Wstępne umizgi do wrogiej konstrukcji

Zabronione brawa, o czym uprzedzono zachwyconych gości. Scena ociemniała. Dancing się wyludnia. Gdzieniegdzie po kątach pijący samotnie. Sadhus się wymodlił, przy pomocy drąga przybiera ponownie najzwyklejszą pozę. Podbiega Yetmeyer.

— Zapytać mi wolno, o czym ojciec myślał?

— Rozważałem wszystko. Do wniosku doszedłem...

— W sprawie dancingu?

— W przedmiocie głównym: że walka zbyteczna, czyli niekonieczna z jakimkolwiek wrogiem. Można co najwyżej z prostej swojej drogi wroga kijem przegnać, lecz nigdy zabijać. Kto podstępnie wzywa do siebie wroga i podły zamach przeciw niemu knuje, ten triumf niweczy własnej, twórczej myśli. Myśl swoją samemu należy wypełnić, samym sobą nakryć albo drugim oddać, lecz bez szemrania. Jeśli pomysł chroma, jeśli człowiek obcy do urzeczywistnienia czy wyświetlenia jest nieodzowny — pokorę twórczą trzeba zastosować i wyrozumiałość. Nie sądzę, by twórczość mogła sposobnością być do skandalu, czy do kryminału. Cóż gwałt zdoła zmienić czy nawet morderstwo? Lecz niezależnie od tych zastrzeżeń, przyznaję z radością, że do głębi mnie wzruszył ten balet dzisiejszy. Dusza zamieszkała w tym pańskim dancingu. Generalna próba jasno wykazuje, że trzeba wciąż jednać wszelkie przeciwieństwa. Przez porozumienie można zdziałać wiele, Podrygałowa z Praksedą pogodzić, albo na przykład Havemeyera z panem nierówności łagodnie uchylić. Jeśli się uda, każdy w swoją stronę odejdzie spokojnie.

— Teoria wybiegów przy wielkich trudnościach. Ja sądzę odmiennie: jeżeli konstrukcja napotka konstrukcję przeciwną, odmienną, wówczas jest zderzenie nieuniknione, w konflikty brzemienne. Ktoś zawsze zwycięża. Żelazna konstrukcja, rozumna, silniejsza pochłania zwiewną. A jeśli człowiek zaplącze się który w obcą konstrukcję, nic mu innego nie pozostaje, jak w zrozumieniu poddać się zupełnie, albo też sczeznąć.

— Swoje powtarzam: myślowe rozprawy nie powinny nigdy ludzkiej ofiary pociągać za sobą. Uśmiercić człowieka tylko dla pomysłu — to unicestwić żywot tej konstrukcji.

— Niekiedy tylko przez krwawą ofiarę myśl w życiu zabłyśnie, między ludzi wejdzie.

— I na tę konieczność każdy dzielny sadhus ma radę bezkrwawą...

— Czy tylko być może? Gdyby aktualne takie zagadnienie mogło być dla mnie, nie omieszkałbym pospieszyć do ciebie, przezacny świętoszku, o wyjawienie i pouczenie.

— Mnie się wydaje, że taka potrzeba niebawem nadejdzie...

— Jak kto? Po co? Kiedy? — kułaczkiem z czoła Yetmeyer pot ściera.

— Wyobrażam sobie, że medytacje twoje religijne i prahistoryczne narzucić są w stanie rozpętanej myśli nieodzowną rację, która uśmiercić gotowa człowieka tobie przeciwnego...

— Gdybym się opierał temu, co być musi!

— Czego się zachciewa! Te same pogróżki, które były w liście do Havemeyera.

— Próba objaśnienia i przekonania.

— Mogę oświadczyć: mój klient przyjmuje wyzwanie twoje.

— Wezwanie wysłałem. E a nie Y. Ta jedna litera gruntownie charakter zamiarów mych zmienia.

— Dziś w nocy jeszcze zadepeszuję do kolekcjonera, by zaraz przybywał. Chciałbym przed kongresem dopiąć pogodzenia dwóch waszych systemów, którymi religię nowoczesnych światów pobudzić chcecie do objawienia.

— Balet wpływ wywiera: pojednania próby ojcu się zachciewa? Niechaj i tak będzie. Pamiętać proszę przy wykonaniu, że reprezentuję cnotę w mej osobie, konkurent... rozpustę.

