V
Kiedy następnego ranka Said ben Ali wszedł do warsztatu, nie znalazł tam panny Brenner. Praca mu nie szła, nie mógł się skupić, wciąż rozglądał się za koleżanką. Nie chciał jednak pytać o nią towarzyszy, nie był bowiem pewien, czy wypada pytać o damę. Skąd mógł to wiedzieć?
Pan Brown sam z siebie powiedział mu, że wczoraj wieczorem panna Brenner dostała list od brata i szwagierki, w którym zawiadamiają o przyjeździe do Nääs, chcą bowiem zwiedzić to miejsce, więc panna Brenner pojechała po nich do Flody.
Said ben Ali pomyślał: „A więc wróci!”. Przez moment przyszło mu do głowy, że na dobre wyjechała.
Zaczął pracować ochoczo, ale powoli, by za bardzo jej nie prześcignąć.
Teraz przyjezdni weszli do warsztatu w towarzystwie dyrektora i jego żony.
Said ben Ali śledził ich wzrokiem. Stina szła obok postawnego, młodego mężczyzny, który miał ten sam żywy wyraz twarzy co ona. Szwagierka była wysoka, szczupła, miała bardzo jasne włosy. Said ben Ali domyślił się, że według europejskich standardów była pięknością.
Towarzystwo mijało kolejne stanowiska stolarskie i rozmawiało z pracującymi przy nich osobami, ale Stina natychmiast poprowadziła brata do Saida ben Alego i przedstawiła go słowami:
— Ludvigu, oto mój przyjaciel Egipcjanin.
Kłaniając się, Said ben Ali rzekł:
— Cieszę się, że niebawem spotkam pana w Egipcie, panie Brenner.
Brat Stiny wskazał na swoje gardło, z uśmiechem pokręcił głową i wypowiedział kilka słów tak ochryple, że jedynie przywykłe ucho potrafiło rozróżnić, co mówi.
Stina mówiła za niego:
— Brat chciałby podziękować za wszystkie informacje, którymi się pan podzielił. Ma nadzieję, że egipski klimat przywróci mu zdrowie, by sam mógł panu podziękować.
Said ben Ali odpowiedział poważnie i serdecznie:
— I ja mam taką nadzieję. Klimat mojego kraju jest bardzo łagodny.
Podeszli do stołu Stiny, chciała pokazać bratu swą pracę.
Cały dzień spędziła z rodziną, a gdy wieczorem wyjechali, Saidowi ben Alemu zdawało się, że od wczoraj minął cały tydzień — tak bardzo tęsknił za Stiną.
— Jak się panu spodobali? — spytała, życząc mu dobrej nocy.
— Pani brat wydaje się bardzo miły — odparł Said ben Ali. — Mam nadzieję, że w Egipcie wyzdrowieje. Z pewnością ma do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy.
— Słusznie, panie ben Ali. — Stina nie kryła zachwytu. — Ma tylko dobre, radosne rzeczy do powiedzenia. Jest wspaniałym mężczyzną. A co pan powie na temat mojej szwagierki?
— Ona również wygląda na miłą i przyjazną.
— A jej uroda, panie ben Ali? Muszę panu powiedzieć, że jest uważana za wielką piękność. Dla pana jest pewnie zbyt jasna?
Said ben Ali z powagą pokiwał głową. A Stina posłała mu promienny uśmiech.
*
Minęło parę tygodni. Nastał jeden deszczowy dzień, a potem dwa, cały deszczowy tydzień. Wszyscy rzemieślnicy, mężczyźni i kobiety, Szwedzi i obcokrajowcy, mieli zamyślone twarze, każdy z udręką pracował nad swym modelem. Było szaro i ciemno, jakoś tak kapryśnie; niepokój minął, bo wszyscy oddali swoje prace do sprawdzenia, ale wciąż padało. Nie przeszkadzało to w godzinach pracy, ale wieczory w Vänhemie były śmiertelnie długie i nudne, ponieważ panna Brenner każdą wolną chwilę spędzała, tańcząc w sali gimnastycznej. Niebawem miał odbyć się bal, planowano między innymi taniec ludowy, a ponieważ taniec ten pochodził z regionu Stiny i należało go tańczyć w stroju ludowym, który ona nosiła w każdą niedzielę; koniecznie chciała wziąć w tym udział. Był to trudny układ, długo go ćwiczono. Said ben Ali nie cieszył się wcale z tego, że zobaczy pannę Brenner w tańcu; w ogóle nie podobało mu się, że panna Brenner będzie tańczyć. Europejskie tańce uważał za chaotyczne i bezsensowne. Jak mężczyźni mogli się tak poniżać, tańcząc z kobietami? Wyglądało to idiotycznie; to potworne, że mężczyźni i kobiety tańczą razem, do tego w objęciach.
