robiła i za mąż wyszła za baletmistrza. Inaksze źle będzie. Nie darmo trapierzy566 mnie cholerne widmo, gdy tylko spojrzę na izby powałę: śmierć się kormali567 do nas kominem! Do ciebie i do mnie, do Havemeyera, tego hardabusa568 i do trupięgi569 A-to-tso Chińczyka. Ja nie bakulę570, tylko to mówię, co sama widziałam.

— Dlaczego, Praksedo, skąd i dlaczego?

— Jego to sprawki, tego bałabajdy571 — Podrygałowa. On się pokumał z tymi duchami, które są nieczyste. Kawał duszy sprzedał za pomoc w łajdactwach. Śmiercią nas straszy i myśli sobie, że przez nią nas wszystkich w niewolę zagna. Gnipić572 on ciebie chce przede wszystkim. W łepetę mu wlazłaś i nie ma ratunku! Oby was Pan Bóg przed nim ustrzec zechciał, choć Bóg nieporadny na wykrętne diabły.

— Praksedo! O sobie powinnaś myśleć, ja z Podrygałowem sama się rozprawię, gdy będzie trzeba.

— Prawisz, jak detyna durna, nierozważna. Igor jest hymy573 i żadnym gadaniem nie dojdziesz do ładu z takim Iwanem. Niech Ewarysta do mnie się nachyli, abym hutorzyć574 mogła wielką, prawdę, która jest w hrudiach575 i cięgiem napiera, bo chce się wydobyć. To jest straszność wielka i muszę ją zwierzyć, paniusiu, tobie, abyś raz zmądrzała i pokidała576 nieporadne577 żarty...

Jak potępienie i jak przekleństwo, nagle się podnosi ponad poduszki i ponad oparcie rąk Ewarysty. Chwiejąc się, usiadła. Jak czyr578 wiedźmowa połyskuje postać w wieczornym zmroku. Dłonie rozrzuciła w przyćmioną przestrzeń, gdyby krucze skrzydła, dźwignięte do wzlotu. Słowa jej muśnięciem są żarów stepowych, westchnieniem trującym wulkanów stygnących.

— Igor farmazon579, fikant580 i zbereźnik... jest ludożercą!... Jej Bohu581, jej Bohu. W Odessie przez miesiąc, gdy do ugryzienia już nic nie było, zbierałam dla dzieciąt uliczne odpadki... Wówczas tak przyszło, że Igor się nadział na Ostapową, tamtejszą krajzbabkę582. Gołąbka siwiuchna, starowinka słodka... Tylko oczka bure bełdowały583 dufnie584. No, i co kto powie na tę okoliczność, że ta drapacha585, kiedy wszyscy spali, niemal co wieczora pod mantylą wielką Podrygałowi znosiła strawę, same noworodki, niby gołopupki586 świeżuchne, pulchniutkie?... Oni uśmiercali siekaczem od mięsa, ja nigdy nie chciała. Zresztą Podrygałow babinie imkluzów587 dawał co nie miara. I brylantów mnóstwo, które pozostały po żinkach umarłych. Kiedy pokrajali, to ja przyrządzała, bo i co inszego do roboty miała? Filety na rożnie albo też jusznik, lecz ze krwi bliźniątek. Nikt nigdy nie poznał, że to mięso ludzkie. Wszyscy zajadali z wielkim apetytem. Bywało, z początku, to ja czkawkę miała i wielkie nudności, ale od głodu wnet smaku zaznała i potem zmiatała bez wstrętu czy mdłości. Nękała mnie zmora od zmierzchu do ranka, że Igor kiedyś z własnego tuzinka porcyjkę uszczknie sobie na potrawkę. Więc pilnowała, aż przyjechały angielskie okręty i wytępiły takie plugawe, czyli mięsożerne, a ludzkie robactwo. Oni strzelali, a my nie zważali i do nich biegli, co tchu nam starczyło, aż łodzi jakiejś w przystani dopadli i na pokład wleźli, straszliwie zmachani. Jakoś się dowlekli między dobrych ludzi, przyodziawszy schludnie zachlastane dusze...

Bredzącą w malignie tę jęczyflorę588 i jęzornicę589 służalce szpitalni przemocą zabrali. Wsunęli w ambulans i odjechali. W mieszkaniu powstaje ponownie rewetes. Havemeyer skrzeczy, że zginął kardynał. Yetmeyer z rozpaczy głośno kawęczy. Komisja przybyła i znowu węszenie, przeszukiwanie. Znalazcy nagroda miliona pesedów jest przyrzeczona. Równoczesny wyjazd obu egzotycznych i zagadkowych dancingu postaci, to jest bramina i arcykapłana, podejrzenie wzbudza. Oświadczyły władze nad wyraz uprzejmie, choć telefonicznie i lakonicznie, że nigdy nie ścierpią, aby w zakładzie pana Dawida istniała rozsada podejrzanych afer i alarmujących opinię w Hiszpanii katastrof, skandali czy niesamowitych, zagadkowych zdarzeń. Na znak niechęci i nieufności, komisarz zwyczajny do wszelkich widowisk na dzisiaj wieczór zawiesił zupełnie wszelakie produkcje w instytucie sławnym. Dalszy bieg przedstawień zależy wyłącznie od orzeczenia najwyższych organów w stołecznym Madrycie. Tam raport podano i tam o zarządzenie, usuwające toledański zakaz, należy się starać. Zbawca jak jędor590 kroczy napuszony i wypytuje kolekcjonera, dokąd właściwie Onczidaradhe w dniu tak feralnym i bez pożegnania pomknął niespodzianie. Kadeła591 spotniały, usłyszawszy nagle, że najprawdopodobniej obaj uczeni na wspólną wycieczkę udali się zgodnie, jak niebo przed burzą skałdunił się592 groźnie, w samochód się wtulił i nocką jeszcze do stolicy pognał, by do rozwoju dalszych kalamancji593 za nic nie dopuścić.

Trójkąt perwersyjny czyli romans: nekrofilki, erotycznego megalomana i patetycznego arystokraty

Nadeszła wreszcie pora porachunków, zazwyczaj krwawych, między niedostatkiem i posiadaniem niekoniecznie znacznym, a najczęściej błahym. Godzina hazardów najbardziej szulerskich, chwila ucieleśnień zjawy duchowej, wypukanej z grobu i moment utarty od dawien dawna do zagmatwania miłosnych zatargów. Dancingu czuła, oficjalna para, pan Havemeyer i Ewarysta, czuwają oboje w oczekiwaniu zapowiedzianej, uprzywilejowanej, koncesjonowanej, nadużywanej na całym świecie przez wieczne amory, bezgwiezdnej północy. Odseparowani taśmą korytarza, w swoich pokojach: czytają, palą, zbijają bąki, od ściany do ściany wśród sprzętów krążą i nadsłuchują, pragnienie gaszą i poprawiają powabne stroje.

