III

W pierwszy niedzielny poranek pogoda była wyśmienita. Wokół Babla rozbrzmiewały ptasie trele i roztaczał się zapach lasu, a nad jeziorem Sävelången unosiła się lekka mgiełka. Said ben Ali wstał jak zwykle wcześnie. Chciał pobyć w jakimś samotnym miejscu; by tam trafić, nie musiał długo iść. Z domu, w którym mieszkał, do lasu było ledwie kilka kroków.

Także ta wędrówka przez las była dla niego jak droga we śnie. Said ben Ali nigdy wcześniej nie widział lasu. W Anglii bywał w parkach, ale nie w lesie. Sam nie wiedział, co bardziej go tu zadziwia. Czy marsz po śliskiej, brunatnej, błyszczącej od igieł ścieżce i po miękkich zielonych kępkach, które łamały się pod każdym krokiem? Czy może widok chłodnego słońca — zawsze myślał o tym słońcu jako o chłodnym — gdy pada na świerki i jasne pnie brzóz? Czy może to rześkie poranne powietrze albo mnogość kolorowych kwiatków, albo donośne ptasie świergoty?

Gdy Said ben Ali uszedł kawałek, padł pod wielkim drzewem, stojącym z dala od ścieżki. Zamierzał tu leżeć całe przedpołudnie. Nie chciał uczestniczyć w mszy Anglików. Na ogół nie przeszkadzało mu to, ale wiedział, że dziś ich psalmy i modlitwy będą dlań męczarnią. Tego dnia odczuwał wobec nich jakąś szczególną gorycz, choć nie dotknęło go nic osobistego. Chodziło o to, że poprzedniego wieczoru w Vänhemie przeczytał w angielskiej gazecie artykuł o Egipcie, w którym grzmiały angielskie bębny i trąby niesprawiedliwości i pewności zwycięstwa, zagłuszając tony autochtonów — uprzejme i życzliwe. Napisano o tym, co Anglia zrobiła dla Egiptu i jak szczęśliwi są Egipcjanie z powodu doskonałej administracji, jaką kraj otrzymał pod angielskim protektoratem23.

Serce Saida ben Alego załomotało na myśl, że Anglicy muszą z góry patrzeć na takiego Egipcjanina jak on, skoro wierzą, że jest szczęśliwy i zadowolony z powodu obecności angielskiego wojska, które zajęło jego kraj, z pobytu angielskich oficerów, stojących na szczycie egipskiej armii, i angielskich inżynierów, którzy uregulowali Nil, oraz z władzy Anglików, administrujących państwowe przychody i międzynarodowe sądownictwo! Czy istnieje choćby jeden Anglik, który przez sekundę byłby zadowolony z takiego stanu rzeczy w Anglii? I jak śmią twierdzić, że Egipcjanie temu przyklaskują?!

Said ben Ali tak intensywnie rozmyślał, że nie zauważył, gdy na ścieżce pojawiła się ubrana na biało postać.

Była to młoda dziewczyna, bardzo niska, o drobnej figurze. Dziewczynka, której można by dać dwanaście lat, gdyby nie wyraz jej twarzy — trzeźwy i uderzający mądrością. Kto choć raz widział tę młodą dziewczynę, musiał zapamiętać głębokie spojrzenie jej oczu, które w zależności od tego, jak padało światło, zmieniały barwę; nieokiełznane, ciemne włosy, zwijające się na karku w drobne loczki, gęsto opadały na czoło, niczym w klatce ukrywając promienistą, opaloną twarz. Ale przede wszystkim zapamiętywano piękne, żywe rysy, zawadiackie skinienia głowy i szybkie ruchy gibkiego ciała.

Gdy zbliżyła się do miejsca, gdzie siedział Said ben Ali, dostrzegła go i radośnie zawołała.

Spojrzał na nią i szybko wstał, gotów do ucieczki.

Lecz ona natychmiast do niego zagadała, szybko i odważnie, płynną angielszczyzną.

