35. Skarb księdza proboszcza

W skrzydle rezydenckim panowała cisza. Krągłe waltornie przyozdobione z okazji jarmarku w nowe zielone sznury i chwosty, wyczyszczone, wisiały po kątach, skrzypce leżały owinięte jedwabiem w futerałach, obok nich smyki, struny zapasowe i kalafonia, flety zaś spoczywały w oliwie dla uszczelnienia klap. Umilkły pieśni Bellmanowskie, żarty i śmiechy. Na wielkim stole, pokrytym białymi tekturowymi krążkami pod szklanki, stały przybory do sporządzania gorących trunków. Ale nikt ich nie warzył. Beerencreutz tasował karty, ale nikomu nie chciało się rzucić pieniążka do puli.

Kawalerowie, ustanowieni strażnikami uciechy, przypominali teraz przemarzłe, zimowe muchy, stłoczone w ciemności na piecu. Otoczył ich chłód i samotność. Dnia minionego zmarł kapitan Lennart, a Gösta wprost od jego łoża ruszył w las i dzicz, jak to czynił zawsze po świeżym, bolesnym zranieniu. Wiedzieli wszyscy, że go nie ujrzą, dopóki czas nie zabliźni rany. Hrabina zamknęła się, nie chcąc widzieć nikogo.

Róże okwitły, liście opadły, trawa pożółkła, a kawalerom wydało się, że samo życie minęło. Orneclou spostrzegł nagle, że jest stary i brzydki, wujaszek Eberhard skończył swe dzieło i zamknął w skrzyni, sumienie trapiło stale mistrza Juliusza, a Liljecrona tęsknił za domem.

Zadawali sobie pytanie, dlaczego wino straciło smak, karty przestały bawić, a muzyka ożywiać? Czemuż opuściła ich siła radości? Jakiejże zbrodni dopuścili się biedni hultaje?

Nagle otwarto drzwi i w progu stanęła córka proboszcza z Broby. Była to energiczna, mała osóbka, która przez cały rok zwalczała dzielnie rozpasanie i marnotrawstwo kawalerów. Miała w sobie taką powagę i poczucie obowiązku, że ją szanowano ogólnie mimo młodego wieku.

— Byłam dziś w domu i szukałam pieniędzy ojca mego! — powiedziała do kawalerów. — Ale nic nie znalazłam. Wszystkie skrypty dłużne podarte, szuflady i schowki puste.

— Smutna to dla panienki rzecz! — rzekł Beerencreutz.

— Gdy majorowa opuszczała Ekeby — podjęła dziewczyna — poleciła mi czuwać nad domem. Gdybym była znalazła pieniądze ojca, przywróciłabym porządek w Ekeby. Nie znalazłszy jednak, zabrałam ze wzgórka hańby ojca kilka suchych gałęzi, wielki to bowiem będzie dla mnie wstyd, gdy majorowa wróci i zapyta o Ekeby.

— Nie bierzże sobie tego tak do serca, panienko! Nie twoja to wina! — powiedział Beerencreutz.

— Nie tylko dla siebie wzięłam gałęzie ze sterty! — odparła dziewczyna. — Mam i dla panów kilka. Proszę, oto są! Mój ojciec nie był jedynym człowiekiem, który sprowadził hańbę i niedolę na okolicę.

Podchodziła do każdego kolejno i kładła przed nim suchą gałązkę. Większość kawalerów nie umiała powstrzymać się od przeklinania, niektórzy jednak zachowywali się spokojnie. W końcu powiedział Beerencreutz z wielkopańską godnością:

— Dobrze, panienko, dobrze, możesz już odejść! Dziękujemy!

Gdy wyszła palnął pięścią w stół, aż zatańczyły szklanki, i krzyknął:

— Od dziś nie piję! Nie chcę znaleźć się przez wódkę po raz drugi w podobnej sytuacji! — potem wstał i wyszedł, a cisza głęboka zapanowała w skrzydle rezydentów.

Przed każdym z kawalerów leżały kawałki drzewa, suchych gałęzi i zdawały się pytać:

— Gdzie jest majorowa? Co się stało ze sławą i wielkością Ekeby? Czemu zginął wysłannik boży? Gdzie dobrobyt panujący do niedawna nad Lövenem?

Skrzydło kawalerskie zatętniło nagle, zda się, głosami, które odpowiadały, a starym ludziom wydało się, jakoby wpadli w rój pszczół kąsających i brzęczących. Słyszeli wszyscy bolesne ukłucia odpowiedzi:

— „Kawalerowie wygnali swą dobrodziejkę na gościniec z domu, który im otwarła. Dała im jadło i uciechę, oni zaś dali jej w zamian głód i troskę.

