18. Dworek Liljecrony

Żył pośród rezydentów jeden, którego zwałam zawsze wielkim muzykantem. Był to rosły, kościsty mężczyzna z wielką głową i czarnymi, bujnymi włosami. W owym czasie nie przekroczył jeszcze pewnie czterdziestki, ale kanciasta twarz i spokojne zachowanie się czyniło go z pozoru starszym. Był to człowiek dobroduszny, lecz melancholijnego usposobienia.

Pewnego popołudnia wziął pod pachę skrzypce i opuścił Ekeby nie żegnając się z nikim, chociaż miał zamiar nie wracać. Od czasu nieszczęścia hrabiny Elżbiety nie mógł znieść życia w Ekeby. Szedł bez odpoczynku przez wieczór i noc całą, aż dotarł rano o świtaniu do małego majątku Lövdala, który był jego własnością.

Wszyscy spali jeszcze, tak było wcześnie. Liljecrona usiadł na zielonej huśtawce przed dworem i zapatrzył się na swoją posiadłość. Wielki Boże, czyż istniał na ziemi piękniejszy zakątek?! Trawnik pokrywała piękna jak nigdzie chyba murawa. Pasły się tu owce, dreptały dzieciaki z zabawkami, a jednak trawnik był zawsze jednakowo gęsty i zielony. Nigdy go nie koszono, ale co najmniej raz w tygodniu gospodyni umiatała słomę, gałęzie i zeschłe liście. Wszedł na żwirową ścieżkę, ale zaraz zszedł z niej spostrzegłszy, jakie spustoszenie porobiły jego wielkie nogi na drożynie, wieczorem świeżo przez dzieci wygracowanej. Jakże tu wszystko bujnie rosło! Jarzębiny na dziedzińcu miały wysokość buków, a korony jak dęby. Nie widziano chyba dotąd drzew takich. Wokół grubych pni wiły się żółte powoje, a ich jasne kwiaty pośród ciemnego listowia przypominały gwiazdy na niebie. Przedziwne drzewa. Niedaleko rosła stara wierzba tak gruba, że dwu ludzi by jej nie objęło. Wypróchniała i pękła, piorun pozbawił ją korony, ale nie chciała umierać. Puszczała co wiosny zielone pędy ze szczelin pnia, na dowód, że żyje.

Stary, ogromny krzak czeremchy u wschodniego narożnika przysłaniał cały dwór. Kryty torfem dach usypany był jego białym kwieciem. W dali na polu stały w grupach buki, które czuły się tu jak w raju. Najrozmaitszych kształtów, jakby umyślnie naśladowały różne drzewa. Jedne podobne do rozłożystych lip, gęste i bujne, drugie strzelały w górę niby topole, inne jeszcze udawały wierzby płaczące. Każdy był inny, ale wszystkie piękne.

Liljecrona obszedł dom wokoło. Ogród był tak uroczy, że przystanął oddychając głęboko. Kwitły jabłonie. Widział je i po innych posiadłościach, ale nigdzie nie kwitły jak tu, gdzie je znał od czasu, gdy się ożenił. Szedł ostrożnie ścieżkami, złożywszy ręce.

Ziemia była biała i drzewa białe, z różowym gdzieniegdzie jeno nalotem. Nie widział dawno czegoś równie pięknego. Znał każde drzewko tak dobrze, jak się zna rodzeństwo i towarzyszy zabaw. Kwiecie jabłoni zimowych było całkiem białe, letnich różowe, a rajskie jabłonie kwitły purpurowo. Najpiękniej spisała się stara dziczka, cierpka, której jabłek nikt jeść nie chciał. Nie żałując kwiatów przybrała w porannym słońcu wygląd zaspy śnieżnej. Był wczesny ranek, rosa lśniła na liściach, zmyła kurz doszczętnie, a znad pokrytych lasami gór, u stóp których leżała posiadłość, skradały się pierwsze promienie słońca okrywając purpurą szczyty jodeł. Lekka mgła snuła się po rozłogach koniczyny, łanach żyta, jęczmienia i owsa, a cienie były ostre jak w księżycową noc.

