33. Kevenhüller

Znany później jako uczony i zręczny konstruktor Kevenhüller urodził się w Niemczech, w siedemdziesiątych latach XVIII wieku. Był synem hrabiego, mógł tedy mieszkać po zamkach i paradować przy boku króla, gdyby miał ochotę — ale nie miał ochoty.

Wolał przytwierdzić skrzydła wiatraka do najwyższej wieży zamkowej, przemieniać salę rycerską w kuźnię, a damską alkowę w pracownię zegarmistrza. Chciał zapełnić zamek ojcowski terkoczącymi kołami i dźwigniami ruchowymi, ponieważ zaś to się zrobić nie dało, obrócił się plecami do całego kramu i poszedł na naukę do zegarmistrza, gdzie posiadł całą wiedzę kół zębatych, sprężyn i wahadeł. Wyuczył się robić zegary słoneczne i gwiezdne, zegary z piszczącymi kanarkami, trąbiącymi pasterzami, dzwonkami, olbrzymie zegary wieżowe i maleńkie, mieszczące się w medalioniku.

Po wyzwolinach zarzucił tobołek na plecy, ujął sękaty kij i powędrował, by poznać wszystko, co się w świecie porusza na walcach i kółkach. Nie był on zwyczajnym zegarmistrzem — chciał zostać wielkim wynalazcą i poprawiaczem świata.

Przewędrowawszy dużo krajów zaszedł też do Värmlandu celem przestudiowania kół młyńskich i urządzeń kopalnianych.

Pewnego pięknego dnia letniego znalazł się na rynku karlstadzkim i spotkał tam władczynię lasów, piękną Hulder, która uznała za stosowne przywędrować aż do miasta. Znakomita dama szła ze strony przeciwnej, toteż wpadła wprost na Kevenhüllera.

Przedziwne to było spotkanie, w sam raz dla czeladnika zegarmistrzowskiego. Miała ona zielone, lśniące oczy, bujne, jasne włosy do ziemi i ubrana była w zielony, mieniący się jedwab. Chociaż była boginką i poganką, wydała mu się dużo piękniejsza od wszystkich widzianych dotąd chrześcijanek, tak że stanął oczarowany.

Przybyła wprost z leśnej gęstwiny, gdzie rosną paprocie jak drzewa, gdzie olbrzymie sosny nie dopuszczają słońca, tak że jeno cętki światła lśnią na mchu zielonym, i gdzie pnącza wiją się po omszałych głazach.

Żałuję, że nie byłam na miejscu Kevenhüllera i nie widziałam, jak szła z paprociami i szpilkami jodeł w zmierzwionych włosach, z małą czarną żmiją na szyi, lekkim krokiem dzikiego zwierza, owiana zapachem żywicy, poziomek i mchów.

Patrzyli na nią ludzie z osłupieniem, że śmie chodzić po karlstadzkim rynku, konie płoszyła wiewem długich włosów. Gonili ją ulicznicy, kupcy zostawiali wagi i noże, robotnicy gonili się zapominając o wozach i kilofach, kobiety zaś z krzykiem pobiegły do biskupa, do kapituły i domagały się wygnania potwora z miasta.

Ona jednak szła spokojnie, majestatycznie i uśmiechała się, widząc to zamieszanie, tak że Kevenhüller dostrzegł małe, ostre, drapieżne ząbki, wychylające się spośród różowych warg. Zarzuciła na ramiona szal, by ukryć, kim jest, ale na nieszczęście zapomniała schować ogon, który wlókł się za nią po bruku.

Kevenhüller widział ogon, uczuł politowanie dla wytwornej damy wystawionej na pośmiewisko mieszczuchów i pochylając się po rycersku, powiedział:

— Może łaskawa pani raczy unieść tren sukni?

Ta życzliwość i dworność wzruszyła leśną dziwożonę, stanęła tedy przy nim, i spojrzała na niego tak, iż iskry sypiące się z jej oczu wpadły mu w samo serce. Rzekła:

— Zapamiętaj sobie, mości Kevenhüllerze, że odtąd będziesz mógł stworzyć własnymi rękami każde, jakie zechcesz, arcydzieło, ale tylko po jednej sztuce z każdego rodzaju.

Tak rzekła, a słowa mogła dotrzymać, któż bowiem nie wie, że ta zielono strojna z leśnej gęstwiny posiada władzę użyczania geniuszu i sił cudownych temu, kto posiadł jej łaski.

Kevenhüller został w Karlstadzie i najął sobie warsztat. Przez tydzień pracował, aż zrobił arcydzieło. Był to samojazd. Jeździł on do góry, na dół i we wszystkie strony, można go było obracać, zatrzymywać i znowu puszczać w ruch, słowem, był cudowny.

