IV

Pewnego popołudnia, kilka dni później, Said ben Ali stał przy placu zabaw i czekał, aż panna Brenner skończy grać, tego popołudnia mieli bowiem pójść do parku. Grali w tamburino42; Said ben Ali z wielką powagą przyglądał się, jak piłki leciały w powietrzu, po czym odbijały się od napiętej skóry tamburynu43. Uważał, że żadna z dziewcząt nie rzuca ani nie odbiera piłki tak jak panna Brenner. Nikt nie był tak szybki i zwinny jak ona i nikt nie śledził lotu piłki z tak płomiennym pragnieniem, by ta osiągnęła swój cel. Saidowi ben Alemu zdawało się, że te błyszczące oczy wręcz pomagają i zmuszają przeciwnika, by odebrał ją tak, jak chce ta dziewczyna. A gdy ona miała odebrać piłkę tamburynem, mrużyła oczy, by lepiej widzieć ją pod słońce. Ci, którzy zauważyli, z jakim zainteresowaniem Said ben Ali śledzi grę, nie potrafili zrozumieć, dlaczego w niej nie uczestniczy; w ogóle nie uczestniczył w grach i zabawach w Nääs, a, gdy mu to proponowano, wyglądał na tak nieszczęśliwego, że zaprzestano go namawiać. Stina Brenner zgadywała, że obawiał się okazać gorszym od Anglików w ćwiczeniach fizycznych i zawodach.

Zadziwiające, jak dobrze rozumiała Egipcjanina i jak bardzo się zaprzyjaźnili. Ale nawet jej Said ben Ali niewiele o sobie opowiadał. Większość tego, co Stina o nim wiedziała, odgadła samodzielnie. Nigdy jej nie wyznał, że jest zaręczony i że ożeni się zaraz po powrocie do domu, że z płomienną nadzieją myślał o niepodległym Egipcie, że marzy o tym, by stać się wybawicielem swego narodu — a jednak ona to wszystko wiedziała. Te poufne sprawy — których jej nie zdradzał, ale które ona pojmowała, interpretując jakieś zduszone westchnienie, mimowolny gest, błysk w oku — dawały mu poczucie bezpieczeństwa, którego nie poczułby, gdyby o tym wszystkim musiał rozmawiać z nią otwarcie. Nie dawała po sobie poznać, co i jak dużo wie, ale on i tak odczuwał komfort i szczęście, że nie musi mówić, bo ten ktoś, kobieta — zadziwiające, że to kobieta — wiedziała, co by powiedział, gdyby chciał mówić. Said ben Ali nie potrafił myśleć o pannie Brenner bez zdumienia. Tak było także teraz, gdy czekał na boisku, w bezruchu i z powagą przyglądał się furkoczącemu życiu i postępom różnych gier. Grali, jakby nie chcieli kończyć.

Wreszcie Stina podbiegła do niego rumiana i zdyszana.

— Chodźmy.

Przeszli długim mostem, ale nie skręcili na pnącą się ku górze aleję, jak spodziewał się Said ben Ali, tylko ruszyli wzdłuż brzegu jeziora. Nie szli obok siebie — nie dlatego, że ścieżka między wysokim trawiastym wałem a wodą była zbyt wąska, ale ponieważ Said ben Ali wolał trzymać się z tyłu i iść sam, patrząc, jak ona prowadzi go przodem. Dotarli do parku i przystanęli na szerokiej drodze pod wiekowymi drzewami. Czekała na niego; nie odezwała się, chciała, żeby to on powiedział: „Jak tu pięknie!”.

Stali pod gęstym listowiem, przez które popołudniowe słońce rzucało długie ukośne promienie, a tam, gdzie padły na jasny piasek, rysowały wraz z cieniami listków wykwintne, lekko rozedrgane arabeski. Jezioro chlupotało między sękatymi korzeniami olbrzymich dębów. W parku w Nääs jest bowiem tak wiele olbrzymich drzew, że wszystkie nie mieszczą się na lądzie; niektóre zostały wyparte tak blisko brzegu, że wygląda to, jakby lada chwila miały stracić równowagę i runąć do wody. To jednak tylko złudzenie; drzewa stały tam od wieków i nawet gdyby jezioro Sävelången zdołało oderwać kawałek czarnej gleby, na której rosły dęby — do czego, ściśle rzecz biorąc, miałoby pełne prawo — i gdyby pozostawiło korzenie wyłącznie po stronie wody, to i tak ziemia Nääs z wielką siłą trzyma swoje ukochane stare drzewa; tylko najniższe gałęzie ciągną się po wodzie, tworząc kolejne liściaste sklepienie wzdłuż brzegu.