Obejrzał skrupulatnie wielkie grzędy jarzyn, pocięte ścieżkami, wiedząc, że pracy tej dokonała żona wraz ze służebnymi. Kobiety bronowały, nawoziły, pełły i uprawiały ziemię, aż się stała lekka i urodzajna. Wyciągały potem grzędy pod sznur, odcinały kwadraty, w końcu udeptywały ścieżki i siały, aż wszystkie kwadraty były pełne. Dzieci pomagały, a ta praca sprawiała im wielką radość, chociaż nużyło je pochylanie się i wyciąganie rąk. Wyniki, jak łatwo pojąć, były jednak bardzo pomyślne, przeszły oczekiwania.

Teraz wszystko kiełkowało i rosło.

Niech Bóg błogosławi roślinom! Groch stał zuchwale i zadzierał głowę w górę spośród grubych liścieni, a korzonki buraków i marchwi drążyły w najlepsze ziemię. Wesołą zwłaszcza minę miała nać pietruszki, wychylająca się spod ziemi jakby grała z życiem w chowanego.

Gdzieniegdzie widniały grządki nieco krzywe, zasiane wszystkim po trochu. Zwyczajnie — działki dziecięce.

Liljecrona wziął skrzypce pod brodę i zaczął grać. Ptaki skryte w wysokich krzakach, słoniących ogród od północy, zaśpiewały. Nie mogło milczeć żadne obdarzone głosem stworzenie w ten ranek. Smyczek grał sam.

Liljecrona chodził po ogrodzie grając i rozmyślając:

— Nie, nie ma na ziemi piękniejszego zakątka!

Czymże jest Ekeby wobec Lövdali? Dom wprawdzie kryty jest sitowiem i ma jedno tylko pięterko. Stoi u skraju lasu, tuż pod górą. Nie ma tu nic nadzwyczajnego. Nie ma jeziora, wodospadu, łąk nadbrzeżnych ni parku, ale jakże wszystko piękne! Dom to dobry, spokojny, gdzie żyć łatwo, bez nienawiści, goryczy, gdzie wszystko koi łagodność. Takim powinien być każdy dom.

Gospodyni spała w pokoju od ogrodu. Zbudzona nagle nie ruszyła się, uśmiechnięta i zasłuchana. Muzyka zbliżała się coraz bardziej i grajek stanął pod jej oknem. Wiedziała, że mąż w ten sposób zazwyczaj przybywa po jakimś większym wydarzeniu czy dzikim figlu w Ekeby.

Stał oto spowiadając się i prosząc o przebaczenie. Opowiadał o siłach, które go odciągnęły od osób najdroższych, od niej i dzieci, chociaż je kocha, naprawdę kocha.

Wśród tego grania wstała i ubrała się, nie wiedząc dobrze, co czyni. Muzyka trzymała jej myśli na uwięzi.

— Nie wywabił mnie dostatek — grał — ni miłość dla innej kobiety ani wreszcie żądza sławy, jeno zmienność życia, piękno jego, gorycz i bogactwo, które odczuwać muszę. Ale dość mam tego, jestem syty i wyczerpany. Nie opuszczę już domu. Przebacz i bądź wyrozumiała.

Odsunęła firankę, otwarła okno i ukazała mu piękne, dobre oblicze swoje.

Była dobra i mądra, a spojrzenie jej, jak spojrzenie słońca, błogosławiło wszystkiemu, na co padło.

Kierowała wszystkim, strzegła, by rosło i bujało. Nosiła w sobie szczęście.

Wspiął się do niej na uszak okienny, szczęśliwy jak kochanek. Potem objął ją, wziął na ręce i zaniósł pod jabłonie, gdzie zaczął opowiadać, jakie wszystko ładne, pokazując grządki, ogródek dzieci i młodą nać pietruszki.