Kevenhüller stał się sławny i pozyskał w mieście przyjaciół. Dumny ze swego dzieła, pojechał tym samojazdem do Sztokholmu, by pokazać go królowi. Nie potrzebował czekać na konie pocztowe, kłócić się z pocztylionami, trząść się nędznymi kariolkami ni spać na twardych ławkach pocztowych. W ciągu kilku godzin dotarł do Sztokholmu.

Zajechał wprost przed zamek królewski. Król wyszedł w otoczeniu świty i dam dworskich, a gdy go zobaczyli jadącego, nie mogli się dość nachwalić i nadziwować.

— Daj mi ten wóz, mości Kevenhüllerze! — rzekł król, a choć Kevenhüller odmówił, król upierał się przy swoim żądaniu.

Nagle ujrzał Kevenhüller w świcie damę zielono ubraną, jasnowłosą. Poznał ją i zrozumiał, że to ona nakłoniła króla, by go poprosił o samojazd. Popadł w rozpacz, a nie mogąc znieść, by ktoś inny posiadł jego wóz, i nie chcąc opierać się dalej królowi, wjechał z takim rozpędem na mur zamkowy, że arcydzieło pękło w kawałki.

Za powrotem do Karlstadu próbował zrobić drugi samojazd, ale mu się nie udało. Rozpaczą napełnił go dar leśnej dziwożony. Porzucił dostatni dom ojca po to, by zostać dobroczyńcą ludzkości, nie zaś po to, by fabrykować czarodziejskie graty, tylko jemu jednemu mogące służyć. Cóż mu z tego, że jest mistrzem nad mistrzami, gdy żadnego z arcydzieł swych nie wolno mu pomnożyć i oddać na użytek tysięcy?

Uczony mistrz zapragnął spokojnej i rozumnej pracy, więc został kamieniarzem i budowniczym. W owym to właśnie czasie zbudował wielką wieżę kamienną, na wzór wieży zamku ojcowskiego i chciał potem dostawić dom mieszkalny, portale, podwórza, mury i wykusze, most zwodzony, tak by nad brzegiem Klarelfu powstał zamek rycerski.

Chciał w nim ziścić marzenie młodości i napełnić budynki wszelkimi warsztatami, narzędziami i przyborami, jakich potrzebował. Pomieścić się tu mieli też młynarze, czarni kowale, zegarmistrze w zielonych umbrelkach nad zmęczonymi oczyma, farbiarze z powalanymi rękami, tkacze, tokarze, a wszyscy ze swymi warsztatami.

Wszystko poszło dobrze, wybudował wieżę, własnoręcznie ciosając kamienie i murując.

Umieścił u góry śmigi młyńskie, gdyż miał to być wiatrak, potem zaś zaczął stawiać kuźnię.

Pewnego dnia patrząc na obracające się śmigi uczuł, że wzbiera w nim dawne pragnienie.

Wydało mu się znowu, że zielono strojna spojrzała na niego zielono lśniącymi oczami, że znowu płomień objął jego serce, zamknął się w pracowni, nie jadł, nie pił, nie odpoczywał i w ciągu tygodnia stworzył nowe arcydzieło.

Nadszedł dzień, kiedy wstąpiwszy na dach swej wieży zaczął przypinać skrzydła.

Spostrzegli go dwaj ulicznicy i gimnazjalista, którzy siedzieli na poręczy mostu i łowili płotki. Wydali okrzyk tętniący po całym mieście. Porwali się potem i biegając od drzwi do drzwi bili w nie, wołając:

— Kevenhüller chce latać! Kevenhüller chce latać!

Stał spokojnie, przypinając skrzydła, i patrzył na tłumy ludu płynące ciasnymi ulicami starego Karlstadu.

Kucharki poniechały garnków i wyrabiania ciasta, staruszki rzuciły pończochy, nasadziły na nos okulary i wybiegły na ulice, burmistrz i radni wstali z ław sędziowskich, rektor cisnął w kąt gramatykę, uczniowie opuścili bez pozwolenia klasy, a wszyscy pośpieszyli pędem ku zachodniemu mostowi.

Na moście czarno było od ludzi. Rynek był szczelnie zapchany, a na całym wybrzeżu aż pod pałac biskupi roił się tłum. Więcej było ludzi niż na kiermaszu w dzień św. Piotra, więcej też niźli podczas pamiętnej jazdy króla Gustawa III, kiedy to powóz ośmiokonny pędził tak szybko, że na zakrętach stawał na dwu kołach. Kevenhüller przypiął w końcu skrzydła, odbił się, machnął nimi parę razy i uleciał swobodnie. Płynął wysoko nad ziemią.