— Nie, proszę nie odchodzić, panie ben Ali — powiedziała. — Chciałabym, by opowiedział mi pan o Egipcie. Pojadę tam zimą z bratem i szwagierką. Mój brat jest rosłym, silnym mężczyzną, ale jego głos nagle zrobił się chrapliwy, oto powód naszej podróży do Egiptu. I gdy rodzina dowiedziała się, że w Nääs przebywa Egipcjanin, poprosili mnie w liście, bym zdobyła jak najwięcej informacji o pańskiej ojczyźnie. Jestem jedną ze szwedzkich kursantek, panie ben Ali, nazywam się Stina Brenner.

Said ben Ali, wciąż gotowy do ucieczki, ukłonił się szwedzkiej dziewczynie i wystudiowanym angielskim tonem, którego używał w sytuacjach wymagających od niego europejskiej postawy, powiedział:

— Jestem bardzo rad.

Choć wcale tak nie wyglądał.

— Dobrze, usiądę zatem obok — rzekła Stina Brenner, nie dostrzegając zakłopotania arabskiego kawalera.

Nastała cisza. Nagle dziewczyna wykrzyknęła pospiesznie, tak, jakby miało to przedstawić ją w lepszym świetle w oczach Saida ben Alego:

— Nie popłynęłam przywitać pana we Flodzie, panie ben Ali!

— Dziękuję — odparł Said ben Ali bez namysłu i znów zrobił minę wskazującą na chęć oddalenia się.

Na twarzy Stiny Brenner przysiadł szelmowski uśmieszek. Ani przez chwilę nie uwierzyła w to, że Said ben Ali odejdzie, skoro ona chce, by został.

— Proszę być tak dobrym i wreszcie usiąść — powiedziała w końcu.

Więc Said ben Ali usiadł.

Znów nastała cisza; przerwał ją ptak, ćwierkający na drzewie nad nimi.

Wtedy Szwedka zaczęła mówić, głaszcząc przy tym porośnięty mchem kamień, na którym siedziała.

— Te ptasie śpiewy, zapach lasu, słońce i jezioro. To prawdziwy, szwedzki, letni poranek, panie ben Ali! Proszę wdychać powietrze, głęboko; wdycha pan zdrowie. To dobrze robi, prawda? Nieładnie pan czasem kaszle.

— Nie tu, w Nääs. W Anglii było gorzej.

— Ach, kochany angielski klimat! Sporo bywałam w Anglii. Pan też nie lubi Anglików, panie ben Ali — dodała wprost.

Said ben Ali wzdrygnął się.

— Tego nie powiedziałem. Są dla mnie bardzo mili. Kto pani powiedział, że nie...

— Nikt nie musiał mi tego mówić. Dlaczego miałby pan lubić Anglików? Gdybym była Egipcjanką, nienawidziłabym ich.

Piąstką uderzyła o kamień.

Said powtórzył w głębi duszy: „Dlaczego miałbym lubić Anglików?”. Przyglądał się kępce mchu oderwanej od kamienia, o który się oparł. Było w nim kilka miękkich, czerwonych zagłębień i szarych, chropowatych porostów — wyglądały jak precyzyjnie wycięte gałązki; nigdy nie widział czegoś podobnego. Ale patrząc na mech, myślał o słowach: „Dlaczego miałby pan lubić Anglików?”. Lekko odwrócił głowę i pospiesznie zerknął na dziewczynę. Wyglądała na bardzo mądrą i bardzo przekonaną o swojej racji. Podobał mu się ten inteligentny wygląd.

— Nie nienawidzę ich — odezwał się po sumiennym namyśle.

— Możliwe, ale na pewno wolałby pan, żeby opuścili Egipt. To przecież oczywiste.

Said ben Ali milczał.

— Ale mieliśmy rozmawiać o Egipcie, nie o Anglii — skwitowała Stina Brenner i przysunęła się do Saida ben Alego, żeby pokazać mu książkę, którą trzymała w dłoni.

— Widzi pan, to książka o Egipcie. Czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce, żeby przygotować się do podróży. Jest po szwedzku, więc jej pan nie zrozumie. Ale proszę spojrzeć na mapę; która droga morska jest najkrótsza? I czy to trudna przeprawa?

