Cześć myśli szarej, zmechanizowanej!
Pchnął okna na oścież, w fotel się wywalił swego gabinetu. Duwa655 ciemnosiwy, długoletni pieszczoch, najniezawodniejszy z listonoszów wszelkich, do pokoju wpada, ochrypły, zdyszany i zapocony. Na biurku siada. Szyfrową depeszę przywozi na szyi. Odczytywanie jest długotrwałe. Jakoś się klei.
„Wyspa Wight. Postój pierwszy. Po północy druga. Kalaputryna656. Papież coś zmiarkował. Noc była łagodna. Nieustannie gęgał657. Chciał rewidować moje kuferki. W jednym kardynał. Nie pozwoliłem. Towarzyszów zmotał i rewolwerami wszyscy mnie zmusili do lądowania. Do sanatorium, gdzie leczą choroby krtani, uszu, nosa, z aparatem wpadłem. Ogólne kichanie i przerażenie. Pożądany popłoch. Wówczas zaufania kwestię postawiłem. A-to-tso przeklinał, więc w twarz go wyciąłem. Osłupiał. Zdurnieli. Szybko rewolwery odebrałem wszystkie. Dobrowolnie potem kardynalne pudło lekko uchyliłem. Gdy majtki kobiece na wierzchu ujrzeli, od śmiechu ryczeli. Wytłumaczyłem, że Eskimoskę, wielką elegantkę, mam za kochankę. Papież przepraszał i błogosławił, ale obstaję, by był pojedynek kiedyś w wolnej chwili, gdy będzie na rękę takie załatwienie z A-to-tso rachunków. Draniaszki ufają mi już bezwzględnie i uważają, żem przedni kieptarz658. Nie przeczuwają, co wkrótce ich czeka. Po przepłukaniu ust, gardziołek, nosów, ale w restauracji, gdzie zapłaciłem rewolwerami skonfiskowanymi, i po nadaniu niniejszej depeszy, wsiadamy, jedziemy. Jesteśmy weseli. Niezbyt dokładnie szyfry pamiętam, więc myłki możliwe. Sahibie! — konstrukcja! Do stopek się ścielę. Sadhus Onczidaradhe”.
Zapalił cygaro, odrzucił kołnierzyk i zdjął lakierki. W pantoflach duma.
— Dlaczego z reguły niemal tak się dzieje, że człowiek pokroju mnie podobnego w kałalbałyk włazi659? Stanowczo za mało dotąd uwagi poświęcałem sobie. Kto właściwie jestem? Nie mogę uwierzyć, aby tak było, jak gromił książę, czyli bym koniecznie miał występować jako ten typowy i godny delegat najmiłościwiej nam dziś panującej na obu półkulach wszechprzeciętności. Omar mnie obraził. Wcale nie uznaję tyranii szalbierzy, udzielających sankcji moralnej nonsensów żołnierzom. Powodu tylko odnaleźć nie mogę, po co i dlaczego unosić się gniewem? Nic mnie nie wiąże z czasem teraźniejszym ani też z przeszłym. Przyszłość mnie zajmuje, a takie spojrzenie do wniosku zmusza, że właśnie jesteśmy w przededniu połogu cywilizacji zupełnie nowej. Wypadek jest ciężki i świat jest chory na zakażenie myślenia mikrobów. Silną gorączkę, ubezwładniającą, obecnie przechodzi. Czy kto mych bliźnich współczesnych ocali, w to szczerze wątpię. Na zanudzenie siebie i drugich wraz z potomkami są wszyscy współcześni z góry skazani. W myśl założenia tego prostego, koniec ich przyspieszam przez zakupienie i urządzenie Wyspy Zapomnienia. Że mało mówię i że nic nie piszę, z tej tylko przyczyny skromniutkiej wynika, iż nie mam do kogo, bo nikt nic nie słyszy. Dziś nic nie wolno, wszystko jest dla ludu „pracującego”, dla inwalidów rozbohaterzonych i dla tych skarbów, które państwo trwoni z wielkim namaszczeniem. Chcąc zrobić cokolwiek, nie można pytać, gdyż zaraz zabronią. Jeśli coś się stało, zawdzięcza istnienie wyłącznie zrządzeniu, że dawno było niedozwolone albo zostało wnet zakazane tuż po narodzeniu. Przygotowując podkop zasadniczy pod mumię kultury dawno pogrzebanej, z zamiarem zbrodniczym nie bardzo się kryję, gdyż ogrom kontroli demokratycznej jest zapatrzony od świtu do nocy w bezbrzeżne ziewanie współobywateli, którzy upadają wprost pod ciężarem gąb rozdziawionych nad własną pustką. Nikt paradoksów dziś żadnych nie mówi, ani też pisze. Paradoksy żyją, najlepsze ze wszystkich, jakie kiedy były. W dzisiejszych stosunków układzie zagmatwanym przyjąłem dewizę: drudzy są od tego, by głupstwa gadali, ile tylko mogą, ja zaś żyję po to, abym mądrze milczał, przemądrze milczał i nigdy nikogo ani nic nie słuchał.