Wciągał w płuca czyste tchnienie, pierś mu się rozszerzała, a stara krew szlachecka zaczęła w nim grać. Wirował jak gołąb, płynął jak jastrząb, śmigał szybciej od jaskółki, a sterował tak pewnie jak sokół. Patrzył z góry na ludzi przykutych do ziemi, dumając, czym by się stać mogli, gdyby każdemu z nich dać parę skrzydeł do szybowania w przestworzach. I w tej chwili nie zapomniał niedoli swojej, która sprawiła, że mógł sam jeno korzystać ze swych arcydzieł. Ach, ta Hulder! Gdybyż ją dostać teraz w ręce!

Nagle oczom olśnionym blaskiem ukazało się w powietrzu coś, co przypominało skrzydła, a pomiędzy nimi ujrzał postać ludzką. Powiewały jasne włosy, jedwabne zielone szaty i błyszczały oczy. Tak, to ona!

Stracił przytomność umysłu. Rzucił się szalonym pędem na zjawisko, nie wiadomo, czy po to, by je całować, czy bić i zmusić do zdjęcia czaru. Zapomniał w tej chwili o sterowaniu, wyciągnął rękę, zbliżył się nagle i skrzydła jego wplątały się w drugie skrzydła. Tamte były mocniejsze, chwyciły go, obróciły, potargały mu lotki i runął, sam nie wiedząc gdzie.

Odzyskawszy zmysły spostrzegł, że leży na dachu własnej wieży, obok strzaskanego przyrządu lotniczego. Poleciał, oczywiście, wprost na swój wiatrak, został porwany, okręcony parę razy i rzucony na dach. Tak się skończyła jazda powietrzna.

Kevenhüller popadł znowu w rozpacz. Uczciwa praca mierziła go, sztuczkami czarodziejskimi zajmować się nie chciał. Uczuł, że serce by mu pękło, gdyby stworzył jeszcze jedno arcydzieło i znów stracić je musiał. Gdyby zaś nie zniszczało, zwariowałby na pewno, nie mogąc go dać na pożytek innych.

Sięgnął po tobołek czeladniczy i kij sękaty, zostawił wiatrak i postanowił szukać leśnej boginki.

Najął powóz, gdyż nie mógł już tak chodzić jak za młodu, i pojechał. Opowiadają, że zatrzymywał się przed każdym lasem, wysiadał, wchodził w gęstwinę i wołał zieloną boginkę.

— Hulder, Hulder, to ja, Kevenhüller! Chodź no, chodź! — Ale nie przychodziła.

Podczas tej podróży przybył do Ekeby, na rok zaledwie przed wygnaniem majorowej! Przyjęto go serdecznie, więc został. Gromadce kawalerów przybyła wysoka, rycerska postać, pozyskali nieustraszonego towarzysza pohulanek i łowów. Ożyły w nim wspomnienia młodości, pozwalał się nazywać hrabią i coraz bardziej przypominał starego niemieckiego barona-rozbójnika swym orlim nosem, krzaczastymi brwiami, brodą spiczastą i zakręconymi w górę wąsami.

Został rezydentem jak inni i nie różnił się od gromadki, którą majorowa, wedle legendy, trzymała w pogotowiu na usługi piekła. Włos mu pobielał, a umysł zasnął. Nie wierzył już sam w czyny lat młodych. Nie zrobił wcale samojazdu ani maszyny latającej. To bajki, na pewno bajki!

Ale wkrótce wypędzono majorową z Ekeby i zaczęło się szalone życie kawalerów, władców posiadłości. Burza poszła po okolicy, stare głupstwo złączyło się z młodą dziczą, zło wszelkie poszło w ruch, dobro zanikło, ludzie walczyli na ziemi, a duchy na niebie. Z gór nadciągały wilki z czarownicami na grzbietach, rozpętały się siły natury, a Hulder przybyła do Ekeby.

Nie znali jej kawalerowie i myśleli, że jest to biedna, uciśniona kobieta, doprowadzona do rozpaczy przez złą teściową. Wzięli ją w opiekę, czcili jak królową, kochali jak dziecko własne i zwali hrabiną.

Jeden Kevenhüller poznał ją, chociaż i on z początku uległ zaślepieniu. Ale pewnego dnia włożyła suknię z zielonego jedwabiu i Kevenhüller zaraz ją poznał.

Siadywała na jedwabnych poduszkach, na najlepszej sofie ekebijskiej, a wszyscy rezydenci służyli jej jak błazny. Jeden był kucharzem, inny kamerdynerem, lektorem, muzykiem nadwornym, szewcem nawet, każdy chciał jej służyć.

Niby to była chora ta poczwara, ale Kevenhüller, wiedział, co o tym sądzić. Chciała sobie po prostu zadrwić z wszystkich i koniec.

Ostrzegał przed nią kawalerów.