— Nie wiem, którędy jest najszybciej, sam dotarłem do Anglii drogą morską. Morze Śródziemne24 nie jest groźne, ale Zatoka Biskajska25 jest ciężka. Myślałem, że zginiemy.

Poczuł się jak na egzaminie, pragnął się z tego jak najszybciej wywinąć, ale nie chciał być niemiły.

Dziewczyna zadrżała.

— Bał się pan? Co pan zrobił? Modlił się pan do Boga, panie ben Ali?

Said ben Ali zaniepokoił się. W żadnym razie nie chciał ze Szwedką rozmawiać o religii, więc odpowiedział z powagą:

— Nie mogę pani powiedzieć.

Egzaminująca dziewczyna nie obraziła się. Przeciwnie, taktownie odrzekła:

— Rozumiem, ma pan pełne prawo nie mówić o tym. To było głupie pytanie. Dobrze, przyjmijmy, że jesteśmy już w Aleksandrii26. Co należy tam zobaczyć?

Pomyślał: „Skąd mam wiedzieć, co Szwedka powinna zobaczyć w Aleksandrii?”. Ostrożnie zaproponował:

— To, co najbardziej przypomina Europę, to wielki plac Muhammada Alego27 z pomnikiem jeźdźca i ulica Szafira Paszy28; znajduje się przy niej mnóstwo wspaniałych europejskich butików.

Nie powinien był o tym wspominać, Szwedka wykrzyknęła zaraz:

— Ależ, panie ben Ali, na Boga, nie chcę oglądać w Egipcie europejskich butików, to chyba zrozumiałe.

Pan ben Ali jednak nie rozumiał. Dlaczego kobieta miałaby nie chcieć odwiedzać przepięknych butików — europejskich czy nie?

Ale nie powiedział tego na głos. Za to przyznał:

— Niezbyt dobrze znam Aleksandrię. Jedyne, co tam widziałem, to morze. Tego dnia, gdy wypływałem z Egiptu, było wzburzone, pieniło się i ryczało.

— No dobrze, zostawmy Aleksandrię. Proszę opowiedzieć o Kairze! Spójrzmy na mapę. Tędy biegnie linia kolejowa. Najpierw przejeżdża się nad kanałem o bardzo trudnej nazwie.

— Mahmudijja29 — przeczytał Said ben Ali, a oczy mu zabłysły.

— Dalej po lewej mamy jezioro nad zatoką Abu Kir30. — Świerkową gałązką wskazała miejsce na mapie. — Czy droga między Aleksandrią a Kairem jest piękna?

Na twarz Saida ben Alego wkradł się uśmiech, w łagodnych aksamitnych oczach zapaliły się światełka.

— Dla Egipcjanina wszystko w Egipcie jest piękne.

„On jest piękny”, pomyślała Stina Brenner, dojrzawszy jego uśmiech i spojrzenie.

— A jak po arabsku nazywa się to dziwne jezioro Mareotis31?

— To Behajrat Marjut — cierpliwie odparł ben Ali.

— Bardzo bym chciała, żeby opowiedział mi pan jego historię — zagadnęła Szwedka. — Czytałam o nim w tej książce. Gdybym była poetką, napisałabym o nim wiersz.

— O Behajrat Marjut? — zaciekawił się Said, pospiesznie zerkając na dziewczynę.

„Ma oczy jak gazela”, pomyślał.

— I co by pani napisała o Behajrat Marjut, gdyby była pani poetką? — spytał powoli.

Nie odpowiedziała na pytanie, poprosiła za to:

— Proszę mi opowiedzieć o tym jeziorze! Chciałabym usłyszeć jego historię od Egipcjanina.

Ugryzł się w wargę. Czekała. W końcu powoli i z oporem powiedział:

— W starożytności było połączone z Nilem na pomocą niezliczonych odnóg, ale po jakimś czasie jezioro wyschło, a w jego miejsce rozkwitły wioski i miasta. To była najbardziej żyzna, błogosławiona ziemia Egiptu.

