36. Małgorzata Celsing
Na krótko przed Bożym Narodzeniem przybyła majorowa, ale dopiero w dzień Wilii dotarła do Ekeby. Przez cały ciąg podróży chorowała, miała zapalenie płuc i wielką gorączkę, mimo to jednak nigdy nie była weselsza i nikt nie słyszał od niej słów uprzejmiejszych.
Córka proboszcza brobijskiego, która przebywała z nią od października, siedziała też w saniach i nagliła do pośpiechu. Ale majorowa ciągle kazała zatrzymywać konie, przywoływała każdego przechodnia i wypytywała o nowiny.
— Co tam słychać nad Lövenem? — pytała.
— Nam się dobrze powodzi! — odpowiadano. — Nastały czasy lepsze. Szalony proboszcz i żona jego pomagają wszystkim.
— Nadszedł czas dobry! — mówił ktoś inny. — Sintrama nie ma. Kawalerowie z Ekeby zaczęli pracować. Skarb proboszcza brobijskiego znaleziono w dzwonnicy broeńskiej. Starczy na przywrócenie wspaniałości Ekeby i na chleb dla głodnych.
— Stary nasz dziekan odżył na nowo! — powiedział trzeci. — Co niedzielę głosi powrót królestwa bożego. Nikt nie ma ochoty grzeszyć, bo zaczyna się panowanie dobra.
Majorowa jechała pytając każdego, co słychać nad Lövenem i czego brak ludności.
Gorączka i kłucie w piersiach ustawały, gdy słyszała, jak mówiono:
— Mamy dwie dobre i bogate kobiety, Mariannę Sinclaire i Annę Stjärnhök, które razem z Göstą Berlingiem chodzą od domu do domu pytając, czy kto nie głodny. A wódki nie pędzimy wcale.
Zdawało się majorowej, że jest w kościele na nabożeństwie. Dostała się do ziemi świętej, widziała blaski radości na starych, pomarszczonych twarzach, gdy pytała o czasy obecne. Chorzy zapominali o swym bólu sławiąc czas wesela.
— Staramy się być dobrymi jak kapitan Lennart! — mówili. — Chcemy być dobrzy, dobrze o wszystkich myśleć i nie krzywdzić nikogo. To przyspieszy królestwo boże na ziemi.
Wszyscy owiani byli tym duchem. Po dworach żywiono bezpłatnie biednych. Kto miał jakieś roboty do wykonania, rozpoczynał je teraz właśnie, a w siedmiu hutach majorowej praca szła całą parą. Majorowa nigdy nie czuła się lepiej niż podczas tej jazdy, gdy wciągała zimne powietrze w chore płuca. Zatrzymywała się przed każdą zagrodą pytając o nowiny.
— Mieliśmy tu wielką nędzę — odpowiadano — ale panowie z Ekeby wspomagają nas. Zdziwi się pani majorowa ujrzawszy, czego tam dokazali. Młyn jest na ukończeniu, kuźnia w ruchu. Odbudowali też spalony dom.
Bieda i przeżycia ostatnich czasów odmieniły ludzi do gruntu. Wiedziała, że to nie potrwa długo, ale miły jej był powrót do miejsca, gdzie jeden pomagał drugiemu, a wszyscy pragnęli być dobrymi. Majorowa uczuła, że może przebaczyć kawalerom, i podziękowała za to Bogu.
— Anno Lizo! — powiedziała. — Ja, stara, siedzę tu i tak mi jest, jakbym była już w drodze do nieba.
Gdy stanęła w Ekeby, wybiegli kawalerowie na spotkanie, ale nie mogli jej poznać, gdyż była łagodna i uprzejma jak ich własna hrabina. Starsi, pamiętający dawne czasy, szeptali sobie, że to nie majorowa z Ekeby powróciła, ale Małgorzata Celsing.
Bardzo ich radowało, że taka łagodna i że nie myśli o zemście, natomiast posmutnieli, widząc, jak bardzo jest chora. Musiano ją zanieść do sypialni i położyć. W progu odwróciła się i rzekła:
— Burza Pańska przeszła po kraju! Teraz wiem, że stało się to dla naszego dobra.
Potem zawarły się drzwi i już jej nie zobaczyli.
Pragniemy zazwyczaj tyle, tyle powiedzieć umierającemu! Słowa cisną się na usta, gdy wiemy, że obok leży człowiek, którego uszy przestaną niebawem słyszeć na zawsze.
„Przyjacielu drogi — radzi byśmy rzec — przebacz i wierz, że mimo wszystko cię kochałem! Doprawdy nie wiem, jak mogłem przysporzyć ci tyle troski za czasów wspólnej wędrówki naszej. Dziękuję ci za wszystką radość, jaką mi dałeś!”
