Taniec trzech uśmiechów
Wzorzysty namiot. Wnętrze przyodziane w tureckie szale, chusty, makaty, które Gouzdrez nabył w Wiedniu za bezcen na wysprzedaży Starhembergowskich1125, prastarych pałaców.
Na straży namiotu, po stronie lewej, drzewo Bo1126 sterczy, Ficus religiosa, olbrzym przysłany na uroczystość przez Syngalezów i Klinghów gromadę, zapamiętałych wyznawców Dancingu w Holenderskich Indiach. Pomiędzy listowiem a konarami osiadły obłoki pstrokatych motyli i muszek błyszczących. Jaszczurki tjitiaki1127 do szarych gałązek przylepiły ciałka celuloidowe, przez które widać krwawiące serduszka, rozdygotane, życiem upojone. Przy czubie samym wystrojonej budy, gdzie hrabiów Orgazów herbowa chwała powiewa dumnie, skrzydlate rybki1128 wirują i gonią latające żaby1129 .
U stóp fikusa rozparł się kocioł mosiężnym rumieńcem wyszminkowany, dnem odwrócony. Tuż obok na karle1130 A-to-tso czuwa, tym razem znowu stylowo przebrany za Torquemadę1131 i złotym młotkiem weselne hejnały wybębnia taktownie.
W pośrodku wigwamu muzułmańskiego bieleje ołtarz zwykły, połowy. Na atłasowej różowej poduszce dwie ślubne obrączki. Strzelisty bukiet z samych białych lilii i mirtowy wianek leżą opodal. Dla młodej pary przygotowano szerokie fotele, amarantowe w złoconej oprawie, nieskazitelni potomkowie czasów króla Ludwika, bodaj piętnastego. Od ich podnóża ceglasty chodnik po oliwkowej posadzki marmurach skrada się wężem, który wypełzł na kamienne schody pod same kraty pierwszego piętra, gdzie oblubienicy szafirowa loża. Szpaler utrzymują po obu stronach wyścielonej drogi tresowane ptaki. Dwa rosłe gatunki poustawiane ze sobą na przemian, bystre marabuty, dystyngowane oraz skupione, jak kariatydy1132 dźwigające ciężar, którego nie czują, i kormorany z głodną melancholią starych wyjadaczy w złych oczodołach. Dowództwo sprawują nad upierzoną, honorową gwardią baszybużuki1133 brodate, wąsate, oturbanione, z obnażonymi jataganami1134.
Na białym niedźwiedziu czarny Orgaz stoi. Plecami zwrócony do namiotowej baśni kolorów. Strój aksamitny, hiszpańskiego granda. Emaliowana zaduma oblicza jest okolona pokarbowaną i wyśnieżoną, nieugiętą kryzą. O rękojeść krisu1135 płomienistego, sprowadzonego z wyspy Madury, lewą rękę oparł. W prawicy zwisa kapeluch filcowy z pomarańczowym, strusim pióropuszem. Niedbała duma rycerskiej postawy jest oderwana od przytomności i od baczności na baletowy rozmach wydarzeń.
W nabitych lożach ktoś pokasłuje, ukradkiem nos wytrze lub schrupie migdały smażone w cukrze. Zagajniki fraków i dekoltów łachy poniekąd stężały w lekkim przymrozku oczekiwania. Weneckie latarnie gaworzą u stropu, dwukolorową, towarzyską blagą zabawiając mroki.
Syknął aparat i wnet brzask nastał różowoliliowy. Na środek patio lakierowany i dwukołowy zajechał wózek. Onczidaradhe jako riksha-coolie1136, nędzny, chuderlawy, utykający, a cwałujący i uwspółcześniony, albowiem pojazd jest wyposażony w praktyczny taksometr. Bengalski tygrys, trzyletni mieszkaniec zarośli trzcinowych, na zadnich łapach przykucnął w siedzeniu. Rycząc, powozi. Raz w prawo, raz w lewo. Obok kocura dwuletni malec, lnianowłosy bubek, w koszulinie szarej, z karmelkiem w buzi, bez obawy stoi. Oba pięstuczki śmiało zanurzył w białe podbrzusze czułego rabusia, aby w ten sposób utrzymać w biegu grzeczną równowagę.