Początkowo mówił niepewnie, ale zaraz przybrał ten sam ton, jakim w kairskiej szkole opowiadał różne historie arabskim chłopcom, siedzącym na podłodze. Dobrze znane, ukochane nazwy i obrazy, jakie teraz przywołał, sprawiły, że zapomniał o całym otoczeniu i o swojej nieśmiałości.

Dziewczyna z uśmiechem pospieszała:

— Jeszcze!

Była dumna, że przekonała Egipcjanina do tej opowieści.

Zamachał dłonią przed oczami, jak gdyby przepędzał jakiś cień.

— Najlepiej o tym zapomnieć — mruknął, a Szwedka stukała gałązką w mapę; brzmiało to jak akompaniament do jego słów, gdy ponownie się odezwał tonem bajarza.

— Podczas oblężenia Aleksandrii — chwilę się zastanawiał — w roku tysiąc osiemset pierwszym według waszej chronologii, Anglicy przekopali wydmy nad jeziorem Abu Kir. A dzikie, rozszumiane morze wdarło się przez ląd, zatapiając sto pięćdziesiąt wsi i ich mieszkańców! Muhammadowi Alemu udało się naprawić wydmy tam, gdzie Anglicy je przekopali, ale mimo wysiłków nie zdołał odeprzeć morskiej wody i przywrócić regionowi dawnej żyzności. A teraz jezioro pokrywa czterdzieści tysięcy hektarów błogosławionej ziemi — dodał Said ben Ali.

— Wiem! — wykrzyknęła. — Czytając o tym, pomyślałam, że to straszne, tego nie da się wybaczyć. To nie jak zniszczyć coś podczas krótkiej wojny, ale na zawsze.

Said ben Ali nie odpowiedział.

Szwedka próbowała czytać mu w myślach. Ale on utkwił wzrok w mapie, więc nie mogła spojrzeć mu w oczy.

Po kilku sekundach ciszy odezwała się.

— Proszę opisać resztę drogi między Aleksandrią a Kairem.

— Co mam opisać? — zapytał, a zabrzmiało to, jakby myśli nie podążały za słowami.

I faktycznie tak było. Zdawało mu się bardzo dziwne, że ktoś obcy stoi po stronie Egiptu, a nie Anglii. Z pewnością śnił. W tym osobliwym miejscu wszystko było jak sen.

— Proszę opisać, co widzi się po drodze — nalegała.

Dopiero po chwili zrozumiał prośbę; zebrał się w sobie, a twarz przybrała taki wyraz, jak gdyby to, co opisywał, migało mu przed oczami.

— Najpierw widać wąski, piaszczysty kawałek lądu między morzem a jeziorem. Widać długie karawany obładowanych wielbłądów, sunące po tym pasku. Widać Beduinów32 na szlachetnych koniach. — Nagle przerwał, po czym powoli powiedział: — Przepraszam, przypomniał mi się arabski wiersz; którejś nocy próbowałem go przetłumaczyć. Zaczyna się tak:

„Kiedyż znów przemierzę dumnym, ognistym koniem

szmat pustyni wraz z rodem,

do którego serce me płonie...”.

Przesunął dłonią przed oczami i wrócił do tonu bajarza:

— Wszystko, co widać na tej drodze, opiera się na wędrówce ku morzu albo z powrotem do Nilu. A tam, gdzie kończy się piaszczysty region, zaczynają się pola bawełny. Tam ujrzy pani fellachów, pracujących w błękitnych koszulach i białych turbanach. Koniecznie trzeba zobaczyć te kolory i to światło, to właśnie Egipt, tego nie da się opisać!

— Ależ można, ja to już widzę. Proszę mówić dalej. Nie ma tam domów? I kiedy dotrzemy do Nilu?