Takie słowa radzi byśmy mówić, i inne jeszcze.
Ale majorowa miała wielką gorączkę i nie słyszała, co mówili kawalerowie. Czyż nie miała się nigdy już dowiedzieć, jak pracowali, jak podjęli dzieło ratunku Ekeby i jego sławy? Wszystko to miałoż jej pozostać nie znane?
Kawalerowie ruszyli do kuźni, gdzie robota ustała dnia tego. Nakładli w piec węgla, rudy i przysposobili wszystko do topienia. Kowale poszli świątkować, przeto kawalerowie stanęli sami do pracy. Niechby jeno majorowa dożyła chwili, kiedy młot zacznie walić, a dźwięk ten powie jej wszystko!
Zapadł mrok i noc nadeszła, a oni pracowali dalej, dziwując się, że oto znowu Wigilia zastaje ich w kuźni. Wielki mistrz, Kevenhüller, który kierował odbudową kuźni, i silny kapitan Chrystian Bergh stali przy piecu doglądając stopu, Gösta i Juliusz nosili węgiel, inni siedzieli na kowadle, pod wiszącym u góry wielkim młotem, lub na wózkach węglowych i sztabach żelaza. Mistyk Lövenborg rozmawiał z wujem Eberhardem siedzącym obok niego na kowadle.
— Dziś w nocy umrze Sintram! — powiedział Löwenborg.
— Czemu dziś właśnie?
— Wszakże pamiętasz umowę zawartą przed rokiem? Ponieważ nie uczyniliśmy nic przeciw honorowi kawalerskiemu, przeto on przegrał...
— Jeśli wierzysz w takie rzeczy, to zważ, żeśmy w niejednym uchybili honorowi kawalerskiemu. Opuściliśmy majorową, zaczęliśmy pracować, a w końcu Gösta złamał słowo, nie odbierając sobie życia.
— Myślałem o tym i sądzę, że się mylisz. Wzbronione nam były czyny drobiazgowe, skierowane ku osobistej korzyści, nie zaś czyny dyktowane przez miłość, honor i zbawienie duszy. Sintram przegrał, moim zdaniem. Jestem nawet tego pewny. Przez cały wieczór słyszałem brzęk janczarów, ale nie był to dźwięk zwyczajny, sądzę, że ujrzymy go tutaj niedługo.
Mały, stary człeczek wbił spojrzenie w otwarte drzwi kuźni, przez które widać było niebo z nielicznymi tylko gwiazdami. Po chwili zerwał się szepcząc:
— Patrz! Tam! Nadchodzi chyłkiem! Stoi w drzwiach!
— Nic nie widać! — odparł filozof. — Zmęczony jesteś, więc ci się chyba przywidziało.
— Widziałem go wyraźnie na tle nieba. Miał na sobie długą wilczurę i futrzaną czapkę na głowie. Teraz znikł w ciemności. O, patrz, stoi pod piecem, tuż przy Chrystianie, ale Chrystian nie dostrzega go. Schyla się i rzuca coś w ogień. Uff! Jaki obrzydliwy! Baczność! Baczność!...
W tej chwili huknęło, a skry posypały się z pieca na kuźnię i kawalerów. Ale żaden nie poniósł szwanku.
— Chciał się zemścić! — szepnął Löwenborg.
— Oszalałeś, widzę! — zawołał Eberhard. — Sądzę, że powinien byś dać pokój tym głupstwom!
— Można tak myśleć i tego chcieć, ale nic nie pomoże! O, patrz, stoi teraz, na belce i wykrzywia się. Dalibóg, zdaje się, że odczepił młot!
Skoczył z kowadła pociągając za sobą Eberharda. W tej samej chwili młot opadł z hukiem na kowadło. Rozluźnił się widocznie jakiś uchwyt, a obaj z wielką biedą uniknęli śmierci.
— Widzisz sam, że nie ma już nad nami władzy! — triumfował Löwenborg. — Ale mści się, to rzecz jasna!
Krzyknął Göście:
— Idźże do kobiet, Gösto! Może i do nich stwora zajdzie. Nie nawykły, jak ja, do tego widoku i mogłyby się przestraszyć. Ale strzeż się, nie lubi cię, a że złamałeś ślub, może mieć jeszcze nad tobą władzę. Nigdy nie wiadomo!
Dowiedziano się potem, że Löwenborg miał słuszność — Sintram zmarł tejże właśnie nocy wigilijnej. Podobno powiesił się w więzieniu, ale wedle innych pogłosek służba więzienna uśmierciła go potajemnie, gdyż śledztwo wypadło na jego korzyść, a nie sposób było wypuścić go na wolność, by nadal czynił zło wśród ludzi. Inni głosili, że czarny jegomość zajechał czarną karetą i takimiż końmi pod więzienie i porwał Sintrama. Nie tylko Löwenborgowi pokazał się tej nocy. Widziano go w Forsie, widziała go też we śnie Ulryka Dillner. Wielu ludzi twierdziło, że im się jawił, aż do czasu kiedy Ulryka pochowała jego zwłoki na cmentarzu broeńskim. Odtąd już nie straszył.