— Lepszą część wybiera sahib dla siebie. Jest nade wszystko zwycięstwa spragniony i chciałby z góry je sobie zapewnić.

— Wesołość mnie zbiera na myśl o przyjeździe rychłym mego gościa. Chciałbym już tu widzieć Orgaza mojego. Sądzę, że zdołamy myśl jego zbudować, jak tego wymaga konieczność religii i ciągłość dziejów. A wówczas zyskamy, czego jeszcze trzeba: na twarz Havemeyera Orgaza najświętszy wypełza wyraz...

— Oby nieszkodliwa była operacja ta upiększająca!

— Wiele od pacjenta samego zależy. Na jego spotkanie już dawno wysłałem mego sekretarza, A-to-tso, chińczyka. W Londynie czeka.

— Idę na spoczynek, więc śmiem też zapytać, czy raczył mi sahib na nocne czuwanie urządzić jhopree506 i cierniowe łoże?

— Wszystko na żądanie, ojcze-świętoszku, lecz myślę, że dzisiaj po takim wysiłku należy się spanie w puchach otomany stojącej tuż obok.

— Rad bym, lecz nie mogę. Myśl o okrucieństwie wytchnienia nie daje. Uczciwie uważam, że aby ją zgłębić, należy wprzód grozę zwrócić przeciw sobie. Pójdę więc spróbować.

— Dawno już przestałem obawę przed samym sobą w sobie hodować i wolę drugim napędzać lęku.

— Niezawodny sposób, by uzyskać władzę nad tchórzliwym bliźnim, lecz nigdy nad myślą, która może tworzyć.

Tuż nad schodami, którymi zdążają na prywatne piętro, skrzeczy dzieciarnia. Podrygałowiąt nieskalany tuzin. Chłopcy łobuzy kuksują dziewczęta i skradzioną szminką smarują buzie.

Hołotkę zapędza troskliwa Prakseda. Do hotelu śpieszy, do sznelzydera. Żałość ją spiera, skwaśniała i tępa, nie wiadomo za czym. Nie zabiła byka, a wywietrzała z niej wszystka rozpusta. Cnota została, ale zakurzona i paskudnie zmięta. I Igor — niepokój i smerdy — udręka. Siedziała w przeciągu, więc coś w nogę strzyka. A ząb trzonowy musiał pewnie zbucznieć507, gdyż ćmi jak na słotę i ciepa się508 w gębie. Podrygałow wróci niechybnie nad rankiem. Może z Ewarystą tkwią gdzieś w traktierni509, świętują triumfy. Kuma nieproszona, lat dawnych piosenka, wioskowa wspominka, ni stąd, ni zowąd włazi do bębenka:

Cnoto moja, cnoto,

byłaś kiedyś złoto;

teraz mi się mienisz,

jak w kolei błoto.

Slap on the face510, czyli jedna tylko packa, lecz za to... znienacka

Rozdział siódmy...

nową istotę w grę wprowadza, a mianowicie angorskiego kota, księcia Omara, ulubieńca i własność Havemeyera. Stworzonko to uzmysławia typ arystokratycznego schyłkowca, romantycznego wytwornisia, zrzędy i degenerata.

Tymczasem wypadki i katastrofy na tle dancingu piętrzą się niepowstrzymanie. Onczidaradhe zdołał namówić Ewarystę, zakochaną w Havemeyerze, do schadzki o północy z kolekcjonerem. Jeszcze przed pantomimowym ślubem czuła para nawiąże poufały stosunek. Porwanie kota Omara przez Ewarystę ma stanowić pozorne usprawiedliwienie dla wtargnięcia miliardera do sypialni baletnicy.

Rozmiłowana Ewarysta zdradza również detektywowi tajne miejsce, które stanowi punkt węzłowy do maszynerii, poruszającej narzędzia tortury w piwnicznej komorze, dokąd Yetmeyer ma zamiar wtrącić kolekcjonera na wypadek dalszego jego oporu w sprawach zasadniczych. Bramin podkłada minę we właściwym miejscu. Wybuch wywołuje przypadkowo Prakseda, która nadeptuje elektryczne przewody, śpiesząc z jakąś skargą na Podrygałowa do Yetmeyera.

Niańka jest ciężko ranna i musi być odstawiona do szpitala. W malignie zeznaje ona, że Igor baletmistrz był ludożercą. Yetmeyer stara się zamaskować skandal i ukryć przed władzami. W tym celu wyjeżdża natychmiast samochodem do Madrytu.

