10

Pośród puszcz gęstwy, pośród jarów cieśni

Mściwy Nebaba swoje szyki wiedzie.

Jak czuł koń jego, że na wszystkich przedzie!

Jak w piersiach jezdca93 rozigrane serce

Dzikiej, wojennej wtórowało pieśni!

Kiedy myślami w przyszłość uniesiony,

Pożary w każdej dostrzegał iskierce,

Co błyska za nim, skoro lustro stali

Od miesięcznego94 oka się zapali;

Kiedy zwycięskie odgadywał tony

W dzikich odgłosach wojennego pienia!

«Stójcie!» Od wschodu dzień się zapłomienia.

Księżyc rumiany niby się krwią zbroczył,

W posępne chmury, jak do śmierci łoża,

Na cichych ranku wiatrach się zatoczył,

I jak złej wieszczby wyszła drżąca zorza.

«Stójcie! Słów kilka!» Tu zemsty drużyna

W krąg atamana zawinęła kołem,

Gdzie się okrągli bezdrzewna równina

Śród ramion boru i przed boru czołem.

«Baczność! Coś wichrem zaszumiało w lesie.

Jeden to z naszych gęstwą się przerzyna».

Pilnował skrzydła. Jakież wieści niesie?

Jego pierś robi, jego biegun95 w pianie.

Między drzew szumem słyszał otrąbianie.

Czyżby Polacy tak blisko być mieli?

«Wytrwałość, dzieci! Bądźcie tylko śmieli,

Naszym to będzie, co mamy przed nami!

Pod samym miastem ten bajrak96, czy wiécie,

Co się rozrasta pomiędzy jarami?...

Tam do godziny zmierzchu doleżycie.

Ja później będę, skoro do wieczerzy

Wezwie nas gwiazda, co w zamku na wieży!

No! W imię Trójcy! Ruszaj, gdzie kto może!»

Jak w tuman iskier rozdęte płomienie.

Jak śpiących nagle przerwane widzenie —

Tak razem zgaśli zwinni jezdcy w borze:

Tu się w promieni tysiąc rozskoczyli,

Tu między pniami jeszcze majaczyli,

A tu i śladu po żadnym już nié ma;

Niby zaklętych pochłonęły drzewa

Przed śmiertelnego słabymi oczyma.

Pusto — sam tylko duch boru powiewa,

A za nim nagie klaskają konary;

Pod nimi rumak majaczeje kary,

A na nim jeździec pręży pilne ucho:

Z tej strony trąbka zdaje się grać głucho;

Lecz głuchszy jeszcze słychać dźwięk z tej strony,

Ranne go wiatry krętym jarem97 wloką.

Jeździec posłuchał, pomyślał głęboko:

Jak mu nie poznać! To kaniowskie dzwony

Szczęśliwą wieszczbą do niego mówiły.

Razem się pomknął w sklepienia milczące,

Wnet drzew sklepienia czczością się zaćmiły;

Jeszcze przez chwilę echa w czczości biły.

Lecz go już teraz nie znajdzie i słońce.