II
Następnego wieczora ogrody Al-Azbakijja świeciły niczym olbrzymia ognista kula pośrodku dzielnicy Ismaïla, ale dopiero po kolacji w największych hotelach ogród zaczął wypełniać się falującym tłumem. Amerykańskie i europejskie damy i panowie z Shephearda, Continentalu, Savoya, Gezireh71 oraz innych hoteli cisnęli się przy wejściach z innymi europejskimi i amerykańskimi damami i panami; a im bliżej zaciekawieni ludzie Zachodu podchodzili do sklepienia błyszczącego barwnymi lampkami, do centrum festynu, stawu otoczonego sznurem iskrzących się, błyszczących, rozmigotanych girland z lampionów we wszystkich możliwych kolorach, tym wyraźniej dostrzegali w tym roju mieszkańców Wschodu. Ludzie Wschodu i Zachodu mieszali się w tłumie. Obok siebie ciemne i jasne twarze, jaskrawe i czarne stroje. Zachodni panowie i wschodnie kobiety w ciemnych okryciach tworzyli ostry kontrast z tą wielobarwnością. Szczególnie wyróżniały się Arabki w czarnych jedwabnych szatach z czarnymi chustami na głowach, przymocowanymi spiralną miedzianą ozdobą — a spod spodu błyszczały ich czarne oczy w kształcie migdałów.
Po stawie w tę i z powrotem pływały dostojne, rozświetlone łodzie. Na jednej z nich wiosłowali odziani w jedwabne stroje piękni orientalni mężczyźni w turbanach. Przy każdym zanurzeniu wioseł nad ich głowami kołysały się kolorowe lampiony, łódź mijała inne fantastycznie oświetlone jednostki, wypełnione czarnymi młodzieńcami w białych strojach albo jasnobrązowymi, odzianymi w błękity. W łodzi brązowych mężczyzn grano na zgrzytających, piskliwych instrumentach, których przeszywający dźwięk mieszał się z dzikim łoskotem tureckich trąbek i brutalnymi miedzianym uderzeniami, dobiegającymi z licznych scen w ogrodach. Z łodzi czarnych mężczyzn roznosiły się jednostajne, rzewne pieśni, przy akompaniamencie klaskania; co drugą sekundę nad stawem wystrzeliwała sycząca rakieta, tworząc raptownie łuk. Fajerwerki huczały i gwizdały, a deszcz skapujących iskier oświetlał coraz liczniejsze grono gawiedzi nad stawem. W miarę upływu wieczoru sztuczne ognie stawały się coraz okazalsze — słońca i półksiężyce, ogniste fontanny, zaszyfrowane imię kedywa i sentencje z Koranu w roziskrzonych literach. A cały ten syk, zgrzyt, trzaski i chaotyczny gwar raz po raz zagłuszały huki salw armatnich i grzmot trąbek.
Lecz także tym, którzy po jakimś czasie mieli dość oślepiającej i ogłuszającej radości nad stawem, ogrody Al-Azbakijja miały sporo do zaoferowania.
Tam, obok wielkiego otwartego namiotu, którego ściany i dach pokryto kosztownymi perskimi dywanami i gdzie pozłacane krzesła z obiciem z adamaszku czekały na kedywa, książąt i ich świtę, znajdował się inny namiot, udekorowany w środku i na wierzchu jaskrawym, czerwonym płótnem. Wewnątrz poruszała się tancerka brzucha do akompaniamentu egipskich gitar. Z innego namiotu dobiegały unoszące się i opadające pojękiwania — to najwybitniejsi pieśniarze Egiptu. Przed namiotem w oddali dwie ubrane na biało, zwinne postaci prezentowały syryjski taniec rycerski, w innym przykucnął zaklinacz węży z fletem, a gady wiją się, napinają i syczą u jego stóp.
Wszystkie ścieżki i alejki między zagajnikami tamaryszków, figowców, akacji i palm wyznaczają kolorowe lampiony, pochodnie rzucają trzepoczący blask na białe kwiaty migdałowca i różowe kiście na drzewach brzoskwiniowych. A na wszystkich ścieżkach i alejkach cisną się skórzane torby sprzedawców wody i sorbetów, którzy z nieforemnych skrzynek i tac oferują pistacje, pomarańcze i banany oraz przedziwnie udekorowane słodycze i ociekające tłuszczem ciastka.
Spora grupa gości z Hôtel du Nil przyszła na festyn w ogrodach Al-Azbakijja. Niemiecki profesor z żoną, rumuński konsul z siostrzenicą, francuski malarz i cała szwedzka kompania — Hofburgowie, Clasowie i Brennerowie.