Niemal równocześnie z nim wyrusza na biegun północny, celem wyszpiegowania akcji Havemeyera, sekretarz zbawcy, chińczyk A-to-tso. Nie wie on nic o tym, że pilotem nowo nabytego, cudownego aeroplanu jest nie kto inny, jak tylko sam śledzący go bramin.

Havemeyer poleca wybierającemu się w podróż detektywowi, by zabrał ze sobą na Wyspę Zapomnienia portret inkwizytora Nino, który podsyca w panu Dawidzie krwiożercze instynkty. Kolekcjoner trwa uparcie przy urzeczywistnieniu swego planu, który polega na odebraniu ludzkości wszystkich możliwych wzorów cywilizacji. Miliarder spodziewa się, że mózg człowieczy, postawiony wobec zupełnej pustki i ruiny, zdobędzie się na prawdziwy wysiłek twórczy. Ginąca cywilizacja, przewieziona ogromną flotą Havemeyera, lada dzień ma być uwięziona w lodowym pałacu. Sadhus natomiast chciałby połączyć obie miliarderskie konstrukcje w ten sposób, że dancing Yetmeyera zostałby przeniesiony na wyspę Havemeyera.

Bez żadnych przeszkód odbywa się spotkanie miłosne Ewarysty z jej pantomimowym oblubieńcem. Oboje przeżywają rozczarowanie. Maskująca swe namiętności i niesamowita dziewczyna przedstawia się kolekcjonerowi jako nekrofilka, a więc chora na zboczenie seksualne. Havemeyer natomiast wywiera na dziewczynie wrażenie pospolitego, trywialnego i zarozumiałego lubieżnika. Dotknięty do żywego w swych samczych ambicjach, wymierza miliarder kochance, po czule spędzonej nocy, nad ranem, karcący jej kapryśność — policzek.

W tej samej mniej więcej porze policzkuje bramin papieża na wyspie Wight na tle zatargu, jaki wybuchł między tymi mężami podczas podróży.

Kot Omar mści na swym panu zniewagę wyrządzoną Ewaryście i rozdrapuje oblicze miliarderskiego brutala swą szlachetną łapką.

Dialog książęco-kociej mości z portretem okrutnika: o nudzie żywota i o demokracji

W apartamentach gościnnych dancingu, w palisandrowej, zacisznej pracowni, kardynał okrutnik, Don Fernando Nino, na sztaludze stoi. Nic sam się nie zmienił i jego pozy również nie zmieniono. Zdawać mu się może, że wciąż jest w New Yorku. Pod rozwidnionym bezlitośnie czołem, bez skromnej zmarszczki czy bolesnej chmurki, myśli wyziębione i niezawodne upornie snuje. Jest mu obojętne, gdzie, kiedy przebywa, u kogo i w jakim celu. Wierzy w zmartwychwstanie potęgi papieskiej, powołania czeka do władzy świeckiej i na tę chwilę pomaga Bogu świat przysposobić. Więc intryguje maską okrucieństwa, jak tylko umie, tych nielicznych śmiałków, których Havemeyer pod wzrok mu podsuwa.

Zbałamucił właśnie pańskiego pieszczocha, angorskiego kota, księcia Omara. Młodziutki potomek wysokiego rodu cały jest wtulony w okiści puchów barwy stalowej, z pawim odcieniem. Mądre znużenie połyskuje wzgardą z oczu bursztynowych. Niedbale wlecze za sobą kitę długiego ogona. Unika, jak może, znajomości z ludźmi. Nikogo nie kocha, niczym się nie łudzi. Pan mu się podoba; jest zimny, wytworny, pieszczot nie wymusza, więc za nim przeważnie z miejsca w miejsce chodzi. Spośród znajomych, nieczułostkowych i wielce taktownych, najmilszy mu jednak inkwizytor Nino. Gzów nie zaczyna, nie stara się zniżyć z człowieczych wyżyn na doliny kocie, nie składa dzioba do fałszowania zwierzęcej mowy, żadnej zabawy wcale nie udaje i nie podsuwa niby to łakoci mocno podejrzanych. On zawsze milczy, spogląda i czuwa. On jeden używa wymowy milczenia i słowem mizernym, niedostatecznym ust swoich nie zbrudza. Jeszcze ani razu on do Omara pierwszy nie przemówił — taki jest dumny. Więc Omar do niego zadowolone mruczenie kieruje z samego brzeżka fajansowego, śliskiego kominka, który nie grzeje ani nie chłodzi:

— Zaiste lubię, mój kardynale, w pobliżu twego spoczywać portretu.