Gdy dzieci wstały, ogarnął je zachwyt z powodu przybycia ojca. Wzięły go w wyłączne posiadanie, pokazywały wszystkie nowe i uwagi godne rzeczy. Musiał oglądać mały młynek na strumieniu, gniazdo w wierzbie i dwa małe źrebaczki, co urodziły się parę dni temu.

Potem rodzice i dzieci ruszyli na daleką przechadzkę w pole. Musiał podziwiać gęstość młodego żyta, urodę koniczyny i kiełkujące ziemniaki.

Musiał obejrzeć krowy powracające z pastwiska, młode cielęta i owce, szukać jaj i dawać koniom cukier.

Dzieci trzymały go przez cały dzień, zaniedbując naukę i pracę wszelką, a włócząc się jeno z ojcem.

Wieczorem grał im do tańca, a przez cały dzień był tak dobrym towarzyszem, że zasnęły prosząc Boga, by ojciec został na zawsze.

Został też przez cały tydzień, wesoły jak dziecko. Zakochany w żonie, dzieciach i wszystkim, co w domu, nie myślał o Ekeby. Potem jednak znikł pewnego dnia nie mogąc znieść tyle szczęścia. Ekeby było stokroć mniej warte, ale tkwiło w wirze, w pośrodku zdarzeń.

Ileż tam wątków różnych do gry i do marzeń! Bo i jakże zdołałby nawet istnieć z dala od kawałków hultajskich i od jeziora Löven, wokół którego baśń dzikie wyprawia harce.

Tymczasem w posiadłości jego szło wszystko właściwym trybem, rosło i dojrzewało pod strażą łagodnej pani domu. Wszyscy żyli tu cicho, szczęśliwie, bez goryczy i sporu, skargi ni cierpienia, a każda rzecz i sprawa toczyły się swoją koleją. Cóż poradzić na to, że pan domu chciał przebywać koniecznie jako kawaler w Ekeby? Czyż żalić się nań jak na słońce, co zachodzi w każdą noc, zostawiając ziemię w ciemności?

Czyż nie jest niezwalczoną pokora? I czyż cierpliwość nie jest pewną zwycięstwa?

19. O czarownicy z gór dalekich

Czarownica z dalekich gór Dovre przybyła nad brzegi Lövenu. Miała zgarbione plecy, była niska, a ubranie jej stanowił kaftan skórzany i pas srebrem kuty. Nie wiadomo, czemu od wilczych nor przyszła w osiedla ludzkie i czego szukała pośród zielonych równi.

Mimo bogactwa swego żebrała, chciwie gromadząc datki. W górach niedostępnych ukryte miała ciężkie sztaby srebra, po górskich wąwozach pasły się stada jej owiec i czarnych złotorogich krów, a mimo to chodziła w łapciach i zatłuszczonym skórzanym kaftanie, którego barwny rąbek przeświecał poprzez wiekowy brud, mchem napychała fajkę i żebrała nawet u najbiedniejszych. Diabeł niech wspomaga taką babę, nie dziękującą nigdy i nigdy nie sytą.

Stara była. Nikt nie mógł powiedzieć, przed ilu laty blask młodości opromieniał tę twarz czarną, szeroką, błyszczącą od tłuszczu, o płaskim nosie i wąskich oczach, łyskających niby węgle z popiołu. Jak dawno temu, siedząc pod szałasem kosiarza, odpowiadała dźwiękami rogu na miłosną pieśń zakochanego pasterza? Żyła od kilkuset lat, najstarsi pamiętali tego włóczykija wędrującego po całym kraju, a taką samą widzieli ją ich ojcowie za swych lat młodych. Ja sama, która to piszę, widziałam ją. I pewnie dotąd żyje jeszcze.