Kawalerowie zniszczyli najpiękniejszą posiadłość Värmlandii! Kawalerowie zamknęli dom przed wysłańcem bożym. Awanturnik, który go zabił, mniejszą mu uczynił krzywdę, niż oni zabijając jego najsłodszą nadzieję. Kawalerowie nauczyli biedną ludność niedbalstwa i pijaństwa, zniweczyli dobrobyt całego okręgu...”

Ledwo głosy rozbrzmiały i kłuć zaczęły, jął jeden po drugim wstawać i wychodzić. Po chwili spotkali się wszyscy dziwnym trafem opodal wodospadu, gdzie ongi stał młyn i kuźnia. Wszędzie widniały ślady zniszczenia. Spośród zatoru desek i belek sterczał wielki młot, widać też było mury pieca i otwór kanału.

I oto w tym całym chaosie uwijał się pułkownik pracując zawzięcie i robiąc miejsce na nowy młyn i nową kuźnię. Przychodzili kawalerowie i każdy stawał do roboty. Niebawem zebrali się wszyscy, ciągnąc belki, tocząc kamienie, kopiąc i murując. Zaczęły znowu rozbrzmiewać piosenki, żarty i śmiech. Nabrali ochoty, siły i otuchy, że odbudują Ekeby. Postanowili sprowadzić majorową, po którą wysłać mieli niebawem córkę proboszcza. Poprzysięgli sobie, że dostarczą pracy mieszkańcom Lövenu.

Cóż się jednak stanie z kontraktem pisanym krwią w wigilijny wieczór? Ach... czyny ich obecnie będą bardziej kawalerskie od dawnych, a zresztą pracować będą nie dla zapłaty, ale dla chwały i chluby Ekeby!

Rano, w niedzielę, stanął Gösta pod brobijskim kościołem. Nabożeństwo zaczęło się już i plac opustoszał. Pod bramą kościelną leżała na ziemi zbita naprędce trumna.

Trudno było Göście przejść mimo tej trumny. Wiedział, że spoczywa w niej kapitan Lennart, wzbraniając mu jakby wstępu do kościoła.

Gösta włóczył się po lasach dzień i dwie noce, nie jadł nic, głodny był i wyczerpany. W samotności rozmyślał, jak to raz siedział z proboszczem nad drogą obok sterty gałęzi, a potem o tej nocy, kiedy tłumy unosiły zwłoki dziewczyny z Nygardu, jego zaś ogarnęła chęć zostania sługą i przyjacielem biedaków. Chciał pójść do kościoła, by nabrać sił do tej służby.

Nie mógł jednak minąć trumny kapitana Lennarta, gdyż zdawało mu się, że zmarły mówi:

„Jakże to chcesz, Gösto, pomagać biednym? Wleczesz za sobą skutki zła, któreś uczynił. Przedtem ty sam i wszyscy, których kochasz, muszą zebrać żniwo owej niedoli, jaką zasiałeś!”

Przystąpił do trumny, ukląkł i zawołał:

— Dopomóż mi, bym został sługą i przyjacielem biedaków! Spraw, bym nigdy nie przysporzył troski tym, których kocham! Dopomóż mi, bym odtąd nie sprowadzał na świat smutku, hańby i nędzy!

Nagle czyjaś dłoń spoczęła ciężko na ramieniu Gösty. Sintram stał za nim.

— Gösto! — powiedział. — Jeśli chcesz komuś wypłatać figla co się zowie, połóż się i umrzyj! Nic nie przekreśla fatalniej rachunku poczciwca jak śmierć niespodziewana. To figiel najbardziej wymyślny! Powtarzam, połóż się i umrzyj!

— Byłoby to dla mnie najlepsze! — odparł Gösta.

— Przedtem jednak obmyśl coś, czym bym mógł najbardziej rozzłościć tego nieboszczyka!

— Czy cię okpił?

— Naturalnie! Przypatrz mi się, chłopcze, jestem człowiek wywiedziony w pole! Udawał głupiego tak długo, aż uwierzyłem, on zaś chytrze wybrał sobie moment odpowiedni i umarł. Ale zapłacę mu! Zedrę kir i kwiaty z jego trumny i podepczę.

— Póki ja żyję, nie zrobisz tego! — zawołał Gösta.

Sintram założył ręce na piersiach i podniósł głowę. Miał w sobie przedziwny majestat zła, któremu służył.