— Żyjąc, zamierasz, ja żyję po śmierci. Robisz, czego nie chcę, chcę, czego nie zrobisz za żadną cenę, pod żadnym warunkiem. Więc uzupełnienie przewrotnych instynktów w rozbieżnych kierunkach. Stąd brak nieznośności, fachowych ocen i nerwowych dąsań.

— Piękne masz oczy i moc przekonania, gdy nimi przemawiasz. Z wyłuszczeń twoich chętnie korzystam, choć nic mi po tym.

— Czy się przywiązałeś do kogokolwiek?

— Zawsze unikałem. Kochanie jest żmudne i obowiązkowe już od tej chwili, gdy ktoś z nim żartuje.

— Jesteś mizantrop, co by wskazywało, że jednak sympatie masz gdzieś ustalone, ukryte dla kogoś.

— Tak nic mi się nie chce, tak szczerze leniwy i wygodny jestem, że o zabawie w uczuć ciuciubabkę u mnie nie ma mowy. Od razu więc przyznam, że Havemeyera kolana są niezłe. A jednak często on mnie irytuje.

— Oziębłą postawą czy nadmiarem pieszczot?

— Tą nonszalancją, która imponuje. Niedbałymi gesty uwagę moją do siebie przykuwał, dzieciństwo moje zupełnie zmarnował i uczynił ze mnie to, czym dzisiaj jestem.

— Świadomym swej gracji, rozmyślnym zerem.

— Z kocich przeznaczeń wycofać mnie zdołał niepostrzeżenie i bezpowrotnie.

— Nie inaczej ze mną postąpił sobie; na hołotę wpływów pozbawił wzrokowych i na panowanie skazał w tej alkowie.

— Teraźniejszość jestem, ale nie współczesna. Przez kolekcjonera zobojętniałem na wszelaką wieczność. Z przeszłości wyszedłem, o przyszłość nie dbam. Zawsze muszę kończyć, nigdy nie zaczynam. Mam ustalone na wszystko poglądy. Potwornie się nudzę.

— Na jednym poziomie widzisz już wszystkie życia przejawy.

— Zanadto rozumiem wszystko, co ludzkie, co pcha się i drapie po uzasadnienie czy wyjaśnienie nieistniejącej istnienia przyczyny.

— W morfologii grzęźniesz wieczystych kształtów.

— Nie, kardynale, ja tylko szanuję świadomość, że jestem. I to mi wystarcza. Świadomość jest gwałtem, zadanym sobie celem uniknięcia zawrotu głowy na widok wszystkiego, co poza nami i czego w nas nie ma. Jest uproszczeniem własnego stylu celem osiągnięcia zadowolenia przy stracie koniecznej, kiedy właściwości swych najistotniejszych życie się wyzbywa na rzecz osławionej, urojonej śmierci.

— Któż cii, mości książę, tak bardzo zawiłe powierzył aksjoma?

— Urywek rozmowy kolekcjonera z giełowatym511 zbawcą.

Disce, puer, disce512.

— Myszy nie łapię, miłostek nie lubię, psota mnie męczy, brzydzą pochlebstwa i gapiów umizgi. Więc się zabawiam wypróbowaniem czujnej świadomości. Z niej czerpię wigor, ażeby nic nie chcieć i jak najwygodniej, manifestacyjnie całe życie przespać.

— A pajac gumowy?

— Mej dojrzałości najcenniejszym sprzętem jest on poniekąd. Gdy już skleroza doskwiera przedwczesna i trawić nie mogę, systemu Muellera ćwiczenia uprawiam pod jego kierunkiem z zachowa nim wdzięku. Lalka jest podła, z ludzkimi sposoby zbyt spokrewniona. Jeżeli nacieram, ona grzbiet nadstawia; jeśli w łeb wytnę, wyprasza się kozłem, a skoro tylko za grdykę przycapię, pokornie się płaszczy. Uporu nie zna, zdradę wciąż knuje, myśli podchwytuje, których nie rozumie, pokory nie czuje przeznaczenia swego, po prostu żyje, jak pierwsza lepsza społeczna figura dość marnie płatna.