Była mocarną córką Finów, co znają się na czarach. Mocarną i nieugiętą. Kroczyła twardo szerokimi stopy po żwirze dróg, sprowadzała grad, kierowała piorunami, umiała krowy na błędne drogi sprowadzać i szczuć wilki na owce. Słowem, dużo czyniła złego, a dobrego niewiele, toteż należało żyć z nią w zgodzie. Jeżeli żebrze o kozę, to trzeba ją dać i jeszcze naręcz wełny dołożyć, gdyż inaczej padnie koń, spłonie dom, zachorzeje krowa, umrze twoje dziecko, albo oszaleć może oszczędna i porządna gospodyni domu. Nie lubił jej nikt, wszyscy jednak witali ją z uśmiechem. Nie wiedziano, po co, złowieszcza, przybywała w dolinę, na kogo dybie. To pewna, że nie idzie jej wyłącznie o napełnienie sakwy dziadowskiej. Zło i różne znaki jawiły się wraz z nią, lisy i wilki wyły o zmierzchu, a szkaradne, czarne i żółtawe ślimaki, ociekające jadem, przyłaziły z lasu aż pod progi domostw.

Dumna była ze swej prastarej wiedzy tajemnej, mocarne runy wyrzezane miała na lasce, której za nic w świecie dać z ręki nie chciała, śpiewała czarodziejskie pieśni, warzyła czarodziejskie napoje, oddawała czarodziejskie strzały poprzez jezioro i wiązała węzły na burzę.

Jakżebym chciała znać myśli zrodzone w tym starym mózgu!

Cóż myślała o ludziach okolicznych? Dla niej, która wierzyła w Tora, pogromcę olbrzymów, i w potężne fińskie bożyszcza, chrześcijanie byli tym, czym są swojskie kundle wobec wilków. Nieposkromiona jak zawierucha, mocna jak wodospad — nie znosi mieszkańców nizin.

A jednak przychodziła często z gór przyjrzeć się ich karlim obyczajom. Ludzie drżeli na widok baby, która chodziła pośród nich pewna i spokojna, pamiętna swej sławy i władzy. I jak kot ufa swym pazurom, tak ufała mądrości swej oraz mocy pieśni boskich, czarodziejskich. Jako król jakiś władała postrachem, niezwyciężona.

Zwędrowawszy wiele miejsc dotarła do Borgu i weszła bez wahania w bramę hrabskiego pałacu. Przez kuchnię wchodzić nierada, kroczyła ku tarasowi kwietnemu tak pewna, jakby szła połoniną górską.

Aż tu właśnie hrabina Märta wyszła zażyć prześlicznego dnia czerwcowego, a jednocześnie dziewczęta służebne niosły na drągu z wędzarni do spiżarni świeżo uwędzone szynki i połcie słoniny. Przystanęły, a jedna zagadnęła:

— Może jaśnie pani obejrzy szynki, czy dobrze uwędzone.

Hrabina, zarządzająca obecnie sama gospodarstwem na Borgu, pochyliła się przez balustradę, chce obejrzeć wędliny, a w tejże chwili Finka położyła rękę na jednej szynce.

Przepyszna to była szynka, tłusta, pachnąca jałowcem, prawdziwie królewski kąsek! Czarownicy zachciało się tej szynki.

Nie poniżyła się do prośby i żebraniny. Wszakże z jej łaski rosły zioła i żyli ludzie, mogła sprowadzać mróz, burzę i powódź. Po cóż miała żebrać? Po prostu brała, co jej się zachciało, i koniec.

Ale hrabina Märta nie znała potęgi czarownicy.

— Idź precz, żebraczko! — zawołała.

— Daj mi tę szynkę! — rzekła czarownica z Dovre, ujarzmicielka wilków.

— Oszalałaś chyba! — krzyknęła hrabina i kazała dziewczętom odnieść wędliny do spiżarni.

Starcze oczy rozbłysły gniewem i pożądaniem.

— Daj mi tę brunatną szynkę! — powtórzyła. — Albo źle z tobą będzie!

— Wolę dać srokom niż takiej jak ty! — odparła hrabina.

Czarownica zadrżała z gniewu. Podniosła kij z runami i wstrząsnęła nim groźnie, wymawiając niepojęte słowa. Włosy jej się zjeżyły, oczy sypnęły skrami, a twarz wykrzywił skurcz.

