XIII. Łucznik

Chałturyn był robotnikiem. Poznałem go w tym czasie, gdy wykradał się z Pałacu i przychodził wieczorami po nowy transport dynamitu. Mógł przenosić dynamit w małych ilościach tylko, gdyż wzmożono ostrożność w Pałacu. Wieczorem spał, podkładając dynamit pod poduszkę: wydzielające się z worka trujące gazy wywoływały straszne bóle głowy. Chudł z dnia na dzień i bladł, oczy zapadały głębiej w czaszkę, stawały się coraz groźniejsze. Twarz jego miała wyraz uporczywej, zaciekłej woli. Był to jeden z tych ludzi, których stanu duszy nie rozumie dotychczas przeciętny kulturalny Europejczyk. Z całą świadomością, jako jednostka, wiedząc o tym, że przeminie, zginie raz na zawsze, szedł on drogą śmierci wierząc, że buduje życie przyszłej ludzkości.

Myśl kulturalna posiadających warstw nie może się oswoić jeszcze z psychologią tych świadomych budowniczych dziejów. Nie może oswoić się wciąż jeszcze z niezmiennym faktem, że człowiek przestał być biernym materiałem, czymś, z czego wykuwa się państwa, narody, kultury. Jak śmieszny jest szczebiot „o zaniku poczucia indywidualności, o niwelującym tchnieniu mas” w czasie, którego rysem znamiennym i charakterystycznym jest właśnie przebudzenie, spotężnienie niebywałe indywidualności. Tam, gdzie była dotąd bierna, martwa materia historii, tam teraz żyje myśl ludzka. Rozumne oczy patrzą z tych tłumów, w których myśl rządząca przywykła widzieć tylko pył, tylko bezimienną glebę. Te żale na zanik indywidualności, to w gruncie rzeczy — skarga, że utracone zostało raz na zawsze przewodnictwo. Nie ma komu przewodzić. Tłum przestaje być żywiołem biernym i podatnym dla wszelkiego rodzaju wpływów. Myśl wstępuje w odrętwiałe ciało. Indywidualność przestaje być przywilejem.

Czy nie pośmiewiska godne są te narzekania na zanik osobistej inicjatywy ludzkości w momencie, kiedy Chałturynowie rodzą się tysiącami i setkami tysięcy? I jakaż różnica jeszcze. Ta nowa indywidualność nie wymaga jako tła niczyjej bierności. Sama siebie wprowadza w związek, w łączność z innymi, podobnymi sobie. Nie żąda od żadnej zrzeczenia się samodzielności, nie opiera się na niczyim podziwie, nie opiera się w ogóle na niczym prócz siebie. Nie lęka się, że gdy prysną stworzone przez przeszłość społeczną kształty, straci ona w nich swój grunt, swoje oparcie. Opiera się tylko na sobie wobec świata. Nie szuka żadnej nagrody. Nie rozdwaja się i nie odsuwa od swego dzieła. Jest w nim i na tym poprzestaje, że świadomie żyła, że świadomie wprowadziła w organizm, w krew ludzkości to tylko, co chciała wprowadzić.

Chałturyn był człowiekiem z małym wykształceniem, ale jasnymi myślami. I myśli te były prawdziwe. Rozumiał on znaczenie walki, zwróconej przeciwko najwyższemu przedstawicielowi przemocy, jej najpełniejszemu wcieleniu, i pojmował znaczenie, jakie tkwi w fakcie, że jego to, robotnika, ramieniem porażony padnie car: ziemski bóg ludu. Życie w Pałacu, ukrywanie się, zjadliwe działanie gazów rozstrajało go i utrzymywało w stanie podniecenia.

Tymczasem na powierzchni trwały śmiertelne, nieustające łowy. Aresztowany był Kletocznikow — i trudniej było nam uprzedzać ciosy. Z przerażeniem myśleliśmy o położeniu, w jakim znalazł się ten mężny człowiek, w szponach wrogów, którzy musieli znienawidzieć go śmiertelnie za tyloletnie paraliżowanie zamachów. Przez kilka lat przebywał on w jaskini zdrady i wyrywał wężom jadowite kły.

Kletocznikow był jednym z tych społecznych zjawisk, które umiałby wyczuć jeden Balzak574 tylko. Drobny urzędniczek, bez wielkiego wykształcenia, zastanawiając się nad otaczającym go życiem, nad historią ostatnich dziesiątków lat w Rosji, napotyka na instytucję tak zwanego Trzeciego Wydziału kancelarii jego cesarskiej mości. Tu jest siedlisko, skąd padają ciosy. Tu się krępuje myśli i powoli zabija życie w jego najszlachetniejszych objawach. Kletocznikow myśli o tym, w duszy mu wyrasta zamiar walki z bezdusznym, straszliwym potworem. Kto wie, czym jest policja w kraju jak Rosja, kto wie, jaka ją otacza groza, zrozumie heroizm tego postanowienia. Oddać się we władzę potwora i w jego własnej siedzibie knuć spisek przeciwko niemu, oszukiwać nieustannie jego wszechwidzące oczy. Kletocznikow wiedział, co go czeka. Wiedział, że zemsta będzie tu chłodna, bezlitosna i wyrafinowana. Sam siebie stawiał poza nawiasem tych sfer życia, jakimi rządzi jeszcze choć nikły cień prawa. Kto zbada domowe sprawy tajnej policji? A dla społeczeństwa będzie on przecież tajnym ajentem575, kimś, czyj los nie obchodzi nikogo. Tajny ajent dopuścił się jakiegoś przeniewierstwa przeciwko swojej zwierzchności. Sprawa jest przesądzona. Należy ona do tych sfer bytu społecznego, w których robactwo ludzkie zagryza się wzajemnie bez światła i bez szmeru.

Kto zdoła ocenić to męstwo, jakie tkwiło w czynie Kletocznikowa, w jego życiu? Znałem go, był to człowiek ze świata Dostojewskiego576, człowiek, który nie cenił swojego istnienia, życia swojego, straszliwego bohaterstwa, i wykonywał je z dnia na dzień z poddaniem losowi. Myśmy żyli na powierzchni oświetlanej przez słońce, byliśmy zresztą jedną wielką, złączoną przez przyjaźń gromadą. On żył sam za swą potworną maską w świecie gadów. Teraz był on w ich władzy i można było przewidzieć, jakim cierpieniom moralnym, jeżeli nie cielesnym, poddadzą oni bezbronną ofiarę. To było istotnie rzuceniem się do wężowej jamy. I człowiek dobrowolnie wybrał ten los, z rozmysłem, z rozwagą. Człowiek, który wiedział, że nie ma nic prócz tego swego oddanego na stoczenie czerwiom577 życia, że gdy mu je wydrą gady, nie zostanie mu nawet wspomnień, w których może odpocząć dusza. Jedyne jego radości to były chwile, w których udało mu się ostrzec kogoś lub ocalić. Wtedy twarz jego rozjaśniała się i gdy przecierał okulary, widziało się radość w jego zamglonych, ciemnych oczach.