Towarzystwo tak długo stało przy stawie, że Stina Brenner znudziła się i szepnęła do brata:
— Pójdę tam pod drzewa, zobaczę, jak to wygląda z daleka. Nie, nic nie mów, nie potrzebuję towarzystwa, zostań tu i zaczekaj. Nie odejdę daleko, cały czas będę cię miała na widoku.
Z charakterystyczną ptasią zwinnością niezauważenie wymknęła się z grupki. Wystarczyło kilka kroków, by uwolnić się od tłoku, a z miejsca, gdzie przystanęła, doskonale widziała swych towarzyszy.
Stała teraz w ciemniejszej alejce, nad którą wystrzały fajerwerków rozświetlały niebo coraz częściej. Między jej kryjówką a stawem rozpościerał się zagajnik kwitnących drzewek pomarańczowych i morelowych oraz kilka krzewów; przez tę lekką zieleń i kwiatową woalkę świetlista woda, rozmigotane łodzie i wielobarwny tłum pod lampionami wyglądały wręcz jak zaczarowany, baśniowy świat.
— To jest jak sen — szepnęła do siebie Stina. — Tak się cieszę, że udało mi się to zobaczyć, w dodatku w samotności. Nigdy tego nie zapomnę.
Niełatwo jej było stąd odchodzić, ale musiała wrócić do reszty towarzystwa. Jednak jeszcze chwilę została; wtedy dostrzegła dwóch młodych mężczyzn, idących alejką z gromadką dzieci. Jeden z nich był ubrany po europejsku, z czerwonym fezem na głowie, drugi miał zielony turban i orientalny strój. Mężczyźni trzymali się za ręce, a arabskie dzieci — czterech małych chłopców i jedna dziewczynka, na tyle mała, że nie nosiła chusty — otaczały ich, uwieszały się im na ramionach i ciągnęły za rękawy, wesoło z nimi rozmawiając, a oni uprzejmie im odpowiadali.
Kiedy gromada zbliżyła się do Stiny, jasna rakieta wystrzeliła w powietrze. Ubrany po europejsku młodzieniec podniósł szybko najmniejszego chłopca na ręce, żeby ten lepiej widział. Był to czterolatek o krótko przystrzyżonych, czarnych włosach z czerwonym fezem na głowie. Coś w sposobie, w jaki dziecko zostało podniesione do góry, sprawiło, że Stinie serce zaczęło mocniej bić, ale światło było zbyt niewyraźne, by była całkiem pewna.
Wtem na wprost zapłonął czerwony bengalski płomień72, oświetlając ich twarze. Stina wydała z siebie okrzyk:
— Said ben Ali!
Odwrócił się, ale, oślepiony mocnym blaskiem, nie dostrzegł jej. Wciąż trzymał dziecko na rękach.
Wyciągnęła do niego dłoń.
— Panie ben Ali — odezwała się ostrożnie — zdaje się, że mnie pan nie poznaje.
Malec, obejmujący jego szyję, wskazał na trzy iskrzące się koła po drugiej stronie stawu i powiedział coś po arabsku. Drugi mężczyzna i gromadka dzieci patrzyli na Europejkę w białym odzieniu, która stanęła im na drodze i do nich zagadnęła. Przez chwilkę Stina była przekonana, że się pomyliła i że to nie Said ben Ali, ale ktoś bardzo do niego podobny. Spłonęła rumieńcem i odwróciła, by odejść.
W tym momencie Said ben Ali oprzytomniał. Szybko przekazał malca bratu; Stina pojęła, że młodzieniec w zielonym turbanie to brat Saida — byli do siebie bardzo podobni, choć ten był młodszy, wyższy i poważniejszy, o bardziej orientalnym wyglądzie. Said odezwał się miękkim głosem, który Stina tak dobrze znała i który na chwilę przeniósł ją do Nääs:
— Czy to możliwe, panno Brenner, czy to pani? Kiedy przybyła pani do Egiptu? Jest pani sama w Al-Azbakijja? I jak mają się wszyscy z Nääs?
Nie wziął jej za rękę. Stina zrozumiała, że nie śmiał przy bracie i dzieciach.
— Nie, nie jestem sama, moja kompania stoi tam; widać mojego brata, jest o głowę wyższy od pozostałych. Napisałam do pana wiadomość, panie ben Ali, ale posłaniec nie znalazł adresu. Mieszkamy w Hôtel du Nil. Jestem w Kairze od tygodnia, a jutro rozpoczyna się nasz podróż po Nilu.