— Niech ciebie samą zjedzą sroki! — zawołała.

Potem odeszła mrucząc klątwy i wymachując kijem. Obeszła dom; nie poszła już na południe. Córa dzikich ostępów dopełniła celu, dla którego zeszła z gór.

Hrabina Märta została na tarasie śmiejąc się z szaleńczych ruchów wiedźmy, ale niedługo śmiech jej zamilkł. Gdyż oto ptaki nadleciały. Nie wierzyła oczom własnym. Nadleciały w istocie sroki, które ją miały zjeść.

Z parku i ogrodu sfrunęły tuzinami, wyciągając szpony i rozwierając dzioby, z wrzaskiem i piskotem. Przed oczyma hrabiny zamigotały czarno-białe pióra, stała oszołomiona w chmurze ptactwa, którego skrzydła lśniły metalicznie w słońcu. Coraz to więcej srok napływało z całej okolicy szumiąc lotkami złowrogo. Wydało się hrabinie, że czarno-białe skrzydła zakryły niebo. Potwory zataczając coraz to mniejsze kręgi mierzyły dziobami i pazurami w jej twarz, ręce. Uciekła do sieni, skryła się za drzwi nieprzytomna, ogłuszona wrzaskiem i biciem skrzydeł.

Odcięta od słońca, lata i całej radości życia, siedziała odtąd za zamkniętymi drzwiami i spuszczonymi storami, wśród rozpaczy i strachu graniczącego z obłędem.

Samo to opowiadanie, chociaż prawdziwe i stwierdzone przez setki jeszcze starych ludzi wyda się szaleństwem, jakkolwiek wszyscy wiedzą o tej legendzie.

Ptaki obsiadły balustradę, tarasy i cały dach pałacu czekając na zjawienie się hrabiny. Pobudowały gniazda w parku i zostały tu na stałe, a nie sposób je było odpędzić. Strzelanie pogarszało jeszcze sprawę, gdyż za każdą srokę, która padła, nadlatywało dziesięć nowych. Czasem stado ruszało na żer, ale zostawała czujna straż, a ile razy hrabina pokazała się, uchyliła story lub spróbowała wyjść za próg, rzucała się na nią wrzeszcząca chmara i hrabina musiała uciekać do pokoju najodleglejszego.

Pędziła życie w sypialni za czerwoną salą i nieraz opowiadano mi, że gdy Borg był oblężony przez sroki, pokój ten wyglądał nad wyraz smutnie. Ciężkie portiery wisiały u drzwi i okien, podłogę pokryto grubymi dywanami, ludzie chodzili cicho i mówili szeptem.

W sercu hrabiny zamieszkał blady strach, włosy jej posiwiały, twarz pokryły zmarszczki, w ciągu miesiąca stała się staruszką. Nie mogła się oprzeć tym czarom okrutnym. W nocy zrywała się z krzykiem ze snu, sądząc, że sroki ją napadają. Nie wpuszczała ludzi, pewna, że za każdym wchodzącym przyleci stado wrogów, siedziała tedy zazwyczaj samotna w dusznym pokoju, niema, zakrywając rękami oczy, kołysząc się w fotelu, chora, zrozpaczona, od czasu do czasu zrywając się z krzykiem i skargami.

Trudno o życie smutniejsze. Więc każdy litował się nad biedaczką.

Nie mam nic więcej do opowiadania o niej, a i to, com przytoczyła, dobre nie było. Mam niemal wyrzuty sumienia. Była dobroduszna i wesoła za młodu i dużom o niej słyszała, nie zamieszczonych tu co prawda, arcyuciesznych historyjek.

Nie wiedziała jeno, że dusza wciąż łaknie. Zabawą i głupstwem żyć nie może. Jeśli zaś nie dostanie innego pożywienia, rozdziera jak dzikie zwierzę zrazu innych, a potem samą siebie.

I taki jest sens tej opowieści.