Przerażonym damom gęsia skórka schodzi na ramion jedwabiu. Mężczyźni na ogół gorzko uśmiechnięci.
Utknęła trójca ekscentrycznych jeźdźców u wejścia na schody. Tygrys najspokojniej obwąchuje taksę, gdyż chciałby wiedzieć, ile się należy. Dzieciak cmoka smacznie. Riksza rzucił dyszel i lży widownię chrypliwym wrzaskiem:
— Schyłkowce! Kultura nic wam nie pomoże. Nikt z was nie strawi dalszego postępu. Heliogabala1137 wam trzeba, Nerona1138, klęsk, głodu, męczarni, jeżeli nie chcecie hodować nasienia urodziwej wiary na plantacjach myśli kapitalistycznej, rewolucyjnej, jakiejś racjonalnej lub nonsensowej. Oglądajcie pilnie trzy szczęścia uśmiechy: wiary, nadziei oraz miłości, na których polega obrzęd zaślubin między intelektem a czarem przyrody.
Chrzęst żelaznych odrzwi. Wyszła Ewarysta z dziewiczej komnaty, tuż nad schodami. Yetmeyer ją żegna. Panna młoda spływa kaskadą szelestów wprost ku arenie. Wierna podobizna świętej Doroty według malatury Francesca di Giorgio1139. Falista szata z kremowej szarmezy1140, ledwie widocznie na szyi wycięta, udrapowana antycznym sposobem, pod piersiami spięta złocistym sznurem. Prawym ramieniem tuli do łona narcyzów pęki.
Przed żywym posągiem kroczącej wiary tygrys przyklęka i podaje łapę. Oblubienica pogłaskała zwierza po wąsatej paszczy, za prawą rączkę ujęła dzidzi i tak we troje suną do namiotu.
Trzykrotny pokłon czynią przed Orgazem, rytuałem dworskim.
— Małżonku przyszły, czy pamiętasz o tym, że podstawą związku, który jedności narzuci nam pęta, jest nieprzymuszona, gorąca wiara w siłę twórczości, w kosmosu prawa, w istnienie Boga?
Rycerz nie cofa hardego czoła spod ulewy światła i doniosłym szeptem praży słuchaczów:
— Przehandlowałem uczucie wiary, przez ciebie, dla ciebie... Jestem teraz pusty i czynię pokutę, wyznając uczciwie, że w nic już nie wierzę...
A panna młoda uśmiecha się bosko.
— Ja uzdrowię ciebie, luby małżonku.
Tygrys się uśmiecha również tajemniczo, tak samo się śmieje i małe bobo. Ukołysana grymasem radości odpływa trójka w czeluści namiotu. Papież z całej siły bębni na kotle. Yetmeyer z oddali lornetuje zajście, lecz nie dosłyszał słów, które padły.
Fanfary i dzwony. Spoza kotary odżył Velasquez1141. Zjawa Małgorzaty, Teresy-infantki1142. Wielka krynolina wraz ze stanikiem z liońskich brokatów, lilioworóżowa, przetkana złotem. Bufiaste rękawy są z lśniącej mory1143, natomiast mankiety oraz fiszuta1144 z koronek brabanckich. Na piersiach klamra misternej roboty. Trudno odgadnąć, że to pajęczyca czarnobrunatna i w żółte pasy1145. Królewskie dziewczę dźwiga rubiny w uszkach nadobnych i z gracją potrząsa kokardą płonącą w złotych warkoczach. Piosenkę nuci, lansjera1146 kroczy i dwie różyczki co chwila podnosi do ślicznego noska.
Dwóch obdartusów podchodzi z boku. Skromni kwakrowie1147 z jakiejś głuchej puszczy na amerykańskim, odległym Zachodzie. Wycelowali z staroświeckich fuzji i odstrzelili pąsowe kwiaty właśnie w tej chwili, kiedy pachniały przy infantki liczku. Kule utkwiły w herbowej tarczy, w ścianie namiotu.