W balowej sukni, dżetowej czarnej, pąsową różą na gorsie spiętej, wyciętej na plecach do samego pasa, z tępym bólem głowy, z cygaretką w palcach, donna Ewarysta, tuż przy samym progu swego salonu, pilnuje nadejścia hrabiego Orgaza.

Stłumione pukanie, dijareza594 ciszy i podłe westchnienie. Następnie za chwilę lękliwe pytanie:

— Nie ma Omara?

— A kto pyta?

— Mój kot ulubiony gdzieś zniknął, gdzieś przepadł. Stroskany właściciel o księcia się pyta.

— Może jest gdzieś tutaj.

— Dlaczego: może?

— Dlatego tylko, że nigdy z pewnością nic wiedzieć nie można.

— Czy wolno poszukać?

— Odzyskania zguby nie śmiem utrudniać.

— Słyszę jednakże, że pani wciąż ziewa...

— A ja, że pan wzdycha...

— Stąd to pochodzi, że zbyt długo czekam, by móc z panią mówić.

— Było wcześniej przybyć. Pragnęłam bez świadków oglądnąć raz wreszcie przyszłego małżonka.

— Na takie wezwanie w całej mej ozdobie zjawiam się przed panią!

Drzwi nieznośny kwikot, zatrzasku chlaśnięcie, zadudnienie kroków na puchach dywanu.

Wyniosły, dostojny, w nieskalanym fraku, mądrze zawstydzony, głupio uśmiechnięty Havemeyer-Orgaz.

Na taboretach spiętrzonych z poduszek, okrągłych, wywrotnych przykładnie usiedli. Ćmią papierosy.

— No, i co będzie?

— Czekam, co mi pani powiedzieć może.

— Na żadne wyznanie nie zbiera się jakoś.

— Szczęśliwy jestem, że z urodą pani mam dzisiaj spotkanie pierwsze, utajone i przez to święte.

— Oczekuję męża, hrabiego Orgaza. Termin weseliska ustalić mamy.

— Oficjalny termin Yetmeyer wyznaczy.

— Pantomimy termin. Więc chciałam wiedzieć, czy do parady przystąpić można z wspólną jakąś treścią, czy też dopiero treść taką z parady wyławiać trzeba?

— Do czego potrzebne?

— Do mojego tańca. Do najwyższego mych marzeń napięcia, do rozplątania dziewiczych zmysłów. Jak huragan pójdę. Kto podąży za mną? Havemeyera będę widziała zawsze i wszędzie, we wszystkim i w każdym, czy też Orgaza rycerzyka — świętość? Obrządkiem życia ma być wesele, czy obrządkiem śmierci?

— Grozisz i ty także? I ty chcesz przerażać? Narzędziem głównym przeciw mnie jesteś!

— Z tobą być mogę, albo przeciw tobie, ale zawsze sama, z własnego nakazu. I dlatego tylko dziś już wiedzieć chciałam, czy w buduarze jest Orgaz możebny, cudny, przenajświętszy, poza pantomimą, małżonek przeczuły bez Podrygałowa i bez orkiestry.

— Bardzo chcę całować twoje usta ścięte w uporze zimnym, na łonie twoim me myśli uchować ledwo napoczęte, więc jestem skłonny kolekcjonera spętać, wyrugować, a natomiast zostać hrabczukiem rycerskim, podniebnie wypiętym.

— Orgaza pragnienie ja muszę szanować, lecz miliarderskie zachcianki są wstrętne.

— Możliwe, że pragnę, w tej zwłaszcza chwili, jak wzorowy Orgaz, że się pogrążę w tej tęsknocie walnej, że z Havemeyerem zerwę nader chętnie.

— Co pan chce osiągnąć?

— Wywabić chemicznie chcę dotychczasowe wspomnienia miłosne. Rozkoszy chcę doznać w uczuciu niezwykłym, że kochany jestem.

— Nie doznał pan nigdy?

— Przed laty pięcioma po raz ostatni. Kanadyjka wątła i rudowłosa. Przeżyliśmy miesiąc. Wciąż powtarzała do uszu mi słowa, od których febra trzęsła mną namiętna. A potem od niej i przez nią tylko zapadłem na zdrowiu i przyszła choroba potworna, zabójcza. Ledwo wyrwałem się z jej twardych szponów. Odtąd me oczy nie spoczęły jeszcze z pożądliwością na karku niewieścim. Zapomniałem pieszczot tajemnicę słodką.

— Dobrze mi świadczy o panu ta szczerość, z jaką wyznaje przede mną chorobę.

— Dziś najzupełniej już uzdrowiony. Zaznaczyłem po to, by siebie wyjaśnić, sporo moich dziwactw.

— Noc z tobą dziś spędzę, aby się przekonać, czy obok ciebie wygodnie jest kroczyć w życia natłoku i czy spokojnie można odszukiwać ślady twych pochodów w krajach niezbadanych. Od ciebie samego w pieszczotach się dowiem, czy do pantomimy jesteś tematem, który mam przechować po wykonanie tańca trzech uśmiechów, czy też czymś więcej, więc conde Orgazem, który życia pełnię w tańcu okazuje, przez taniec wesele do śmierci stosuje i z śmierci ponurą chęć życia wypruwa.

— O sąd łagodny z góry muszę prosić, bo wyszedłem z wprawy przez postój zbyt długi w rezygnacji schludnej, kobiet pozbawionej. Ponadto podwójnie skłonny się czuję, by w każdej miłostce sensu poszukiwać, który kobietę mógłby ze mną łączyć poza wszelkim zyskiem, chwilową wygodą albo też atutem pseudotowarzyskim. Na siebie samego zaczynam polować, by raz się dowiedzieć, kto właściwie jestem, i zwierzynę moją przede wszystkim tropię w dżunglach erotycznych.

— Uwodzicielskie i nadymane prakomunały. Jak więc chcesz zaczynać?

— Całować, całować...

Pada na kolana, jej stopy zagarnia w dłonie zamarzone, po łydkach jedwabnych wargami się ślizga, a ona palcami bronuje fryzurę bliskiego kochanka w próżnię wpatrzona, cokolwiek wzruszona. Nagle suknią targnął i dżety poszarpał. Spadają paciorki na parkiet błyszczący, bezładnie, spokojnie, jak krople deszczu z liści zasłoconych na żwir parkowy... głuche, zamyślone... Trwożnie nadsłuchują. Twarz między kolana wetknął natarczywie i uda całuje.

— Ostrożnie, przezornie, bieliznę mi podrzesz...

— Ciała kaszmirowi „ninon” niepotrzebną konkurencję robi.

— Pozwól! Niewygodnie...

— Proszę, powiedz: kocham!

— Nigdy!

— A ja potrzebuję raz usłyszeć słowo, którego treści dotąd nie zbadałem.

— Codziennie próbę urządzać można, zawsze na kim innym.