— Gdyby oni mogli zrozumieć ten symptomat — mówił Michajłow — przerazić by ich powinien Kletocznikow więcej niż wszystkie zamachy. Czy można walczyć przeciwko prądowi, który takie siły, takich ludzi stwarza?

Chałturyn był w stanie bliskim gorączki, liczył on godziny i minuty. Mówił tylko o chwili, gdy runie w gruzy samo utwierdzenie przemocy. Na razie miał dynamitu dość, teraz trzeba było czekać chwili, w której można by założyć minę. Czekaliśmy z Żelabowem w pobliżu pałacu. Podszedł ku nam zgnębiony:

— Jeszcze nie dziś.

I znowu przeszły dwa długie dni. Dwa dni czekaliśmy Chałturyna na próżno i już obawialiśmy się, czy nie został schwytany. Żelabow marszczył brwi.

— Trzeba będzie zakładać nowy pocisk.

To było siłą Żelabowa. Przyjmował on każde położenie i jego wola po każdej porażce na nowo zaczynała pracować w tym samym kierunku. Istotnie, był on z rasy ludzi chwytających gwiazdy za szprychy i zatrzymujących je w biegu. Gdyśmy już mieli wracać, otarł się o nas Chałturyn:

— Już — rzekł.

Szedł on do przygotowanego z góry schronienia. Był wyczerpany, trząsł się, głowa pałała, nie mógł czekać. Odprowadziliśmy go i wracaliśmy. Nagle straszny huk wstrząsnął nami. W Zimowym Pałacu światła w oknach zgasły. Niebo zapłonęło rdzawym ogniem i po chwili stało się czarnorude. Wszczął się straszny popłoch. Jedni uciekali, inni, ciekawsi, zbliżali się. Plac przed Pałacem był już otoczony wojskiem. Z hukiem pędziła straż ogniowa, oddziały konnicy. Czekaliśmy z bijącym sercem, nasłuchując głosów w tłumie Już mówiono, że zginął car z całą rodziną, gdy nagle od placu zaczęły nadbiegać okrzyki:

— Hura!

— Ocalał znów — rzekł Żelabow.

I w tejże chwili zwrócił się ku mrocznemu budynkowi.

— A jednak zginiesz.

Chałturyn płakał z wściekłości, gdyśmy powiedzieli, że car zdrów, nietknięty.

Były poza nim sny dumy i nienawiści, długie dni tajonych myśli dni ściganego zwierza wśród psiarni, noce niepokoju i cierpienia. Teraz też wybuchło w nim to wszystko: nerwy rozprężyły się. Zamknięty w swej kryjówce, czynił wrażenie ranionego zwierzęcia leśnego, gotującego się do przedśmiertnej walki: oczekiwał najścia policji i nie spuszczał z oczu rewolweru i przygotowanej bomby. Za żadną cenę nie chciał się żywym dostać w ręce władzy. Mówił, jak mógł był zabić cesarza w pałacu we własnym gabinecie. Był zatrudniony jako stolarz i był właśnie w pokoju, gdzie wykończał jakąś pracę, gdy wszedł cesarz.

— Wydawał mi się rozmarzony — mówił — przez wino i jakby smutny. Poruszał się ciężko i patrzył na mnie zmęczonymi oczami, nie mogłem zabić go wtedy. Mógłbym mu wbić w serce ostrze dłuta lub głowę strzaskać ciężkim przyciskiem, ale nie przeszło mi to przez myśl, jakaś mgła mnie owionęła i wydawało mi się później, żeśmy spotkali z nim gdzieś na jakichś moczarach w szarugę. Sny miałem ciągle niejasne i splątane z bólu głowy, który mi czaszkę łamał nieustannie. Marzyło mi się, że szliśmy z nim przez moczary. I jego, i mnie wciąga moczar i wydawał mi się jakby pijany chłop, przebrany tylko w ten mundur i ordery. Nie mogłem go tak zabić, teraz, kiedy wiem, że on tam żyje wśród gruzów — zdaje mi się, biegłbym i własną ręką go udusił. Dziwna rzecz, wtedy mi było żal. Patrzył jak człowiek ogłuszony. I może teraz znów, gdyby mi stanął tu przed oczyma, nie tknąłbym, a myślą zabiłem go sto razy.

— Teraz już dość — rzekł Żelabow — więcej nie chybimy.

Żelabowa cechowało to, że szedł prosto do celu. Okres, który rozpoczął się teraz, miał w sobie jakieś zimne upojenie jedną myślą: nie chybić. Wola kilkudziesięciu ludzi zawisła nad jedną głową jak topór. I było coś strasznego w tym świadomym, jasnym, nieustanym ostrzeniu topora. Rysuje mi się zawsze Żelabow z tych czasów w pamięci jak łucznik naciągający cięciwę długo, powoli, stanowczo. Łucznik padł, ale w powietrzu strzała brzęczy, pruje przestwór, czuje się, że trafi.

W tym czasie życie nasze duchowe weszło w nowy okres. Stało się zimne, nieugięte — jak stal.

— Gdyby oni mieli uszy — rzekł Żelabow — słyszeliby, jak rośnie gilotyna.

Żelabow miał w sobie matematyczny chłód wodza. Był z tych, którzy gdy raz cel przed sobą postawią, muszą go dokonać i na świat cały patrzą z punktu widzenia tej swej niezmiennej woli. Aleksander Sołowjew szedł na straszliwy pojedynek z carem. Życie swoje już z góry składał w ofierze fatum i szedł, jak sama śmierć, ugodzić winę. Chałturyn był jak otchłań krzywdy ludzkiej, rozwierającej się pod nogami przemocy. Żelabow był spokojny i zimny, pewny siebie i swojej słuszności: łucznik Apollina578, mordujący smoki. Pomiędzy nim a Aleksandrem II nie było już żadnych wątpliwości moralnych, nie było żadnych kwestyj prawa. Przemoc była osądzona i skazana — musiała ulec. Żelabow miał w sobie tę zupełną jasność stanowczej, zdecydowanej woli. Szedł naprzód, nie potrzebując egzaltacji ani uniesienia. Szedł po swoją zdobycz jak los. Mimo woli rodziło się zabobonne przeczucie: teraz nie ujdzie, nie może ujść.

