III
Nil nie jest rzeką, po której się podróżuje. Nil jest rzeką, na której się żyje. Tygodniami i miesiącami fellachowie żyją na Nilu, na swoich galerach74, które z pomocą wielkich, trójkątnych żagli przypominających skrzydła przemierzają wodę niczym na wpół latające, na wpół pływające mewy, rozsiane po błękitnej, szerokiej rzece wszędzie, gdzie okiem sięgnąć; mijają się albo płyną jeden za drugim, transportują bydło na ubój, zboże, kamienie lub naczynia — w dół i w górę Nilu. Wielkie okręty mieszczą zazwyczaj wszystkich męskich członków rodziny fellachów: dowodzący dziadek z szarą brodą, jego liczni silni synowie i młodzi synowie tychże — od półnagiego, zwinnego siedemnastolatka po spalonego słońcem dwuletniego golaska, który na płaskim dnie bawi się z kurami i indykami w klatkach albo z kłapouchymi, czarnymi kozami i wystraszonymi, rozbeczanymi owcami. Przy lichym wietrze tylko malcy nie mają zajęcia na pokładzie galery, wówczas cała załoga chwyta za długie wiosła; zanurzając je, wydają okrzyk: „Eleisa”, a gdy je unoszą, wołają: „Hamdullillah”. Uwieszeni na burcie mężczyźni odpychają statek od mielizn. Lecz gdy wiatr sprzyja, tylko jeden z nich, w turbanie, stoi przy sterze; pozostali siedzą ze skrzyżowanymi nogami pośrodku pokładu, popijają kawę, pykają fajkę wodną albo śpiewają do akompaniamentu jednostajnego bębnienia darabukki75, a ich galera mknie, zostawiając w tyle dahabije76 z wszelkim możliwym komfortowym sprzętem oraz turystyczne i ekspresowe parowce, którymi też się nie podróżuje, ale na których żyje się przez wiele dni, tygodni, miesięcy.
Te statki zamieszkuje świat cudzoziemców.
Początkowo ten świat turystów z Europy i Ameryki zachowuje się żałośnie głupio, nie zna bowiem wielkiej tajemnicy Nilu. Pierwszego dnia, kiedy widać jeszcze setki kairskich minaretów, piramidy w Gizie i mukattamski77 różowy grzebień z cytadelą na szczycie, cudzoziemcy z wymuszoną uwagą turysty chcą obejrzeć wszystko, co dzieje się na rzece i na brzegach — mnóstwo mijanych statków z barwną załogą, czerpiące wodę kobiety, pierwsze wodociągi, wszystko, co nowe i inne, do czego podczas podróży przywykną. Ale już niebawem do tych początkowo niemądrych obcokrajowców dociera, że w ten sposób tylko się zmęczą i wcale nie odpoczną. Większość zaczyna rozumieć, że święty Nil to kapryśne bóstwo, które żąda całego człowieka. Zauważają, że na Nilu muszą jak najczęściej przebywać w samotności ze swoimi marzeniami i myślami, które święty daruje swym wyznawcom. Nie sposób być całkiem samotnym, ponieważ gong na posiłki wzywa zbyt często, gromadząc wyznawców Nilu w wielkiej jadalni na górnym pokładzie — ale jak najczęściej powinni pozostać w samotności! Z tą wiedzą zaczynają się dni, tygodnie i miesiące cudownie wzniosłego, spokojnego życia, które nawet przez moment nie jest puste czy dające duszy wytchnienie, lecz oszałamiająco bogate i satysfakcjonujące. Podczas gdy żyjący na Nilu szczęśliwcy godzinami przesiadują w ratanowych fotelach na pokładzie dahabii albo parowca, zanurzeni w tej nasyconej atmosferze, która nie przypomina niczego, czego kiedykolwiek doświadczyli, nieznany kraj przepływa obok. Albowiem dla tych, którzy żyją na Nilu, to kraj, a nie statek, przepływa, a oni tylko przesuwają się po każdym, umykającym, słonecznym dniu, po każdej granatowej, rozmigotanej na złoto gwieździstej nocy, coraz głębiej w baśniowy świat. Sceneria — skały i pustynie — są coraz bardziej dzikie i obce, a ludzie na brzegu Nilu coraz ciemniejsi. W miarę jak słońce pada bardziej pionowo, ludzie zdejmują z siebie kolejne szaty, aż w końcu widać niemal całkiem nagich, ciemnobrązowych albo czarnych mężczyzn, stojących przy lewarach wodociągów; inni zaś, także ci z białą przepaską na biodrach i turbanem na głowie, nawadniają czarną glebę, podzieloną na kwadraty pod przyszły plon sorgo. A światło jest tak oślepiające, że wszystko, co widać na wysokim brzegu Nilu — ludzie i wielbłądy, palmy i wodociągi — tworzy czarne sylwetki na tle błękitu nieba.