Opowiadano też, że zanim Gösta zdążył dojść do dworu, przybył tam jakiś nieznajomy i oddał list dla majorowej. Nikt nie znał posłańca, a list położono na stoliku przy jej łóżku. Zaraz potem nastąpiło niespodziane polepszenie, gorączka opadła, ból ustał i uczuła się dość silna, by list przeczytać.
Starzy ludzie mówili, że to polepszenie było dziełem mocy piekielnych, gdyż Sintramowi i jego przyjaciołom mogło zależeć na tym, by majorowa poznała treść listu.
Był to dokument pisany krwią na czarnym papierze. Poznaliby go pewnie kawalerowie, gdyż spisany został rok temu w kuźni, w noc wigilijną.
Majorowa leżała i czytała. Dowiedziała się, że jest czarownicą i wysyła kawalerów do piekła, przeto zostaje skazana na utratę Ekeby. Wszystkie głupstwa odczytała dokładnie, zbadała datę i podpisy. Przy podpisie Gösty znalazła taką uwagę: „Podpisuję ten dokument, albowiem majorowa skorzystała z mej słabości i przeszkadzając mi we wzięciu się do uczciwej pracy zrobiła mnie rezydentem w Ekeby. Poza tym uczyniła mnie mordercą Ebby Dohny, gdyż jej zdradziła, że jestem wypędzonym proboszczem”.
Majorowa złożyła powoli dokument i wsunęła w kopertę, potem leżała nieruchomo, dumając nad jego treścią. Świadomość, że taką miała opinię u ogółu mieszkańców, przepełniła goryczą jej serce. W przekonaniu wszystkich, którym świadczyła dobrodziejstwa, którym dawała pracę i chleb, była tylko czarownicą i wspólniczką diabła. Taka nagroda, taka zapłata. Wiarołomna żona nie mogła się spodziewać niczego innego.
Cóż ją obchodzili owi nieświadomi ludzie? Obcy jej byli i dalecy. Ale czemuż tak ją osądzili kawalerowie, którzy żyli z jej łaski i znali ją dobrze? Czemuż udali, że wierzą w to, by mieć pretekst do zagarnięcia Ekeby? Zakotłowały w jej głowie myśli, podrażniona gorączką zawrzała gniewem i snuć zaczęła plany zemsty. Kazała córce proboszcza, która wraz z hrabiną Elżbietą nad nią czuwała, posłać do Högforsu po zarządcę dóbr i inspektora. Spisze testament.
Potem znowu leżała cicho i rozmyślała. Ściągnęła brwi, a twarz wykrzywił straszny ból.
— Pani majorowa, widzę, bardzo chora! — szepnęła Elżbieta.
— To prawda, bardziej chora niż przedtem.
Milczała chwilę, potem rzekła głosem twardym, szorstkim:
— Dziwi mnie, gdy pomyślę, że także i hrabina Elżbieta, którą wszyscy kochają, jest wiarołomną żoną.
Elżbieta zadrżała.
— Tak... wprawdzie nie czynem, ale w myśli i pragnieniu. To sprawy nie zmienia.
— Wiem o tym, pani majorowo!
— A mimo to jesteś teraz szczęśliwa, możesz posiadać bez grzechu człowieka, którego kochasz. Czarne widmo nie stoi pomiędzy wami, połączeni w oczach świata, możecie kroczyć razem drogą życia.
— Tak jest, droga pani!
— Jak śmiesz być z nim? — krzyknęła majorowa z wzrastającą gwałtownością. — Pokutuj! Pokutuj, póki czas! Wracaj do domu, do rodziców, zanim przyjdą tu, by rzucić na ciebie klątwę! Jak śmiesz zwać Göstę Berlinga mężem swoim? Opuść go! Dam mu Ekeby, wyposażę w potęgę wielką... Czyż się ośmielisz dzielić z nim szczęście, zaszczyty i władzę? Czy masz odwagę przyjąć szczęście i cześć? Ja ją miałam. Czy wiesz, jak na tym wyszłam? Pamiętasz ostatnie Boże Narodzenie w Ekeby? Pamiętasz więzienie w Munkerudzie?
