Dobrały się dwie Marysie

Klatka wilgotna, okratowana i zaciemniona, czad od piecyka sponiewieranego, trzeszcząca podłoga, czyli kancelaria sędziego śledczego do spraw najważniejszych. Pan, który powiek nigdy nie otwiera. Dziobate oblicze, w faryzejskim śmiechu skrojonym na wyrost, jest w tym samym stopniu ograniczone, co wyzywające i przemądrzałe...

Urodził się w czepku, skoro afera międzynarodowa, która podważyła porządek świata, sama mu wpadła do śledczej teki między nudne akta. W ciągu jednej nocy zaaresztował trzydzieści osób z dancingowej paczki oraz tygrysa, dla którego klatkę osobną zbudował. Nazwisko sędziego rozbrzmiewa dzisiaj we wszystkich językach. Rigolec, Rigolec powtarza obecnie już każde dziecko w najgorszej dziurze rozległego globu. Nikt w całej Hiszpanii nie wykazał jeszcze tak genialnego, wyżlego węchu.

Woźny melduje redaktora Mizia z najpoczytniejszego pisma „Excelsior”. Siedem wydań dziennie z ilustracjami, olbrzymia płachta, nakład trzy miliony.

Mizio rumiany, niziutki, pękaty, lniane włosięta spomadowane, lakierki, monokl na grubej taśmie, układny, słodziutki i stale zdziwiony.

— Nadprokurator, mój szkolny kolega, skierować mnie raczył do pana sędziego.

— Panie redaktorze, dałem komunikat, nic ponadto nie wiem.

— Właśnie dlatego pragnę mieć wywiad.

— Przed małą chwilą musiałem odmówić koledze pańskiemu, sympatycznemu i młodziutkiemu.

— To zwykły reporter. Nieodpowiedzialny. Ja „Excelsiora” jestem podpora. Łamię nocny numer. Pan to rozumie. Funkcja jest taka, że sens można złamać. Nawet kosteczki temu lub owemu, jeżeli potrzeba, potrafię zgruchotać.

— Redaktor ostrzega, a ja karierę zawdzięczam sobie: niezwykłym zdolnościom, wybitnej rodzime i krystalicznym cechom charakteru.

— Bez naszej pomocy nic pan nie wskóra. Komunikat pański na przykład jest mętny. Pytają znajomi, których mam mnóstwo, co to wszystko znaczy. Bujda na resorach. Doszło do tego, że sam przeczytałem od deski do deski. I przyznam z przykrością, że byłbym nie puścił tej ciemnej historii, którą przemycił referent kroniki, przybłęda-blagier, zmysłu pozbawiony dla horyzontów społecznych, szerokich i politycznych, przeciętnych poziomów.

— Mój komunikat był ściśle rzeczowy.

— Czasem tak trudno jest wszystko zrozumieć.

— Współczuję panu. Nie każdą sensację można łopatą włożyć do każdej przeciętnej głowy. Najprawdopodobniej dziś jeszcze wieczorem zostaną zwolnieni wszyscy domniemani Orgaza mordercy.

— Przepraszam sędziego, pan ze mnie kpi sobie! Wyraźne zabójstwo, ukartowane w szatański sposób, ma ujść bezkarnie?

— Postawiłem wniosek i oczekuję jego zatwierdzenia.

— Szajka zbrodniarzy, szalbierzy, bluźnierców na nowo wyfrunie, by móc łupić skórę z Bogu ducha winnych obywateli.

— Może pan ogłosić, że ekspertyza medyków sądowych stwierdziła niezbicie u kolekcjonera krwotoczną skazę, okrutną chorobę, która według zeznań przybocznych lekarzy Havemeyera toczyła organizm od lat szeregu i ostatecznie stała się wyłączną przyczyną śmierci.

— A męki w podziemiu?

— Zwykłe zabawki te narzędzia tortur. Wskutek zapadnięcia w zdradliwą piwnicę chory miliarder doznał obrażeń nic nie znaczących i łagodnego, nerwowego szoku.

— Przyznam sędziemu, że to sensacja, która niestety nic nie wyjaśnia, lecz jeszcze bardziej uniedostępnia dancingowy skandal.

— Tło całej afery jest pozbawione powszednich motywów, oczekiwanych i upragnionych przez pospolitość.

— Bardzo mi przykro, ale w takim razie nie mogę skorzystać dla mojego pisma z dalszych wyjaśnień i rewelacji.

— Pewnikiem jest dzisiaj, że Ewarysta oraz Yetmeyer nie są sprawcami weselnej tragedii. Baletnica wzięła winę na siebie, albowiem pod wpływem sztucznej atmosfery pantomimowej rozegzaltowana, zhisteryzowana, odegrać chciała jakąś ważną rolę.

— Jestem przekonany, że korzystała ze sposobności do niecodziennej dla siebie reklamy. Pragnęła uchodzić w opinii publicznej za tę niewiastę, którą miliarder upatrzył sobie na towarzyszkę wytwornego życia.

— Prawiła o zemście za zawód w miłości, ale równocześnie dowiodło badanie, że na kilka godzin przed katastrofą na własne żądanie wyszła za tancmistrza i że otrzymała jako ślubne wiano od obu wspólników po pół miliona złotych pesedów. Jest w poważnym stanie, a Podrygałow zapewnia solennie, że tę przemianę dziewiczego łona on spowodował na miesiąc przed ślubem dzięki przechytrym figlom erotycznym. Poza tym zdołałem ustalić przez świadków, że rzeczywiście kolekcjoner pragnął pojąć za żonę piękną baletnicę, ku czemu wszystko jak najgorliwiej już przysposobił. Gdzież powód zemsty?