W wieczór balu padało bardziej niż wcześniej. Drogi rozmokły, o szyby werandy Vänhemu uderzał deszcz. W sali zebrał się tłum, jedynie niewielką przestrzeń pośrodku zostawiono pustą na przedstawienia. Szwedzkie i angielskie pieśni, pokaz kinematografu, pieśni i deklamacja, pieśni i hymn Nääs, który musiał być zabawny, ponieważ ci, co rozumieli słowa, śmiali się i klaskali, więc wykonywano go da capo50. Słysząc słowa „Nääs” i „slojd”, także Said ben Ali uśmiechnął się lekko. Czuł, że tak wypada. Był pewien, że jedna ze strof była o nim, ponieważ śpiewając, Szwedzi patrzyli na niego i zachwyceni kiwali głowami, a refren po tej zwrotce składał się z dwóch słów, których zdołał się nauczyć i często ich używał: „Bardzo dziękuję, bardzo dziękuję”. Wiwaty i gwar wzmagały się z każdym prezentowanym numerem, a szczyt osiągnęły, gdy z gramofonu wybrzmiały syki i trąbki. Said ben Ali udawał, że dobrze się bawi. Ale w głębi duszy nie potrafił zrozumieć, jak taki długi i strasznie nudny wieczór mógł ludziom sprawiać przyjemność. Szykowano się do tańca ludowego z Vingåker51. Saidowi ben Alemu udało się przeliterować nazwę w programie wywieszonym na kolumnie — był wydrukowany, a każda początkowa literka miała inny kolor. Taniec z Vingåker był numerem dziewięć, potem zostało jeszcze sześć kolejnych.
Wtem drzwi się otworzyły. Tanecznym krokiem i trzymając się za ręce, weszli pan Skog oraz panny Karlson i Brenner. Pan Skog, szwedzki nauczyciel, pośrodku, panna Brenner po prawej, a panna Karlson po lewej stronie. Pan Skog był szczupłym, wysokim blondynem. Strój ludowy — Said ben Ali nazywał wszystkie kolorowe stroje ludowymi — świetnie na nim leżał. Na nogach miał obuwie z dużymi klamerkami, białe pończochy, czarne spodnie rybaczki w czerwone prążki, czerwone szelki, koszulę z dużym dekoltem i czarny filcowy kapelusz z czerwonymi sznureczkami i frędzlami. Dziewczęta nosiły czerwone spódnice i bogato haftowane zielone fartuszki, białe koszule, a na głowach duże białe chustki, wiązane jak skrzydła. Ten strój Said ben Ali dobrze znał, pannie Brenner było w nim bardzo do twarzy. Spódnica nie była jakoś szczególnie krótka, ale na tyle, by wystawały spod niej stopy. „Doprawdy, Europejki nie mają małych stóp”, pomyślał Said, „ale panna Brenner ma jedne z mniejszych, mniej więcej jak moje”. Przez chwilę im się przyglądał, potem podniósł wzrok. Teraz pan Skog puścił dłoń panny Brenner i tańczył z panną Karlson, a Stina podążała za nimi z palcem przyłożonym do ust, z posępną miną porzuconej. Następnie pan Skog puścił dłoń panny Karlson i zatańczył z panną Brenner. I teraz panna Karlson podążała za nimi z palcem na ustach i posępną miną porzuconej, tak samo jak przed chwilą panna Brenner. Pan Skog uklęknął, panna Karlson usiadła mu na kolanie, a panna Brenner tańczyła dookoła, a potem... A potem Said ben Ali wstał cichutko i niezauważenie wymknął się do Babla. Szwedzki taniec ani trochę mu się nie podobał, taniec z Vingåker w szczególności. Szedł do domu najkrótszą drogą, w ciemności i ulewie. W nocy nie spał. Kaszlał. W Vänhemie było potwornie gorąco, tłum ludzi, mnóstwo lampek, droga przez łąkę błotnista, a Said ben Ali zapomniał parasola i kaloszy.
*
Dni i tygodnie pędziły jak na skrzydłach! Nastał pierwszy dzień ostatniego, szóstego tygodnia. Smutek rozstania i pożegnań już zakradł się między pracowitych uczniów w warsztatach, siedział na ławkach między uważnymi słuchaczami w sali wykładowej, układał swoje sordino52 nad radosnym gwarem podczas posiłków i przerw kawowych na zboczach koło Vänhemu, rzucał cień na ożywione grupki na boisku. Smutek wzmagał się przez to, że Nääs było piękniejsze niż wcześniej, gdyż przestało padać. W dzień było słonecznie, a wieczorami wychodził cudny księżyc.
Tego ranka, gdy tylko wyszli z sali wykładowej, ktoś zawołał:
— List do pana ben Alego!
I teraz Said czytał swój egipski list. Zamarł z kartką w dłoni i wzrokiem sztywno w niej utkwionym, trzęsła mu się ręka.
Minęła go Stina Brenner wraz z gromadką dziewcząt. Nie dostrzegł jej, ale gdy ona zobaczyła wyraz jego twarzy, natychmiast do niego podeszła.
— Mam nadzieję, że to nie żadne złe wiadomości, panie ben Ali?
— Owszem — odparł — złe wiadomości.
Głos miał tak zachrypnięty, że nie był w stanie wydobyć z siebie więcej.