— Ach, pani majorowo — odparła Elżbieta — nam obojgu szczęście nie przyświeca. Ja sama czuwam nad tym, by szczęście nie miało przystępu do naszego ogniska. Proszę mi wierzyć, że tęsknię za domem, za opieką rodziny, ale muszę tu pozostać drżąc ciągle i dręcząc się tą świadomością, że wszystko, co czynię, przynosi jeno grzech i niedolę, że pomagając jednym, szkodzę innym. Za słaba i zbyt nieudolna jestem, by żyć tu na ziemi, a jednak wiąże mnie z tym życiem obowiązek wiecznej pokuty.
— Takimi myślami oszukujemy serca nasze! — zawołała majorowa. — Ale to słabość! Nie chcesz odjechać, gdyż nie chcesz go porzucić!
Zanim hrabina zdołała odpowiedzieć, wszedł Gösta.
— Pójdź tu, Gösto! — rozkazała majorowa jeszcze ostrzejszym głosem. — Pójdź tu, Gösto, którego sławi cała okolica i który chcesz być po śmierci zwany zbawcą ludu. Dowiedz się o losach starej majorowej, którą wygnałeś opuszczoną i samotną na gościniec.
Naprzód opowiem ci, co mnie spotkało z wiosną u matki, potem dowiesz się końca historii.
W marcu dotarłam do dworu w lasach Älvdalen. Wyglądałam na żebraczkę. Gdym przyszła, powiedziano mi, że matka jest w mleczarni. Poszłam tam i stałam długo przy drzwiach. Wokoło na półkach stały błyszczące miedziane misy z mlekiem. Matka, licząca przeszło dziewięćdziesiąt lat, zdejmowała jedną po drugiej i zbierała śmietanę. Krzątała się żywo, ale spostrzegłam, że z trudnością sięga po misy. Nie wiedziałam, czy mnie spostrzegła, ale po chwili rzekła ostrym głosem: „Widzę, że się z tobą stało tak, jak przepowiedziałam”.
Chciałam mówić, prosić o przebaczenie, ale byłoby to daremne, gdyż była głucha jak pień. Po chwili rzekła znowu: „Możesz mi pomóc”. Podeszłam i zaczęłam zbierać śmietanę. Zdejmowałam misy jak trzeba, po kolei, zanurzałam w miarę głęboko warzechę i stawiałam misy z powrotem na miejsce. Za nic nie pozwoliłaby żadnej ze służebnych zbierać śmietany, ja zaś wiedziałam z dawnych czasów, jak jej dogodzić.
„Od dziś możesz przejąć tę robotę!” — powiedziała, a ja byłam już teraz pewna, że mi przebaczyła.
Potem nagle osłabła tak, że nie mogła już pracować.
Całymi dniami drzemała w fotelu. Zmarła kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. Byłabym chętnie wróciła wcześniej, Gösto, ale trudno mi było opuścić starowinę.
Zamilkła oddychając ciężko, po chwili jednak zebrała siły i podjęła na nowo:
— Prawdą jest, Gösto, że chciałam cię mieć tu, w Ekeby. Już tak jest, że wszyscy pragną twego towarzystwa. Gdybyś został porządnym człowiekiem, byłabym cię wyposażyła w wielką władzę. Zawsze pragnęłam, byś dostał dobrą żonę. Zrazu myślałam o Mariannie Sinclaire wiedząc, że cię kochała, wówczas jeszcze, gdyś był drwalem w lesie. Potem zwróciłam uwagę na Ebbę Dohna, pojechałam do Borgu i powiedziałam jej, że jeśli za ciebie wyjdzie, zamianuję cię spadkobiercą Ekeby. Przebacz, jeślim źle postąpiła.
Gösta padł na kolana przy jej łóżku, oparł głowę o krawędź i jęczał głucho.
— Powiedz mi, Gösto, co dalej czynić zamierzasz i z czego chcesz żyć z żoną? Powiedz mi, wiesz przecież, żem zawsze pragnęła twego dobra.
Gösta odpowiedział uśmiechając się, chociaż mu serce pękało z bólu:
— W dawnych czasach, kiedy usiłowałem zostać robotnikiem w Borgu, podarowałaś mi, pani majorowo, dom i posiadam go do dziś. Jesienią wyporządziłem go przy pomocy Löwenborga, pobieliliśmy stropy i wykleili ściany, a drzwi i okna powlekliśmy farbą olejną. Tylny pokoik nazwał Löwenborg gabinetem hrabiny i umeblował sprzętami z różnych dworków, kupionymi na licytacjach. Są tam fotele z wysokim oparciem, skrzynie i kufry kute. W wielkim pokoju od frontu stoi warsztat tkacki Elżbiety i moja tokarnia. Jest tam także trochę sprzętów domowych. W tym pokoju siadywaliśmy nieraz długo, rozmawiając, jak to hrabina zamieszka w domu robotnika. Żona moja dowiaduje się o tym w tej chwili dopiero, pani majorowo. Chciałem ją zawiadomić o wszystkim w dniu opuszczenia Ekeby.