Said ben Ali był wyraźnie zakłopotany. Zwrócił się do brata po arabsku, a potem do Stiny po angielsku:
— To mój brat Mohammed, o którym pani opowiadałem. Nie mówi po angielsku.
Said znów wypowiedział kilka słów po arabsku, jego ton był rozkazujący.
Mohammed odstawił malca na ziemię, uroczyście przyłożył dłoń do czoła, a potem do piersi i z powagą się ukłonił.
— Proszę mu powiedzieć, że jest mi bardzo miło go poznać i że jesteście do siebie bardzo podobni. Nie wiedziałam, że należycie do potomków proroka, teraz rozumiem to, widząc zielony turban pańskiego brata — dodała.
— To prawda.
— Pański brat ma bardzo inteligentny wygląd, panie ben Ali — ciągnęła Stina.
Nie wiedziała, o czym ma rozmawiać. Czuła się nad wyraz zakłopotana czarnymi, wpatrzonymi w nią dziecięcymi oczami i skrępowaniem Saida ben Alego.
— Dziękuję, panno Brenner — odparł serdecznie. — Jest bardzo inteligentny. Studiuje w meczecie El Azhar73, to uniwersytet. Chce zostać uczonym, ale nie chce się uczyć od Europejczyków.
Ostatnie słowa wypowiedział takim tonem, że Stina spojrzała mu w oczy, niemal tak samo poważne jak brata.
Mohammed podniósł malca na ręce i pokazał mu fajerwerki, również pozostałe dzieci próbował odciągnąć od Saida i obcej kobiety. Stina wnet pojęła, że Mohammed uznał zachowanie starszego brata za skandaliczne i niestosowne, więc zaczęła iść w stronę stawu, a Said u jej boku, trzymając najmłodszego chłopca za rękę; pozostali szli kilka kroków z tyłu.
— Te dzieci to moi kuzyni — wyjaśnił Said ze swym pięknym uśmiechem. — To dzieci moich wujów, Selima i Ibrahima.
— Jak ma na imię dziewczynka? — spytała Stina, tylko po to, by coś powiedzieć.
— Naïme, a to mały Yussuf. Są rodzeństwem.
Said ben Ali podniósł chłopca na ręce. Stina pogłaskała jego brązowy policzek i uśmiechnęła się do niego, a on przyglądał się jej poważnymi oczami.
— Ile lat ma Naïme?
Said ben Ali spytał Mohammeda.
— Mówi, że osiem.
— Czy Naïme wyjdzie za mąż za pańskiego brata, gdy dorośnie? — spytała Stina.
— Tak, ożeni się z nią za pięć lat.
Stina rzuciła dziewczynce pospieszne spojrzenie, ta kroczyła tuż za nimi. Miała odrobinę skośne, czarne oczy; wstydziła się, bo gdy tylko Stina na nią spojrzała, skryła się szybko za Mohammedem, który zajmował się nią dużo mniej niż gromadką chłopców.
Dotarli prawie do samego brzegu stawu i zatrzymali się za plecami towarzyszy Stiny, którzy jej nie zauważyli.
— A jutro płyniecie w podróż po Nilu — odezwał się Said ben Ali — aż do Asuanu, jak mniemam. Czy po powrocie zechce pani mnie odwiedzić, panno Brenner? Kiedy wracacie?
— Wydaje mi się, że za pięć tygodni. Ale jak znajdziemy pańską ulicę?
— Jest położona tuż za El Muski, to mniej niż dziesięć minut drogi od Hôtel du Nil. Ale proszę napisać list, gdy wrócicie, i zaadresować do mojej szkoły, wtedy na pewno go dostanę. Przyjdę po was.
— Dziękuję, panie ben Ali. Tak uczynię.
— Gdy słyszę pani głos i widzę panią obok siebie, mam wrażenie, jakbyśmy byli w Nääs. Choć jest inaczej, prawda? Bardziej, niż sobie pani wyobrażała.
— Bardzo inaczej, niż sobie wyobrażałam — odparła zamyślona. — Miłego wieczoru, panie ben Ali.
Stina uniosła rączkę małego Yussufa i ją ucałowała. Dziecko powiedziało kilka słów, na które Said ben Ali się uśmiechnął.
— Co powiedział?
— Mówi, że Yussufowi podoba się chrześcijańska przyjaciółka Saida.
Stina ponownie schyliła się do dziecięcej rączki, pocałowała ją i poklepała. Następnie podała rękę Saidowi ben Alemu i skinęła głową w stronę Mohammeda i chłopców.
Wszyscy stali teraz i żegnali się na orientalną modłę. A potem Stina szybko zniknęła w tłumie wraz ze swoim towarzystwem.