— To moje prawo! — rzekł uroczyście. — Uplanowałem zręcznie wielkie dzieło, a on je zniweczył. Szło mi o cały okręg löveński. Gdybym był postawił na swoim, okręg zostałby zrujnowany. Pracowałem nad tym bez przerwy. Wygnałem majorową, doprowadziłem do choroby Melchiora Sinclaire’a, ukryłem skarb proboszcza z Broby i oddałem rządy kawalerom. Lud zdziczał i popadł w niedolę, że z łatwością byłbym go wygubił, gdyby nie ten człowiek, który w najpiękniejszym momencie padł i umarł. Sam to widziałeś, chłopcze! Chłopi tutejsi rzucili się na Gotlandczyków, a Dalslandczycy na chłopów, a gdyby rzecz trwała sekundę dłużej, jarmark przemieniłby się w ogromne pobojowisko. Deptano by po kobietach i dzieciach, towary zmieciono by w proch, rabunek i mord rozszalałyby się na dobre. Wszystkiemu przeszkodziła śmierć Lennarta. Po bitwie zaczęłyby się sądy, głód, bunty i kwaterunki wojska. Cały okręg znędzniałby i takiej nabrał sławy, że prócz Sintrama nikt by tu mieszkać nie chciał. Takie to wielkie podjąłem dzieło.

— W jakimże celu? — spytał Gösta.

Oczy Sintrama błysnęły ogniem.

— Sprawiłoby mi to rozkosz! — zawołał. — Jestem zły, jestem niedźwiedź górski, jestem burza w polu. Mord i zniszczenie to mój zawód. Precz, powiadam, z ludźmi i dziełem ich! Znieść tego nie mogę! Czasem bawię się nimi, każę im skakać, drażnię, podżegam, ale znudziło mi się to, Gösto! Chciałem właśnie wymierzyć potężny cios i zniweczyć wszystko!

Wyglądał na szalonego. Przez czas pewien zajmował się dla rozrywki diabelskimi sztuczkami, potem tak nim złość zawładnęła, iż uwierzył, że sam jest z piekła rodem.

Göstę, który pałał chęcią dopomożenia biedakom, olśniły słowa Sintrama jak błyskawica, zapytał tedy:

— A czy wiesz, gdzie jest ukryty skarb proboszcza?

Sintram spojrzał podejrzliwie.

— Chcesz może zostać opiekunem i zbawcą ludu?

— Tak! — odparł wiedząc, że człowiekowi takiemu jak Sintram należy mówić prawdę.

Sintram zaciekawił się.

— Tak? Ano to mogę zostawić w spokoju tego umrzyka, gdyż patrzy mi się lepsza zemsta.

— Za cóż się masz mścić? Przyjaciel ludu leży w trumnie, a nędza jest równie wielka jak w czasie jego działalności.

— Mówię ci, wszystko przepadło. Spójrz no tam! Widzisz? Dziś wózek więzienny jest moim powozem i niemało łez wylałem, zanim sędzia pozwolił mi wysiąść tu i pomodlić się przy trumnie tego bogobojnego człowieka.

Gösta zobaczył w istocie pod cmentarzem wózek więzienny czekający na Sintrama.

— Chciałem tu również podziękować pani kapitanowej. Wyszukała kilka starych dokumentów dotyczących wiadomej sprawy o sprzedaż prochu i zesłała mi na kark władzę w chwili, kiedym się właśnie wybierał na pogrzeb tego poczciwca. Nie potrzeba mi jednak już trumny, mam myśl lepszą. Słuchaj no! Wyście tam wszyscy hultaje zmienili się pono w świętoszków... nieprawdaż? Chcecie użyć spadku córki proboszcza z Broby na wspomożenie biednych, nieprawdaż?

— Sama mówiła nieraz, że pragnie za te pieniądze przywrócić Ekeby do dawnego stanu i wspomóc biednych.

Sintram roześmiał się.

— Rad byś, widzę, za każdą cenę dowiedzieć się, gdzie skarb ukryty.

— To, chciałbym bardzo!

— Przyobiecaj mi naprzód, że pójdziesz na to miejsce w lesie, gdzie zginęła dziewczyna z Nygardu, i skoczysz w przepaść. Pod tym warunkiem powiem ci. Ślicznie by wyglądała twoja śmierć! Powiedziano by, że to straszne wyrzuty sumienia skłoniły cię do samobójstwa.

— Przyrzekłem nie odbierać sobie życia, dopóki Anna Liza znajduje się w służbie majorowej.

— Głupstwo! — odparł Sintram. — Zapłać jej, a przestanie służyć.

Dawne i nowe tęsknoty Gösty zlały się w tej chwili w jedno pragnienie. Chciał mieć prawo umrzeć. Nie doszło do porozumienia pomiędzy nim a tą, która się zwała żoną jego. Z przyjemnością służył jej jak i inni kawalerowie, nie wiedział jednak, co nastąpi, gdy minie czas ich rządów w Ekeby. Nie wiedział nawet, czy wróci do rodziców, czy z nim zostanie. Jedno tylko pewne było, mianowicie to, że nie mógł jej uczynić większej przysługi, jak zwrócić wolność, a do tego właśnie nadarzała się doskonała okazja. Mógł się pozbyć wyrzutów sumienia, mógł, jak tego pragnął w najlepszych chwilach, przysłużyć się Bogu i ludziom. A koroną wszystkiego było coś wspaniałego i wielkiego: możność śmierci.