— Mów dalej, Gösto!
— Löwenborg wspominał często, że koniecznie musimy mieć służącą. „Latem jest przepięknie — mawiał — ale w zimie czułaby się młoda kobieta zbyt samotna. Musisz wziąć tedy służącą, Gösto!” Przyznawałem mu rację, ale nie wiedziałem, skąd wziąć na to środki. Pewnego dnia przywlókł Löwenborg swój stół z malowanymi klawiszami. Spytałem żartem, czy ma zamiar zostać naszą służącą. Odrzekł, że przyda nam się, bo chyba nie chcę, by żona moja gotowała sama obiad i nosiła wodę i drzewo. Odparłem, że nie chcę, aby to czyniła, jak długo sam mam zdrowe ręce do pracy. Zauważył, że jeszcze nam lepiej pójdzie we dwóch, ona zaś będzie mogła siedzieć przez cały dzień przy kominku z robótką w rękach. Oświadczył, że nie mam pojęcia, ile obsługi potrzebuje taka mała, delikatna kobieta.
— Mów dalej, Gösto! — rzekła majorowa. — To mi łagodzi ból. Ale czy sądzisz, że młoda hrabina może zamieszkać w domu robotnika?
Zdziwił go drwiący ton, jakim to powiedziała, ale mówił dalej.
— Ach, pani majorowo! Nie śmiałem w to wierzyć, ale gdyby się zdecydowała, byłbym szczęśliwy. Trzeba stąd pięć mil jechać do lekarza. Ona jest tak zręczna i dobra, że nie zabrakłoby jej zajęcia przy opatrywaniu ran i leczeniu gorączki. Pewny jestem, że wszyscy znaleźliby drogę do pani w robotniczym domku. Dużo jest niedoli u biedaków, której ulżyć można dobrym słowem i życzliwą poradą.
— A cóż będziesz robił ty sam, Gösto?
— Będę pracował przy warsztacie stolarskim i tokarce. Muszę zacząć własne życie. Jeżeli żona moja nie zechce iść ze mną, muszę i na to przystać. Ale nie skusiłyby mnie już teraz wszelkie bogactwa świata, chcę żyć życiem własnym. Zostanę biednym pośród biednych i będę im pomagał wedle sił. Potrzebują kogoś, kto by im wygrywał polki na weselach i w zapusty, pisał listy do synów w obczyźnie, a ja to potrafię. Ale przede wszystkim muszę być biedny, pani majorowo!
— Smutne będzie wasze życie!
— O nie, pani majorowo, nie będzie smutne, jeśli tylko trzymać się będziemy razem. Bogaci przyjdą do nas na równi z biedakami i radośnie będzie w naszym małym domku. Goście nie obrażą się, gdy jadło będzie przyrządzane na ich oczach, i nie wezmą nam za złe, że jeść będą po dwu z jednego talerza.
— A jakież oddasz tym korzyści, jakie osiągniesz zaszczyty, Gösto?
— Starczy mi tego zaszczytu, jeśli biedacy zachowają wspomnienie o mnie przez parę lat po śmierci mojej. Korzyść będzie dostateczna, jeśli przy każdej chacie zasadzę parę jabłonek, jeśli wyuczę grajka kilku starych melodii, a pastuszków na leśnej polanie pięknych śpiewek. Proszę wierzyć, pani majorowo, jestem ten sam co dawniej, szalony Gösta. Wiem teraz, że mogę zostać jedynie muzykusem, i na tym poprzestanę. Dużo rzeczy muszę naprawić, ale płacz i skrucha to sprawy nie moje! Chcę dać radość biedakom i w tym upatruję pokutę swoją!
— Gösto! — powiedziała majorowa. — Życie takie nie odpowiada zdolnościom twoim. Dam ci Ekeby!
— Ach, pani majorowo! — zawołał przerażony. — Proszę, nie czyń mnie bogatym! Nie obciążaj mnie obowiązkami i nie odrywaj od biedaków!
— Dam Ekeby tobie i kawalerom — powtórzyła. — Jesteś przepyszny człowiek i błogosławi cię lud. Powiadam jak matka moja: „Od dziś możesz przejąć tę robotę”.
— Nie, pani majorowo, nie możemy przyjąć tego daru, my, którzyśmy wygnali panią i tylu nabawili cierpień!
— Dam wam Ekeby! Słyszysz? — powtórzyła ostro, twardo, bez śladu życzliwości.
Ogarnął go wielki strach.
— Nie wódź pani tych starców na pokuszenie! — poprosił. — Staliby się rozwiązłymi pijakami! Bogaci kawalerowie? Boże wielki, w cóż byśmy się obrócili?