— Ja pragnę na tobie. Sensu czy nonsensu przecież nie wyłowię na pierwszej lepszej drapieżnej samicy. Od ciebie chcę wiedzieć, że właśnie ja jestem tym dobrym przypadkiem, który nic wspólnego nie ma z mym istnieniem, z wartości uznanych zgiełkliwym jarmarkiem, z korzyści i zalet sztucznym światłocieniem. Ty jedna pojaśnić możesz mnie o tym, czy jestem zarzewiem wielkiej tęsknoty, jaka w tobie drzemie. Nie chcę żadnej racji ani kalkulacji, usłyszeć muszę moje przeznaczenie w rozrodczej przyrodzie, raz poznać pragnę prostacze wesele, gdy żywioł się miota na swe zatracenie.

— Nic więcej nie mogę, aniżeli czynię. Jesteś mi luby, więc daję pieszczoty.

Ujęła za bródkę cudnie przystrzyżoną i na żużle oczu ziejące czernią sztolni porzuconej warg złożyła przycisk, zimny, metalowy.

— Poza Orgazem, poza miliarderem i poza wszystkim, czym jeszcze być mogę... nie możesz się kochać?

— Słowa nie wypowiem, którym nagabujesz. Nie umiem i nie chcę.

— A więc, czym ci jestem?

— Małżonkiem przystojnym, którego ocalam i którego pieszczę przed samym weselem.

— Małżonkiem? Ocalasz? Przed niebezpieczeństwem, przed Yetmeyerem? Sadhus cię namówił? Czynisz poświęcenie?

— Czynię, co potrzeba dla uciechy własnej. W pieszczotach się dowiem, czym poza Orgazem, czy Havemeyerem, mógłbyś być więcej.

— Ty o mnie się starasz?

— Ja biorę ciebie i tylko o tyle oddaję się tobie.

— A mnie nie zapytasz, czym właściwie jesteś w mojej potrzebie?

— Wcale nie zajmuje. Przejdźmy do sypialni. O wiele swobodniej będziemy się czuli na uświęconym miejscu przeznaczenia. Tam mamy sorbety, które bardzo lubię, likier kakaowy i papierosy marki „Aspazja”, sperfumowane oraz bardzo cienkie, a przez to zabawne.

Fortepianowy, zbełtany akord w ciszy zaspanej, łobuz niespodziany i dokuczliwy, zbryzgał poszepty gruchającej pary tuż za jej plecami i zwyrodniałym, złośliwym kleksem ledwie odtajałe zbabrał umizgi. Ani Ewarysta, ani Havemeyer nie mają odwagi spojrzeć poza siebie, gdzie klawiesz595 stoi i skąd potępieńcze runęło zagranie.

— Każde zakochanie lęki w sobie kryje. A niezliczonymi już straszakami wprost przepełniona z reguły bywa, choćby najzwyklejsza, zakochania próba.

Po wykrztuszeniu tchórzliwej sentencji oblubienica liczko przytuliła do pikowej piersi frakowej koszuli, przez co odruchowo poniekąd zmusiła do półobrotu dzielnego obrońcę i do zerknięcia w stronę klawikordu.

— Omar, mój Omar!

Istotnie sam książę, który najwidoczniej przesycił się spaniem pod otomaną i wynalazł sobie godną promenadę po klawiaturze, przy czym odkrycie uczynił dość ważne, że falsetami tonów rozdeptanych można coś wyrazić, a więc na przykład niezadowolenie z miłosnych objawów, czy pogardę nawet.

— Przyjacielu drogi, porwany, skradziony! — skamle wyuzdanie master Havemeyer.

Hoptaś596 zdziwieniem przekornym rozzłocił uwiędło jaskry oczu posmutniałych.

— Uszanowanie kolekcjonerowi! Na wylot się znamy. Przynajmiej ja nigdy nie zapominam, gdzie komu honor jaki należy i gdzie co przystoi. Staroświecki afekt, który dla męskich pozwalał czułości poświęcać damę, dziś już potępiony. Bądźmy nowocześni, działajmy, jak chamy, jak galantuomy597, te dzisiejsze zmory, które nie są zdolne pokochać męskości, chyba w rozmamanej seksusu perwersji! Od jednej spódniczki do drugiej fruwajmy! Do stóp im składajmy bezmiar bezpłodności demokratycznej teraźniejszości! Płaćmy i znikajmy, zanim nam proces wytoczą o zdradę! Namiętności skalę uzależniajmy od sumy podatków nam nałożonej! Kobiet zapładnianie rozkazom odstąpmy ministra wojny! Bankierom powierzmy wszelki dobór płciowy!

Jeszcze do niedawna typem dla kobiet najrozkoszniejszym był zwykle kawaler w ekscesach przyjaźni męskiej zmądrzały i zaprawiony do wypraw myślowych. Łącząc swe wdzięki z kochanka uściskiem kobiety cichaczem, przeważnie trwożliwie, lecz nie mniej żarliwie o twórczość mężczyznę podejrzewały i tylko dzięki tej dyspozycji arcypsychicznej w ciążę zachodziły. Obywatelom ery współczesnej nie do twarzy jednak z myślowym wyrazem. Każdy już dzisiaj jest inteligentem, skoro prześcipnie598, z najmniejszym wysiłkiem, a z lichwiarskim zyskiem kulejącego życia stał się konowałem. Spryt małych ludzi pociąga kobiety i kalkulacja finansowej chwały. Adonisami599 pożądanymi są poczciwe Żydki o znacznych dochodach i konkwistadorów600 handlowych zgraja o cuchnących nogach. Najciekawszą cechą nowego mężczyzny dla niego samego i dla jego bliźnich są uciułane w chytrości pieniążki. Kobiety bezwiednie namiętność stosują do grosza urody. Macierzyństwo wielkie jest zatarasowane przez postępowe i przyśpieszone kariery niewieściej masowe porody. Nastał świat nowy, wprost przeznaczony do gwałtów nad myślą, którego firmament jest roziskrzony od chamsko-niewieściej, tandetnej pozłoty. Flirty, umizgi i popędy płciowe są beznamiętne, z góry taksowane i bardzo drogie. Dziewica w przypływie nadmiernej czułości całując z ferworem, wyzna równocześnie zeskromniałym szeptem, że „nie durna ona” i za pieszczotę chce mieć pończoszki, mały automobil, lożę do cyrku i jak najwięcej franków szczerozłotych. W zysków dziedzinie naiwnej, kupieckiej niewiasty wyzwolin swych dokonały, co niezaprzeczonym jest faktem społecznym, akulturalnym i nieciekawym. Przygnębiające, choć uzasadnione, są powątpiewania nielicznych mężczyzn co do istotnie człowieczej roli kobietek współczesnych, czy naczyń nadobnych do przelewania z pustego w próżne.