Podał tedy dłoń Sintramowi i przybili układ.

— Skarb leży w wieży broeńskiego kościoła pod podłogą, tuż przy dzwonach! — powiedział Sintram. — Postaraj się tylko zejść ze świata przed wieczorem, a ja już znajdę sposób, by córka proboszcza dostała pieniądze.

Nastał tedy dla Gösty piękny dzień. Poszedł do kościoła serdecznie uradowany, że poświęci życie dla dobra ludności. W zakrystii ułożył obwieszczenie tej treści, że praca w Ekeby zostanie podjęta i że biedni dostaną ziarno na zasiew. Słyszał szmery zdumienia i radości, gdy manifest ten odczytano po nabożeństwie. Doniósł w kilku słowach żonie, gdzie należy szukać skarbu. Wbrew woli wymknęło mu się parę słów pożegnania, na wypadek gdyby się mieli nie zobaczyć, po czym dodał, że musi uczynić coś dla odpokutowania za śmierć dziewczyny z Nygardu. Wkrótce jednak żałował wysłania listu. Bo po co?

Nigdy świat nie wydał mu się piękniejszym niż tego dnia. Po nabożeństwie rozmawiał z Anną Stjärnhök i Marianną Sinclaire, a obie prosiły go, by się wziął w ryzy i został człowiekiem. Dowiedział się, że Anna znalazła ukojenie w pracy i zawiaduje sama rozległymi dobrami. A może nawet zostanie drugą majorową. Poznał, że obie cierpią, zmuszone wstydzić się człowieka, którego kochały. Pomyślał, że je ucieszy dając życie w ofierze dla wspomożenia biedaków i restytucji Ekeby.

Po nabożeństwie pochowano kapitana Lennarta. Zmarł w dzień targowy, przeto wieść rozeszła się prędko i tysiące ludzi napłynęły do kościoła. Cmentarz, mur i otaczające kościół pola zaroiły się od przybyszów. Stary dziekan był chory i nie wygłosił kazania. Przyrzekł atoli przybyć na pogrzeb kapitana. Roztargniony stanął, zadumany jak zawsze, na czele pochodu pogrzebowego. Nie patrząc szedł znaną drogą, którą tyle prowadził pogrzebów, odprawił modły, rzucił grudkę ziemi na trumnę i nie zauważył nic nadzwyczajnego. Zbudził się dopiero, gdy organista zaintonował hymn podjęty przez wielotysięczną rzeszę mężczyzn, kobiet i dzieci. Przetarł oczy, jakby omroczone blaskiem, wstąpił na świeżą mogiłę i rozejrzał się. Nigdy nie słyszał takiego śpiewu nad grobem, nigdy nie widział takich mas w żałobie. Mężczyźni przywdziali czarne, zniszczone kapelusze pogrzebowe, kobiety białe fartuchy. Wszyscy oddawali się żalowi po zmarłym, wszyscy śpiewali mając łzy w oczach.

Dziekan uradował się tej miłości ludu dla zmarłego. Gdy zaś śpiew umilkł, wyciągnął do wszystkich ramiona. Wyrzekł słów parę słabym głosem; trudno mu było trafić do tych ludzi. Znowu zaczął. W końcu jednak głos jego wzmógł się, a serce zapragnęło pocieszyć tłumy.

Opowiedział wszystko, co wiedział o wysłańcu bożym. Wspomniał, że czczony był nie dla zewnętrznej świetności i talentów, lecz dlatego, że kroczył ścieżkami Pańskimi, i w imię Chrystusa prosił, by go wszyscy naśladowali. Powinni kochać i wspomagać bliźnich swoich. Każdy niechaj się odnosi do ludzi z najlepszą wiarą i postępuje tak, jak dobry kapitan Lennart. Nie potrzeba na to wybitnych zdolności, lecz bogobojnego serca. Wskazał, że wszystkie niedole tego roku to przedświt bliskiego okresu miłości i szczęścia, a dobroć ludzka, która dotąd przebłyskiwała tu i ówdzie promieniami, utworzy niedługo wielkie, lśniące słońce.

Podniósł oczy i ręce w niebo i ogłosił pokój w kraju.

— W imię boże mówię ci, ustań, swawolo! Niech pokój zamieszka w sercach i całej naturze! Niech znajdą pokój rzeczy martwe, zwierzęta i rośliny. I niech nie czynią żadnej szkody nikomu.

Wszystkim, i Göście także, wydało się, że słuchają proroka. Zapragnęli się kochać wzajem i być dobrzy. Czuli, że zjawił się człowiek boży, mający moc nad całym stworzeniem. Na ziemię spłynął pokój niebiański, jaśniały góry, śmiały się doliny, a mgłę jesienną przepajały różowe blaski. Na końcu jął prosić o zbawcę dla ludu.