— Dam więc tobie, Gösto, Ekeby, ale musisz mi przyrzec, że zwrócisz wolność żonie swojej. Taka delikatna, wytworna dama nie dla ciebie. Zbyt wiele wycierpiała w niedźwiedzim kraju i tęskni za świetlaną ojczyzną swoją. Pozwól jej odjechać, a dam ci za to Ekeby!
Teraz jednak Elżbieta uklękła przy łożu i jęła mówić:
— Już nie tęsknię za ojczyzną, pani majorowo! Ten, który jest mężem moim, rozwiązał zagadnienie i znalazł życie, którym i ja żyć mogę. Nie potrzebuję kroczyć obok niego chłodna, surowa i nakłaniać go do pokuty. Ubóstwo i niedostatek uczynią to samo. Mogę bez grzechu chodzić ścieżkami, które wiodą do biednych i chorych. Nie straszne mi już życie na północy. Ale nie czyń go pani bogatym, gdyż nie mogłabym z nim zostać.
Majorowa usiadła i zawołała grożąc im pięścią:
— Całego szczęścia chcecie dla siebie, całego szczęścia i wszelkiej błogości! Nie! Kawalerowie dostaną Ekeby ku zgubie swojej. Rozdzielę męża i żonę, by zginęli oboje marnie! Jestem czarownicą, wspólniczką diabła! Chcę was podjudzić do wszelkiego zła! Chcę być taka, za jaką mnie ludzie uważają.
Cisnęła Göście list w twarz. Czarny papier zatrzepotał w powietrzu i spadł. Gösta znał go dobrze.
— Zgrzeszyłeś przeciw mnie, Gösto! Zaparłeś się tej, która ci była drugą matką. Czyż się ośmielisz nie przyjąć kary z ręki mojej? Musisz wziąć Ekeby, które ci się stanie zgubą, gdyż jesteś słaby. Musisz odesłać żonę do domu, byś nie miał nikogo, kto by cię mógł uratować. Powiedzą po śmierci Małgorzaty Celsing, że była czarownicą i wspólniczką diabła, o tobie zaś, żeś był marnotrawcą i katem chłopów!
Opadła na poduszki i cisza zaległa w pokoju. Nagle zahuczało w nocnej ciszy potężne uderzenie. Po nim drugie i trzecie. Wielki młot dźwigniowy zaczął dzieło swoje.
— Słuchajcie! — rzekł Gösta. — Tak brzmi pośmiertna sława Małgorzaty Celsing! To nie są żarty kawalerów pijanych, to zwycięski hymn pracy, zaintonowany ku czci starej, wiernej pracownicy. Dzięki, powiada on, dzięki za możność pracy, dzięki za chleb, który dawałaś biednym, za ziemię, którą uczyniłaś rolą urodzajną, dzięki za drogi, które budowałaś, dzięki za mieszkania wznoszone, dzięki za radość, którą przyjęłaś w dom swój! Dzięki ci, powiada hymn, spocznij w pokoju, a dzieło twoje żyć będzie i trwać. Dom twój pozostanie nadal przybytkiem darzącym szczęściem! Przyjm dzięki i nie potępiaj nas, którzyśmy błądzili, lecz zachowaj życzliwe wspomnienie, odlatując w dziedzinę wieczystego pokoju.
Gösta umilkł, ale młot śpiewał dalej, a wszystkie życzliwe głosy, jakie majorowa kiedykolwiek słyszała, zlały się z hukiem młota w jeden wielki akord. Rysy jej rozpogadzały się z wolna, nabierały miękkiego wyrazu i zdawało się, że śmierć zaczyna ją obejmować cieniem swoim.
Weszła Anna Liza zawiadamiając, że przybyli panowie z Högforsu, ale majorowa kazała ich odprawić. Nie chciała już robić testamentu.
— Gösto Berlingu, niejeden czyn bohaterski spełniłeś — powiedziała — zwyciężyłeś raz jeszcze! Nachyl się, bym cię mogła pobłogosławić.
Gorączka wróciła ze zdwojoną siłą. Zaczęło się konanie. Ciało toczyło jeszcze ciężką walkę, ale dusza przestała to niebawem odczuwać, zapatrzona w niebo otwarte umierającym.
Godzinę trwała jeszcze agonia, po czym twarz majorowej przybrała wyraz takiego spokoju i piękna, że obecni doznali głębokiego wzruszenia.
— Droga moja, kochana majorowo! — rzekł Gösta. — Widziałem cię już raz taką! Wróciła, zaiste, do życia Małgorzata Celsing i nigdy już nie ustąpi miejsca majorowej z Ekeby.
Wróciwszy z kuźni dowiedzieli się kawalerowie o śmierci majorowej.
— Czy słyszała młot? — zapytali.
— Słyszała.