— Czyż nie widzicie ostrych zębów i dzikich oczu? — mawiał. — To Hulderka... wszystko zło zwaliło się na nas... Powiadam wam, to Hulderka, która przybyła na nasze nieszczęście. Znam ja ją z czasów dawniejszych.

Ale zobaczywszy i poznawszy Hulderkę, uczuł Kevenhüller chęć do pracy. Zaczęło go piec w mózgu i wiercić, a palce same sięgały po pilnik i młot, tak że nie mógł wytrzymać, aż wdział bluzę roboczą i zamknął się w jednym z warsztatów ślusarskich.

Po Ekeby i całym Värmlandzie poszła wieść:

— Kevenhüller zabrał się do roboty!

Nasłuchiwano z zapartym oddechem uderzeń młota, warkotu silnika i stęku miecha.

— Zobaczymy nowy cud! — mówiono. — Co też to będzie? Może nas nauczy chodzić po wodzie lub zbuduje drabinę do Wielkiej Niedźwiedzicy? Wszystko potrafi ten człowiek! Widzieliśmy, jak go skrzydła unosiły w powietrzu, widzieliśmy, jak jego samojazd pędził przez ulice, posiada dar Hulder, nic przeto nie jest dla niego niemożliwe.

Pierwszej czy drugiej nocy październikowej skończył arcydzieło i wyniósł je z pracowni. Było to koło kręcące się samo przez się, a podczas obrotu lśniły szprychy wydzielające ciepło i światło. Kevenhüller zrobił słońce. Gdy je wyniósł z pracowni, noc stała jak dzień jasna, wróble zaczęły ćwierkać, a chmury poróżowiały jak o wschodzie.

Było to arcydzieło najpiękniejsze. Zniknąć miała ciemność i zimno z ziemi. Dumny był z pomysłu. Słońce naturalne mogło sobie wschodzić jak dotąd, ale w nocy miały się zapalać tysiące słońc sztucznych w całym kraju, ogrzewając powietrze jak w upalny dzień letni. Miano zbierać dojrzałe ziarno w zimowe noce, poziomki i ożyny przez cały rok rosnąć miały po wzgórzach, a lód już nigdy ściąć nie miał wody.

Nowy wynalazek miał przeistoczyć świat, zastępując futro biednym i dając światło pracującym pod ziemią.

Miał dostarczyć fabrykom siły napędowej, ożywić przyrodę śpiącą w zimie, słowem, stworzyć lepszy byt dla ludzkości.

Ale Kevenhüller wiedział dobrze, że wszystko to są marzenia i Hulder nie zezwoli mu za nic uwielokrotnić owego koła. Ogarnięty gniewem i zemstą postanowi ją zabić i od tej chwili nie wiedział już, co czyni.

Wszedł do budynku głównego, pod schody, i postawił tam koło ogniste w zamiarze spalenia dworu razem z babą.

Potem wrócił do pracowni, siadł i zaczął nasłuchiwać.

Za chwilę hałas i gromkie nawoływania oznajmiły, czego dokonał.

„Krzyczcież sobie — myślał — i dzwońcie do woli, a Hulder, ta czarownica, spali się i tak wraz z jedwabiami, na których ją ułożyliście!”

Dumał, czy potwór wije się już w mękach, czy biega z komnaty do komnaty, czy trzeszczy zielony jedwab w ogniu, czy płomienie już igrają jasnymi włosami. Dalejże śmiało, płomienie! Schwytajcież i spalcie czarownicę! Nie bójcie się zaklęć czarodziejskich! Niech się spali! Niejeden przez nią palił się tak przez całe życie!

Tętniły dzwony, turkotały pojazdy, nadjeżdżały sikawki, czerpano wodę z jeziora wiadrami, z wszystkich wsi śpieszyli ludzie na ratunek. Krzyczano, lamentowano, wydawano rozkazy, zapadały się dachy i straszliwie trzeszczały płomienie.

Nic nie mogło jednak wyprowadzić z równowagi Kevenhüllera, który siedział na kowadle i zacierał ręce.

Nagle usłyszał łoskot, jakby spadły niebiosa, skoczył i zawołał wesoło:

— Teraz już nie ujdzie! Leży zdruzgotana belkami lub pożarta przez płomienie. Cha... cha... cha... stało się!

Wspomniał, że musiał poświęcić dumę i chwałę Ekeby, by ją zgładzić ze świata. Pożałował wspaniałych sal, rozbrzmiewających niedawno jeszcze radością, pełnych stołów uginających się pod smakołykami, mebli, sreber i porcelany, czego wynagrodzić nie będzie można już nigdy...

Skoczył i krzyknął straszliwie. Wszakże postawił pod schodami dla podpalenia domu swe koło, słońce, model, od którego zależało wszystko!