Nigdy Żelabow nie był tak bardzo sobą, jak w tym czasie. Wyprostował się i wyrósł. Był to czas jego miłości dla Perowskiej. Jak lwy wzrastali oni w siłę w tym związku. Spokój, jasna wesołość Soni Perowskiej stały się teraz dumą Pallady579, zbrojnej w spiż. Byli obok siebie jak jakieś postacie z epopei. Obok nich gromadziły się dusze hartowne580, wypróbowane, dziś złączone tą jedną myślą. Jak daleki był czas, kiedy szli oni z wiarą, że istnieje gotowe królestwo prawdy i swobody i dość jest stać się jego myślą. Potem szły lata więzień, szubienic, męczeństw, rozłąki, nieustanny szczęk kajdan biegł spod ziemi, mroził straszny krzyk zamurowanych za życia w centralnym charkowskim więzieniu: dusze zbroiły się, wznosiły się ramiona przeciwko mrocznym mocom, rzucającym gromy w szlachetne, bezbronne głowy. Teraz już stali przed sobą twarz w twarz: car na chwiejącym się, krwią zwalanym tronie, otoczony przez całe tłumy szpiegów i stróżów, i ta lwia gromadka. Wola zdeptanego, krzywdzonego ludu, która stała się ciałem. Było lwie tchnienie w tymi wszystkim. Poza spuszczonymi powiekami, bladą, jakby zmęczoną, woskową twarzą pracowała nieustannie myśl Kibalczyca581. Mierzył i obliczał. Pioruny miały tu mieć matematyczną pewność myśli. Był Zelman, zapatrzony duszą w olbrzymie dusze zapaśników. Michajłow Aleksander, Michajłow Timofiej582, cichy, oddany prawdzie, łagodny, był Frolenko583, dusza bohatera, serce dziecka. Była Wiera Figner584 — Antygona, o spiżowym sercu — była Olga Lubatowicz. Tichonrawow z sercem zastygłym i myślą wołającą zemsty. Był Mikołaj Siewierow, poeta, mędrzec, wieszcz. Sablin585 — Hamlet, dusza miękka i serce spiżowe, była Hesia Helfman586, której nie można było nie pokochać. Był Łopatin587, przed którym chyliły się z uszanowaniem siwe głowy starców. Był w Szwajcarii, lecz duszą zawsze z nami, rycerz i bohater Stiepniak. Były z nami wszystkie serca czyste, których tyle zginęło. Cienie Lizoguba, Malinki, Drobiazgina, bohaterska postać Osińskiego — cała przeszłość nasza, nasi święci konających w kajdanach, wszystko było z nami.

Czy można dziwić się, że nie drżało ramię Żelabowa? Czy nie miał prawa mówić on, że dzierży łuk niechybny boga słońca? Naciągały mu cięciwę mroczne cierpienia, myśl ostrzyła niechybne strzały, błogosławiły im jasne, mądre oczy. Nie chybicie strzały słoneczne: drogi wam znaczyła myśl serc mężnych, dusz niesamolubnych. Szukały one źródła krzywd i przeszkód i zdążały poprzez wszystkie ścieżki tam, gdzie bije serce potwora.

I po cóż, jasny carze, zmęczony, biedny człowieku, w twojej ono żyje piersi? Po coś krwią ciężką, smutną zasilał cielska polipów i gadów, wplecione w ciało konającego ludu? Po cóżeś głową zgodził się być, co żyje na ciele Hydry588?

Tę zetniesz, nową urodzę... — mówi Hydra. — Całe ciało mam wykarmione łzami, krwią, w wężowym jadzie skąpane.

Świszcze w powietrzu niechybiająca strzała. Błogosławi jej myśl czysta, myśl niepokonana. Dlaczego roześmiały się cierpiące oczy Gleba Uspieńskiego, gdy zasłyszał, jak pręży się, jak śpiewa pod bohaterską dłonią cięciwa. Serce gołębie, serce dziecięce błogosławi ci — niechybna strzało. Chyli się głowa mędrca, Piotra Ławrowa, myśl zmierzyła drogi, utkwiła w sercu, które bije jak dzwon na niedolę ludzką. Lwia głowa Marksa przysyła pozdrowienie Wielkiemu Komitetowi.

Nie zbledniesz, łuczniku, nie zadrży ci dłoń, z tobą Apollon, bóg jasny, i Dionizus589 pijany cierpieniami, Zeus590 gromowładny i mieczem walczący Apollo. Z tobą erynie591 podziemne, z tobą płaczki, co łzy swe wypłakały, z tobą ból i jęk głuchej ziemi.

Dlaczegożeś zechciał być, biedny, zmęczony człowieku, głową Hydry, dlaczegożeś przyzwolił swemu sercu, by wrosło w piersi potwora? Czy cieszy cię krwi ciężkiej obieg, czy cieszy cię krwi brzemię? Strzała padnie i zwali. Czarna ziemia da spokój. Sameś wszedł na te krwawe moczary. Nie ocali cię nikt. Mierzymy prosto w serce potwora, co i twój los dzierży. Dlaczegożeś oddał mu swe serce?

Myślę, że na dnie duszy sam Aleksander II czuł, że nie uchroni go nic. Był to czas potwornej i straszliwej walki w ciemnościach. Policja natężała wszystkie swoje siły. Czuła, że drży już w powietrzu cios ostateczny i raz po raz łudziła się, że padło pod jej uderzeniem wzniesione groźnie ramię. W całym nastroju społeczeństwa petersburskiego było to samo oczekiwanie. Ludzie wyczuwali, że naokoło nich wzmaga się groźna moc, słyszeli padające ciosy. Pomimo zapewnień policji opinia nie przestawała widzieć w Narodnej Woli groźnej, niedosiężnej, wiszącej jak miecz nad głową siły.

Zbudziła się moc ze śnieżnych pól Sybiru, z zapomnianych mogił, z lochów i katowni więziennych. Udręczona dusza ludu przywdziała spiż. Miedziana chmura ciążyła nad głową, na którą wszyscy patrzyli, czując, że padnie, paść musi. Był to czas, w którym groza stała się atmosferą naturalną. Walka była na śmierć i życie i śmierć przechodziła prawie niedostrzegana. Zginęli na szubienicy Preśniakow i Kwiatkowski. My już nawet nie obiecywaliśmy sobie, że śmierć tę pomścimy. Dusze i wole zajęte były tylko tym jednym: kuciem pocisku, natężaniem cięciwy.

Plan przygotowany był starannie, z rozmysłem i chłodem. Wybrana była ulica, po której jeździł Aleksander II, wynajęty był sklep, z którego piwnicy prowadzono podkop. Kibalczyc obliczał siłę wybuchu, w sklepie osadzono Bogdanowicza592 i Lebiediewą. Żelabow przygotowywał jednocześnie inne plany.