Pierwszego poranka Stina Brenner wybrała sobie miejsce na rufie Amenartes i trzymała je przez całą podróż. Siedziała w szerokim fotelu ratanowym z czerwonym obiciem, z książką na kolanach, w letnim ubraniu w środku stycznia. Biały parasol z zieloną obwódką był tak zręcznie przymocowany do słupków podtrzymujących dach namiotu, że chronił ją od słońca, nie zasłaniając przy tym widoku na rzekę i brzegi, ani na to, co zwróciło jej uwagę, gdy zagłębiała się w swoje marzenia. Ale to coś było tak przewiewnie lekkie, że przenikało niezauważenie w świat marzeń. Mogła to być para ptaszków — pliszek, które przysiadły na łódce ciągniętej przez Amenartes. Przeskakiwały z ławki na ławkę, chwytały rozsypane ziarenka i dziobały kostki cukru, rzucane przez Stinę. Całymi dniami przesiadywały na łódce i tylko, gdy Amenartes zbyt gwałtownie szarpnęła, skręcając z prawego brzegu na lewo albo odwrotnie, by dobić do jakiejś przystani, wystraszone pliszki zrywały się do ucieczki, ale zaraz powracały.
„To pewnie pliszki z Nääs”, na tę myśl Stina się uśmiechnęła. Usłyszała chlupotanie spod małej łódki, ciągniętej przez tę dużą, patrzyła na raźne ruchy ptaszków, myśląc o tym, że przybyły z północy, gdy jesienne liście zaczęły żółknąć i opadać, i że wrócą tam, kiedy pojawią się pierwsze, jasne, brzozowe listki, po tym beztroskim życiu na świętym Nilu pod rozżarzonym słońcem, którego wspaniałe wschody i zachody barwiły błękitną rzekę bordowym płomieniem, a żółte pustynne skały malowały na różowo — wtedy zaczynało w niej śpiewać i szumieć. Zaczęła pisać o parze pliszek i o czymś jeszcze, co w niej śpiewało i szumiało. Ale wyszło z tego tylko kilka głupich słów, bezsensownych, bo nie znajdowały ciągu dalszego: „Uwielbiają sunąć... Uwielbiają sunąć...”.
Uwielbiają sunąć...
Gdy tak siedziała, sama sunęła ku nastrojom, z którymi próbowała walczyć, ponieważ instynktownie bała się, że poprowadzą ją w stronę czegoś niebywałego, niespodziewanego — w kierunku małżeństwa z Saidem ben Alim. A ona nie rozumiała ani jego, ani jego świata. Wszystko to tylko dlatego, że jej fantazja zajmowała się Saidem ben Alim od tak dawna, iż całkowicie wypełniła się myślą o nim; i ponieważ ten wschodni kraj, który teraz przysuwał się obok niej, był jak czarujący, uwodzicielski sen.
Groźne, bardzo groźne było to bezwolne sunięcie w stronę czegoś, co nie należało do niej, było tylko obce i zadziwiające. Zrozumiała, że to niebezpieczne, i ze wszystkich sił starała się temu oprzeć. Postanowiła, że będzie towarzyska; dołączyła do angielskich znajomych brata i szwagierki, długo gawędziła ze starszym, dostojnym angielskim pułkownikiem, który od wielu lat przebywał w Egipcie i ewidentnie czerpał radość z tego, że może jej opowiedzieć o wszystkim, czego Anglia tu dokonała. On mówił, a ona utkwiła poważne oczy w jego twarzy. Nie pozwalała, by jej spojrzenie uwodziła święta rzeka ani piaszczyste brzegi wypełnione stadami przedziwnych ptaków — długodziobych pelikanów, żurawi, sępów i innych, których nazw nie znała, ani wioski w palmowych zagajnikach, różowe skały, żółty piasek pustyni i karawany rozkołysanych wielbłądów. Gdyby tam spojrzała, na nowo zaczęłaby sunąć.
Chciała zrozumieć ten kraj, nauczyć się czegoś nowego i dla niej istotnego na temat tej starej wschodniej krainy. Początkowo z błyszczącymi oczami i zmarszczonym czołem słuchała tego, co świetnie wykształcony podróżnik miał jej do powiedzenia. Niebawem zaczęła jednak przerywać i dopytywać. Czy naprawdę to wszystko, czego dokonała Anglia, jest dla Egiptu błogosławieństwem?
Pułkownik uniósł się z fotela, stojącego tuż przed jego kajutą (na Amenartes wszystkie kajuty położone są na górnym pokładzie — całkowicie niedostępnym, wręcz zakazanym świecie dla tubylców z dolnego pokładu). Stanął naprzeciwko Stiny, imponująco rosły, i oparłszy się o reling78, odparł.