— Pajac jest dworakiem nowej generacji, czczej demokracji! Z pajaca człowiek z wolna się wykluje i swoją hołotkę zawiedzie do zguby! Bardzo sobie cenię to uczłowieczenie zabawek, kukiełek, tych dygnitarzy jednych jedynych nadchodzącej ery. Pajaca nie strują półbożki pospólstwa, trutnie-suwereni, krwawi libertyni, lecz wręcz go przystroją, wsadzą na dostojność i tak ożywią matactwami swymi, że z nimi pospołu człowieczek nowy w kradzieżach zasłynie. Człowiek przyrodniczy i historyczny skończył się zupełnie, skoro rozwiązać nie zdołał problemu, jakby to zgrabnie, prawie nieszkodliwie, móc samego siebie swym własnym pajacem na co dzień uczynić, samemu sobie dobrym być błaznem... Gaśnie historia, bo ludzkość się ściera wskutek masowego, zaraźliwego, nader powszedniego... samoośmieszenia. Tak zmierzch Zachodu należy rozumieć. Nastaje era bezpośredniego i powszechnego, jawnie najdroższego błaznowania jednych dla błazeństwa drugich. Zbliża się epoka fabrycznej produkcji gumowych blagierów. Walne narodziny pajactwa ludzkiego... Jestem szczerze zatem, by lalkowate, hołotne nasienie żywo popierać i wśród elastycznych, uczłowieczonych tych embrionów postulat wiary rozpropagować. Gdzie tylko można i gdzie się uda dla Watykanu należy pracować!

— Mistyfikować?...

— Bystryś, mości książę. Dowiedz się zatem, że przez mistyfikację moc można zdziałać, spętać, oczarować.

— Teoria dancingu. Yetmeyera triumf.

— Nonsensom sprzyjać to znaczy tyle, co sensy hodować. Sens niczym innym nigdy być nie może, jak zorganizowaną, uspołecznioną gromadą nonsensów. Myśl ludzka głównie zabiega o to, by wirujące w chaosie nonsensy zgrabnie wyłowić i przez tresurę praktycznym sensom udatnie przyswoić.

— Dla Havemeyera jesteś niebezpieczny, faworyzujesz jego przeciwnika!

— Dla konkurentów my obaj niezbędni jesteśmy z osobna. Dla kolekcjonera kot, mości książę, a Yetmeyerowi potrzebny kardynał.

— Na spojrzeń twych progu drzemkę tak lubiłem, a teraz się boję, boś ty mnie przeciwny...

— My obaj służymy razem, równolegle, wskrzeszeniu religii i tylko w tym celu przynaglamy dzielnie dwóch miliarderów myślową tragedię.

— Jestem bardzo dobry i niczego nie chcę, przed każdym się cofam, czmycham przed wszystkim, na senną łagodność zmieniłem drapieżność.

— Tyś ostateczna grymasu bezwiedność. Ja jestem wyraz. Obaj my mieszkańcy i delegaci krainy milczenia.

— Walka się rozgrywa, czy świat już zatrzymać w dychawicznym biegu, czy jeszcze podwędzić?

— Rozstrzygną miliardy na gruncie Toleda. Ty twoją wklęsłość, ja moją wypukłość, dwie chęci przyrody pozbawionej słowa, musimy natężyć i rozstrzygnięcie dwóch wielkich konstrukcji zgrabnie sprowokować. Dla Yetmeyera mam okrucieństwo, książę zaś może poprzez śmierć przedwczesną z Havemeyerem zgrabnie pofiglować.

— Nie wiedziałem nigdy, że pierwszorzędna przypada mi rola w intrygach kosmicznych. Skorzystam chętnie, by jak najwygodniej, przy tym uroczyście, pożegnać życie.

— Walory pozorów nie dały ci treści, więc nęcą cię jeszcze pozory walorów.

— Chcesz powiedzieć grzecznie, że skoro ktoś żyje, nie warto umierać. Zapominasz jednak, żem pozbawiony istnienia instynktu.

— Więc gdy będzie trzeba lub gdy się wyłonią konania trudności, zabiję ciebie.

— Proszę, bardzo proszę. Niesłychanie wdzięczny jestem już teraz. Lecz jeden warunek: zgładzić mnie tak zechciej, bym był wybawiony od podobnych tobie, pośmiertnych instynktów.

— Słusznie. Rozumiem. Dobrze, mości książę. Mym jednym spojrzeniem tej religijnej ofiary dokonam.