Gdy myślę o tej epoce, zdaje mi się, że tym, co wytwarzało naokoło nas i w nas samych ten nastrój groźnego spokoju, niewahającej się mocy, było poczucie moralne. Społeczeństwo czekało z natężeniem, miało się przekonać, czy prawdą jest, że pod strasznym uciskiem, w uciemiężeniu, wśród mroku zdołała jednak jego zdławiona, skrwawiona pierś porodzić prawo. Miało się przekonać, czy prawo to żyje i włada nad przemocą. Prawo deptane, unicestwiane, zlane krwią. Milionami gasnących oczu patrzy lud rosyjski w niebo, własną duszę, niezmienny, ciemny los. Tysiącami strumieni płynie krew. Człowiek jest zabijany każdej godziny: azali593 jestem niczym? Śmierć Aleksandra II oczekiwana była jak ten głos prawa, przywracający milionom zdeptanych istnień godność ludzką. Giną, ale są. Myśl skrępowana, bezsilna, niewierząca w siebie, duma ludzka stratowana w pył, cały naród niewolników, wszystko to zastygło w milczeniu.

Już porodziłam moc, która piorunami godzi w siłę ciemięzcy — myślała dusza niedoli, dusza niewolnicza. — Azali jestem, azali jestem? Czy w moim ręku płonie miecz?

Rosja carska, zaprzeczenie człowieka, gwałt nad człowiekiem, przemoc szerząca bladą trwogę: Rosja, kraj mrocznego obłędu milionów, czuła, że żyje, oddycha w niej, czuwa siła nowa — myśl zbrojna.

Nie zadrży, nie zadrży łuk: w sercu twoim, carze Aleksandrze, żyje także ten głos — oto prawo. Zejdź w swoje serce i słuchaj; słuchaj, czy nie gardzi ono tobą samym? Czy nie czujesz w nim śmiertelnego znużenia, ciężkiej nudy? Krwawy obłok padł ci na serce, siebie nie widzisz, coś cuchnącego krwią i mordem lepi się naokoło twoich myśli, na próżno szuka ona i kołacze, nie widzi drogi. W głębi duszy tyś sam siebie osądził, carze rosyjski, myśli odeszły, serce porzuciła radość. Dzień upływa za dniem, jak mętny, ołowiany sen płyną godziny. Gdzie spojrzysz — wszędzie krew. I nadaremnie mówisz: Jam miał prawo. Wielki Bóg posłał mnie pełnić krwawą służbę. — Patrzysz w siebie: nie przesłoni chmura ładanu nudy i zmęczenia. Z oszczepem na niedźwiedzie chodziłeś, biały carze. I dlaczego wije się teraz myśl jak zraniony zwierz? Weź strzałę, pchnij ją ostrzem w serce. I tobie się należy spokój, ofiaro krwawej mgły. Woła cię zgniła mgła petersburska, otacza blady ranek. Nie ujdziesz, nie ujdziesz, ty to wiesz. Widziałeś, jak bielmo strachu mgławi ślepia zwierza, gdy zajrzał on w nieustraszone twoje oczy łowcy. Patrz, patrz: tam bóg słoneczny naciąga cięciwę. Leci strzała, dźwięczy, świszczę i twoja własna myśl szepcze cicho: niechaj już ugodzi. Zwolony594 będziesz z mgły krwawej, zwolony będziesz z pustki. Nie z twojej, nie z twojego serca lęgnąć się będzie blady, bezoki potwór, ssący krew, dławiący duszę. Ty sam wiesz, że serce twoje dzierżą upiory. Bóg słoneczny trzyma już niechybny łuk.

XIV. W smoczym gnieździe

Zapadł mi w pamięci wieczór listopadowy, w którym ostatni raz widziałem Michajłowa. Jak zawsze był on wszędzie, zdawało się, że umie się dwoić i troić. Dziś był jeszcze gdzieś poza Petersburgiem, jutro już organizował za rogatką Newską kółko robotnicze, wykonywał tysiączne zlecenia. Zawsze niezmordowany, jasno widzący. Policja polowała na niego z systematyczną zaciekłością. Wyśliznął on się jej prawie cudem, jadąc do Moskwy. Na próżno prosiliśmy go, aby się schronił do któregoś z bezpiecznych mieszkań na jakiś czas. Czuł on, że zbliża się stanowcza chwila, a może też widział, że powoli topnieją szeregi, że coś się zmienia w nich samych, w usposobieniach organizacji. Nowicjusze, którzy napływali, nie byli w stanie zastąpić tych, którzy ginęli. Nie mieli poza sobą przeszłości. Organizacja psychiczna narodowolca składała się powoli, narastało włókno za włóknem, komórka za komórką. Każdy z nas miał w sobie, w całym ukształtowaniu duszy całą historię, cały straszliwy, kształcący, wyrabiający charakter bieg zdarzeń i okoliczności. Ludzie nowi przychodzili od razu do gotowych wniosków i rezultatów. Byli jednostronniejsi i bardziej powierzchowni, wydawali się zaś bardziej stanowczy.

Kirsanow, spotkawszy się z nami, z tryumfem i właściwą sobie ironią wskazywał na takie lub inne ryzykowne zadanie.

— Tak to więc, Aleksandrze Dymitrowiczu — mówił — z biegiem czasu będzie można i o zmianie dynastii pomyśleć. Na razie marzy się jeszcze Wszechrosyjski Komitet Ocalenia, a kto wie, może on już jest w waszych szeregach, ten rodzimy poszechoński595 Bonaparte.

Michajłow rzadko tracił spokój. W polemice nie zapominał nigdy tego, co łączyło.

— Daj pokój już — rzekł — daj już pokój.

Ale Kirsanow tryumfował wciąż. Michajłow przystanął:

— Ot, posłuchałbyś, w samej rzeczy kłaniają ci się Kwiatkowski, Priesniakow, Sołowjew Aleksander Konstantynowicz: Ave triumphator!596 Mądry jesteś, Jerzy. My przejdziemy wszyscy przed tobą, a ty zostaniesz, będziesz ludzi uczył, jakeś ty zawsze i we wszystkim rację miał. Tylko to sobie zapamiętaj, niewolnik nigdy w niczym nie może mieć racji. Trzeba było w duszy rosyjskiej stworzyć miecz, trzeba ją było w miecz uzbroić. Teraz myśl. A tak. Czy nie wszystko jedno, co myśli stado?

— Miecz, miecz — mówił Kirsanow. — Cóż jest miecz? I trupy towarzyszów niepotrzebnie mi wypominasz. Może kiedyś przypomni nam lud rosyjski je i zapyta: dlaczegóż oni zginęli, dlaczegóż oni chcieli zginąć?

