20. Sobótki
Lato tego roku było upalne jak lato obecne, kiedy to piszę. Nastała najwspanialsza z pór roku.
Właśnie w tym czasie smucił się i cierpiał zły Sintram w Forsie. Gniewał go długi, słoneczny dzień, bolał nad klęską ciemności, smuciło go wspaniałe listowie drzew i bujny kobierzec zaścielający ziemię.
Był dzień świętego Jana, jak teraz, kiedy to piszę. Wszystko skąpane było w piękności. Najbardziej szara i kamienista droga była obrzeżona kwiatami lata, fioletową wyką i żółtym podróżnikiem.
Gdy wspaniałość świętojańskiego dnia rozprzestrzeniła się po górach, a dźwięki dzwonów z Bro rozedrgane powietrze zanosiło aż do Forsu, gdy niewypowiedziany spokój świątecznego dnia panował nad całym krajem, Sintram zawrzał gniewem, że Bóg i ludzie śmią zapominać o jego istnieniu. Postanowił także pójść do kościoła, pokazać się rozradowanym i przywieść na pamięć ciemń beznadziejną, dzień bez zmartwychwstania oraz zimę bez wiosny.
Włożył wilczą szubę i włochate futrzane rękawice, zaprzągł do sanek gniadego konia, do uprzęży przypiął janczary. Tak wyposażony jakby przy trzydziestu stopniach mrozu, pojechał. Zgrzyt pod płozami sań przywodził mu na myśl mróz, a pianę na zadzie konia brał za szron. Nie było mu gorąco, gdyż tchnął chłodem, jak słońce żarem promieniuje.
Jechał rozległą równiną na północ od broeńskiego kościoła. Wielkie, jasne wsie leżały wokół i pola, nad którymi wysoko pod niebem śpiewały skowronki. Nigdzie nie słyszałam takich skowronków, dziwiło mnie też nieraz, jak mógł ogłuchnąć na ich śpiew.
Niejedno złościłoby go w drodze, gdyby patrzył. Przed chatami stały pochylone brzózki, a ściany widne przez otwarte okna umajono zielenią.
Najlichsza żebraczka niosła gałązkę bzu, a chłopaki miały pęczki kwiecia u chustek.
Okryte kwiatami drzewa i krzewy wieńczyły osiedla, a trawa była zdeptana od wesołego tańca ku czci święta lata.
Na Lövenie tłoczyła się gromada flisaków. Białe żagle tratew mimo braku wiatru rozwinęli ku czci dnia tego, na każdym maszcie powiewa zielony wieniec.
Drogami ku Bro wiodącymi szli do kościoła odświętnie ubrani ludzie, zwłaszcza kobiety przystrojone były pięknie w jasne letnie suknie z samodziału.
Wszyscy cieszyli się pokojem świątecznym, ciepłem, nadzieją plonów, poziomkami, które zaczęły się rumienić przy drodze, mówili o pogodzie, śpiewie skowronków i powtarzali:
— Zaprawdę, widać jest to dzień Pański!
Wtem nadjechał Sintram. Klął, machał biczem nad grzbietem ociekającego potem konia, piasek zgrzytał szkaradnie pod płozami sań, a ostry brzęk janczarów głuszył dzwony. Czoło Sintrama pod czapą futrzaną pokrywały zmarszczki gniewu.
Ludzie w kościele zdumieli się, jakby na widok wcielonego diabła. A więc nawet w święto i podczas lata nie podobna zapomnieć o zimie i złem. Ciężko, zaprawdę, żyć na ziemi! Ci, co czekali początku nabożeństwa w cieniu kościelnego muru i na cmentarzu, patrzyli w cichym zdumieniu, jak kroczył ku bramie. Przed chwilą rozradowani latem i rozkoszujący się życiem, doznali wrażenia, że nadchodzi tajemne jakieś nieszczęście.
Sintram wszedł do kościoła, siadł na swoim miejscu i cisnął na ławkę rękawice, tak że głośno zaszczękały wszyte w skórę wilcze pazury. Kilka kobiet zemdlało na widok kosmatej postaci i musiano je wynieść z kościoła.
Nikt nie śmiał wygnać Sintrama z domu bożego, chociaż przeszkadzał wiernym w nabożeństwie. Bano go się ogólnie.
Daremnie mówił stary proboszcz o jasnym święcie lata.
Nikt go nie słuchał, a wszyscy myśleli jeno o złem, o zimie i tajemniczym nieszczęściu, którego zwiastunem był niesamowity dziedzic Forsu.
Po nabożeństwie udał się Sintram na zbocze kościelnego wzgórza i zaczął wodzić oczyma po wybrzeżu brobijskim, trzech przylądkach zachodnich i dalej aż po jezioro Löven. Wszyscy widzieli, jak zaciśniętą pięścią grozi jezioru i zielonym wzgórzom. Potem zwrócił się na południe, śląc spojrzenie aż tam, gdzie zdawała się kończyć powierzchnia wody, a wreszcie na północ, ku Gurlicie i Björnidet. Obracał się wokoło, zwijał pięść i groził, a wszyscy czuli, że dzierży w dłoni pioruny, które cisnąłby, gdyby jeno mógł, na spokojną okolicę, szerząc śmierć i rozpacz. Serce jego tak teraz przesiąkło złem, że radowało się jeno zagładą. Oszalały tą żądzą, srożył się nad wszystkimi, a ludzie nie znając przyczyn szerzyli najdziwniejsze wieści.
Opowiadano, że kiedy kościelny chciał zamknąć drzwi świątyni, klucz złamał się, gdyż w zamku tkwił twardy zwitek papieru. Zaniesiono go do dziekana. Zwitek okazał się listem skierowanym do istoty nie z tego świata.
Szeptano sobie, co było na tym papierze. Dziekan spalił go, ale kościelny widział błyszczące ogniście czerwone litery na czarnym tle i powiedział, że Sintram chciał zniweczyć całą okolicę widną z wieży brobijskiego kościoła, tak by las porósł na miejscu kościoła, a niedźwiedź i lis zamieszkały w ludzkich osiedlach. Pola miały leżeć odłogiem, a głosu koguta ni psa słyszeć już tu nie miano. W służbie złego ducha przyrzekał Sintram, iż tego dokona.
Zasępili się wszyscy myślą o przyszłości, wiedząc, jak potężne jest zło, jak nienawidzi ono tego, co żyje, jak bezlitośnie rade by zamienić w dzicz całą równinę, jak wziąwszy do pomocy zarazę, głód czy wojnę, zniszczyć chce każdego, kto miłuje owocną, pokojową pracę.