Wygłaszam tyradę, bo mam wrażenie, że twoje zaloty wobec Ewarysty są przestarzałe, a jej stosunek do ciebie skażony i pretensjonalny, bo pozbawiony najoczywistszej, realnej podstawy. Pęta was wprawdzie wyrachowanie, może ustalone, lecz niedoskonałe, bo niewyrażone, nieodmierzone w cyfrach spotworniałych. Ponieważ konkury już rozpoczęte, nie dogaduję ani słowa więcej. I tak za wiele może powiedziałem. Mimo to muszę jednak zaznaczyć, że nastał dla mnie niestety już koniec tej męskiej przyjaźni, jaka nas łączyła, gdyż nie życzę sobie, abyś choćby słowem niewiastę piękną zaniedbywał dla mnie. Przeszkody usuwam, przynajmniej z mej strony, by ten dziwacznie zakrojony romans miał ostatecznie wypaść głupkowato. Wszystko mi jedno, co poczniecie z sobą. Chcę stać z daleka od całej afery. Mocno ubolewam, że się ciaćkacie bez żadnego stylu, albowiem nie sądzę, by miłość bezkarnie dała się wytrącać z kolej i losów zawsze narzucanych przez ducha czasów lub przez bezduszność skłonną do grymasów.

— Dlaczego się sierdzisz, Omarze najdroższy?

— Nie życzę sobie czułości dalszych pomiędzy nami. Z miłości męskiej (wypróbowanej w stosunku do mężczyzn!) nie umiesz korzystać, co właśnie stwierdziłem na lichym sposobie, z jakim podchodzisz do twojej niewiasty. W słowach jesteś mglisty albo też czelny, a nieobliczalny w lubieżnych podmuchach. Samiczkę rozdrażniasz, a równocześnie podczas pieszczot przerwy manifestujesz w jej obecności przywiązanie do mnie. Takie niesłychane pogwałcenie zasad, obowiązujących w miłostce poufnej, razi mnie niezmiernie i niepotrzebnie na zawiść kobiecą czysty nasz stosunek obecnie wystawia. Mężczyzna zawsze musi mieć tendencję do zachowania linii swej własnej. Tobie zarzucam odstępstwo szkaradne od konstrukcji wszelkiej. Schyłkowiec jesteś nad wyraz niezdarny, typ przykry, nijaki, ani przedstawiciel kultury umarłej, ani też odważny wyznawca pustoty, rozpanoszonej w tym świecie najmłodszym.

— Chodź do mnie na ręce. Ugłaskam, wyjaśnię...

— Dobrodzieja żegnam nieodwołalnie. Ochmistrzem dworu Ewarysty jestem już od tej chwili. Niesamowitość tej dziewczyniny wybitna i silna ma dobrą markę, hiszpańskiej regentki stwarza atmosferę pełną uroku. Zapewne niejedną uzyskam sposobność do obojętnego spotykania pana w królowej orszaku lub na audiencjach północnych w sypialni.

— Podjudził ciebie przeciw mnie kardynał.

— Jedyny człowiek, który po śmierci styl życia zatrzymał. Poważam starca, kocham go głęboko, przyjaźń jego cenię.

— Dowiedz się, że przepadł, że go już wcale nie ma w Toledo.

— Skradziony, porwany, nożem pokrajany czy żywcem spalony?

— Za niecne intrygi i groźne knowania został na wygnanie kardynał skazany.

Książę zakniaził601 rozdzierająco, a jednak andante602. Grzbiet jak dromader w dwa garby przełamał, wąsy nasrożył, kitą niedbale w półkolu machnął i ziewająco wyostrzonym pyszczkiem źle się uśmiechnął. Na ziemię zeskoczył, z polonezową zmierzając gracją do buduaru. Pary kochanków już nie uraczył ni jednym spojrzeniem. Mamrotał do siebie:

— Więc go nie zobaczę. Sam jeden zostałem. Nudy nie przetrzymam. Lecz kto mnie zabije, gdy nadejdzie chwila ostatecznego życia obrzydzenia? Kardynał obiecał i byłby dotrzymał... Jednym strzałem oczu. Mam prawdziwy kłopot i troskę myślenia nad nowym sposobem samouśmiercenia. Co począć, co począć? Do kogo się zwrócić?... Chyba do siebie, do samego siebie... Żadnej wprawy nie mam... Zaniedbałem wiedzy tak nieodzownej... Głupia afera ma jedną zaletę: znacznie ukróca możliwą mą chętkę pobytu na świecie. Ale głodny jestem na razie potężnie. Niezbyt gościnna jest Ewarysta: skandale przeżywa jeden za drugim, nimi się opycha, o mnie zapomina...

I pobiegł truchtem. Cichcem pod baldachim wsunął się do łoża rozścielonego na dwie osoby, a stamtąd jak fryga na stolik ruchomy i zastawiony delikatesami bez pardonu wskoczył, po czym dokonawszy szybkiego wyboru, z kawałkiem makowca w czeluści wazy stojącej opodal, mozolnie sklejonej, cudem wydobytej z rumowisk Pompei, bez szelestu przepadł.

— Postanowiłem mojego kota ofiarować pani. Niech tutaj zostanie, jako najlepszy i najbardziej czuły ślubny podarek.

— Dziękuję, przyjmuję. Podwójnie ja cenię każdą ofiarność, która uprzedza przymusową stratę.

— Donny kostyczność mnie onieśmiela.

— Do tego zmierzam. Proszę się rozbierać po lewej stronie, gdzie pańskie leże. Piżamy nie mam na wzrost tak wyniosły, więc radzę koszulę poniechać również, a tylko w spodniach tych najspodniejszych pod puchy rozległej kołdry się wślizgnąć. Raz, dwa, bez namysłu. Zrzuciłam sukienkę i jestem gotowa. Po prawicy pana spoczywać będę.

— Co nastąpi teraz?

— Wypijmy likieru. Ładny z pana chłopiec. Włos czarny faluje, aksamitne oczy, usta purpurowe. Proszę mi nogi gołe pokazać, tylko kołdry nie miąć. Zarostu małpiego prawie że nie ma. Stopy są wąskie. Podbicie może nieco za płaskie. Ręce wypieszczone. One jedyne posiadają wyraz, którego odnaleźć nie mogę na twarzy.

— A więc o to chodzi! Nie poszła na marne ojca Yetmeyera wywrotna nauka.

— Jeżelibym chciała, mogłabym pokochać i bez wyrazu. Piękna pańska buzia. Nie nawiedziła mnie jednak ochota do kosztowania niezbadanych smaków, a to wyłącznie z tej prostej przyczyny, że wstręt mam wrodzony do połykania czy wypluwania jałowej żujki. Wiem, jak smakuje samca pewna świętość, zapamiętała i niczym nietknięta, która coś kocha, coś poza kobietą, cokolwiek, co nie bądź.... wciąż czujna i trzeźwa, na zabój pamiętna. Tylko do takiej świętości wpuszczona może kobieta od mężczyzny doznać słodkości poczęcia, wijąc się z radości, że najprawdopodobniej on jeszcze przyjdzie, raz tylko jeszcze... I nie śmie marzyć, aby było więcej, by możliwości żadnej nie spłoszyć. Jako przystoi na córkę granda, pisać nie umiem, ale czytam wyraz nadpowszedniości na męskim obliczu wprost nieomylnie. Na taki przysmak łakoma jestem, w miłości pochopna i bezprzytomna. A uroda pańska? Gdzie zakochania nieodzowny wyraz?