Michajłow odwrócił się blady i zaczął mówić trzęsącymi się ustami:

— Słuchaj, przyjmuję odpowiedzialność. Za tamte głowy, za te, co padną, za własną. Przyjmuję. I mówię ci jeszcze raz, gdybyśmy zaczęli od początku — tak samo byłoby. Więc znaczy Komitet Ocalenia? Nie... Znaczy nowa struna, nowa myśl w duszy ludzkiej. Ta, która dźwięczy: walcz, porażaj, zwycięż, prawo twórz. Kto ci w drodze stoi — trup. I bądź tym ty sama — błyskawico.

— Naturalnie, naturalnie, my zawsze musimy lepiej wiedzieć, nie po europejsku — szydził Kirsanow. — Gdzieżby nam za Europą zdążać. My świat zdziwimy.

— Raz ci jeszcze powiadam morituri te salutant — ave doctor597 — mówił blady Michajłow. — Będziesz miał czas, przekonasz cały świat, żeśmy za nasze błędy w mogile legli. Ale pozostanie jednak to, co ma być — miecz ludowy...

— Bakunin nieboszczyk cię pozdrawia — mówił Kirsanow.

— Żal mi cię, Jur — rzekł Michajłow — sam ty duszę swoją strawisz. Szlachetny ty jesteś człowiek, ja to wiem. Ale to jedno w tobie jest: niewdzięczny jesteś. Wspaniałomyślności żadnej w tobie nie ma, dlatego będziesz zawsze słuszność miał, a każda twoja słuszność będzie porażką. Im więcej wznosić się będziesz, tym będziesz biedniejszy, bo zawsze będziesz szedł przeciwko czemuś. Chłodno ci będzie, Jur, i samotnie. Szkoda mi ciebie.

Kirsanow w tym czasie już był trawiony przez swoją śmiertelną chorobę: ambicję umysłową. Gdy przystępował do jakiejś rzeczy, znikał sam przedmiot — na pierwszy plan występowało to, co on o nim powie, i że to musi być lepiej i głębiej pomyślane niż wszystko inne. Jego życie myślowe było nieustannym zachowywaniem własnej rangi we własnych oczach. Taki był w stosunku do myślicieli prądów, o których mówił, taki w stosunku do ludzi. Był czas, gdy był on zrośnięty ze sprawą. Z biegiem lat kładły się ławice ambicji zaspokojonej i niezaspokojonej na ten pierwotny uczuciowy grunt. Dusza wapniała, kamieniała. Kirsanow stawał się coraz niezdolniejszy do wyjścia poza siebie. Nie znał on rozkoszy poznawania, zespalania się z myślą — wszystko przybrało formę nieustannego ocalania własnej słuszności. Każda nowa myśl i nowy człowiek to był wróg.

Michajłow rozumiał to i pamiętał dawnego Kirsanowa. Żelabow przejrzał go na wskroś swoim ostrym wzrokiem i osądził.

— Kirsanowowi — mówił — rosyjski chłop jest głównie na to potrzebny, aby mi dowieść, że ja go nie znam. Marks mu jest potrzebny, aby dowieść, że Michajłowski jest zacofaniec. Wszystko, co bierze do ręki, staje mu się tylko kamieniem do gromienia każdego, kto mu na odcisk ambicji nastąpi. Gdy on spotyka człowieka — pierwsza jego myśl: to jednak dziwne, że on śmie jak gdyby istnieć i myśleć. Trzeba by dowieść, że jemu tylko się zdaje. Jakże to w samej rzeczy? Ktoś coś myśli, czuje, o czym ja nie wiem. To muszą być jakieś pośledniejsze myśli. Kirsanow będzie całe życie chodził w ciasnych butach, aby dowieść komuś, że ma mniejszą nogę, całe życie będzie czytał Hegla, aby mnie tym zadziwić, będzie przymuszał się do robienia każdej rzeczy, która mu zaimponuje. Dowiedział się, że Marks czyta Don Kichota598 w oryginale, on go czytał też, choć nic nie rozumie. Cytuje Tacyta599, Platona, Bóg wie kogo: on książki czyta po to, aby Michajłowskiemu dokuczyć.

— Przesadzasz, Taras — rzekł Michajłow. — Ty wiesz, że przesadzasz.

— Nie — twardo odparł Żelabow — ja wiem nawet, że gdy mnie powieszą, Kirsanow mnie ułaskawi, będzie nawet krzesła łamał, aby wzbudzić zachwyt dla swojej wspaniałomyślności. Już go widzę, jak będzie pozował na Mefistofelesa i mówił: W tym czasie pojmowanie ekonomicznej ewolucji w Rosji mało było rozpowszechnione — to się tłumaczy niskim rozwojem i tal dalej. Czyli: jeżeli ja, Jerzy Kirsanow, jestem dziś szczytem myśli, to stało się to dzięki ewolucji ekonomicznej, i ja skromnie nie przypisuję sobie żadnej zasługi stąd, że dialektyczny rozwój doszedł we mnie do samopoznania. Bieliński mówił: „A cóż to ja za dureń, abym był u jakiegoś wszechświatowego ducha na posyłkach! Więc to nie ja myślę, tylko on!”. A Jerzy Kirsanow i powiada: proszę uważać, bo to mówi kwintesencja dialektycznego rozwoju ludzkości. Dialektyka dziejowa mówi he, he, he... Całkiem jak jakiś Akakiusz Akakiewicz600, przepisując papier napisany przez jego ekscelencję ministra.

Żelabow nie był myślicielem w swoich uczuciach i stosunkach osobistych. U niego było wszystko zdecydowane, jednolite i stanowcze.

— Nie jestem większy ponad chwilę. W każdym momencie robię to, co mam robić, jak mogę najlepiej. Nie wiem, nie mogę wiedzieć, co wyrośnie z czynu. Jeżeli przeżyję, zobaczę i będę szedł dalej. Jeżeli nie — życie wyprowadzi wniosek. Moje ja ma zrobić to, co każe moja wiedza, i kiedy postanowię jak najsilniej robić. Kirsanow chce być tym duchem, który rośnie z ludzkich kości. Odpowiedział mu już w Fauście Goethe: Es ist der Herren eigner Geist601. Dziś zresztą nie warto mówić.

Było nas sześć czy siedem osób w ten wieczór w mieszkaniu Żelabowa i Soni Perowskiej. Z Michajłowem nadszedł Kibalczyc i Sablin. Później nadszedł Wołczok. Nie pamiętam, był, być może, jeszcze kto. Przed paroma dniami wyprawiliśmy na Krym Zelmana, który już stamtąd nie wrócił. Był to piękny, pełen treści wieczór. I taki pozostał w mej pamięci. Była jedna z tych godzin, kiedy każde słowo staje się znaczące.