Widzę mnóstwo rzeczy, wszystko niemal słyszę. Nic mnie nie porywa ani nie rozczula. Siła namiętności czy mnie opuściła, czy nie nawiedziła. Nerwowy nie jestem. Spokojnie przyjmuję i w tempie roztropnym oddam, co należy. Fachowej roboty nigdy nie ceniłem. Urządzenie świata, takie niewygodne, uczy dość wymownie, że specjaliści mają dar niezwykły do wyjawiania niedoskonałości szczególnych pomysłów i że nad przepaścią nie do przebycia wnuki wynalazcy całymi latami dumają z rozpaczą o ograniczeniu ludzkiego umysłu. Pracę natomiast, tę opiewaną i zachwalaną, o tyle uznaję, o ile można brać ją na pół serio, jako ochronę przeciw ludożerstwu oraz jako środek — dotąd niezawodny — choć nader powolny, na wytępienie zbyt rozmnożonego rodzaju ludzkiego. Nie zarobiłem dotychczas jeszcze grosza choć jednego. I wszystko jedno, czy wydam tyle, co teraz zużywam, czy sto razy więcej. Mniej mieć nie mogę, a tylko więcej. Demokratyczna w tym tajemnica, jak mnożyć miliardy, byle spoczęły w papierach, w gotówce, i byle właściciel nie uległ chętce nabycia wśród swoich nieruchomości nieco rozległych.
Dziwić się nie lubię nikomu, niczemu, bo to liryczne wprowadza nastroje, których nie wyczuwam. I to mnie różni od Yetmeyera niemal zasadniczo. Zresztą we wszystkim zgodzić się z nim mogę, choć słówkiem nie pisnę. Walki nie znoszę, bo przegrać łatwo, co upokarza. Przy przeciwnościach trwam w pewnym uporze czysto sportowym i tylko tak długo, jak długo wnioskuję roztropnie, na chłodno, że kalkulacja czy przechytrzenie niebezpieczeństwo rozgrywki umorzy. Z tym przekonaniem wciągnąć się dałem w tutejszą kabałę z Weselem Orgaza. Wiem, że mi coś grozi, lecz manewruję, by ostatecznie nie popsuć zabawy sobie samemu, a tym mniej jeszcze rozwydrzonemu siepaczowi memu.
Tysiącem barwnych odmian znużony, w bezbarwność wszelką, jako w ideał cichy, nieprzytomny, spojrzenie wlepiłem. (Sądzę, że mi wolno od czasu do czasu, dla ułatwienia funkcji umysłowych, użyć ideału, jako idealnej quasi-definicji). Upodobanie to moje sprawiło, że w własnej sylwetce, narysowanej zupełnie niedbale, choć z artystycznie wybitnym zacięciem, jestem całkiem bławy660. Nie osiągnę więcej. Dla roli Orgaza chcą aranżerowie nałożyć mi maskę świętości, miłości, żywiołu spełnienia i wszelkich innych możliwych obcości. Gdy nie usłucham — będę ukarany. Ostatni wysiłek o charakterze na wskroś pokojowym podczas kongresu religijnego ze mną uczynią. Pojęcie Boga pod nos mi sprowadzą i umożliwią, bec à bec661, spotkanie z fikcją naczelną a nieśmiertelną, więc przez to samo każdemu mózgowi bliską, poufałą. Wiem, na co liczą: że ja się roztkliwię. Jedno jest pewne: nie ma anatoma, który by wskazał, w jakiej to komórce lichej mojej głowy i w jaki sposób pomieścić się może pojęcie trwałe i rzeczywiste o wszechmocnym Bogu. Lecz wcale uprzedzać nie chciałbym zjawisk, które może przyjdą. Kto wie, co być może... Bywało niekiedy, że ni stąd, ni zowąd...
Bez bufonady powiedzieć mogę, że wszystko rozumiem. Rozumiem w sobie i porządkuję. W tym, co przychodzi ze świata zewnętrznego, niezrozumiałych myśli nie spotkałem, natomiast bez liku zauważyłem pomyśleń jasnych, ale nierozumnych. Zaletę w sobie odkrywam bezwiednie: umiem najuprzejmiej przyjmować u siebie źle wychowaną a rzetelną nudę. Z drugiej zaś strony umiem mą zabawę oddać bez namysłu do zepsucia drugim.