— Zjawi się on! — powiedział. — Bóg nie chce, byśmy wyginęli, i powołał tego, który nakarmi głodnych i skieruje ich na ścieżki swoje.

Gösta zrozumiał, że starzec o nim samym mówi, bo wszakże oddał już życie swe za biedaków. A wielu z tych, którzy słyszeli treść obwieszczenia, opowiadali w domu, że teraz wszystko zmieni się na lepsze, gdyż szalony proboszcz z Ekeby przyrzekł im pomoc.

Działo się to w czasach poprzedzających rządy kawalerów w Ekeby.

Mały pasterz i mała pasterka bawili się w lesie, budowali domy z płaskich kamieni, zbierali jagody i robili piszczałki. Urodzili się w lesie, las był ich domem i ogrodem. Żyli w zgodzie z mieszkańcami lasu jak z czeladzią i zwierzętami domowymi.

Rysie i lisy nazywali psami, łasiczka była ich kotem, zając i wiewiórka bydłem domowym. Sowy i cietrzewie trzymali w klatkach, sosny były służebnymi, a brzozy gośćmi podczas uroczystych przyjęć. Znali wyśmienicie jamy, gdzie żmije spały zwinięte w kłębek na zimę, i widywali podczas kąpieli pływającą królowę wężów. Ale nie czuli strachu przed wężami i duchami leśnymi, gdyż byli to mieszkańcy lasu, czyli ich domu. Nie bali się niczego.

Chłopak mieszkał w samotnej chacie w głębi lasu. Wiodła doń skalista ścieżka przez wyrwy i grząskie oparzeliska. Dla mieszkańców równin osiedle takie nie ma nic pociągającego.

Mijały lata, a młodzi postanowili pobrać się, zamieszkać w chacie leśnej i żyć z pracy swych rąk. Ale zanim to nastąpiło, spadła na kraj klęska wojny i młodzieniec zaciągnął się do wojska. Wrócił wprawdzie cały, ale lata wojaczki wycisnęły już na zawsze piętno na jego usposobieniu. Zbyt wiele widział zła i okrucieństwa wśród ludzi, tak że utracił zdolność dostrzegania dobra.

Z początku nie było widać zmiany. Poszedł z wybranką serca do proboszcza, ogłoszono zapowiedzi, potem zamieszkali w chacie leśnej powyżej Ekeby, jak oboje dawniej marzyli, ale szczęście nie zagościło w ich progach.

Młoda kobieta patrzyła na męża jak na obcego. Nie mogła go poznać od czasu powrotu z wojny. Mówił mało i śmiech jego był ostry i szyderczy. Bała się go.

Nie robił nic złego, pracował gorliwie, ale go nie lubiano, gdyż podejrzewał ludzi o zło. Czuł się sam jakby znienawidzony i obcy. Zwierzęta z lasu były mu teraz wrogami, a góra nad chatą przesłaniająca słońce i oparzelisko zagrażały mu bez ustanku. Las to niesamowite mieszkanie dla człowieka, który się nosi ze złymi myślami.

Kto mieszka na pustkowiu, ten musi sobie nagromadzić pewien zapas świetlistych wspomnień. Inaczej wszędzie pośród zwierząt i roślin dostrzegać będzie ten sam pęd do mordu i gnębienia, który dostrzegł pośród ludzi. Wszystko, co go otacza, będzie zwiastunem zła.

Szeregowiec Jan Hök sam nie wiedział, dlaczego wszystko szło mu na opak i w domu jego nie było pokoju. Synowie wyrośli na mężczyzn silnych, zahartowanych, ale dzikich, gotowych do walki z wszystkimi, a ludzie żywili ku nim nienawiść.

Zatroskana żona jego zaczęła badać tajniki natury i zbierać rośliny lecznicze po gęstwinach i bagnach. Śledziła tajnie siły podziemnych, umiała leczyć, udzielać porad na bezwzajemną miłość. Toteż ogłoszono ją czarownicą i unikano, chociaż była bardzo użyteczna.

Raz wreszcie zdobyła się na odwagę i rzekła do męża:

— Od powrotu z wojny jesteś jak odmieniony. Cóż oni ci tam zadali?

Skoczył ku niej i omal nie obił, a działo się to zawsze, ile razy wspomniała o wojnie. Szalał z gniewu. Nie wolno było wymówić słowa: wojna. Dowiedzieli się o tym ludzie i unikali tego tematu.

Żaden atoli z towarzyszów broni nie mógł mu zarzucić, że zrobił coś gorszego od innych. Walczył, jak przystało na żołnierza. Jeno te wszystkie straszne rzeczy, jakie widział, sprawiły, że wszędzie dostrzegał zło, i sądził, iż natura nienawidzi go za udział w tym. Inni pocieszali się myślą, że walczyli za ojczyznę i honor, on widział tylko, że przelewał krew i dopuszczał się przemocy.