— Pięknie, bardzo pięknie — powiedział Said ben Ali.

Stina Brenner pokiwała głową.

— Wiedziałam, że się panu spodoba. Po parku w Nääs można spacerować godzinami, całymi dniami, a i tak ciągle znajdzie się coraz piękniejsze miejsca. Widzi pan, to jest wyspa, dlatego widok ciągle się zmienia. Gdzie nie spojrzeć, wszystko staje się tak dojmująco nowe. Widzi pan, jakie miękkie wydają się wzgórza po drugiej stronie i jaki otwarty, radosny jest krajobraz, białe budynki i rudawe chałupy wtulone w zieleń! Widzi pan, jak jezioro się tam rozszerza. Moglibyśmy tak iść wzdłuż wody, tak jest tu wszędzie. To znaczy drzewa, ale za tą plażą droga skręca, dlatego widok się zmienia, a wszystko jest takie piękne, nawet tamta duża fabryka. Kto by pomyślał, że nawet fabryka może tak dobrze się tu wpisać.

— Tak, jest pięknie — powiedział Said ben Ali — zaczynam to dostrzegać.

— To właśnie Szwecja — wykrzyknęła z zachwytem i rozłożyła ramiona, jakby chciała objąć całe to piękno.

— Bardzo kocha pani swój kraj, Miss44 Brenner.

— Tak jak pan kocha swój, panie ben Ali. Bardzo czy tylko trochę?

Zamilkł, na chwilę zakrył oczy dłonią.

Ruszyli dalej bez słowa.

— Dlaczego powiedziała pani któregoś dnia, że gdyby była pani nauczycielką, chciałaby uczyć głuchoniemych? — zapytał znienacka.

— Ponieważ jest mi tak bardzo żal tych, którzy nie mówią i nie słyszą. I wydaje mi się, że odnalazłabym się w tym. Z łatwością odgaduję ludzkie myśli. To chyba dobra cecha u kogoś, kto miałby uczyć tych, którzy nie potrafią w pełni się wyrazić — odparła.

Pospiesznie na nią spojrzał.

— Ma pani na myśli mnie? — spytał.

Potrząsnęła głową z uśmiechem.

— Nie, nie myślałam o panu. Odpowiedziałam na pana pytanie. Zresztą, wydaje mi się, że to cecha większości kobiet: potrafią wiele odgadnąć. Ale nie zawsze, jedynie w odniesieniu do tego, co je interesuje, co dotyczy ich samych lub ich ukochanych. Tak jest też w moim przypadku, różnica jest tylko taka, że mnie interesuje mnóstwo rzeczy i że niemal wszystko, z czym się spotykam, porusza mnie w jakiś sposób. Nie potrafię być obojętna. Gdy nie jestem zainteresowana, czuję się, jakbym umarła, oczami innych widzę tylko tyle.

Podniosła kciuk i palec wskazujący, prezentując, jak mało widzi oczami innych. To było naprawdę bardzo niewiele.

— Tak jest też z myślami, rozumie pan, mam moje własne.

— Rozumiem, że potrafi pani odgadywać rzeczy, których nikt pani nie wyjawił. To, co powiedziała mi pani podczas naszej pierwszej rozmowy, o Anglikach...

— Właśnie. To, co widzę, widzę natychmiast, jakby rozjaśnione błyskawicą, a to, co myślę, myślę natychmiast. Nigdy nie widzę klarowniej ani lepiej niż za pierwszym razem. Jestem pewna, że dostałam szczególny dar i że ludzie z takim darem myliliby się bardziej, gdyby nie patrzyli własnymi oczami albo nie myśleli własnych myśli. I to jest — na chwilę się zatrzymała — takie zachwycające. To jak pisanie wierszy.

Przytaknął.

— Rozumiem.

Mówiła cichym głosem, jakby zwierzała mu się z czegoś cennego.

— Widzi pan, tak wiele mi się wydarza; to, co się wydarza i co nigdy się nie wydarzyło — ciągnęła. — Najwspanialsze jest to, co się nie wydarzyło. Pewnie pan nie rozumie. Ale też to, co się wydarzyło, jest wspaniałe. Że też o tym mówię. Nie mam tego w zwyczaju, nigdy o tym nie mówiłam.

— Dziękuję — odezwał się Said ben Ali.