— Czy chodzi o pańskiego brata? — spytała powoli.
Said ben Ali dużo jej opowiadał o swoim bracie i matce.
— Nie — powiedział. — Nie chodzi o mojego brata Mohammeda.
— Mam nadzieję, że i pańska matka jest zdrowa. — Kiedy przytaknął, spytała zaniepokojona — A kuzynka?
Odpowiedział z nietypowym dla siebie pośpiechem:
— To nie z domu. To ze szkoły. Mam wypłynąć pierwszym statkiem do Anglii, a potem od razu do Egiptu. Nie mogę czekać do zakończenia kursu. Kiedy odchodzi statek do Anglii? Czy muszę wyruszyć już dziś?
Był tak wzburzony, że ledwo mówił.
— Chyba nie są z pana — zawahała się, szukając jak najłagodniejszego określenia — niezadowoleni?
Zamyślił się, jak gdyby nie zrozumiał, o co jej chodzi.
— Nie, oczywiście, że nie. Mój zastępca w szkole jest chory, nie może pracować w tym roku, a szkoła zaczyna się za dwa tygodnie. Muszę być w domu za czternaście dni! Nie mogę jechać do Sztokholmu, muszę wypłynąć do Anglii i do domu. Wszystko jest tu napisane.
Pokazał jej kartkę.
— Czy jest pan rozczarowany, że nie może odwiedzić Sztokholmu? Sądziłam, że tęskni pan za Egiptem, panie ben Ali.
Odpowiedział głosem rozżalonego dziecka:
— Nie wezmę udziału w zakończeniu. Nie będę mógł towarzyszyć pani w podróży powrotnej, jak ustaliliśmy. Muszę natychmiast wyjechać, może nawet dziś. Skąd mam wiedzieć, kiedy z Göteborga odpływa statek?
— Spytamy dyrektora. Chodźmy.
Poszli do dyrektora. Ten od razu zorientował się, że coś jest nie tak; bardzo się zasmucił, słysząc, co jest na rzeczy, ale oczywiście nie dało się temu zaradzić. Nadzieja, jaką przez chwilę żywił Said ben Ali, że dyrektor przekona go, by został do zakończenia, a potem pojechał do Sztokholmu, skoro jest tak blisko, choć na jeden dzień, prysła, gdy dyrektor oznajmił:
— Angielski statek odpływa jutro w południe. Bardzo mi przykro, musi pan wyruszyć jutro z samego rana. O dziewiątej z Flody odchodzi pociąg.
Said ben Ali stał w bezruchu. Jak we śnie słyszał słowa panny Brenner:
— Tak mi przykro.
Dyrektor mówił dalej:
— Najlepiej, jeśli od razu zacznie się przygotowywać do wyjazdu, panie ben Ali. Poślę kogoś do pomocy przy pakowaniu pańskich modeli, żeby miał pan wolne popołudnie i mógł je spędzić z przyjaciółmi. Bardzo mi przykro, że to właśnie pan musi wyjechać.
— Bardzo dziękuję.
Dyrektor uścisnął mu dłoń i odszedł.
— Dyrektor powiedział, bym popołudnie spędził z przyjaciółmi. To pani jest moją przyjaciółką, panno Brenner. Zechce mi pani towarzyszyć w moim pożegnaniu z Nääs? Pójdźmy do parku. Często tam bywałem po tym pierwszym razie.
— Naprawdę? Nie wiedziałam.
— Tak. Sam, wieczorami. Ale na miejscu widokowym byłem tylko raz, wtedy z panią, i nigdy nie odwiedziłem grobu; obiecała pani, że tam pójdziemy. To, gdzie teraz, panno Brenner? Racja, do warsztatu. Pani będzie pracować, jak zwykle, a ja się spakuję. Zdąży pani zrobić więcej modeli niż ja.
— Niewiele, zostało tylko kilka dni. Szkoda, że nie zdąży pan dokończyć tej pięknej ramy. Bardzo mi przykro, że pan wyjeżdża, panie ben Ali.
— Naprawdę? Jest pani przykro? — wykrzyknął.
— Oczywiście, że jest mi przykro. Spędziliśmy razem wspaniały czas w Nääs, czyż nie?
— Tak, wspaniały czas.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie umiał.
— Ale niebawem znów się spotkamy, panie ben Ali. Przyjadę do pana do Kairu. Przecież obiecał mi pan pokazać szkołę, przedstawić swojej rodzinie i poczęstować prawdziwą egipską kolacją.
Nie potrafił odpowiedzieć. I jak zawsze, gdy był wzburzony, odwrócił się na pięcie i odszedł.
Stina zbiegła ze wzgórza na cypel, gdzie zasypano ją pytaniami, czy to prawda, że pan ben Ali wyjeżdża, jak i kiedy, i dlaczego. Wszyscy byli zrozpaczeni, że to właśnie Egipcjanin musi wyjechać, nie chcieli się z nim rozstawać. Był ulubieńcem wszystkich podczas sto dwudziestego piątego kursu w Nääs.