— Panią mógłbym kochać...

— Żart nieoględny. Przyjmijmy jednak. Ale co poza mną, poza popędem? Więc jakie kochanie dawne, niewymierne, zniewalające głowonoga-zbója życiowych sensów, ty mnie przynosisz, by kwieciem marzenia tego umaić naszą noc poślubną? Ja nie chcę wskazania na upodobania, na sentymenty, lub na ideał czy inny futerał, w którym się chowa precjoza moralne! Gdzie jest ten żywioł, który pomysłów twych żagle rozpina, wpław przeciw prądom nurt życia przebywa, poczciwości szarga, ochrania, zabija, trwoni czy sknerzy, prostuje lub zwija? Jest archaniołem czy opryszkiem bywa, jadem zawiści każdy krzew opluje albo dobroci trądem się okrywa? Gdzie jest gorączka płynąca w twych żyłach, co łodyg łąkowych mlecze wypija, gdzie mroźność stugębna, co serca płomienne huty cynkowej, war kotłów parowych, zenitów słonecznych junackie ognie, żarliwe iskierki ludzkiego natchnienia w lodu powijaki zagarnia, przeklina? Gdzie jest ten obłęd wiecznego kochania, od samej kolebki pozbawiony grobu? Gdzie myślenia siła, co Niagarą na złamanie karku spływa po ciemieniu brata-kretyna, wyobraźni rytmu staje się motorem, flagę na basztach swej dumy wywiesza, od obcych bogów pioruny odbiera i chlastawice603 swoje im posyła, w łabędzią szyję steru się wygina, do którego człowiek całego życia skapcaniały rozum skwapliwie przybija?

— Napijmy się znowu!

— Na zdrowie nasze i na pohybel! Jam romanśnica604 i lubieżnica, piękne ciało wielbię, ku jego parnocie cała się przeginam, swawoli męskiej w wnętrzu oczekuję, ale z powabów rozkosznej nagości musi coś powstać, co można by duszą nazwać po staremu, coś nieuchwytnego, a w kształtach i w barwie, co jak zbrodzień jastrząb na samym szczycie samotnych chlądów605 godzinami duma.

— Wyśmienity likier. Psychicznej plomby domagasz się ciągle na pionkach cielesnych.

— Żądam wyrazu, który mnie zapala i w płciowość pogrąża. Od wdzięku wyrazu człowiek się zaczyna. Wszystko poza tym, a raczej poniżej: nudna zwierzyna albo manekiny zbyt hałaśliwe. Ludzi niewielu na szerokim świecie. Od ciebie wymagam, byś jako Orgaz lub pan Havemeyer twą maskę wyjawił, a kochanką będę wprost zawadiacką, przeszczodrą, szaloną. Oblicze twoje dzisiaj nic nie znaczy. Handlowiec, pismak, fabrykant, generał czy politycznie zabrudzony mener606. Nad panem dumając, niejednokrotnie miewam podejrzenie, że spryciarzem jesteś, który własnoręcznie swe mrzonki zastrzelił, aby się pozbyć życiowych omyłek, ażeby do kalek psychicznych być zaliczonym i ciągłe uznanie dla bohaterstwa wymuszać swego, a wszystko razem jedynie w celu sprzęgnięcia miłego pogardy dla siebie z pogardą dla drugich.

— Nic o sobie nie wiem. Zaniedbałem cały mój autoreferat. Gdybym był kochany, mógłbym się dowiedzieć coś niecoś nowego o samym sobie. Miłosne reakcje na wylew uczucia zbadałbym chętnie. Przykro mi się żenić, chociażby bez ślubu, z osobą krytycznie nadzwyczaj ujemnie do mnie uprzedzoną. Ponadto zmuszasz mnie, ukochana, bym dotychczasowym twoim wywodom przeciwstawił moją, czysto erotyczną, prostacką koncepcję: najbardziej podnieca kobieta wówczas, gdy tak zwaną duszę, zresztą czcigodną, przemienia w ciała, w piersi, w łydek powab.

— Proszę, jeśli łaska, wziąć ze stolika zieloną karafkę. Proponuję panu nieznany mu trunek. Zajmujący wyrób prawosławnych mniszek. Przepyszny gatunek słodkich rosolisów607. Elixir d’amour608, jak go ochrzciła firmowa nalepka. Wydudlij trochę, a może zrozumiesz lepiej, co mówię i po co!

— Pani chce mnie upić, abym nie całował, nie atakował...

— Koszulkę zdejmuję, abyś miał wygodę, nie stękał, nie prychał...

— Ewarysta cudna chce mnie upokorzyć...

— Tuż przy tobie leżę, a nic się nie boję. Weźmiesz, splugawisz. Niewątpliwie przykre... Dawno przemyślałam... Miewam często ręce zanieczyszczone... Umywam i wnet zapominam, kiedy schludna jestem. Dziewictwo również zostaje nietknięte, jak długo niewiasta mężczyzny sama do siebie nie wezwie z tęsknoty za płodem. A we mnie cicho. Skłaniam się ku tobie, ale nic jeszcze w moim macierzyństwie nie krzyczy za tobą. Możesz mnie używać, gwałtem czy podstępem, a ja nawet nie drgnę. Smutno mi nawet, że się przed panem rumienić nie mogę...

— Proszę spróbować i raz pocałować, raz jeden od siebie...

— I to również mogę, lecz, po cóż miarkować jak najwyraźniej, że obojętna jeszcze maska twoja.

All devils!609 Więc właściwie po co wpuściła mnie pani?

— Niekoniecznie trzeba zaraz wszędzie pieścić, zwłaszcza gdy paznokcie posiadają fason tureckich sztyletów. Można usiłować poleżeć chwileczkę spokojnie i grzecznie. Od takiej pozycji nachodzą mnie zawsze najweselsze myśli.

— Po coś mnie, po coś do siebie wpuściła?

— Pragnę cię wychować, maskę ukształtować, ze skrzepów krwi twojej wybiczowanej, zgorączkowanej kochanie powołać do mózgu, do serca, Orgaza wyraz namiętnie całować, od ciebie do tańca tylko odchodzić, a ciebie przy sobie na cały czas dziwów i marzeń radosnych usidlić, zatrzymać.

— Pshw! Co mi tam po tym, że coś ma być kiedyś! Cały dygocę, nie mogę wytrzymać. Miłości pragnę dzisiaj, zaraz, teraz...

Nader się rozrzewnił z nadmiaru likierów. Niebezpiecznie pobladł. Wylazł spod kołdry, na brzuch się przewalił i nogami bębnił o łoża tarczę. Zanurzywszy głowę w puchach poduszki, półgłosem ślamdrał610. Schwyciły go wkrótce obrzydliwe mdłości.