Spojrzał po sobie tak przerażony, że aż skamieniały.

— Czyżem oszalał? — spytał. — Jakże mogłem to uczynić?

W tej chwili otwarto szczelnie zaryglowane drzwi pracowni i ukazała się zielona bogini. Hulderka stała w progu uśmiechnięta, powabna, bez plamki na sukni, bez woni dymu we włosach. Wyglądała zupełnie tak, jak to widział za młodych lat na rynku karlstadzkim, owiana dziką wonią lasu, z wlokącym się za nią ogonem...

— Ekeby płonie! — powiedziała ze śmiechem.

Kevenhüller podniósł wielki młot chcąc go jej rzucić na głowę, ale w tejże chwili spostrzegł, że potwór trzyma w ręku jego ogniste koło.

— Ocaliłam to dla ciebie! — rzekła.

Kevenhüller padł jej do stóp.

— Zniszczyłaś mój wóz! — zawołał. — Połamałaś mi skrzydła i zmarnowałaś mi życie! Zmiłuj się teraz nade mną, okaż się litościwą!

Skoczyła na tokarnię i siadła tam, młoda, powabna jak za czasu pierwszego spotkania.

— Widzę, że wiesz, kim jestem! — powiedziała.

— Znam cię i zawsze znałem! — zawołał nieszczęśliwy człowiek. — Jesteś geniusz! Ale zwróć mi wolność! Zabierz swój dar! Odejmij cudowną moc! Chcę zostać zwyczajnym człowiekiem! Czemuż mnie prześladujesz? Czemu niszczysz?

— Nierozsądny człowiecze! — powiedziała Hulder. — Nigdy nie chciałam ci szkodzić. Dałam ci dar wielki, który mogę odebrać, jeśli go nie chcesz. Ale namyśl się, byś nie żałował.

— Nie, nie! — wykrzyknął. — Odbierz mi cudowne zdolności!

— Naprzód musisz to zniszczyć! — odparła rzucając na ziemię koło ogniste.

Bez namysłu chwycił wielki młot, uderzył w lśniące słońce, które było jeno sztuczką czarodziejską, nieużyteczną dla ogółu. Skry poleciały po pracowni, zatańczyły płomienie i trzaski, ostatnie arcydzieło przestało istnieć.

— Teraz odbieram ci dar mój! — rzekła Hulder.

Podeszła do drzwi, otwarła je, a Kevenhüller patrzył, jak odchodziła na zawsze, oblana czerwienią pożogi.

Wydała mu się piękniejszą jeszcze, a nie miała teraz złośliwego wyrazu ni dumy na twarzy.

— Nierozsądny człowiecze! — powiedziała mu jeszcze. — Czyliżem ci zabroniła kazać innym naśladować dzieła twoje? Miałam to jeno na celu, by ochronić człowieka genialnego przed trudami rzemiosła!

Potem poszła, a Kevenhüller chodził przez kilka dni jak błędny. Niebawem jednak stał się podobny innym ludziom.

Spłonął główny gmach Ekeby, ale nikt z ludzi nie ucierpiał. Zasmuciło to tylko kawalerów, że gościnny dom, w którym tyle dobra zaznali, tak wiele poniósł strat za ich rządów.

34. Na jarmarku w Broby

Pierwszego piątku w październiku rozpoczynał się w Broby wielki jarmark trwający osiem dni. Było to największe święto roku, a poprzedzał je w każdym domu okres pieczenia i warzenia. Odzież zimowa czekała już pierwszego przywdziania, świąteczne potrawy: placek z serem i ciastka na smalcu, stały co dzień na stole, podwajano też racje wódki, a pracę odkładano na potem. W każdej zagrodzie świątkowano, służba i wyrobnicy brali zaliczki i długo dumali, co by kupić na jarmarku. Ludzie przychodzili z dala grupkami, z plecakami na grzbiecie i laskami w ręku. Wielu w tych ciężkich czasach musiało też pędzić bydło na sprzedaż. Młode byczki i kozy stawały na rozkraczonych sztywnie nogach pośród drogi, przysparzając dużo kłopotów właścicielom, a uciechy widzom. Gościnne pokoje po dworach pełne były miłych gości, opowiadano sobie nowiny i rozważano ceny bydła, dzieci zaś chodziły z kąta w kąt marząc o podarkach jarmarcznych i miedziakach na cukierki.

Pierwszego zaraz dnia mnóstwo ludzi przepełniało wzgórza brobijskie i wielki rynek. Kupcy, z miast przybyli, sprzedawali swe towary w budach, zaś ludzie z Dalsland i z Västgotland rozłożyli swój kram na długich deskach, ponad którymi trzepotały białe płócienne dachy. Dość tam było linoskoczków, kataryniarzy, ślepych grajków oraz wróżek, kramów z cukierkami i szynków. Za budami ustawiono na ziemi naczynia kamienne i drewniane. Ogrodnicy dworscy zwozili cebulę, rzepę, jabłka, gruszki, a dużą przestrzeń rynku zalegały brunatne, pobielane wewnątrz naczynia miedziane.