— Początkowo żadnych miast, tylko arabskie wioski, maleńkie domki z gliny i słomy. Wokół nich drzewa, ale nie lasy. Tutaj nazwano by je zagajnikami, nie, nawet nie zagajnikami, to rozrzucone tamaryszki33. Z daleka gliniane chatki świecą, drzewa ubrane są w soczystą zieleń. Taka arabska wioska jest z daleka przepiękna. Ale gdy podejdzie się bliżej, gdy podejdzie się bliżej... — Głos Saida ben Alego posmutniał, gdy wzrok natrafił na rudą chałupkę na brzegu jeziora, prześwitującą między drzewami. — Cóż, biedota lepiej u was mieszka niż w Egipcie, ale my mamy lepsze słońce. — Gdy mówił o egipskim słońcu, cała twarz mu się rozpromieniła, jakby odbijała to odległe światło. — I teraz docieramy do Nilu. Przejeżdżamy nad szerokim ramieniem rzeki nieopodal Rosetty34. — Wspominając Nil, ściszył głos, jakby wypowiadał jakieś święte imię; znów zakrył oczy dłonią, by odgonić las, połyskujące jezioro i rudą chatkę. — W oddali widać minarety. Na polach bawełny roi się od ludzi. Im dalej, tym więcej ludzi i zwierząt. Cisną się przy torach, nieskończone karawany obładowanych wielbłądów ciągną jedna za drugą. Pociąg zatrzymuje się na kilka minut w mieście Tanta35 z meczetem Ahmada Al-Badawiego36. Świeci nad nim słońce.

Zamilkł.

— Słyszałam o Tancie — ucieszyła się szwedzka dziewczyna, a oczy jej zabłysły.

„W mieście tancerek, radosnej Tancie

kwiaty bawełny są żółte i białe,

delta Nilu cała w kukurydzy polu,

a woły ciągną koło wodociągu

w radosnej Tancie”.37

Przerwała recytację.

— Przepraszam, panie ben Ali, zapomniałam, że nie rozumie pan po szwedzku. Proszę mówić dalej!

Nie zwrócił uwagi, że się wtrąciła. Siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, a jeden obraz pojawiał się za drugim.

— Widać mandarynkowe i pomarańczowe zagajniki nieopodal miasta Banha38. W oddali pojawiają się żółte wzgórza Pustyni Libijskiej39. I widać błękitną wstążkę Nilu. To o nim śpiewa poeta, o którym wspomniałem, chociaż po arabsku brzmi to zupełnie inaczej. Potrafię jedynie oddać słowa, a nie to, co skrywa się pod nimi.

— Proszę i tak je wypowiedzieć — namawiała. Recytował powoli, jakby tłumaczył na bieżąco:

„Och, czy wciąż toczy swą falę bogatą

cudowny Nil, najświętsza z rzek?

Czy ciemną purpurą błyszczy

wzgórze Mokattam40 i jego złoty brzeg?”.

Głos mu drżał, gdy wypowiadał słowa. I mówił dalej:

— A gdy ujrzy się wzgórze Mokattam, jest się już blisko Kairu. Wtedy wysoko, wysoko pojawia się cytadela i minarety przy meczecie Muhammada Alego. Pociąg sunie z wolna obok ogrodów z palmami, drzewami pomarańczowymi, pełnych bordowych pnączy i białych powojów, figowców przy Matai41. Aż do pustyni, gór i Nilu rozciąga się wielkie, jasne, rozmigotane miasto...

Zasłaniał oczy dłońmi, jakby go oślepiło słońce, i śpiewnym tonem wyszeptał:

— To Kair!

Nastąpiła bardzo długa cisza. Stina Brenner zrozumiała, że powinna zostawić Saida ben Alego samego. Szybko wstała i podniosła książkę, która upadła na ziemię.

— Dziękuję, panie ben Ali — rzekła. — Muszę już iść. Będę wdzięczna, jeśli następnym razem zechce mi pan opowiedzieć trochę o samym Kairze.

Wymamrotał kilka niezrozumiałych słów.

— Ależ nie, nie. Ma pan dla siebie jeszcze kilka godzin w lesie, ale proszę nie zapomnieć, że w niedzielę jadamy obiad o wpół do trzeciej. A teraz do widzenia! Dziękuję za opowieść o Egipcie. Wspaniale będzie zobaczyć ten kraj. Gdy pan opowiadał, zatęskniłam.

Odparł ze spokojem:

— Ja również.

Skinęła mu głową na pożegnanie, a jej biała sukienka zniknęła między drzewami.