Ewarysta szybko światła pogasiła, które jak łuczywa terakotowi wzniecili Etiopi, a rozwidniła na zewnętrznej stronie zasłony z brokatu robaczki zielone, zmyślnie rozpuszczone w świętojański nastrój nocy wysztucznionej. Zagrzała mu kawę i szklankę sodowej do gardła wmusiła.

— A ja pani powiem, że wolę kokoty611 i że bardzo cenię tych kobiet odmiany liczne i bogate. Tam wszelkie kawały intelektualne czy sentymentalne o tyle możliwe, o ile sam sobie ułożę zabawę. Proceder amorów również jest skrócony i uzależniony od męskiej batuty.

Usiadła przy nim, usta mu wytarła. Na wznak się wyciągnął ubezwładniony.

— Teraz jest pan ładny. Wyraz nieprzytomny i bardzo zbolały urok posiada wprost niezrównany. Zwłaszcza sfałdowany przy ustach uśmieszek i oczodołów dwie groźne pieczary nadają twej twarzy piętno wypalonych i osmolonych ogromnych wspomnień. I widzę niezbicie: możesz być Orgazem, wspaniałym, wspaniałym!

— Czy tylko wówczas, gdy będę tak leżał wódką zamroczony i zohydzony?

Cierpieniem zmożony i upokorzony ogromną przegraną.

— Po cóż mnie pocieszasz, gdy władzę straciłem i wyczuć nie mogę, ani też dokonać rozkosznej pieszczoty? Ciągoty po żyłach, jak ćmy uganiają, zziajane, przegnane i zebrać się w hufiec waleczny nie mogą.

— Sił nagły opad bywa bardzo miły. I przyznam się panu, że omdlałego mężczyzny widok mocno mnie zajmuje, zachwyca, podnieca.

— Ach tak, więc zboczenie?

— Proszę się nie ruszać, bo głowa rozboli i mdłości powrócą. Snu, który się zbliża, nie wolno odpędzać.

— Pani się stara, ażebym oniemiał, oślepł i stężał.

— Zachwycona będę, z góry przewiduję fizjonomię pańską na poły martwą, prawie konającą. Stale poszukuję uśpionych w letargu, gazem odurzonych, zachloroformowanych, zahipnotyzowanych, z rzeki wyłowionych.

Havemeyer przysiadł oparty na dłoniach rozchybotanych. Dusznej grozy ciarki biegają po karku. Pot spływa wzdłuż nosa. Dygocą wnętrzności. Na strunach głosowych trzeszczące jąkanie wiruje w gardle.

— Powiedzmy otwarcie, bez żadnych upiększeń, że pani szanowna kocha się w umarłych?

— Ja lubię trupy, szczególnie męskie.

— To nekrofilizm. To cecha wyrodna. Zbyteczny dla pani jest żywy kochanek!

— Niech pan się nie rzuca, gdy nic nie rozumie. Miałam Manuela. Tęsknota go żarła, by mógł być rycerzem. Poszukiwał walki, zręczność przeciwstawiał wszelakiej sile, mścił rozliczne gwałty. Żądzą nieskromną do niego pałałam, bo był niemądry, a ja durna byłam. Kochanek mój spotkał, jako toreador, cudnego byka, dzielnego Corcito. Manuel niezdarnie skłuł harde zwierzę, po czym sam pchnął siebie. Ja zabiłam byka z miłości do obu. Tuliłam do serca oba martwe cielska. Wskrzesić ich chciałam. Rzucałam rozpaczy najczulsze zaklęcia. Gorącym łonem wygasłe ich tętna ocucić pragnęłam. Wówczas poznałam tę rozkosz grzęzawą, tę lubież zachłanną, gdy ciało zastygłe w ramiona opada, w zaszklonych ślepiach kotłuje się próżnia, ręce bezwładne, rozkapryszone, spopielałe czoło, na ustach wrzaski boleści zamarzłej, a w nas żądza bełczy, pragnienie dudni, myśl chrobra się śmieje, by nazad do żywych umrzyka powołać, krew pognać po żyłach, język uruchomić i umotylić zwapniałe powieki, a potem całować, pieścić się i ślinić, po ziemi się tarzać z cudem swoim własnym!.. Prawicie często aż nadto wiele o czystej twórczości. Czy z was kto rozumie, co znaczy posiadać moc nadzwyczajną wskrzeszania skołczałych? Kto poznał tę radość, kto zmartwychpowstania weselisko zbadał i wzgardę zwątpień od marzeń oddalił, od marzeń dzieci o sercach olbrzymów? I komu z żyjących można ofiarować bezgraniczną miłość tak śmiało, niezdarnie, jak cichym i skromnym, zastygłym truposzom?

— Ciemno mi w oczach, tętno opada, duszę się, mdleję...

— Będziesz uroczy. Marzenie moje o tobie, Orgazie, już chyba tylko w Hayemeyera konaniu odżyje. Jakże tęskniłam, byś zmysły postradał! Wyśniłam sobie, że w trumnie spoczywasz... Albo wyparpuję pożądane ciało z grobu pustyni, z bursztynowych piachów... Już nic nie czujesz? Serce ledwo bije... Teraz się wkradam do ciebie naga... Piersi układam na twoje piersi, uda na uda... Usta przylepiłam do lodu warg twoich... Skowronie ci będę tajemnictwa612 płoche... Masz się zarumienić cokolwiek, nieznacznie! Sparnia613 jest ogromna od namiętności, jaka ze mnie bucha!... Powoli możesz już zacząć oddychać... Obudź się lekko! Nie przecieraj oczu, lecz po omacku staraj się żądzę moją zadowolić... A nie bądź ślamagą614 i nie waż się czasem tej chwili styrmanić615...

Jak ogar skulony przy bursuka jamie, niby skaczaniały616 i niby uśpiony czyha na ofiarę, tak Havemeyer w pozie niemrawego bieśnicę617 rozwydrzył do miłosnych czuchrań, by otumanioną dzikim figlowaniem w stosownej chwili opleść ramionami, ugiąć pod siebie krnąbrną dziwożon, przylepić jej ciało do chuci wezbranej i runąć z nią razem w otchłań rozkoszy rozblomblowanej618, ogłuchłej, bluźniawej619...

Poberesili620 do samego rana.

Pozytywna męskość i niestrawny romantyzm

Rozbełdowane621 fiolety zarania zbudziły Omara. Na usta wazy mozolnie wypełzał i z miną drania, szczwanego badacza sprośnych sytuacji, bezczelnie oglądał skłębione ciała, poduszki spiętrzone, rozlaną kawę na prześcieradle, na skórze lamparciej z likieru jeziora, sponiewierane ciastka na ziemi. Wie, co oznacza ta pogromowa iście dekoracja, więc śmiechem sylenim, kichaniem kobolda i seplenieniem światłego fauna świadomość zaznacza. Przykucnął na szczycie nocnej kryjówki i łapką przeciera stroskane oblicze, lecz ewolucją tą nieoględną przeważył naczynie dotąd tak cierpliwe. Gruchnęła waza, poleciały szczerby. Przytomny książę błyskawicznie brysnął622 na fotel sąsiedni, gdzie ocaloną swoją równowagę dla niepoznaki pomiędzy plerezy623 wtulił porzucone.