Po obrotach poznać jednak łatwo było, że nędza panuje w Svartsjö, Bro, w Lövviku i innych gminach nad Lövenem. Handel na straganach i budach szedł licho, większy ruch bywał jeno na targowicy, gdzie niejeden musiał sprzedać krowę, by przezimować, i gdzie odbywał się ożywiony handel końmi.

Wesoły był mimo to jarmark w Broby. Gotówka starczająca na parę kieliszków podtrzymywała humory. Ale nie sama wódka wywoływała nastrój radosny. Ludzi przybyłych z samotnych leśnych zagród, gdy się znaleźli na jarmarku, w ścisku, ogarniało istne szaleństwo radości, huczne jarmarczne życie upajało ich.

Niemało handlowano, oczywiście, pośród tylu ludzi, ale nie była to rzecz główna. Najważniejsze zdawało się każdemu zaprosić do swego wozu krewnych i przyjaciół, gościć ich kiełbasą owczą, ciastkami na smalcu i wódką lub skłonić dziewczynę do przyjęcia w darze śpiewnika czy jedwabnej chusteczki, lub też nakupić jarmarcznych prezentów dla dzieci.

Do Broby przychodzili wszyscy, którzy nie musieli zostać dla pilnowania gospodarstwa. Stawili się więc kawalerowie z Ekeby, węglarze z Nygard, handlarze koni z Norwegii, Finowie z głębi lasów i włóczykije z całego świata.

Gdzieniegdzie powstawały w tym morzu wiry kręcące się wokół pewnych punktów. Co tam tkwiło, nie wiedział nikt, dostrzegano tylko czasem policjantów kładących tamę jakiejś bijatyce lub podnoszących przewrócony wóz. Za chwilę taki sam wir powstawał wokoło jakiegoś kupca targującego się z ochoczą dziewczyną.

W południe zaczynała się bijatyka na dobre. Chłopi wbili sobie w głowę, że Västgotlandczycy oszukują ich używając zbyt krótkiej miary łokciowej, przeto powstała zrazu kłótnia przy ich straganach, potem zaś poszły w ruch pięści. Wielka to była ulga dla wielu, którzy w owych dniach biedę w domu klepali, palnąć w coś czy kogoś z całej siły. Gdy raz bitwę rozpoczęto, cisnęli się do szeregów wszyscy silni i ochotni. Kawalerowie usiłowali po swojemu przywracać ład, a Dalslandczycy śpieszyli tym z Västgotland na pomoc.

Najśmielej poczynał sobie setny chłop, Mans z Forsu. Pijany i rozjuszony obalił jakiegoś Västgotlandczyka i jął go okładać, zwabieni wołaniem o pomoc, nadbiegli krajanie bitego i usiłowali zmusić Mansa do wypuszczenia swego ziomka. Wtedy osiłek Mans zwalił bele materiału z jednego straganu, porwał ladę, zbitą z mocnych desek, na łokieć szeroką, osiem łokci długą, i jął wymachiwać tą bronią.

Mans był strasznie silnym człowiekiem. Wywalił ścianę więzienia filipstadzkiego, mógł też dźwignąć z jeziora łódź i zanieść ją na barkach do domu. Naturalnie wszyscy Västgotlandczycy umknęli, ale silny Mans ruszył ich śladem i nie bacząc już na wrogów czy przyjaciół, gnał, by tylko w coś uderzyć.

Ludzie uciekali ogarnięci strachem, ale trudno to było uczynić kobietom z dziećmi. Przy tym drogę tamowały budy i wozy, a zamieszanie pogarszały jeszcze płoszone krowy i woły.

Wciśnięta w kąt pomiędzy budami utkwiła gromada kobiet. Ku nim leciał teraz olbrzym, któremu się zdawało, że widzi tam jakiegoś Västgotlandczyka. Przerażone śmiertelnie babiny skuliły się czekając ciosów straszliwych.

W chwili kiedy deska spadała na ich głowy, uderzenie osłabiły wyciągnięte ręce jakiegoś mężczyzny. On tylko jeden nie uciekł, ale tkwiąc w ciżbie dla ocalenia wielu, przyjął dobrowolnie na siebie cios. Kobietom i dzieciom nie stało się nic. Człowiek ten osłabił uderzenie, sam jednak legł bez zmysłów na ziemi.

Silny Mans nie podniósł już deski do nowego ciosu. Obezwładniło go spojrzenie tego człowieka w chwili, gdy deska spadała mu na czaszkę. Spojrzenie to przeniknęło go do głębi. Dał się bez oporu związać i odprowadzić.