Lecz po co żyję? Po co ostatecznie?...
Coś mi się widzi, że wciąż mam jeszcze czere-mere w czubku662...
Czy to jest pytanie? Kto mi sondowanie samego siebie narzucił tak obce?
Myślę. I tyle...
A myśleć umiem, niezgorzej, najściślej. Wiem o tym na pewno...
Myślę i myślę, najoczywiściej i najlojalniej...
Wówczas nie czuję, że byłem, że jestem, że być jeszcze mogę...
Ten brak poczucia rzeczywistości, gdy myśl się mozoli, jest życia mego najsurowszym prądem.
Bunt jakiś się okłada w czystych sylogizmach663, a ja nieruchomy i nadal pokorny... Myślę, więc nie czuję... myślę, więc nie jestem...
Gdyby się zgodził jakiś pan uczony, ja bym spróbował pracować mózgiem, gdy serce nie bije.
Tkwią we mnie zalążki do nieśmiertelności zgoła niebywałej, bo funkcjonalnej, że ją tak nazwę; ani fizycznej, a nigdy i wcale nie metafizycznej.
Świadomość mózgowa instynkt zachowawczy przytłacza, zaćmiewa.
Odwrotnie wypada: ratując na przykład me nagie istnienie, życie zagrożone, mógłbym najskuteczniej ten zabieg wykonać w impregnowanym stanie bezmyślności...
Przeskakiwać umiem od ostateczności do ostateczności, byle tylko myśleć, a raczej, by nie czuć braku istotności mojego istnienia.
Gdy mi zemrzeć przyjdzie, najprawdopodobniej będę w trumnie myślał......
Stwierdziłem w tej chwili, że krwią się nie żywi dziwaczny mój czerep.
Maszyną jestem!
Maszyną przyrody samopas puszczoną.
Maszyną wspaniałą, bo kołomazi664 nie trzeba jej wcale.
Maszyną świadomą, bo uradowaną kołowrotem swoim.
Maszyną pośpieszną, bo wolną wolą pędzoną, zagnaną.
Maszyną domową, bo w sobie pracuje i sama ze sobą.
Maszyną szaloną, bo sama pożera, co produkuje.
Maszyną milczenia wyzywającego, bo przemyśleniem przepełnionego.
Maszyną zagrodą czyściuchną, wiośnianą i zabluszczoną, bo pustką stoi, bo nikt tam nie wchodzi, bo nikt kolebki w niej nie ustawił i nie wydźwignie z niej żadnej trumny.
Maszyną rebusem, nierozwiązanym, a konkursowym.
Kto natychmiast poda trafne rozwiązanie, temu zapewnię w utraconym raju pobyt wakacyjny, albo, gdy woli, wynajmę mu w czyśćcu, gdzie najzabawniej, mieszkanie stałe. A brzmi pytanie: Co to jest? Chodzi bez nóg i bez głowy, i bez protezy, i tułowia nie ma, choć nie wiadomo, co lepiej potrafi: żyć czy umierać? Każdy rozwiązuje tę moją szaradę odpowiedzią chytrą: niby coś, niby nic. I moralizatorską dołącza uwagę: w tym bohaterstwo, by niczym nie być, a coś przedstawiać! Ja zaś wolałem zawsze me tchórzostwo, które w niezachwianym posiadaniu czegoś nic prezentuje bez akcentowania.
Jeszcze się nasuwa ostatnie stwierdzenie, nieodwołalnie ostatnie, ostatnie:
Maszyną jestem, która z bezmyślności stale roześmianej myśl stwarza szarą, bezzębną i żmudną.
Teraz już zupełnie o sobie nic nie wiem. Węch mam znarowiony przez tę kobietę i przez jej likiery.
O nocy dzisiejszej powiedzieć należy: juhasowanie665 na szczytach rozkoszy.
Czy ja ją miałem, czy ona mnie wzięła?... Licho raczy wiedzieć! Nieznośny poranek. Zagadką się staje każda faramuszka666. Nie chce mi się biedzić.
Rozkosz wraca znowu. Po prostu trywialne są nagabywania erotycznych wspomnień. Lecz zobowiązania, tak zwane ludzkie, społeczne, moralne... Niech je kaduk porwie!