Donna Ewarysta aureolą śmiechu, promieniującą na czole, na skroniach, odpowiedziała na huczną salwę i ani drgnęła. W panieńskiej beztrosce drobi krok za krokiem prześladowana przez zielone wstęgi, którymi ją ściga reflektor lubieżnik, cyklop jednooki.
Zniknęła na skręcie między kolumnami.
Dziewięciu błaznów akrobatycznych, w salonowych strojach, wytwornie się kłania, w cylindrze, z monoklem wywija koziołki, paple i skrzeczy, złorzeczy, pomstuje, do każdej loży przemocą wpada i tam wykłada:
— To był uśmiech drugi. Taniec nadziei, która ocaliła naszą primadonnę przed niechybną zgubą. Przez nieuwagę niewiasty często są przy nadziei. Nadzieja świadoma potomstwa nie daje, natomiast płodzi niejednokrotnie naiwną odwagę, która nie razi, a bywa często po prostu niezbędna przy skoślawionej twórczości porodach.
Orgaz usiada, jak Stańczyk w zadumie na kompozycji Jana Matejki.
Skrada się ku niemu śliczna narzeczona. Pełza powoli, na brzuchu, na rękach. Trzcinową kibić bladoniebieski opasał sarong1148, z cienkiego muślinu. Głęboki dekolt ledwie ujarzmia pierwiosnki piersiąt. Z obnażonych ramion cynobrowy szalik w skurczach odpada i wlecze się wiernie. Włosy przytrzymuje bretoński czepek. „Milkmaid” Greuzego1149 przekomponowana na współczesny model. Tamta nieco smętna, a ta się śmieje i zęby szczerzy, w których zaciska najzwyklejszy kozik, to nieodstępne narzędzie zemsty podmiejskich szumowin.
Czołga się wesoło, aż do męża kolan. Tęczę i zorzę radości miota na ponurego wybrańca swego. Stroi szopne minki, grymasi, wzdycha, krztusi się z miłości, chce, by na nią spojrzał. Nóż z ust wypluła z wielkim hałasem i dłoń Orgazową namiętnie całuje.
— Uśmiechnij się do mnie szlachetny rycerzu przyszłości błogiej — żebrze aksamitnie. — Warg twoich radością rozpętaj mój taniec ostatni, przedślubny!
Podniósł się Orgaz niemy, skamieniały. Dziewczę prawą ręką przysłania oczy, w narzeczonego wpatrzone upiornie.
Mistrz ceremonii w białej peruce, sam Igor baletmistrz marszałkowską laską po trzykroć uderza o marmur podłogi i wzywa słodziutko:
— Proszę do ołtarza!
Zbudził się pan młody z twardej martwoty. Za rękę go wiedzie śmiechem umajona jego narzeczona.
— Tędy najdroższy, ostrożnie, za mną...
Trzask bardzo zjadliwy, słup białego kurzu i Orgaz się zapadł tuż przed ołtarzem w czeluści podziemne. Powikłane wrzaski. Widzowie skaczą ze swoich skrytek wprost na arenę. Gnają w jedną stronę i uciekają natychmiast w przeciwną. Alarmy, gwizdawki. Tygrys rechoce w głębi namiotu szatańskim skowytem. Szlochają kobiety. Biją się mężczyźni, by dopaść najszybciej głównego wyjścia. Elektryczny przewód został zerwany i ciemność nakryła miejsce katastrofy.
Wnoszą pochodnie. Na linach, drabinach strażacka placówka z „Camera obscura” konającego wyciąga Orgaza. Nosem, ustami na białą kryzę sączy się purpura krwawej posoki. Czoło sperlone śmiertelnym potem. Yetmeyer klęczy, opadającą podtrzymuje głowę wiernego wspólnika.
— Havemeyer, powiedz w ostatniej minucie, dla dobra wszechświata zapytuję ciebie: czy wierzysz teraz?
— Nie wierzę, nie czuję, najmniejszej nadziei nie zabieram z sobą, nikogo nie kocham...