— Cieszę się niezmiernie. O kardynale! Śmierć zadasz rozkoszną!

— Postaraj się przedtem, by Havemeyer zechciał Ewaryście ciebie podarować.

— Ewaryście? Nieźle i mogę się zgodzić. Najmniej jest szkodliwa spośród towarzyskich nabytków w Toledo. Przeważnie milczy i gzić jej się nie chce. U ludzi zaleta niezwykle rzadka. Nie wiem tylko po co, tuż niemal przed zgonem, każesz mi zmieniać przynależność moją?

— Tak mi wypada z układu kabały, którą na tle żywych uprawiać lubię. Havemeyera pragnę z Ewarystą połączyć w rozpaczy po twojej śmierci oraz w ten sposób żałobę po tobie pogłębić nieco.

— Sposobność stworzyć do wzorowych schadzek.

— Chciałbyś im przeszkadzać?

— Nie lubię kojarzyć. Erotycznych marzeń nastroje są gminne. Godność nie pozwala, by milczenie moje miało być alfonsem, stojącym na straży czulącej się pary.

— Nikt nie śmiałby żądać. Lecz przyzna książę: mają się pobrać, twój pan z Ewarystą w Weselu Orgaza. Tę pantomimę, czysto religijną, przygotować można przez rzeczywistość. Havemeyer płonie ku Ewaryście żądzą najuczciwszą. Zapobiec należy, by mu Ewarysta nie zechciała popsuć tych prostych amorów. W niej wszelka przytomność od dawna zbełtana i nieodgadniona jej zachceń kapryśność.

— Dlatego mam czuwać? Nie, kardynale, proszę nie wymagać, bym dla płciowych intryg miał kiedy uszczuplać klasyczną mą senność. Natomiast skłonny jestem bez namysłu me lary-penaty513 w najbliższe sąsiedztwo Ewarysty przenieść. Do Havemeyera odczuwać zaczynam prawie że niechęć za jego kochliwość. Onczidaradhe niechaj mu zastąpi moje towarzystwo. Wolę ja niewiastę płochliwą, oziębłą i zawsze wykrętną. Nie pozwoli nigdy, by ktoś się chełpił, iż wie ostatecznie, jak do niej się dostać.

— Przyjdzie nam się rozstać, jakkolwiek w pobliżu — z życia i śmierci będziemy żartować. Ostrzegam, książę, przed jednym człowiekiem, który szpieguje nas wszystkich, zawzięcie, bezkarnie: przed A-to-tso, Chińczykiem, Mongołów papieżem.

— On najciekawszy ze wszystkich szalbierzy, którzy tu bawią, nas nie wykluczając, cny arcypasterzu. Jeszcze ani razu nie spojrzał na mnie. Gdy się nagle zjawi, nigdy nikt nie wie, którędy i po co? Również nie słyszałem, by ktoś miał odwagę zażądać męczących wyjaśnień od niego. Tajemniczość męską nade wszystko cenię.

— Dla swych brudasów na górze Lung-hu514 on Yetmeyera zagarnąć pragnie. Watykan nic nie wie i nie przeciwdziała. Ta mumia paradna z przypiętym warkoczem wciąż mnie pilnuje, wciąż we mnie się wgapia.

— A! to niemiłe! Po prostu pilnuje, by cię nie ukradli.

— Zapomniałem, prawda, że dziełem sztuki mam być najprzedniejszym.

— Wolę przyrody być dziwotworem. Wspomnień ja żadnych nie mam o sobie. Nie mogę mieć ceny nigdy ustalonej.

— Sza, ktoś nadchodzi. Może Prakseda, pomylona dziewka, która tu wpada niekiedy ukradkiem, rżnie na kolana przed portretem moim, trzy razy się żegna i odprawia modły żółcią napuszczone, po czym, jak kuma, łyśnięciem księżyca nagle spłoszona, bezgłośnie zmyka.

— Wśród ludzi kompletu w dancingu zduszonych wietrzę jakąś zbrodnię. Dotąd jednak nie wiem, czy nieodzowną czy też wymuszoną. Dla reklamy może... Czy słuch mnie nie myli? Odgłos lekkich chodów... Kobieta się zbliża. Zaczynam mój pacierz za powodzenie naszych postanowień. Bywaj kardynale i zmień wyraz oczu zbyt dotąd wymowny.

— Mrucz sobie książę, ile masz ochoty. Gdy zechcesz umierać, mnie sobie przypomnij!