Z Turnisk. Głębia Tatrów

W tych dniach wypada mi znowu droga w Tarnowskie. Może tu nieprędko wrócę, a może i nie wrócę. Nie tracę więc ani jednego dnia, ani jednej chwili. Oglądam, czegom jeszcze nie widział, odwiedzam, com już poznał, zwracam na wszystkie strony oko, ucho i uwagę. Dusza moja nie zamyka się, wciąż daje się lub przyjmuje. Gromadzę w jej skarbcu wszystko, co mi się nastręcza, a co się da opisać, zapisuję. Pragnę zatrzymać, utrwalić tę chwilę tak ważną dla mnie, pragnąłbym podzielić się ze wszystkimi wszystkim, co jej winien jestem, pragnąłbym zdobyć się na jakąś pamiątkę po niej, po tych miejscach, po życiu, którem tu przepędził, na owoce z tylu uczuć, wzruszeń, natchnień, przez które tu przeszedłem, które tu odebrałem. Zacząłem już to dzieło368, pracowałem nad nim cokolwiek. Mam ideę główną, mam główną osnowę, zbieram szczegóły. A im dalej zapuszczam się w pracę, tym więcej odkrywam bogactw, tym bardziej blask mnie ich olśniewa. Do niektórych dotarłem, inne dopiero przeczuwam. Leżą przed okiem ducha jak te skarby w powieściach góralskich — trzeba warunków tajemniczych, trzeba jakiejś władzy tajemniczej, ażeby je posiąść. Nade wszystko czuję, że mi potrzeba tego życia widomego i niewidomego, które tu panuje; tym życiem chcę się cały przejąć, przesiąknąć. W tym kierunku zwracam wszystkie moje zatrudnienia przez te dni kilka, pozostających do wyjazdu. Mój trud nie jest bezpłodny, mam to przekonanie. Wiele rzeczy wyjaśniłem sobie jako pisarz, natrafiłem na wiele prawd sztuki. Zostaną one dla mnie prawidłami, karbami mojej drogi pisarskiej. Polegam na nich tym śmielej, że nie biorę ich z książek, natężeniem zimnego rozumu — podało mi je życie otaczające mnie tutaj, przyjąłem je ożywiony, rozgrzany uczuciem, miłością, i odtąd coraz mi ich więcej przybywa. Ująłem już w słowa, co mogłem ująć. Ale to na później. Jest to mój skarb wewnętrzny, dla mnie najcenniejszy. Zwracam się do tego, co może być dla wszystkich.

Jeden żal nienagrodzony przyjdzie mi stąd wynieść — ten, że tak mało poznałem głąb Tatrów. Dziś niepodobna już myśleć o jej zwiedzeniu. Podróż ta wymaga tyle pomocy, że jest nad moje środki. Pora spóźniona otacza ją takoż trudnościami coraz większymi. Lada dzień mogą spaść śniegi i zasypać wszystkie przejścia w głębi gór, może już nawet spadły. Nie pozostaje mi, jak myślą pobłąkać się po nich. Leżę więc na mojej skale i położywszy oko na zewnętrznym murze Tatrów, jak kotwicę na dnie morza, przebiegam myślą, jak lekkim czółenkiem, dziwy ich wnętrza.

W istocie opowiadają mi dziwy o tych miejscach. Wszystko, co widziałem, nie daje wyobrażenia o tym, co najgłębsze Tatry zamykają w sobie. Tak mnie zapewniają i wierzę temu łatwo, sądząc z tego, co słyszę. Ten północny bok Tatrów, widziany z Galicji, i południowy, od strony Węgier, jest tylko ogrodzeniem Tatrów najwłaściwszych. Można je stąd odgadywać jedynie po niektórych lodowatych szczytach, wyższych nad inne, ale większa ich liczba ukryta jest przed spojrzeniami z zewnątrz. Prawdziwe lodowce korzenią się i rosną dopiero w głębi Tatrów. I tam dopiero jest istotna dziedzina wiecznej zimy i wiecznego mrozu. Tam jeziora nieodmarzające nigdy, doliny milowe, usłane wiecznym lodem i otoczone ścianami z wiecznego lodu. Tam zobaczysz nad potokiem most z wyziewów w lód zamienionych, zawieszony na przerażającej głębokości. A cisza taka, że kiedy pod ciepłem słońca lód się rozgrzeje i ścieka kroplami w tę przepaść, słyszysz pluśnięcie każdej kropli, co spada. Najdziwniejszą sprzeczność pośród tej martwoty mają tworzyć lasy, leżące gdzieniegdzie między lodowcami. Są one zwykle w dolinach nadzwyczajnej głębokości, a cień ich gęsty nie różni się od czarnej nocy. Rzecz szczególna, że w tych lasach przechowują się zwierzęta, które same tylko gwizdaniem swoim ożywiają tę ciszę jakby podziemną. Niektórzy myślą, że to są bobaki369. Przystępy do tych lasów są niepokonanych prawie trudności dla nie-Górali i nie-strzelców. Staje ci nieraz na drodze skała z przepaściami po obu stronach, a grzbietem tak ostrym, że nie ma dosyć miejsca na stopę ludzką, i nie można jej przebyć inaczej, tylko przesuwając się po niej okrakiem. Wyobraź sobie nadto, że taki grzbiet ciągnie się przez kilkadziesiąt sążni.

Kilka rysów podobnych pozwala widzieć, choć w małej cząsteczce, czym jest wnętrze Tatrów i że do zwiedzenia jego nie dosyć mieć chęć i odwagę. Oprócz koniecznej wprawy potrzeba jeszcze przygotować się na mrozy, burze, mgły jak noc ciemne, lawiny nieuniknione oraz inne przykrości i niebezpieczeństwa przywiązane do miejsc podobnych. Wszakże powiem prawdę, że nie zważałbym na to wszystko, gdyby mi nie zawadzały trudności innego rodzaju370, a mniej łatwe do pokonania.