Kilka godzin później, idąc do Vänhemu, Said ben Ali spotkał na skraju lasu pana Halla, szwedzkiego Amerykanina, z którym parę razy rozmawiał i który sporo mu objaśnił na temat szwedzkich obyczajów.

Ruszyli razem. Said ben Ali zapytał pana Halla, czy ten wie coś na temat zarobków szwedzkich nauczycieli w szkołach ludowych.

— Muszą być bardzo bogaci — wyznał naiwnie. — U nas nauczyciele są bardzo biedni.

Pan Hall oznajmił, że także szwedzcy nauczyciele miewają trudną sytuację.

— To może nauczycielki zarabiają lepiej niż nauczyciele? — dopytywał Egipcjanin.

— Przeciwnie. Skąd taki pomysł?

— Cóż mogę o tym wiedzieć? Pytam dlatego, że jedna z nich zamierza zimą wyruszyć do Egiptu, rozmawiała ze mną o tym. A ja chciałem jej uświadomić, że taka podróż jest bardzo kosztowna. Więc gdy teraz pan mówi, że szwedzcy nauczyciele nie są bogaci, muszę ją ostrzec.

— Pewnie chodzi o pannę Brenner. O nią proszę się nie martwić. Jest bogata, bardzo bogata. Dzieli z bratem wielki majątek pod Sztokholmem. To bardzo zamożna rodzina. A panna Brenner nie jest nauczycielką. Domyślam się, że uczy się rzemiosła, by potem przekazać wiedzę służbie. Stać ją na podróż do Egiptu, panie ben Ali.

— Bardzo się cieszę — odparł Said ben Ali. — Szkoda, gdyby nie zobaczyła Egiptu. Bardzo się cieszę.

Gdy Said ben Ali wszedł do jadalni, wszyscy już tam byli. Rozglądał się za spotkaną w lesie Szwedką. Wcześniej nie zwrócił na nią szczególnej uwagi — ani na nią, ani na żadną inną z dziewcząt, które w jego mniemaniu były do siebie podobne jak dwie krople wody; nie potrafił zrozumieć, że ktoś je rozróżnia. Zdawało mu się, że nie widział panny Brenner aż do poranka w lesie, a teraz bardzo się ucieszył, że jej miejsce przy stole znajdowało się prawie naprzeciwko jego krzesła. Uśmiechnął się i przywitał, a ona przyjaźnie skinęła głową w odpowiedzi. Rozmawiał z nią; miał wrażenie, że dyskutują nie po angielsku, a po arabsku, albowiem mówili o Egipcie.

Zaproponowano popołudniową przejażdżkę po jeziorze i zapytano Saida ben Alego, czy chce popłynąć z resztą.

— A czy pani się wybiera, panno Brenner? — spytał natychmiast.

Przytaknęła, więc i on przyjął zaproszenie.

Podczas przejażdżki Said ben Ali siedział w łodzi obok Stiny. Milczał, dłonią sunąc po wodzie, a dziewczętom zdało się, że jest mu dobrze. Stina nie była tego taka pewna — dotarło do niej, że to nie przez nieśmiałość Egipcjanin jest milczący i wycofany.

Podczas pożegnania Said ben Ali rzekł do Stiny:

— Dziękuję pani, że czyta pani o Egipcie.

Zareagowała zdziwieniem, lecz już po chwili zrozumiała, co ma na myśli.

— Domyślam się, że się to panu podoba. Gdybym była w Egipcie, byłabym zachwycona, gdyby ktoś czytał o Szwecji. Dobranoc!

— Dobranoc.

*

Po przeróżnych pracach w ciągu tygodnia następował leśny spokój niedzieli. Gdy Said ben Ali w poniedziałkowy poranek wszedł do warsztatu Källnäs, miał wrażenie, że nigdy wcześniej go widział.