— Przepraszam sędzio, panu wolno twierdzić, że coś rozumie, czego na przykład ja pojąć nie mogę. Lecz jak się przedstawia ten łotr i zbawca w tej samej osobie?

— Yetmeyer również obwinia siebie. Przepyszny okaz zdecydowanego, fanatycznego arcymaniaka. Swój światek własny, który zbadałem jak najdokładniej, chciał przeforsować i rozbudować na współczesności. Rzekomo musiał ukarać wspólnika za wiary odstępstwo. Gdy zapytałem, dlaczego skazał na straszne tortury przyjaciela swego, bez namysłu odparł: za brak wyrazu!

— Słuchać nie można tych obertasów pozbawionych sensu.

— Mogłem ja słuchać, chociaż jestem sędzią już niemal sławnym, więc redaktorowi nie mniej przystoi pokonać się nieco, zwłaszcza, że przybył po informacje. Przechodzę właśnie do najciekawszej i najpoufniejszej izdebki duszy, na wskroś zagadkowej. Baletowy rycerz zaparł się istotnie swej wiary trzykrotnie, lecz deklarację ateistyczną złożył wobec świadków dopiero na chwilę przed samym zgonem, a więc po zamachu, który wobec tego, co Yetmeyer twierdzi, musiałby być skutkiem znacznie wcześniejszym od głównej przyczyny poważnie spóźnionej. Wynika z tego, że trudno zbawcę uznać za mordercę. W stosunku wspólników nie znalazłem cienia życiowych różnic, intryg, podjazdów.

— A ideowych?

— Zajmuje to pana? Ideowe... były w szlachetnym gatunku.

— Skąd więc pochodzi takie fałszywe oskarżanie siebie i do czego zmierza?

— Nie chciał dopuścić właściciel Dancingu, by spoczęła wina na młodej dziewczynie, która mu tańczyła. Pośrednio przeskrobał, co zapewne czuje, albowiem kazał dla swoich kawałów wmurować w lochy przyrządy tortury. Gdy go zaskoczyłem oznajmieniem prawdy, niezbicie stwierdzonej przy zwłok obdukcji, przyjął nowinę jak najspokojniej, twierdząc uroczyście, że w sposób taki lub też owaki, lecz w każdym razie mniej więcej w tym czasie, Orgaz musiał zginąć. Taka „kosmiczna była konstelacja” i takie „twórczej energii napięcie”. Do wyroku zbawcy „przyłączył się w drodze nieoceniony, sztuczny przypadek. Najkrótsze spięcie dwóch obcych motywów, w tym samym celu, by wybuch wywołać”.

— Jak taki frazes na przykład zrozumieć?

— Redaktorze Miziu! Niezaprzeczenie jest sporo zagadek w tej całej sensacji. Lecz materialnych dowodów nie ma, by móc ludzi więzić i proces wszczynać! Takie przedstawienia są żerem dla gazet, a kosztują państwo. Istnieją ślady, że Dancing był w związku z międzynarodową bandą szmuglerów i że w Toledo różni przestępcy oraz aferzyści znaleźli przytułek. A-to-tso papież na przykład umknął. Mina bramina jest bardzo głupia. Wzbudził podejrzenia. Śledzimy go pilnie. Podrygałowowi źle z oczu patrzy. Kogoś przypomina. Konterfektu jego szukam w albumach zbrodniczych światowców. Mimo tego wszystkiego wolę ich wypuścić za kaucją na wolność, niźli uczynić to samo później, ale już niestety pod presją ministra sprawiedliwości, który aferę chce zlikwidować, albowiem wymusza na nim ustępstwa poseł sowiecki, ambasador Niemiec, a w wielkiej cichości i londyńska giełda.

— Niezależność sądów!

— Cenię w mym kraju prześliczne legendy, których nie należy nigdy demaskować. Dancing przedśmiertny do pewnego stopnia był również wyrazem wielkiej legendy: że mogą się spotkać w połowie drogi współczesny intelekt z odwiecznym pędem do uczuć górnych, nadprzyrodzonych. Spód toledańskiej, wielkiej sensacji jest metafizyczny, a tylko wierzchołki są naturalistyczne i stąd wulgarne.

— Ktoś mi powiedział, że metafizyka jest beznadziejna. Nigdy już ona nie może odzyskać powszechnej estymy i modnych wpływów.

— A jednak, a jednak. Porzućmy ten temat. Pan woli nie wiedzieć, niźli się potrudzić, by coś zrozumieć... Miliarder Dawid będzie wydalony jutro z granic państwa. Nie wątpię na chwilę, że się osiedli na swojej wyspie i że poczują tego łowcę treści niebawem wszyscy, nawet solidny i na sensacje wstydliwe łakomy, potężny „Excelsior”.

— Miałem wrażenie, że raczej przemawiał obrońca zbrodniarzy niż sędzia śledczy. Przepraszam, a tygrys? Co będzie z tygrysem? Ja bym go nabył. Mój pan redaktor również reflektuje na tak popularną i wybitną siłę, do sekretariatu, do działu sprostowań...

— Byłoby ciekawe móc się przekonać, kto bardziej drapieżny, kto został lepiej wytresowany i kto kogo pożre: „Excelsior” tygrysa czy kot bibułę...

— Gdy uwolnicie aresztowanych, do Yetmeyera poślę reportera, aby coś napisał, bo ja wciąż dotąd nic nie rozumiem. Przy tej sposobności może nam się uda choć raz drapieżnika autentycznego zafundować sobie na współpracownika.