Z szybkością błyskawicy poleciała po rynku wieść, że mocny Mans zabił kapitana Lennarta. Powiadano, że ten przyjaciel ludzi poległ w obronie kobiet i dzieci.

Cisza zaległa plac tak ożywiony przed chwilą, ustał handel, pijatyka, a linoskoczek daremnie wabił widzów. Zmarł przyjaciel ludu, a lud przybrał żałobę. Wszyscy tłoczyli się w milczeniu dokoła miejsca, gdzie padł. Leżał wyciągnięty, bez zmysłów, bez ran, ze zgniecioną jeno tylko częścią czaszki.

Kilku mężczyzn podniosło go ostrożnie i złożyło na desce, od której zginął. Wydało im się, że jeszcze żyje.

— Gdzie go zanieść? — pytali się wzajem.

— Do domu! — krzyknął ktoś szorstko z tłumu.

Tak, dobrzy ludzie, zanieście go do domu! Zanieście na barkach swoich tego, który był piłką bożą i puchem przez tchnienie jego pędzonym.

Zraniona głowa spoczywała długo na twardej ławie więzienia i na wiązce siana w stodole. Złóżcież ją w domu, na miękkiej poduszce. Znosił on niewinnie hańbę i odpędzony został od drzwi domu swego! Zanieścież go tam. Był tułaczem, który chodził drogami bożymi, gdziekolwiek je znalazł, tęskniąc za domem zamkniętym dlań przez Boga. Zanieścież go tam, a może otworzy się dla tego, który ocalił śmiercią swą kobiety i dzieci.

Nie wraca teraz jako złoczyńca otoczony zgrają chwiejących się pijaków, ale na czele żałobnego korowodu ludzi, w których chatach mieszkał i których wspomagał w niedoli. Zanieście go do domu!

Tak też uczynili. Sześciu ludzi wzięło na ramiona deskę ze zwłokami i wyniosło ją z rynku. Ludzie, których mijali, przestawali mówić, zatrzymywano się, robiono miejsce, odkrywano głowy, kobiety pochylały się jak w kościele, wielu płakało ocierając oczy, a inni zaczynali już opowiadać, co to był za człowiek, jak wesoły, dobry, uczynny i bogobojny.

Miło było patrzeć, jak ochotnie podsuwano ramiona, gdy któryś z niosących odstępował zmęczony.

Kapitan Lennart mijał właśnie miejsce, gdzie stali kawalerowie.

— Muszę pójść i przypilnować, by go zaniesiono jak należy! — rzekł Beerencreutz i ruszył znad skraju drogi do Helgesäter, a wielu poszło za jego przykładem.

Rynek opustoszał niemal całkiem, wszyscy bowiem przyłączyli się do żałobnego korowodu. Zapomniano o koniecznych zakupach, podarkach dla dzieci. Śpiewnik, jedwabna chusteczka, co wabiła oczy dziewcząt, została w kramie, wszyscy poszli zobaczyć, jak kapitan Lennart wraca do domu.

Gdy dotarli do Helgesäter, zastali tam pustkę i ciszę. Zadudniły jak przedtem pięści pułkownika na drzwiach. Wszyscy domownicy poszli na jarmark, sama jeno gospodyni pilnowała domu.

Stanęła w progu, pytając jak za pierwszym razem:

— Czego chcecie?

Pułkownik odparł tymi samymi co przedtem słowami:

— Przyprowadzamy ci męża.

Spojrzała nań i zobaczyła, że stoi sztywny i rozważny jak zawsze. Spojrzała po niosących zwłoki i płaczącym tłumie. Ujrzała setki smutnych, wpatrzonych w nią oczu. W końcu spojrzała na rozciągnionego na desce człowieka, przycisnęła ręce do serca i szepnęła:

— Oto prawdziwe jego oblicze!

Nie pytając dłużej odsunęła zasuwy drzwi, otwarła je na ścieżaj i poszła przodem do sypialni.

Z pomocą pułkownika rozsunęła składane, podwójne łóżko i przetrząsnęła poduszki, po czym opuszczono ciało na miękką białą pościel.

— Czy żyje? — spytała.

— Tak! — odrzekł pułkownik.

— Czy jest nadzieja?

— Nie! Nie ma nadziei.

Przez chwilę milczeli oboje, potem zaś spytała gospodyni:

— Czy jego to opłakują ci wszyscy ludzie?

— Tak.

— Co im uczynił?

— Ostatnim jego czynem było, że dał się zabić silnemu Mansowi, by ocalić od pewnej śmierci kobiety i dzieci.

Dumała przez chwilę.