Spłoszył kochanków potępieńczy łoskot. Są pokudłani, w ustach niesmak drzemie, do oczu dochodzą codzienności fałsze.

— Jak to się stało? — wystraszonym szeptem ziewa Ewarysta.

— Zaraz pani powiem.

Orgaz się gramoli i pończochy wdziewa.

— Kto wazę potrącił? Yetmeyer niezwykle cenił to naczynie. Będzie awantura.

— A ja sądziłem, że o co innego pani zapytuje.

— Nic poza wazą rozbitą, cacaną, nic mnie nie zajmuje. Czy kolekcjoner zrozumiał dokładnie?

— Dziwne doprawdy, bo byłem pewny, że nocy dzisiejszej miłosne zdarzenie omówić należy.

— Nic nie pamiętam, o niczym nic nie wiem.

— Dosłownie powtórzę wszystko, jak było. Otóż na Orgaza, jak pani orzekła, posiadam rzekomo wspaniałe warunki. Maskę świętości, dla pantomimy tak pożądaną, osiągnąć mogę przez sfingowanie nieprzytomności.

— Teoria słuszna, której nie przeczę. A równocześnie z przykrością stwierdzam, że dotychczas jeszcze pan nie wytrzeźwiał.

Orgaz rozszczepia pogmatwane szelki. Po czubek nosa oblubienica zakryła się kołdrą.

— Jesteśmy po ślubie i zmitrężeni, jako przystoi na nowożeńców — Havemeyer stwierdza.

— Jeśli pan uważa, niech mu i tak będzie. Do siebie pan wracać musi jak najprędzej. Po co teraz gadać? Czy dzień nastał po to, aby opowiadać, co było w nocy, jak i którędy?

— Nienasyconą do ciebie, luba, odczuwam tęskność. Minionej nocki uroczystość ślubną ochotę mam wielką przedłużyć znacznie, choćby na następne wszystkie dnie powszednie.

— Do czego zmierzasz, wcale nie miarkuję.

Małżonek włożył zmiętą kamizelkę. Podchodzi do łoża, mozoląc na szyi uparty kołnierzyk.

— No powiedzże teraz bez żadnych wykrętów, powiedz, że mnie kochasz!

— Słowo to jest zawsze coś mniej lub coś więcej. Słów wielkich nie lubię. Zawsze mnie zmora dziwna prześladuje, że wyrzuciwszy z siebie powiedzenie znaczne i ważkie, już potem nie można odnaleźć w życiu właściwego miejsca, z którego poród tych słów się wywodził.

— Rozumiem odpowiedź, że przez określenie nie chciałabyś spłoszyć uczuciowych sensów, czy też je pozbawić miłosnych treści.

— Havemeyer nudzi. O nic mi nie chodzi. Pospałabym chętnie.

— Czułem twoją miłość upalną, przewrotną. Dowiedz się, istotko zbałamucona i zakłamana, że ani chwilkę omdlały nie byłem, ani też pijany, że wobec wybryków twoich i dąsów użyłem podstępu i że oczyma zupełnie trzeźwymi obserwowałem lubieżne twoje praktyki ze mną.

— Nic nie pamiętam, panu się śniło.

— Nie burcz ponuro, pleców nie pokazuj i nie zaprzeczaj. Pragnę być Orgazem...

— W niczym nie przeszkadzam. Ględzenia mam dosyć.

— A ja przekomarzań dalszych nie zniosę. Proszę, odpowiadaj: miałaś przyjemność?

— Kiedy, jaką, po co?

— Tylko nie udawaj! Przyjemność czy miałaś dzisiaj w nocy ze mną?

— Spałam beznamiętnie, likierem byłam całkiem odurzona.

— Ale przed spaniem?

— Piliśmy zawzięcie.

— Czy mam ci pokazać twych zębów ślady na moich lędźwiach?

— Trud byłby zbyteczny, gdyż ukąszenia są dziełem moskitów.

Krawatu nie wiąże, ogarnia go wściekłość.

— A o zasadzkach na życie moje ukartowanych przez Yetmeyera również nic nie wiesz?

Ona oczy mruży, wysunęła głowę, zacięła usta, aż porwie się wreszcie i syknie zawzięta:

— Proszę nie wrzeszczeć, bo ściągnie pan ludzi. Nigdy nikomu nie dałam się dręczyć. Od tego jestem, aby sama sobie zadawać męki!

— Powiesz natychmiast, czy przygotowują w Weselu Orgaza dla mnie śmierć podstępną? — ryczy Havemeyer zzieleniały, drżący.

— O niczym nic nie wiem. Nic mnie nie obchodzi. Skąd przypuszczenie? Pan mi obojętny, więc nie badałam...

W skoku nieprzytomnym na łożu uklęknął i z pełnym rozmachem policzek wymierzył. Jak slepoń624 łapczywy i napastliwy bzyknęło klaśnięcie. On głowę pochylił i rozpacz wstydliwą swego porywu na łonie jej skrywa. A baletnica oszołomiona, z pręgą różową na liczku lewym, wyprostowana, jak w trumnie leży. Powieki spuściła, została uśpiona. Woskowy profil klasyczną dumę mrozi i ścina, bo w nic już nie wierzy. A-to-tso? — szepcze, A-to-tso! — wzywa.

Omar całą scenę przez wydrążenie w fotelu zoczył625. Już się przekonał, że dawny pan jego to pospolity, nowoczesny brutal. — Można kobietę sprać rózgą, szpicrutą, porwać za włosy, ugodzić sztyletem, ale niewieściego oblicza mężczyzna prawdziwy nie dotknie inaczej, jak ustami tylko. Ten kolekcjoner, to bydlę prawdziwe, do demokratycznej postępowości i do współczesnych myślowych światów przystosowany pierwszy kandydat na krzesło w senacie, pomiędzy braćmi flaszkomyjami626, kalikantami627, gazeciarzami i podobnymi uludowionymi dygnitarzami, co atmosferę całej Europy pospolitości wypocinami już zagiździli628, a uczciwością przezwawszy podłotę, honornej hołocie poprzypinali ordery na zady. Wart jest Europy ten Amerykanin. Spotka go jeszcze z mej strony oplwanie demonstracyjne i coram publico629, bo na nic innego świntuch nie zasłużył. Obecnie jednak zapobiec muszę powrotnej fali tych gwałtowności i nie pozwolę na dalsze znęcanie się nad Ewarystą!

Książę pocwałował pod drzwi balkonu i tam pazurkami zupełnie nieznośnie i niedwuznacznie czemcha630 o podłogę. Odgłos harmideru po całym piętrze skrada się i wdziera. W ten sposób chmyzek631 mocno zadzierżysty usunąć się stara Havemeyera i przerwać raz wreszcie seans erotyczny.