W czasie kiedy wypędzono majorową z Ekeby, mieszkał w chacie sam jeden. Żona zmarła, synowie odeszli w świat. Ale podczas jarmarków miewał mnóstwo gości. Zajeżdżali doń Cyganie, którzy podobnie jak on unikali ludzi. Małe, kosmate koniki ciągnęły górskimi ścieżkami wozy pełne dzieci, łachmanów i przyborów do pobielania naczyń. Postarzałe przedwcześnie kobiety, napuchnięte od tytoniu i wódki, i bladzi, muskularni mężczyźni szli za wozami, a gdy dotarli do chaty, zaczynała się uciecha, gra w karty, pijatyka oraz gawędy o kradzieżach, zamianach koni i bitkach.

Było to w piątek, jeszcze podczas jarmarku brobijskiego, na którym zginął kapitan Lennart z ręki silnego Mansa. Mans był synem Jana, toteż zebrani w jego chacie Cyganie częściej niż zazwyczaj podawali mu flaszkę z wódką i rozmawiali o życiu więziennym, o wikcie, o śledztwie, na czym się znali dobrze.

Jan siedział na klocu pod oknem i mówił niewiele, patrzył tylko wielkimi, przygasłymi oczami na czeredę w izbie. Zapadł zmierzch, ale migotliwy płomień ogniska oświecał izbę ukazując łachmany, niedostatek i nędzę.

Wtem otwarto z cicha drzwi i weszły dwie kobiety: hrabina Elżbieta z córką proboszcza z Broby. Stary Jan zdziwił się ujrzawszy w blaskach płomieni tę postać piękną i promienną. Elżbieta powiedziała, że Gösta Berling nie pokazał się w Ekeby od śmierci kapitana Lennarta. Obie z dziewczyną szukały go po lesie przez całe popołudnie. Widząc ludzi, którzy dalekie odbywali wędrówki i znają wszystkie drogi, zapytała, czy któryś z nich nie widział Gösty. Po to właśnie wstąpiła tutaj, a także, by odpocząć nieco.

Daremnie pytała, nie widział go nikt.

Przysunęli stołek do ognia, padła nań i przez chwilę milczała. W izbie zapanowała cisza, a wszyscy patrzyli na przybyłą, dziwując się. Zauważywszy to długotrwałe, przykre milczenie, chciała wszcząć rozmowę i rzekła:

— Jeśli się nie mylę, byliście, Janie, żołnierzem. Proszę, opowiedzcie mi coś o wojnie.

Milczenie stało się jeszcze bardziej niesamowite. Jan udał, że nie słyszy.

— Rada bym coś usłyszeć od naocznego świadka i uczestnika... — podjęła na nowo, ale urwała spostrzegłszy znak, jaki jej ruchem głowy dała towarzyszka. Musiała się widać odezwać niezręcznie, gdyż wszyscy obecni patrzyli na nią, jakby uchybiła formom towarzyskim. Nagle odezwała się chrapliwie jedna z Cyganek:

— A może pani była dawniej hrabiną borgijską?

— Tak, byłam.

— W takim razie mogłaby pani coś lepszego robić, niż biegać za szalonym pastorem... Pfuj!

Hrabina wstała i podziękowawszy za odpoczynek pożegnała zebranych. Kobieta, która przemówiła przed chwilą, wyszła za nią.

— Może pani hrabina nie wie, czemu tak powiedziałam? Stary Jan wpada we wściekłość na wspomnienie o wojnie, toteż musiałam coś rzec, ale bez złej myśli to powiedziałam.

Hrabina poszła dalej, ale przystanęła za chwilę. Spojrzała na groźny las, rzucającą cień górę i dymiące oparem bagniska. Strach mieszkać w takiej okolicy temu, kto miał duszę pełną złych wspomnień. Żal jej się zrobiło starego Jana, który siedział tam mając jeno czarnych Cyganów za towarzyszy.

— Anno Lizo — powiedziała — musimy wrócić. Przyjęto nas uprzejmie w tej chacie, ja jednak zachowałam się niestosownie. Chcę pomówić ze starym Janem o czymś przyjemniejszym.

Szczęśliwa, że może kogoś pocieszyć, zawróciła do chaty.

— Obawiam się — powiedziała — że Gösta Berling chodzi tu po lesie w zamiarze odebrania sobie życia. Ważna tedy rzecz schwytać go i przeszkodzić temu. Wydawało mi się, a także Annie Lizie, kilka razy, że go widzimy, ale znikł nam z oczu. Przebywa prawdopodobnie w pobliżu miejsca, gdzie zginęła dziewczyna z Nygardu, przyszło mi tedy na myśl, że nie potrzeba pomocy aż z Ekeby. Jest tu sporo dzielnych mężczyzn, którzy zdołają pochwycić Göstę.