Łatwowierna opinia wyobraża sobie Narodną Wolę jako gromadkę naiwnych młodzieniaszków, którym śniło się, że wybuchem jednej bomby przerodzą świat i ściągną na ziemię panowanie wiecznej wiosny. Ludzie nie mogą jeszcze zrozumieć, że dziś świadomy, nowoczesny człowiek nie jest w stanie łudzić się w ten sposób. Narodna Wola wiedziała, że jest momentem w dziejach duszy ludu, że ma tylko tę duszę budować, kształtować. Do dziś dnia ludzie nie mogą oswoić się z tym, że ktoś swe życie traktuje jako świadome dzieło. Śmierć świadomie przyjęta i wybrana wydaje się nieprawdopodobna. Czy przestaje ona być istotna, gdy jest bezwiedna? Litość wzbudza tłum, umierający przecież nieustannie, rozkładany przez czas i ginący również, jak my, na wieki, a łudzący się, że on uchodzi śmierci, bo jej nie patrzy w oczy. Żyć — to znaczy wiedzieć, jak się zginie, to znaczy kształtować te chwile, w których się rozpływamy nieustannie, to znaczy budować świadomie to, co pozostaje. Dyrektor departamentu policji Plewe602 wierzył, że my dążymy do ministerialnych tek; dla motłochu Narodnaja Wola to są obłąkani, bo przecież było jasne, że oni nie mogą zwyciężyć. Narodnaja Wola zwyciężyła. Została w krwi ludu tym, czym chciała: zarzewiem buntu, prometeistyczną skrą — i to jest jedyna forma zwycięstwa. Co zostanie z tryumfu Bismarcka? Każdy dzień, który mija i który przechodzi w zbudowanym przez niego państwie, jest urągowiskiem dla jego duszy feudalnego raubrittera603. „On panował nad dziejami”. Nie, one posługiwały się nim, robiły z niego, co chciały. Na jego grobie wzniosą gmach, w którym z niego, z jego ja nic nie pozostanie. My nie chcieliśmy tak zwyciężyć i to trzeba pojąć, jeżeli się zrozumie wszystko inne.

Michajłow mówił słusznie: nic nie zmieni faktu, że odtąd będzie żył rosyjski lud na grobie porażonego własnym ramieniem cara. Prędzej czy później zrozumie on, że z tej mogiły rodzi się jego własne prawo. Prawo nieulegania nikomu, stwarzania sobie własną wolą całego życia.

Sablin był smutny. Pracował on nie mniej od innych, ale męczyła go nieubłagana zaciętość tej walki, zimne okrucieństwo przygotowań. I istotnie to było straszne. Długie miesiące żyło się myślą o śmierci innego człowieka, nieustannym przygotowaniem, obliczało się szanse, obmyślało się środki, aby wróg nie zdołał ujść. A jednocześnie śmierć i zguba wyrywały nieustannie kogoś z naszych szeregów. Odchodzili oni od nas z tym samym twardym wyrazem twarzy, z tą samą nieubłaganą, kamienną stanowczością, jaka żyła w naszych sercach. Gdy znikali teraz, nie pozostawiali bezpośrednich wspomnień o sobie. Życie stało się tak surowe, że marło na ustach każde bardziej miękkie słowo. Zresztą byliśmy tak osaczeni, że trudno było nawet zebrać się. Dzisiaj schodziliśmy się już nie jak przyjaciele, lecz raczej jak jakieś sądzące, nieubłagane upiory-mściciele. Była i w tym może jakaś surowa poezja. Ale wymagała ona, by być odczutą, druidycznej604 surowości serca. Sablin nie miał w sobie nic ze skalda605. Pozostał on w głębi duszy niezmieniony, taki, jaki wstąpił w szeregi wiosennego zastępu, niosącego miłość swoją w lud. Był wciąż tym samym, bezgranicznie kochającym sercem.

Pamiętam już późniejszy moment, kiedy pracowaliśmy razem w podkopie, w sklepie przy Sadowej. Praca była ciężka: trzeba było rozbijać zmarzniętą ziemię, stojąc godzinami całymi w pałąk zgiętym, pełzając na czworakach. Zmęczeni, wyciągnęliśmy się na jedną chwilę w czarnej szyi. Nad głowami naszymi tętniało606 miasto. Wtedy to Sablin rzekł po chwili milczenia:

— W gruncie rzeczy żal mi go, Aleksandra Mikołajewicza, żal mi go jak osaczonego zwierza. Wydaje mi się, że patrzy on na nas teraz jak wilk zaszczuty, zapędzony w zasadzkę.

Należałem przez jakiś czas do oddziału, który śledził za poruszeniami607 cesarza. Powiedziałem, że robi na mnie wrażenie człowieka śniącego jakiś ciężki, fatalistyczny sen. Zdawało mi się, że w jego rysach jest mimowolna, bezwiedna obojętność, niechęć, przekonanie o bezużyteczności wszystkiego.

— Wolałbym zginąć przedtem — mówił Sablin. — Jest to przesąd, ale nie chce mi się umierać ze wspomnieniem tych mętnych, przerażonych oczu. Szkoda, że go nie zabił Sołowjew — rzekł po chwili — byłoby piękniej i lepiej.

Sablin przypominał mi zawsze, nie wiem dlaczego, pewien lasek brzozowy, w którym bywaliśmy z Olą podczas naszego pobytu w Topolówce. Jego głos, jego spojrzenia miały w sobie coś z tamtej, miękkiej, łagodnej, miłej świeżości. Był pieszczotliwy smutek w Sablinie, lecz pomimo wszystko nie odchodził on od nas i brał udział we wszystkim.