Donna Ewarysta de las Cuebas. Chyba z tą szlachcianką ja się nie ożenię. Ojciec koniuszy królewski w Madrycie. A stryj cygan-kotlarz i wagabunda. Starego rodu chytra polityka. Połowa dla dworu, a reszta dla ludu. Może się podobać, kogo to obchodzi. Ale dziewczyna niezaprzeczenie jest silnie skrzywiona w wewnętrznej osi. Muszę jej posłać przede wszystkim czytak667, rysik i tabliczkę668 oraz preceptora669. Choć szczerze zabawne mieć dzisiaj żonę, damę pierwszorzędną i wygadaną, a niepiśmienną. Śliczna pannica, klasyczna, rasowa i wulkanowa. Perwersja? Właśnie to przykuwa. Zresztą nieszkodliwa, zorganizowana, myślą natchniona. Ona mnie kocha. Jestem przekonany. No, zobaczymy. W tej chwili nic nie wiem. Przeklęty poranek. Niewymownie durny.
Ten sadhus to kapaks670. Wziął ich na kawał. Tylko nie pojmuję, dlaczego właściwie on tego papieża w twarz nagle uderzył? Co to ma znaczyć, do czego on zmierzał? I chce się strzelać, twierdzi, że koniecznie, prędzej czy później... Czy odgłos policzka krwi zapach budzi? Na równi u tego, co otrzymuje, jak i u tego, który uderza? Brak mi wszelkiego w życiu doświadczenia.
Szczególne zdarzenie. Tej samej nocy w moim otoczeniu na ogół trzy facki671! Czy nie za dużo? A w odosobnionym każdym wypadku jedno uderzenie, jedno jedyne! I co najciekawsze: zadane znienacka!
Ja Ewarystę po prostu napadłem. Upiększać trudno...
Niebawem Omar, jak ochmistrz powinien, na mojej twarzy poszukał rewanżu za swoją panią.
I w końcu bramin na świątobliwe oblicze papieża bez ceremonii, zamaszyście wjechał.
Kot mnie znieważył, a jednak nie wiem, jak czuć się może człowiek myślący i przez człowieka sobie równego spoliczkowany... Jaki przeżyć przebieg?
Co bym ja począł w podobnym wypadku?
Czy opętane krwi pożądanie zdołałoby przykryć świetlistość myślenia?
Czy również zemsta na śmierć i na życie?
Przynajmniej sadhus takie przypuszczenie koniecznie narzuca...
Czy Ewarysta również krwi mojej domagać się zechce?... Czy życia nawet?...
Nic nie wiem, nic nie wiem...
Trzy uderzenia, jedno za drugim, niemal równocześnie...
Tres faciunt collegium...672
I wspólna zasada: jedna tylko facka, lecz za to znienacka.
Cóż z tego?
Nic nie wiem, nic nie wiem...
Durny poranek!
Pokochanie Boga. Deus semper certus673
W rozdziale ósmym...
odbywa się ostateczny pojedynek na słowa między oboma miliarderami. Z dala od zgiełku śródmieścia, wśród ruin leżących nad stromym brzegiem rzeki Tajo, o zmroku, na słocie podejmuje Yetmeyer walną próbę wtajemniczenia Havemeyera w istotę swej kosmicznej, zbawczej konstrukcji. Wytacza pan Dawid cały arsenał najciekawszych i najbardziej zasadniczych argumentów. Zaskakuje on kolekcjonera wiadomością, iż pełnomocnicy przeciwników powrócili zdrowo i cało z wyprawy na Wyspę Zapomnienia, przywożąc ze sobą gotową już umowę, zmieniającą dotychczasowy spór między zbawcami twórczej ludzkości na trwałe przymierze i na zapowiadającą znaczne zyski spółkę handlową. Yetmeyer skłania się do podpisania kompromisu, gdyż uważa, że gość jego uczynił już znaczne postępy w duchowym zbliżeniu się do Orgaza i że od ideału oddziela go jeszcze jedynie problem wiary w Boga. Ponieważ kolekcjoner unika wypowiedzenia się na ten temat, szachuje go pan Dawid rewelacją, że musiał przyrzec tancmistrzowi Igorowi Ewarystę za żonę. Rażony jak piorunem tą wieścią, zgadza się Havemeyer, za cenę odwołania związku tanecznicy z baletmistrzem, na przymierze z Dancingiem i wyznaje w końcu pod naporem wydarzeń, iż wierzy w Boga.
Yetmeyer jest uszczęśliwiony tym nawróceniem się kolekcjonera, gdyż może już teraz otworzyć kongres religijny i przystąpić do wykonania wymarzonego Wesela Orgaza. Triumf niespodziewany umożliwia mu bezbolesne przeżycie wypadku ze świnią, która w ciasnej uliczce wpadła cwałem na grubaska, przewaliła go na ziemię i przyprawiła wskutek tego o liczne sińce czy guzy. Poturbowany zbawca przypisuje temu komicznie bolesnemu wydarzeniu znaczenie dobrej wróżby.