Wcześniej zauważał tylko to, czym sam się zajmował. Kolegów dostrzegał jak przez mgłę. Z wyjątkiem pana Browna, pracującego przy tym samym stole, o nikim nic nie wiedział. Pan Hall miał swoje stanowisko w innym pomieszczeniu. Pozostałych rozpoznawał raczej po kolorach ubrań niż po twarzach. Przed nim stała dziewczyna w niebieskiej spódnicy i białej bluzce, a naprzeciwko inna w czerwonej bluzce i czarnej spódnicy, trochę dalej jeszcze inna w kombinezonie w odcieniu błękitu, przypominającym koszule fellachów. Mężczyzna obok niej był ubrany na szaro — rybaczki, kraciaste wełniane pończochy i masywne buty, a ten przy oknie miał czarne ubranie i niebieskie okulary. Więcej Said nie widział, a teraz dostrzegł, że stół panny Brenner mieści się tuż przy tym zajętym przez niego i pana Browna.

Mijając jej miejsce pracy, Said ben Ali zauważył, że panna Brenner struga ten sam model, który on właśnie zakończył.

Przystanął, przyjrzał się, jak pracuje, po czym pokazał jej sposób, którego sam użył, by ułatwić sobie pracę.

— Proszę spróbować tak, panno Brenner — powiedział.

— Kto pana tego nauczył, panie ben Ali? — spytała.

— Sam na to wpadłem, tak jest prościej.

— Z pewnością prościej, ale czy właściwie?

— Chyba wszystko jedno, w jaki sposób coś się wykonuje, ważny jest rezultat — odezwał się z powagą.

— Czy to egipska moralność?

W jej oczach pojawił się szelmowski błysk.

Myślał przez chwilę, po czym ostrożnie odparł:

— Bardzo możliwe.

Wystraszyła się, że go uraziła, i aby temu zadośćuczynić, zaproponowała:

— Gdyby nie kończył pan tak szybko i się tak nie spieszył, mogłabym pana dogonić, moglibyśmy wspólnie pracować nad tym samym obiektem. Czy nie byłoby przyjemnie się ścigać?

— Postaram się pracować wolniej — odparł Said ben Ali z lojalnością chłopca.

I Egipcjanin, którego jedynym pragnieniem było wykonać wszystko jak najszybciej, pracował teraz powoli, na co nauczyciel powiedział ze zdumieniem:

— We wszystkim umiar, panie ben Ali.

Said ben Ali uśmiechnął się, sprawdzając, na jakim etapie jest panna Brenner. Pracowała bardzo pilnie, nie marnowała czasu na odpowiadanie na jego pytania. Gdyż dziś to Said ben Ali dopytywał. Wprawdzie jeszcze nie całkiem się obudził — nigdy nie był do końca obudzony w tym dziwnym miejscu, tak odmiennym od wszystkiego, co wcześniej widział, słyszał i przeżył — ale zaczął odczuwać jakby powiew prawdziwego życia, gdy obok siebie miał kogoś, z kim mógł rozmawiać o Egipcie. A gdy już Said ben Ali dostrzegł jedną osobę, zobaczył też pozostałe. Zamglone obrazy, wypełniające hałaśliwy warsztat, zamieniły się w młodych mężczyzn i kobiety, w których rozpoznał kompanię z łodzi pierwszego wieczoru. To był pan Morris, a to pan Walker, dziewczyna w błękitnej sukience to panna Karlsson, jakżesz nazywała się ta Angielka... — musi spytać pannę Brenner — ach tak, panna Davies. Panna Brenner wyjaśniła, że w tej sali są tylko cztery Szwedki, pozostałe kobiety to Angielki, Amerykanki i Dunki. Mężczyzna w okularach jest Rosjaninem, a ten obok — Rumunem. Jej słowa zniknęły w zgrzycie piły, bo panna Brenner postanowiła piłować w samym środku rozmowy.

Kto powiedział, że w Nääs ciągle pada? Said ben Ali przebywał tu od ośmiu dni, a nie spadła ani jedna kropla deszczu; słońce świeciło nad jeziorem i połyskiwało w niezliczonych oknach zamku na wzgórzu. Said ben Ali pomyślał o parku, który ponoć leży na tyłach. Powinien go obejrzeć. I gdy panna Brenner na moment przerwała piłowanie, zapytał, czy któregoś popołudnia nie zechciałaby pokazać mu parku. Obiecała, że to zrobi, dodając, że jest tam nieskończenie pięknie.