— Szkoda, że dzisiaj trzeba tak żyć. Szkoda — mówił w chwilach zwierzeń — że ja nie mogę jak strumień wiosenny płynąć przez łąki miękkie i pachnące, szkoda, że żyć nie mogę z braćmi i siostrami w czasie, gdy niebo będzie nad głowami wolnymi zwisać. Tak chciałbym choć chwilę taką przeżyć, a może widziałem, i w serce padła, i serce zbudziła, i odtąd żyje w nim jak zapach wiosny. Zapłaty żąda za to, żem szczęśliwy błądził w gaju, gdzie przyszłość nie oddycha, żem jej powietrzem świętym się upoił, że żyła we mnie promienna i cicha. Życie weźmie czarna, krwawa ziemia, niechaj w krwi mojej odnajdzie tę cząstkę, którą w niej przyszłość swobodna zrodziła, niechaj z nasienia gaj wywiedzie młody. Cieniem mnie darzył, jeszcze niezrodzony; poeci chodzą w sadach, które posieją ręce niezrodzone, całują usta, co jeszcze jak ziarno czerwonych kwiatów śpią w tym ciemnym polu, które zasiewa śmierć i śmierć wyżena608. Ja w miłości żyłem z dziewczyną, która w oczach, myśli, ciała ruchach miała czar ten, jaki rodzi wolność. Mnie, niewolnika, w snów moich wiośnie do swego łona przycisnęła i ją pamiętam wciąż, i ku niej idę, jej głos mi śpiewa, gdy wchodzę w pustynie przez sępów tylko nawiedzane. Strumieniem chciałem biec, lecz krew ujrzałem i strumień zastygł, stoi jak kolumna. Jak rzeka płynął, dzisiaj stał się głazem: wy głaz ten weźcie, moi przyjaciele, gdy ostrzyć miecze będzie wam potrzeba, aż wam zaśpiewa pieśń, co strumyk widział, w śpiewie powróci czas, gdy w jego wodach młodość się jeszcze widziała szczęśliwa.

Sablin w samej rzeczy tak odczuwał ten stosunek. Gdy mu żartem Perowska wspomniała, aby wyjechał za granicę i tam piórem służył sprawie, on jej odpowiedział na wpół żartobliwą, na wpół poważną improwizacją:

Ja z oczu zgasłych piłem tęczy blaski,

Ja z umarłymi chodziłem przez gaje

Wiosenne, świeże.

Róże mi kwitły, mirty i konwalie

Pod mymi stopy wyrastały białe,

Daliście wiosną mi.

Daliście mi szczęście na ziemię patrzeć

Sercem rozkochanym,

Iżem swobodnie ku słońcu wzlatał,

Żem zieleń widział,

Róże, przyszłość, piękno;

Żem czystość widział serc

I święte cuda w człowieku śpiące

Okrwawionym sercem,

To wam zawdzięczam.

Z wami ja przez pola szedłem,

Gdy pachniała nam wiosna,

Gdy nas witała tysiącem promieni

Zorza młodości zwycięska, radosna;

Z wami przebyłem szczęście,

Śpiew słowika,

Marzenie, miłość swobody bezkrwawej;

Dziś nie odejdę,

Kiedy wasza droga iść rozkazuje

Przez skały i ciernie,

Kiedy posucha wasze pali czoła,

Ptactwo drapieżne nad głowami krzyczy;

Ja nie odejdę,

Ja z wami marzyłem,

Z wami szczęśliwy byłem

Jak bóg grecki.

Z wami przeżyję dni gromu i burzy,

Z wami spiekotę i samotność serca,

Za szczęście płacę,

Za bezmiar słodyczy

Was nie opuszczę.

Tylko wyznam szczerze,

Że już bym leżeć chciał

Tam, gdzie fala pluszcze,

Która śpiewała nam o życia wiośnie.

I tylko wyznam, że chciałbym,

By sępy raz już wydarły myśl, oczy i życie,

Abym umierał, a nie niósł już śmierci,

Bo śmierć człowieka jest ciężar straszliwy.

Ale gdy bije surowa godzina,

Ramię nie zadrży,

Nie ugnie się wola.

Ja z wami niosę losów waszych brzemię.

Róże i mirty Sablina to były dwa czy trzy lata więzień śledczych, głodówki, znęcania się nad nim żołnierzy, pożegnanie towarzyszy na śmierć idących, wieczny pościg poza plecami, życie nędzy i wyrzeczenia, ale on tak czuł i wszyscy tak czuli. Nie jeden Michajłow mówił przecież, że danym mu było nad miarę wiele szczęścia. Ale szczęście było jeszcze i tu możliwe na nagim górskim szczycie. Tylko by je czuć, trzeba było mieć orle dusze w piersi.

Tu, na groźnej baszcie, skąd śmierć patrzyła w miasto, uwili sobie gniazdo miłości Żelabow i Sonia. Na ich barkach nie ciężył ten ciężar, oni nie gięli się pod nim i w ręku dzierżąc błyskawice, patrzyli ku sobie — para rozkochanych tytanów. Myślę, że tylko w tej atmosferze nieustannego, skondensowanego niebezpieczeństwa taka natura, jak Perowskiej, mogła pozwolić sobie na osobiste szczęście, przyjąć je. Niebezpieczeństwo, groza — wyodrębniły ją, wyosobniły w jej własnych oczach. Musiała opierać się na samej sobie, a więc i samej sobie, swojemu ja, przypisywać znaczenie, czuć je w sobie, czuć, że nie zamiera i nie blednie serce, gdy chmury miedziane, ciężkie, przechodzą tuż ponad głową, dławiąc niemal oddech w piersi.

Gdyśmy się dowiedzieli, że ona i Żelabow kochają się, wydało się to nam czymś naturalnym i koniecznym. Ci dwoje należeli do siebie. Byli z jednego i tego samego twardego rodu. O Perowskiej mówiono, że ona nienawidzi Aleksandra II za to, że zmusił ją iść tą drogą krwi. Była w tym słuszność, gdyż wszyscy my weszliśmy na drogę nieubłaganej, osobistej walki przeciw carowi, na skutek przeszkód nie do przezwyciężenia, jakie piętrzyła pomiędzy nami a ludem jego władza. U Perowskiej występowało to silniej, gdyż w tej lwiej duszy wszystko potężniało. Tak, była w niej niebezpieczna wściekłość lwicy, której zabrano jej młode. Była w niej nienawiść za krew, nędzę, męczarnie, za wszystkie cierpienia, jakie napotkała myśl, jakimi broczyło serce. Żelabow szedł jak łowiec609, już nie zastanawiający się, co czuje: on wie tylko, że ma ugodzić, jego oczu nie przesłoni mgła nawet nienawiści i gniewu. Jasne, prują powietrze jak strzały, uderzają w pierś stalowymi ciosami. Sonia żyła tym, co on wykonywał. Jej serce wzięło w siebie całą namiętność chwili, stała się ona teraz jakby jakąś skandynawską boginią odwetu. Za to wielbiliśmy ją w tym czasie: ona naszemu chłodowi, naszej rachującej pomście dawała wiecznie żywy żar i uniesienie. Tu czuliśmy ten święty ogień nienawiści i czuliśmy, że jest święty. Za to wielbiliśmy ją, że w jej piersi było serce człowieka, zdolne uświęcić nawet tę nieustraszoną, zimną niezbłaganość. Łowcami gotującymi zasadzkę byliśmy bez niej. Ona czyniła z nas znowu rycerzów i sędziów. I działo się to bez słów. Działo się to przez sam ton głosu, wyraz twarzy, spojrzenie. Sprawa niecofnionego wyroku stawała się w niej i przez nią wiecznie ludzką. Czuliśmy wszyscy ten magiczny wpływ i tym ciągnęła nas ku sobie Sonia. I było zrozumiałe, że ona i Żelabow są jedno, muszą być razem.