— Nie musi pan dziękować. Muszę panu wyjaśnić, jak się czuję, gdy rozmawiam z panem o tym wszystkim. To nie panu ben Alemu, jednemu z kursantów w Nääs, się zwierzam. — Uśmiechnęła się nieco, słysząc własny uroczysty ton. — Mówię do człowieka z krainy pustyni i sfinksów, do człowieka Orientu, pełnego baśni i marzeń. Rozumiem, że musicie uważać nas, mężczyzn i kobiety z Zachodu, za konkretną rzeczywistość, podczas gdy dla nas, a przynajmniej dla mnie, wy jesteście jak miraże, które widzi się i z którymi się rozmawia we śnie. Pan, panie ben Ali, też zalicza się do tego, co nigdy się nie wydarzyło.

Raptem przerwała, jakby wystraszyła się, że Saidowi ben Alemu nie spodoba się to, co powiedziała. Miał taką poważną minę. Ciągnęła tonem już mniej egzaltowanym:

— Nigdy nie mylę się, jeśli chodzi o charakter człowieka.

Jej wzrok, bardziej niż słowa, dał mu do zrozumienia, że to o nim. Znów powiedział:

— Dziękuję.

— No, tyle o mnie, ale teraz już nie zajmujmy się mną, tylko parkiem. Tutaj skręcimy, trzeba będzie się wspiąć pod górkę, zobaczy pan coś ładnego, panie ben Ali.

Mijali ogrodzenie, nad którym unosiły się urokliwe gałęzie.

— Jest tu grób — powiedziała, wskazując w głąb.

— Czyj grób?

— Jego, ostatniego właściciela, który nam to wszystko podarował. Pójdziemy tam kiedyś wieczorem, przy blasku księżyca, posiedzieć i pomarzyć. Tam się myśli i marzy lepiej niż gdziekolwiek. Jest tam tak pięknie, spokojnie i uroczyście.

Weszli na ścieżkę, która nie była prawdziwą dróżką, a tylko ziemią, pokrytą czerwonym igliwiem pod świerkami i sosnami, które rosły tu tak gęsto, że Said ben Ali musiał przytrzymać fez, by gałęzie mu go nie zmiotły z głowy. A gdy już przedarli się przez gąszcz, wydał okrzyk zdziwienia.

W środku znajdowała się wykarczowana polana z okrągłą, otwartą, zadaszoną altanką z brzozowych pni; siedziska i barierki nadal pokrywała kora. Altanka położona była wysoko na wzgórzu, nad jeziorem i parkiem. Said ben Ali miał wrażenie, że znaleźli się wśród wierzchołków drzew; zachodzące słońce barwiło świerkowe i sosnowe korony na czerwono, jakby wszędzie płonął ogień, a długie czerwono-fioletowe pręgi malowały się na niebie i jeziorze. Łąkę naprzeciwko spowiła biała mgiełka, a wzgórza przy Ingaredzie45 błyszczały na granatowo, prawie na czarno.

Długo siedzieli, nie rozmawiając. Ona patrzyła na jezioro, lecz on nie podziwiał widoku; siedział w swej ulubionej pozycji, z lewym łokciem wspartym na kolanie, dłonią zakrył oczy. Stina wyobraziła sobie, że słońce Egiptu musi być naprawdę oślepiające, skoro Said podczas myślenia unika światła.

On był tak wrażliwy na jej wzrok, że gdy tylko na niego spojrzała, odsunął dłoń.

— O czym pan myśli? — spytała.

Nie przywykł do zwierzania się kobiecie, więc nie odpowiedział. Był jednak głęboko przekonany, że ona przejrzała już jego myśli, zatem nie mógł udawać.

— Myślę o czymś, co bardzo mnie zajmuje. Proszę nie sądzić, że to muzułmańska myśl; przeciwnie, żaden z naszych świętych mężów nie zadaje sobie takich pytań. Oni uginają się przed wolą boską, ponieważ islam znaczy poddanie się woli Bożej.

Na moment się zawahał. Po raz pierwszy w Nääs wspomniał o swojej religii. Zdało mu się, że widzi ostrzeżenie zapisane eleganckim stylem Abdallaha el Kebela: „Nie rozmawiaj ze Szwedkami o religii!”. Ale nie mógł się oprzeć poważnemu, zaciekawionemu wyrazowi twarzy Stiny Brenner.

— Myślę, jak zresztą często, czego chce Bóg. Skąd mamy wiedzieć, że Bóg chce tego, co nam się wydaje? — rzekł powoli.

— Żąda pan znaku albo cudu? — spytała, gdy się zawahał.

Skinął głową i mówił dalej.

— Bóg dał znak Muhammadowi46, Mojżeszowi47 i Jezusowi.

— To znaczy: czyż my też nie potrzebujemy znaków i cudów, by na pewno wiedzieć, że jesteśmy wybrańcami Boga?

Wzdrygnął się, z nietypowym dla siebie pośpiechem chciał zbić ją z tropu.

— Nie myślałem o sobie.