Musieli się tym zadowolić. Potem dowiedzieli się, że chciała im zapisać Ekeby, ale testament nie doszedł do skutku. Uznali to za zaszczyt wielki i chlubili się tym do końca życia. Nigdy natomiast nie żalili się na utratę bogactw.
Powiadają jeszcze, że tejże nocy wigilijnej Gösta Berling, z małżonką u boku, wygłosił do kawalerów ostatnią mowę. Wyraził żal, iż muszą opuścić Ekeby. Da im się teraz we znaki starość — powiedział. Starzec i człowiek smutny doznaje wszędzie chłodnego przyjęcia. Biedny kawaler, będący na stancji u chłopa, odcięty od uciech i przygód, więdnie i usycha w samotności.
Tak mówił do beztroskich ludzi, zahartowanych zmiennością losu. Raz jeszcze nazwał ich bogami i rycerzami, którzy zjawili się, by wprowadzić radość w kraj żelaza i w żelazną epokę, ale żalił się, że ogród, w którym polata motyl uciechy, nawiedziły niszczące larwy, tak że owoc pójdzie na marne.
Mówił, że radość jest dobrem nieocenionym dla dzieci tej ziemi, ale nie przestaje niepokoić człowieka zagadnienie, jakby można być szczęśliwym i dobrym jednocześnie. Jest to rzecz najłatwiejsza i najtrudniejsza zarazem. I oni nie zdołali też rozwiązać dotąd zagadki, teraz atoli potrafią to uczynić po przeżyciach radości i smutku, szczęścia i trosk, jakie im przyniósł rok ostatni.
Ach, drodzy moi kawalerowie, teraz mnie przypada gorycz rozłąki z wami! Ostatnią tę noc czuwaliśmy wspólnie. Nie posłyszę już wesołego śmiechu i pieśni ochoczej. Muszę się rozłączyć z wami i z wszystkimi mieszkańcami wybrzeża Lövenu.
Drodzy staruszkowie! Otrzymałam od was dary cenne. Przybyliście do samotnicy z wieścią o przedziwnych kolejach życia. Widziałam wasze walki bohaterskie, stoczone nad jeziorem dziecięctwa mego. Cóż zaś dałam wam w zamian?
Ucieszy was może, że połączyłam imiona wasze z miejscami drogimi sercu. Niechże blask, który opromieniał życie wasze, spłynie na ten kraj, gdzieście przebywali! Istnieje dotąd Borg, Björne i Ekeby nad Lövenem, leżą pośród wodospadu, jeziora, parku i roześmianych polan leśnych, a gdy stanąć na szerokim tarasie, nadlatują legendy i krążą wokół niby pszczoły w dzień letni.
Wspomniałam o pszczołach, przeto pozwólcież, że opowiem krótką historyjkę. Mały Ruster, który jako dobosz maszerował w roku 1813 do Niemiec z armią szwedzką, nie mógł się za powrotem dość naopowiadać o rozkosznych południowych krajach. Mówił, że ludzie są tam wielcy jak wieże kościelne, jaskółki jak orły, a pszczoły mają wielkość gęsi.
— Jakie tedy muszą być ule?
— Ule mają, oczywiście, wielkość zwyczajnych ułów.
— Jakże mogą się w nich pomieścić pszczoły?
— A, to już ich własna sprawa! — powiedział mały Ruster.
Drodzy czytelnicy, czy nie wolno mi tak samo odpowiedzieć? Otaczały nas tutaj długo olbrzymie pszczoły wyobraźni. Jakże je atoli pomieścić w ulu rzeczywistości? Ach, to zaprawdę już ich własna sprawa.