— Bez wątpienia, młoda damo. Ludzie Wschodu to duże dzieci, które jak dzieci należy wychować i prowadzić. Szkoda, że nie widziała pani Egiptu, zanim się tu znaleźliśmy. Różnica jak między najciemniejszą nocą i najjaśniejszym dniem.
Opisywał jej zmianę, udowadniał ją za pomocą liczb i przyznawał, że to coś imponującego z punktu widzenia Anglii, ba, może nawet z punktu widzenia Europy. Ale czy Egiptowi nie należy się przyglądać z egipskiego punktu widzenia? Jak wygląda ta kwestia od strony Egiptu?
Sir79 Josuah Pembroke uśmiechnął się pobłażliwie na jej dociekliwość.
— Droga młoda damo — rzekł — według nas nie ma czegoś takiego jak egipski punkt widzenia. Jest tylko brud, ubóstwo i wieczny hałas.
Wskazał na dolny pokład, gdzie roiło się od fellachów.
— Nic poza tym? — wykrzyknęła Stina.
— Owszem, mają jeszcze łapówki i z całą pewnością korbacze80.
Stina poczuła się, jakby dostała korbaczem po policzku; gwałtownie się zarumieniła. Zdawało jej się, że nagle zaczęła widzieć własnymi oczami i mówić własnym językiem. Oczy zawilgotniały, a głos drżał jej od powstrzymywanego płaczu. Powiedziała przemiłemu, uśmiechniętemu Anglikowi, jakie każdy inteligentny mieszkaniec Wschodu musi mieć zdanie na temat europejskiej cywilizacji z jej misjonarzami, jej... Zawahała się przez moment, bo uśmiechnięta twarz pułkownika przybrała surowe rysy. Ale Stina nie mogła już milczeć, musiała wyrzucić z siebie to, co ciążyło jej na sercu, wypowiedzieć słowa, które usłyszała od Saida ben Alego, a których on jeszcze nie miał okazji przekazać Anglikom. Wokół pułkownika i Stiny zebrała się spora grupa milczących mężczyzn, drwiących z entuzjazmu młodej Szwedki, jej niewiedzy i stereotypów. Stina mówiła dalej:
— Jak pan sądzi, sir Josuah, co myślący ludzie Wschodu...
— Z mojego punktu widzenia, droga panno Brenner, nie ma tu myślących. A gdyby jednak spotkała pani myślącego Egipcjanina, to spieszę panią ostrzec przed niespodziankami, które ma w zanadrzu, nawet z pani punktu widzenia.
Ale Stina go nie słuchała.
— Jak pan sądzi, co myślą o europejskiej cywilizacji, o wojnach burskich81?
— Nie obchodzi nas, co myślą inni — odezwał się Anglik, stojący obok Stiny.
— Albo o pacyfikacji Chin, albo o Kongu?
— Anglia nie zajmuje się Kongiem, droga panno Brenner.
— Nie mówię tylko o Anglii, mówię o całej Europie. To strefy naszych interesów, nasz handel i pielgrzymki prowadzą przez ich ziemię i morze. Nie sądzi pan, że stawiają swoją własną cywilizację? Bo oni także mają cywilizację...
— Nie, droga młoda damo, nie zna pani Egipcjan i nie rozumie pani tych zależności, nie rozumie pani, co idzie za ich religią. Jeśli zdrapie pani wierzch słońca, kolorów i połysku, to co zostanie? Egipcjanin, którego ja znam, prawdziwy Egipcjanin. Pożyczę pani książkę, która lepiej ode mnie przekona panią, co Anglia zrobiła i robi dla Egiptu i za co Egipcjanie powinni być wdzięczni Anglikom.
— Nienawidzą was — szepnęła Stina z zaciśniętymi zębami w stronę Nilu, podczas gdy sir Josuah Pembroke wszedł do kajuty, zostawiając drzwi otwarte.
Panował tutaj idealny ład; na ścianie wisiały wypolerowane na wysoki połysk strzelby, w siatkach i na półkach ustawiono przybory toaletowe. Sir Josuah wyciągnął spod żelaznego łóżka walizę, otworzył ją i wyjął książkę, którą następnie przekazał Stinie.
— Proszę ją przeczytać, a potem porozmawiamy, moja droga młoda damo!
Stina zabrała książkę na swoje miejsce na rufie. Długie chwile spędzała na czytaniu ciągiem, ale jeszcze dłuższe na tym, by, odłożywszy na kolana Anglię w Egipcie82 Alfreda Milnera83, przyglądać się maleńkim pliszkom, skaczącym po ławkach łódki. Z wolna nuciła głupie słowa: „Uwielbiają sunąć... Uwielbiają sunąć”, a cudowna panorama rzeki i jej brzegów przesuwała się obok w barwnej feerii zalanej słońcem.