— Omar! Gałganie, uwziąłeś się chyba, by za wszelką cenę mnie skompromitować! — strofuje gniewny pogromca niewiasty.

— Już ja ci odpowiem w chwili odpowiedniej. Proszę mnie wypuścić. W zadusznej alkowie porannej pogody nie warto marnować. Kawaler szlachetny z wysokiego rodu o takiej porze wyjeżdża konno, w sportach się trenuje, pada w pojedynku albo zabija, albo też w końcu powraca dopiero z myśliwskiego klubu, od bakarata632 czy znanej tinglówki. O świcie języka na łamigłówki dialektyczne nikt nie poniewiera, ani pijackie wszczyna porachunki. Witają jutrzenkę burdami w szynkowni czy też w zamtuzach633 wyłącznie żołdacy zawsze niewybredni, urzędnicza sfora, sfora powtarzam, a nie żadna sfera, po każdym pierwszym każdego miesiąca lub też im podobne drobnego mieszczaństwa paskudne podpory. Filarom społecznym takie rynsztokowe ekstrawagancje są niemal niezbędne, gdyż z nich one czerpią swe zbawcze pomysły do odnawiania wszechmoralności. Szkoda mi czasów, kiedy to nachalny civis634 i wyborca, dostawszy po mordzie, od razu wyznawał, że próżnię ma w głowie, że cały aparat do wyczuwania setnych subtelności nie funkcjonuje i że morałami nie wolno jarmarczyć635. O współczesności nie mogę myśleć. Placek makowy był niedopieczony i bardzo zaszkodził mym kiszkom nerwowym. Proszę mnie wypuścić! Zaczerpnę nieco świeżego powietrza, popatrzę na ludzi, tych nowych, tych przyszłych i na ich głowy wyrzygam się chętnie.

— Przestań już bzduczeć636, przekorny zrzędo! Znarowiony jesteś, a złego brzucha dostałeś637 w dodatku, co, jak wiadomo, w jednym okamgnieniu każdy światopogląd, najcenniejszy nawet, obala i zmienia. Wyjdziemy razem.

— O to tylko chodzi, ty prekursorze wyfraczonych zbirów!

Ewarysta leży wciąż nieruchoma i w próżnię wziera, gdzie się poniewiera ostatnia chimera638. Liczko nieco puchnie i bruśnieć639 zaczyna. Natomiast w głowie robi się jej bystrzej.

Orgaz, we fraku na ramię rzuconym, byczy się640 wytwornie, sztywny ukłon składa.

— Kiedy będzie wolno odwiedzić ciebie, moja ukochana?

— Kiedy pan zechce...

Wysuwa się nędznie, jak gad z oczerecia641. Nieznośnego smerdę z sobą wyprowadza i nie zauważa dwóch tylko, ogromnych łez poweselnych, które łysnęły światełkiem zbójeckim pod powiekami spoliczkowanej. Donna Ewarysta w sobie nadsłuchuje. Jest powołanie kobiecej dumy i sołtysowa rozbrzmiewa fartaszka642 na pomstę okrutną za zmarnowanie umiłowania, za zmizerowanie rozkoszy cudackiej, za przegadanie tajności całej i za łotrowskie sponiewieranie. Gdyby Dawidek pacambuł643 już nawet nie zechciał, Orgaz chowierał644 teraz musi zginąć. Camera obscura i Podrygałow i ślubny kobierzec... wszystkiego użyje, wszystkim się posłuży... Taniec trzech uśmiechów wypadnie wspaniale! Udźwignie ciężar doskwiernej645mądrości, którą nabyła dzisiejszej nocy i z tym ołowiem na duszy, na sercu, pohasa sobie bez zaprzestania, aż do ołtarza, do ublubieńca, do samego zdechu646...

Havemeyer kota wypuszcza na schody. Omar się odwraca, pyszczek otwiera, dławi się i charcze.

— Połknąłem tyle po tobie niesmaku, mój miliarderze, że na wymioty ciągle mi się zbiera. Najbardziej niestrawne są dla mnie okazy dorobkiewiczów, tych legendarnych eksuliczników, skromnych pastuszków, gazet sprzedawaczy, sprytnych kuchcików czy pomywaczy uchodźczych okrętów. Gdy dzięki zdolnościom, raczej machinacjom, dochrapią się wreszcie w bankach depozytów, lub gdy liberię wdzieją państwową, nad każdym życia bujniejszym objawem, nad uskrzydloną jakąkolwiek myślą bez względnie się pastwią. Kochania nie znają, ani też radości. Zszargać, doskulić647, zatruć i wyszydzić, to libertynów tych opryskliwych najwznioślejsza pasja. Miłować? — pytają — dlaczego i po co? Co mamy z tego? Oni chcą mieć rację na posterunkach, gdzie straż pełnić może wyłącznie fantazja. Myśli celowość niby to hodują, a przecież wiadomo jest wszystkim od dawna, że pomysł pudłuje, gdy nie wyniańczy go wyobraźnia, która wzorowo pieluszki przewija i nikłe niemowlę ścisłego myślenia poprawnie odkarmia. Praktyczna barbaria! Chełpi się zazwyczaj, że racjonalizm współczesny funduje. Bezczelna hałastra do cieniów Voltaire’a648 śmiało się przypina! A wszystko dokoła więdnie, dogorywa, bo oni panują, rządzą i dyktują. Ja, książę Omar, ryzykant i bankrut, typ wraży i smutny, nieobowiązująco, tylko wskutek mdłości i męczącej czkawki, chory na puchlinę abderyckich649 wstrętów, z tęsknotą wspominam bezprzyczynową, irracjonalną, kosmiczną miłość, od której wszelkie tworzywo pochodzi, tę atmosferę, bez której myśl zdycha, ten płomień, te wody podniecające siebie nawzajem, aby życie było.

Karierowicze Wschodu i Zachodu, na myśli ugorach zdrętwiałe badyle, piskuny wylęgłe w uczuć kołbaniach650 — łączcie się ze sobą w zjednoczone stany skrzeczącej miernoty! Wy wszystkie białe, czerwone, zielone, międzypaństwowe sojusze tępoty, ty narodowej plotki poczwaro, mafio sprzysiężona do spędzania płodów, gmerków651 trybunale do prześladowania myśli ukochanej Teraźniejszości! Tobie wszechmocna, twemu pojednaniu wielkich hołodrami652 po lewej stronie i po stronie prawej na pożegnanie, z nudów i bez żartów wzgardę wypowiadam, a przez delegata czczości wypranej z wszelkiego kochania, przez Havemeyera, waszego fifaka653 — szanownym panom wszystkim do pospołu policzek wymierzam!

Fuknął opryskliwie, pazurami wyciął Havemeyera w prawy policzek, wywrócił koziołka, po czym już dostojnie, rzygając po schodach, zeszedł do ogrodu.

— Fiksum-dyrdum cierpi654 — rzekł kolekcjoner, krew ocierając jedwabnym fularem.