Przypisy:
1. kalikowanie (z łac.) — pompowanie miechów tłoczących powietrze do piszczałek organów; było wykonywane przez pomocnika organisty (kalikanta). [przypis edytorski]
2. sund (szwedz.) — cieśnina. [przypis edytorski]
3. landrat (z niem.) — radca ziemski, starosta. [przypis edytorski]
4. mielerz — kopiec drewna przykryty ziemią, darnią lub gliną i wypalany na węgiel drzewny. [przypis edytorski]
5. upłaz — stosunkowo płaski stok górski, często porośnięty trawą, oddzielający zbocza o znacznie większym nachyleniu. [przypis edytorski]
6. bowla — waza do ponczu. [przypis edytorski]
7. Bellman, Carl Michael (1740–1795) — szwedz. poeta i kompozytor, narodowy skald Szwecji; autor popularnych pieśni biesiadnych i miłosnych. [przypis edytorski]
8. foryś (daw., z niem. Vorreiter: jadący na przedzie) — ordynans; konny żołnierz służący oficerowi. [przypis edytorski]
9. Yggdrasil (mit. nordycka) — gigantyczne drzewo łączące dziewięć światów, w tym świat bogów. [przypis edytorski]
10. Thor (mit. nordycka) — bóg pioruna, rolnictwa, małżeństwa i rodziny. [przypis edytorski]
11. Loki (mit. nordycka) — olbrzym zaliczony w poczet bogów, znany z przebiegłości, psotnictwa i krętactwa; przyczynił się do zabicia Baldura, boga piękna i mądrości, za co został przez bogów przykuty łańcuchami do skały, gdzie na twarz ściekał mu jad znajdującego się ponad nim węża. [przypis edytorski]
12. Ganelon — baron Karola Wielkiego, ojczym Rolanda, zdrajca, przeciwstawiony dwunastu szlachetnym rycerzom Karola; skazany na rozerwanie końmi. [przypis edytorski]
13. wira (szwedz. vira) — szwedz. gra karciana dla trzech osób, bardzo popularna w XIX w. [przypis edytorski]
14. kaczucza — żywy hiszpański taniec ludowy. [przypis edytorski]
15. fryz (daw.) — kosmate, grube sukno. [przypis edytorski]
16. gitanas (hiszp.) — Cyganki. [przypis edytorski]
17. łogawość — schorzenie koni, kulenie wywołane kostną naroślą na stawie skokowym. [przypis edytorski]
18. nosacizna — przewlekła, zaraźliwa choroba bakteryjna koni i in. zwierząt nieparzystokopytnych. [przypis edytorski]
19. ośmionogie rumaki — w mit. nordyckiej spłodzony przez Lokiego koń boga Odyna, Sleipnir, miał osiem nóg. [przypis edytorski]
20. Aksel — szwedz. poemat miłosny Esaiasa Tegnéra (1782–1846), wydany w 1822. [przypis edytorski]
21. Fritjof — Saga o Fritjofie, epos szwedz. pióra Tegnéra, liczący 24 pieśni, publikowany we fragmentach od 1820, w całości w 1825, zyskał sławę w całej Europie. Opracowania muzyczne tych pieśni autorstwa Bernharda Crusella (1775–1838) były niezmiernie popularne wśród ludu. [przypis edytorski]
22. écarté (fr.) — dawna hazardowa gra karciana dla dwóch osób, popularna w XIX w. [przypis edytorski]
23. dolman — tu: huzarka, rodzaj daw. kurtki wojskowej. [przypis edytorski]
24. mamzel — zniekształcone fr. madmoiselle, tj. panna. [przypis edytorski]
25. Blakulla — wg szwedz. wierzeń ludowych miejsce zlotów czarownic. [przypis edytorski]
26. pult (daw.) — pulpit. [przypis edytorski]
27. Olaf II Haraldsson (995–1030) — król Norwegii, święty Kościoła katolickiego; zaprowadził w kraju chrześcijaństwo, zginął w bitwie od ciosów toporem, który stał się jego atrybutem jako świętego; przez skojarzenie jego wizerunku z nordyckim bogiem Thorem i jego młotem bojowym w popularnych wierzeniach przypisano mu pokonywanie olbrzymów i trolli. [przypis edytorski]
28. Eryk IX Jedvardsson (ok.1120–ok.1160) — król Szwecji, założyciel dynastii Erykidów, święty Kościoła katolickiego, patron Szwecji. [przypis edytorski]
29. Czuł się bojownikiem nauki ewangelicznej — od XVI w. do roku 2000 wyznaniem państwowym w Szwecji był luteranizm, który odrzuca kult świętych jako nieewangeliczny. [przypis edytorski]
30. sprzedaż prochu Norwegom w roku 1814 — podczas wojny norwesko-szwedzkiej, w wyniku której Norwegia została związana ze Szwecją unią personalną. [przypis edytorski]
31. rabuż a. rabuś (fr. rabouge) — daw. gra karciana polegająca na jak najszybszym pozbyciu się swoich kart przez graczy. [przypis edytorski]
32. Labor vincit omnia (łac.) — Praca zwycięża wszystko. [przypis edytorski]
33. Amor vincit omnia (łac.) — Miłość zwycięża wszystko. [przypis edytorski]
34. Bel (mit.) — jedno z określeń Marduka, najważniejszego boga panteonu babilońskiego (z akkadyjskiego dosł. „Pan”). [przypis edytorski]
35. Thot (mit.) — egipski bóg Księżyca, patron mądrości. [przypis edytorski]
36. Walhalla (mit. nordycka) — zamek najwyższego boga Odyna, w którym gości on poległych chwalebnie na polu bitwy wojowników. Często używane błędnie na określenie siedziby bogów, Asgardu. [przypis edytorski]
37. fasa (daw.) — drewniane naczynie z klepek spiętych obręczami; kształtem przypominało beczkę, posiadało jednak tylko jedno dno w szerszym końcu, na którym stało pionowo. [przypis edytorski]