— Czemuż tak wyglądał, pułkowniku, gdy przybył tu przed dwoma miesiącami?

Pułkownik drgnął. Ach, teraz, zrozumiał, dopiero teraz zrozumiał!

— To Gösta go tak pomalował! — rzekł.

— A więc z powodu kawalerskiego figla zamknęłam przed nim dom? Jak pan to usprawiedliwisz, pułkowniku?

Pułkownik wzruszył ramionami.

— Mam dużo jeszcze innych rzeczy na sumieniu! — odparł.

— To jest chyba jednak najcięższy grzech!

— Za to nigdym nie miał w życiu przykrzejszej drogi jak dzisiejszy marsz do Helgesäter. Zresztą dwie jeszcze osoby ponoszą także winę.

— Któż to?

— Pierwszy to Sintram, a drugim winowajcą jesteś ty sama, kumo. Zbyt surowe masz poglądy. Wiem, że niejeden chciał z tobą pomówić w obronie męża twego.

— To prawda! — przyznała, potem zaś poprosiła, by jej opowiedział o pijatyce w Broby.

Opowiedział wszystko, co pamiętał, ona zaś słuchała w milczeniu. Kapitan Lennart leżał nieprzytomny. Pokój pełen był ludzi płaczących, ale nikomu nie przyszło na myśl wypraszać ich. Wszystkie drzwi pootwierano, a cały dom, sień i schody przepełniła smutna, milcząca rzesza. Nawet w podwórzu stali gęsto stłoczeni ludzie.

Gdy pułkownik skończył, powiedziała gospodyni donośnym głosem:

— Jeśli jest tu któryś z kawalerów, to proszę, by wyszedł. Zbyt bolesne to dla mnie widzieć go przy śmiertelnym łożu mego męża.

Pułkownik wstał bez słowa i wyszedł, a to samo uczynił Gösta i kilku jeszcze kawalerów towarzyszących zwłokom. Ludzie usuwali się płochliwie przed gromadą upokorzonych mężczyzn.

Po ich odejściu ozwała się kapitanowa:

— Proszę, by osoby, które spotykały męża mego w ostatnich czasach, opowiedziały mi, gdzie przebywał i co robił.

Ludzie zaczęli, jeden przez drugiego, składać świadectwo o kapitanie Lennarcie przed żoną, która go nie rozumiała i twarde mu okazała serce.

Rozbrzmiały słowa starych psalmów. Jęli mówić ludzie, którzy czytali jeno Biblię w swym życiu. Czerpali przeto zwroty i obrazy z księgi Hioba i używali słów patriarchów głosząc chwałę wysłannika bożego, który chodził po ziemi dobrze czyniąc.

Trwało to długo, nastał wieczór, a oni mówili ciągle, stając jeden po drugim przed żoną, która nie chciała nawet słyszeć imienia męża swego.

Opowiadali, jak siadywał u łoża chorych i leczył ich, zdziczali awanturnicy świadczyli, iż ich przywiódł do opamiętania, a pijacy, że ich nauczył wstrzemięźliwości. Smutnych pocieszał, nędzarzom ostatnim niósł pomoc, każdy będący w potrzebie zwracał się do wysłannika bożego i znajdował ulgę lub czerpał odeń przynajmniej nadzieję i siłę do wytrwania.

Przez cały wieczór brzmiała mowa świętych ksiąg w pokoju umierającego.

Stojący w podwórzu czekali na „ostatnią chwilę”. Wiedzieli, co się dzieje wewnątrz domu, gdyż słowa, wypowiadane głośno przy łożu, szły szeptem z ust do ust. Kto miał coś do zeznania, przeciskał się w milczeniu przez tłum.

— Oto ten człowiek coś chce powiedzieć! — mówiono i robiono mu miejsce. Człowiek taki wychodził z mroku, składał zeznanie i wracał w mrok.

— Co ona mówi teraz? — pytali stojący z zewnątrz. — Co powiada sroga pani z Helgesäter?

— Promieniuje jak królowa, uśmiecha się jak panna młoda. Przysunęła fotel do łóżka i porozkładała na nim ubranie, które własnoręcznie utkała dla męża.

Nagle zapadła cisza. Nikt nie rzekł słowa, ale wszyscy uczuli, że nadeszła chwila skonu.

Kapitan Lennart otwarł oczy, a to, co zobaczył, wystarczyło. Ujrzał dom swój, tłum ludzi, żonę, dzieci, ubranie, i uśmiechnął się. Odzyskał przytomność po to jeno, by umrzeć. Westchnął chrapliwie i skończył.

Umilkli opowiadacze, a ktoś zanucił pieśń żałobną. Wszyscy podjęli ją i popłynęła z setek piersi, ku wyżynom wieczności, niosąc ulatującej duszy pożegnanie ziemi.