— Nie, myślał pan o Egipcie. Czego chce Bóg. Gdy to pan wypowiedział, od razu pomyślałam o okrzykach krzyżowców: „Bóg tak chce!48 Bóg tak chce!”. Czy nie myślał pan nigdy, że różni ludzie i narody sądzą, iż Bóg chce czegoś przeciwnego niż to, w co wierzą inne narody i ludzie, uznając to za jego wolę. Pan oczywiście wierzy, że głos Boga mówi do pana, że wolą jego jest, by Anglicy opuścili Egipt. Anglikom mówi pewnie, że jego wolą jest, by w Egipcie zostali. A kto wie, czego chce Bóg albo jakie ma zamiary, nie tylko wobec narodów, ale te dotyczące losów pojedynczych ludzi. Co wiemy na temat woli boskiej wobec nas samych?

Rozmarzona rozejrzała się po spokojnej okolicy, rozświetlonej przez zachodzące słońce.

— Nie, panie ben Ali, nie dostaniemy odpowiedzi, tylko wciąż nowe, surowe pytania. Nie będzie żadnych znaków ani cudów, które sprawią, że będziemy wiedzieć. Co pan powiedział?

— Wypowiadam słowa z Koranu, które po angielsku brzmią: „My nie stworzyliśmy nieba i ziemi, i tego, co jest między nimi, dla zabawy. Gdybyśmy się chcieli zabawić, to znaleźlibyśmy rozrywkę u nas, gdybyśmy mieli działać.”49.

— Oczywiście, Bóg z pewnością traktuje to poważnie, inaczej nie sprowadziłby na świat śmierci. A te słowa to najlepsza odpowiedź. Bóg z pewnością wie, czego chce i co zamierza. Lecz my, nie wydaje się panu, że czasem traktujemy wolę ludzi jako wolę boską? I czy to nie dziwne, że czasem jest tak, jak byśmy Boga mieli po swojej stronie, a czasem przeciwko nam. Ale dlaczego jedno albo drugie akurat w tym momencie, któż to wie?

Zdrapywała korę z balustrady, o którą się opierała. Mówiąc, rozdrabniała kawałeczki i rozkruszała je między palcami.

Koran mówi: „Kieruj się tym, co podarował ci Pan” — odezwał się powoli Said ben Ali.

Nie słuchała go, ciągnęła własną myśl.

— Bóg nie rządzi państwami i ludźmi tak, jak my byśmy rządzili. Robi to lepiej, między innymi dlatego, że ma więcej czasu i może czekać na rezultat; my tej możliwości nie mamy, ponieważ umrzemy. On robi to nie tylko wspanialej. W wielu przypadkach, jakby to powiedzieć, z większą ironią, humorem, barwniej; nie, to niedobre słowa, choć jest coś z każdego po trosze. A przez to patriarchalnie i niejako patriotycznie.

Przestała zdrapywać korę, szukała właściwego słowa, machała palcami w powietrzu, jakby chciała schwytać odpowiednie wyrażenie i gdy jako tako to się udało, mówiła dalej, formułując myśli podczas ich wypowiadania.

— Czyż nie udaje się Bogu, za pomocą niezwykle prostych środków, urozmaicić życia! Sprawić, by wszystkie ludy i wszystkie kraje w każdej epoce wykrzykiwały swoje: „Bóg tak chce, to jest boskie!”. Zresztą wydaje mi się, że Bóg zgadza się na to, by wiele rzeczy działo się w jego imieniu, choć sam wcale o to nie prosi. Moim zdaniem — teraz pobożnie zniżyła głos — w tym, co się wydarza, jest coś większego i głębszego, niż nam się wydaje. To większe, potężniejsze i piękniejsze, którego nie rozumiemy i nie potrafimy zmierzyć, to wola boska albo boska miłość czy jak to nazwać. To wiara, która wam nie pomoże.

— Uważa pani, że to powód, dla którego nie mamy tej samej religii?

— Nie, uważam, że każdy człowiek musi mieć własną wiarę, według której chce żyć. Nie, nie chce żyć, według której musi żyć i umrzeć. A teraz, panie ben Ali, zachodzi słońce. Pora wracać do domu.

Wstali powoli i w milczeniu ruszyli aleją w stronę dużego mostu. Gdy tam dotarli, ławki zajęte były przez kursantów — mężczyzn i kobiety, którzy oglądali przepiękny zachód słońca. Po jeziorze pływały łódki.

Stina Brenner przystanęła na moment, żeby porozmawiać z koleżanką. Gdy podniosła wzrok, Saida ben Alego już nie było. Poszedł do domu, do Babla, nie czekając na kolację i z nikim się nie pożegnawszy.