Przykładny szpaler osłupiałych ptaków stoi niewzruszony, lecz ze zdziwienia kiwa głowami i ogonami lekko wymachuje.
Dawid się zżyma.
— Havemeyer, słuchaj! Dzieje pokoleń najodleglejszych, twórczość, kultura zależą od ciebie. Od tej jednej chwili. Sam pojęcia nie masz, jakie to słowa twe usta składają. W tej chwili dopiero otrzymujesz pełny Orgaza wyraz...
Dźwignął się rycerz nadludzką siłą, rozwarł powieki i uporczywie wzrokiem poszukuje... czegoś, nie kogoś. Ostatecznie dopadł postrzępionych boków zgruchotanego, ślubnego ołtarza. Na białym obrusie czarna gałka jego, niezawodny łącznik z Wyspą Zapomnienia, leży strzaskana. Skrwawiony uśmieszek musnął sine wargi konającego. Świszczącym wydechem spowiada się sobie:
— Nie ginę sam jeden. Ze mną przepada na dnie lodowatym cała kultura poczciwych bliźnich. Z jednej próżni w drugą wdepną zacni bracia. Na pożegnanie słyszę w wyobraźni wstrząsający wybuch pod samym biegunem. Takiej salwy nie miał podczas pogrzebu żaden panujący! Yetmeyer... vicisti!1150 Istotnie rzetelna myśl nie wystarcza, by móc się dochrapać choćby jakiej takiej w sobie równowagi. Trzeba czegoś więcej, co na ogół znane, jako niezbadany postulat wiary, wiary w sens nonsensów. Lat kilku tysięcy zniszczyłem dorobek. Tę samą pustkę, jaką teraz czuję przed śmiercią moją — wam rozpostarłem nad życia barłogiem. Od dzisiaj musicie zaczynać na nowo, wracać do pierwocin. Co będzie z twórczością, skoro poderżnąłem nieodzowne wzory do małpowania i przerabiania? Zostawiam wam jedno: świadomość dziejową, przefasowaną i odcedzoną. Kaszka na mleku. Nic was nie uchroni przed postępowym paraliżem złudzeń. Gromadnie musicie pielgrzymką wracać do siebie samych, poszukując prawdy każdy w swoim wnętrzu. To jest jedyny kosmiczny stosunek do zagadki bytu. Nie idźcie na lep materialistyczno-racjonalnej blagi. Jakże podłe były i jak tchórzliwe narzędzia tortury, zarówno twoje, jak i mej choroby...! Przewlekłym konaniem nie tyle się męczę, ile nudzę, nudzę... Zbawco, masz robotę zupełnie świeżą. Okres przesilenia kulturalnego znacznie przyspieszyłem mym dziełem zniszczenia. Ministrem zostaniesz międzynarodowej myśli odbudowy. Bawcie się dalej. Cały mój majątek przekazuję tobie. Walka miliarderów zawsze się kończy zgrubieniem miliardów po którejś stronie. Jeśli Ewarysta urodzi potomka, godnego Orgaza syna i następcę, bądź mu opiekunem. W najkrótszym czasie staraj się wychować tego pogrobowca na metafizycznie śmiesznego potwora. Nigdy nie pozwól, by się wywyższał, przybierając sobie upokarzające miano człowieka: „pana stworzenia”. To jest warte śmiechu. Jako ojciec chrzestny zabroń mu surowo. Najgorszych bydląt niech skupi zalety i niechaj psoci, by był nieśmiertelny, by się uchronił przed wewnętrznym krachem, gdy zacznie kopcić lampa samowiedzy. Niechaj szuka formy, najsampierw formy, bo twórczy proces nie różni się niczym od nadziewania kiszki pasztetowej. Dobranoc... ludzie!
Na gruzy, wióry i zwoje powrozów przewalił się twarzą opromienioną troistym uśmiechem, który mu oświetlił wąziutkie przejście w krainę ciemności.
Ucałowały Havemeyera na pożegnanie wichrowate łuny łuczyw zasmolonych.