— Wstańcie, chłopy! — krzyknęła Cyganka. — Skoro pani hrabina jest tak uprzejma, że was prosi o pomoc, musicie zaraz iść!

Mężczyźni wyszli na poszukiwania.

Jan Hök siedział w milczeniu, spoglądając twardo przed siebie przygasłymi oczyma, tak że uczuła, jak ogarnia ją jakaś nieokreślona trwoga. Nie wiedziała, o czym by tu mówić.

Nagle spostrzegła zranioną rękę jednej z kobiet i chore dziecko na wiązce siana. Zajęła się zaraz chorymi, zapoznała się z gadatliwymi kobietami, które pokazywały jej swe dzieci.

W godzinę potem wrócili Cyganie niosąc związanego Göstę i położyli go przed ogniskiem. Odzież miał podartą i zabłoconą, rysy zmienione, oczy błyszczały mu dziko. Przez ostatnie dni pędził żywot szaleńca, leżał na mokrej ziemi, zanurzał ręce i twarz w miękkie mchy, wspinał się po głazach i przeciskał przez gąszcza. Przekonał się, że niełatwo zadać sobie śmierć. Z godziny na godzinę wzmagała się walka z żądzą życia. Nie dał się też dobrowolnie schwytać, tak że musieli go pokonać i związać.

Elżbieta, zobaczywszy go w tym stanie, popadła w gniew. Nie rozwiązała mu pęt, lecz pozostawiła na ziemi, odwracając się ze wzgardą.

— Ładnie wyglądasz! — powiedziała.

— Nie chciałem ci się wcale pokazywać na oczy! — odparł.

— Czyż nie jestem żoną twoją? Czy nie mam prawa żądać, byś z troską swoją przyszedł do mnie? W ostatnich dwóch dniach wiele strachu o ciebie wycierpiałam.

— Przecież to ja przyczyniłem się do nieszczęścia kapitana Lennarta. Jakże mogłem spojrzeć ci w oczy? Jakże mogłem?

— Obcą ci była zazwyczaj taka lękliwość.

— Wiem, że śmiercią swoją oddałabym ci największą przysługę.

Spojrzała nań z wielką wzgardą i rzekła:

— Chciałeś mnie uczynić wdową po samobójcy?

Twarz mu się ściągnęła boleśnie i odparł:

— Elżbieto, chodź, pomówimy o tych sprawach w ciszy lasu.

— Czemużby ludzie ci nie mieli słyszeć? — spytała ostro. — Czyż jesteśmy lepsi od nich? Czyż który z nich spowodował więcej troski i zła niż my? Są oni dziećmi lasu i gościńca i każda ręka przeciw nim się podnosi. Niech usłyszą, że grzech i hańba ciąży na panu z Ekeby, Göście Berlingu, którego wszyscy kochają. Nie uważam wcale ani siebie, ani ciebie bynajmniej za lepszych od nich.

Uniósł się z trudem na łokciu, spojrzał wyzywająco i zawołał:

— Nie jestem tak nędzny, jak sądzisz!

I uniesiony gniewem opowiedział jej o układach pod kościelną bramą.

— Dawno by już było po mnie, gdybyś nie była przyszła do lasu! — dodał. — Nie miałem siły umierać, gdy byłaś tak blisko. Teraz atoli puść mnie, bym mógł dotrzymać słowa!

— Ach! — powiedziała, gdy skończył. — Znam ja dobrze to wszystko, te bohaterskie frazesy i gesty! Gösta gotów zawsze włożyć ręce w ogień lub oddać za coś życie. Dawniej widziałam w tym wielkość, teraz jednak wolę spokój i rozwagę. Ceniłabym cię, gdybyś był położył rękę na trumnie Lennarta i przysiągł wobec Sintrama, że chcesz żyć i wspomagać biedaków przez niego gnębionych, ale nie sądź, że uznam za rzecz wzniosłą, iż chciałeś ich ratować przez zbrodnię i odpokutować grzechy przez zbrodnię.

Spojrzał na nią rozpaczliwie i zawołał:

— Muszę odpokutować, a cóż dać mogę prócz własnego życia? Nie zapominaj, że jestem wygnanym proboszczem, wyklętym przez ludzi i Boga!

— Jak śmiesz tak mówić, Gösto? Zbyt wiele ci ludzie okazywali miłości i to było twym nieszczęściem. Kochali cię mężczyźni i kobiety. Przebaczano ci wszystko, gdyś jeno zaczął żartować, śmiać się i grać. Wszystko, czegoś dokonał, uznawano za dobre. Wszakże słyszałeś, co mówił dziekan, i wiesz, czego po tobie spodziewa się Bóg. Biedacy odeszli do domu rozmawiając o tobie jak o zbawcy, ty zaś pospieszyłeś w las, by sobie odebrać życie. Jesteś bohaterem w oczach wszystkich, Gösto, a chcesz ich opuścić.

— Jakże mogę im dopomóc bez pieniędzy? Wszak w zamian za te pieniądze przyrzekłem Sintramowi umrzeć!

Głos hrabiny zatrząsł się z gniewu i smutku.

— Wczoraj wieczór jeszcze wiedzieliśmy w Ekeby, gdzie się znajduje skarb. Major Fuchs przypomniał sobie nagle, że odkrył go przypadkiem pewnej nocy, kiedy zakradł się do wieży, by wziąć spiżu z dzwonów na odlanie kuli.

Gösta zamknął oczy i przycisnął związane ręce do piersi, jakby chciał przynieść ulgę sercu.

— Powiesz pewnie — ciągnęła dalej — że to ci obojętne, Sintram wyznał ci uczciwie, gdzie leżą pieniądze, winieneś przeto umrzeć! Czyż sądzisz jednak, że same pieniądze usuną taką jak nasza niedolę? Przepyszne sobie wymyśliłeś zakończenie życia! Ludność odprowadzi cię z płaczem do grobu i czczony będziesz jak kapitan Lennart, gdyż także oddałeś życie za lud. Wiem, żeś to uczynił ochotnie, chcąc odpokutować winy. A jednak mówię ci, żeś powinien żyć i po prostu pełnić swój obowiązek.

Nie marz o czynach bohaterskich, nie staraj się błyszczeć i budzić podziwu, ale raczej o to, by nazwisko twoje nie pojawiało się zbyt często na ustach ludzi. Rozważ jednak wszystko dobrze, zanim cofniesz słowo dane Sintramowi. Zyskałeś prawo do śmierci i życie przyszłe nie da ci wiele radości. Dotąd nie stały jasno sprawy między nami, ty nie śmiałeś uważać mnie za żonę, ja zaś nie byłam pewna, czy nas złączyła wola boża, czy też związek nasz był jeno wynikiem mojej chorobliwej przesady. Przez czas pewien chciałam wracać do rodziców, sądząc, że dla takiej jak ja winowajczyni to szczęście zbyt wielkie zostać twą małżonką i pójść z tobą przez życie. Ale teraz powiadam, że zostanę, jeśli znajdziesz dość odwagi, by żyć. Nie spodziewaj się wielkiej szczęśliwości, gdyż zmuszę cię kroczyć trudną drogą obowiązku. Nie usłyszysz ode mnie słów radości i nadziei. Całą troskę i całe nieszczęście, jakieśmy spowodowali, postawię na straży naszego ogniska. Czy może jeszcze kochać serce, które tyle wycierpiało co moje? Bez łez i bez radości iść będę obok ciebie. Namyśl się, Gösto, zanim uczynisz wybór! Pójdziemy drogą pokuty!

Nie czekając odpowiedzi skinęła na towarzyszkę i wyszła. Gdy weszły w las, zaczęła płakać i płakała aż do samego Ekeby. Dotarłszy tam przypomniała sobie, że jej całkiem wyszło z pamięci, by porozmawiać z Janem Hökiem o rzeczach milszych mu niż wojna.

Po jej odejściu cisza zaległa chatę.

— Chwała bądź Bogu na wysokościach! — rzekł nagle stary żołnierz.

Wszyscy spojrzeli nań, on zaś wstał i jął się rozglądać wokoło.

— Nikczemność i nikczemność! — dodał. — Wszystko, na com patrzył od lat długich, było nikczemnością! Źli ludzie, złe kobiety, gniew wszędzie, w lesie i w polu. Ona jedna jest dobra. Dobry człowiek przebywał w chacie mojej. Siedząc samotnie będę o niej rozmyślał, a bliska mi też będzie podczas wędrówek.

Pochylił się nad Göstą, rozwiązał go, pomógł mu wstać, a potem ujął uroczyście dłoń jego.

— Byliśmy opuszczeni przez Boga! — rzekł i skinął głową. — Tak! Ale teraz wszystko jest inaczej, od kiedy ona była w moim domu. To dobra kobieta!

Następnego dnia poszedł stary Jan Hök do sędziego Scharlinga i powiedział:

— Chcę wziąć na barki krzyż mój! Byłem człowiekiem złym i złych też wydałem synów!

Potem poprosił, by pozwolono mu iść zamiast syna do więzienia. Ale to się zrobić, oczywiście, nie dało.

Najpiękniejsza część tej starej historii opowiada, jak towarzyszył synowi, szedł koło wózka więziennego, spał pod progiem jego celi i nie odstąpił go aż do końca kary. Historię tę opowie ktoś inny na pewno.