W ten wieczór mało mówiliśmy o sprawie. Z nas przekonywać nie było potrzeba nikogo.

Żartowaliśmy, że dla spokojnych obywateli, poddanych cara, my stanowiliśmy bandę opryszków, jakieś fantastyczne potwory wylęgłe z czarnej nocy, wykołysane przez noc i burzę smocze dzieci. I miejsce nasze powinno być nie tu, w petersburskim przeciętnym mieszkaniu, lecz na szerokiej Wołdze, na zbójeckim statku. Żelabow śmiał się, oczy jego błyszczały, szeroka pierś wznosiła się.

— Pewnie, pewnie — mówił on — lepiej by było w lasach walczyć i na odsłoniętych polach. Bić ich jak orły i lwy, spadać jak piorun, ścierać się piersią w pierś, niż w noc wsiąkać, w nocy ginąć, wpadać pod ziemię, pod ziemią ryć się jak kret. Pewnie, że lepiej byłoby iść wśród brzęku kos, w łunie pożarów, z wiatrem, śpiewem, pożogą. Nie każdemu dane jest szczęście.

Michajłow był zazdrosny o Narodną Wolę: ona musiała jaśnieć ponad wszystko. Nie wolno było jej pomniejszać.

— Źle ci tu, Taras — rzekł z wyrzutem — źle ci tu, bracie. Siedzisz tu między nami, orzeł, i przy sobie masz ją, siwooką, niby ze starej ruskiej byliny610. Szkoda, byliny nie znały kobiet. Nie przewidziały, że nadejdzie czas i narodzą się śród bohaterów orlice. Tobie źle! Nie widzi cię nikt, nawet noc, nie zna cię nikt, nawet wróg. Otaczają nas strach i dysząca trwoga. Nas nie ma nigdzie i jesteśmy wszędzie. Z czarnej ziemi, z morza krwi, z wielkiej nocy, w której płaczą stulecia, narodziła się myśl. Ty ją masz w sobie. Ty wiesz, że nie opuści cię ona. I tobie źle. Ty śmiesz się skarżyć, któryś narodził się w czasie, gdy człowiek ma sam w sobie pioruny, gdy już nie szuka znikąd pomocy, gdy sam woła o własne prawo, o rozum, o szczęście, o przyszłość. I ty się śmiesz skarżyć. Ty — Andrzej Żelabow. Ile wieków przeszło, zanim na świecie stali się możliwi tacy ludzie, jak my, ludzie nikomu prócz sobie niepoddani, a za całe społeczeństwo uzbrojeni wolą i myślą. Poezji chcesz szukać po lasach, wodach, a nie rozumiesz, że ona w tobie jest — w twojej myśli. Woda, las — to było, ale myśl, nasza myśl jasna, ludzka, widząca, po raz pierwszy jest dopiero. Nigdy nie było woli niepodległej nikomu, nieznającej nic nad człowieka, niemającej nic prócz niego, niespodziewającej się niczego, jak tylko tego, czym on będzie. Taras, ty nie rozumiesz, że my jesteśmy potężniejsi od Argonautów611, od Kolumba, od Iliady, Tassa612, Kamoensa613, bo w nas jest jasna świadomość stwarzająca własne przeznaczenie. Ludzie-bogowie razem. Ty wiesz, że Narodną Wolę myśmy stworzyli, że ona to my, ale zarazem ty wiesz, że ona już jest coś poza nami, z nami nie ginie, wiesz, że ona jest niedosiężna. Dzieło twoje, a żyje jak bóg ponad narodem i idzie w głąb dusz i z ludzi czyni bogów. Zelman miał słuszność — jak księżyc jest, co rządzić będzie fal ludowych szumem. A ty się skarżysz, Taras. Ech, powiem ci, jak w Iliadzie Nestor614: Bohater to ty jesteś może, ale mówić nie umiesz.

Było to tak nieoczekiwane, że roześmieliśmy się wszyscy i Michajłow sam się śmiał, pokazując swoje śliczne, białe zęby. Zdążył on już zapomnieć o spotkaniu i rozmowie z Kirsanowem, oddychał znów powietrzem przyjaźni i wiary i czuł się szczęśliwy. Siedziałem na boku, milcząc. Michajłow spostrzegł to i widziałem, jak podszedł do Perowskiej. Sonia podeszła ku mnie.

Kto jej nie znał, nie uwierzy, że ona taka być umiała: wesoła jak dziecko, pełna dobroci i słodyczy. Nikt nie umiał tak, jak ona, być przyjacielem, nikt nie miał tych szczęśliwych natchnień serdecznych, jakie daje tylko przyjaźń bardzo szczera i bardzo żywa. Opowiada się całe legendy o jakiejś ginącej jakoby kobiecości. Ja po śmierci Oli czułem naokoło siebie nieustannie uprzedzającą, przewidującą dobroć siostrzaną. Sonia czuła, że są chwile, kiedy kobiecy, miękki głos, wyrozumiałe spojrzenie stają się koniecznie potrzebne. Czuła się zresztą bogata i szczęśliwa w tych czasach.

Siadła koło mnie i skierowała rozmowę, jak zawsze niezawodnym przeczuciem wiedziona. W sposób nieznaczny, niedostrzegalny otoczyła mnie atmosferą wspomnień, które nie mówiły nic o Oli, lecz rozpuszczały tę twardą skorupę skrzepłego bólu, jaka pokrywała serce. Z niezrównanym taktem słowa jej pozostawały na tej granicy, poza którą pamięć przeobraża się w ból. Wytwarza się w duszy nastrój jednocześnie obejmujący umarłych i żywych. Byli oni jednakowo obecni, różnica między zaginionymi i nami, wspominającymi, zatarła się: wszyscy żyliśmy jak gdyby wśród jakiegoś krajobrazu, który nie był ani obecnością życia, ani śmierci, ani krajem pożądania, które wyrywa się precz, ani krajem tęsknoty, rozłąki. Opowiadała, jak ocalał Cyprianow podczas rewizji w prowincjonalnym miasteczku.

— Widzieliśmy — mówiła Sonia — jak otacza policja dom, w którym on był. Z zamarłym sercem patrzyliśmy na nieuchronną zgubę. Miał on wtedy przy sobie ważne papiery, szyfry, klucze. Ani myśleć o ratunku; wtem widzimy, od domu pędzi jakiś człowiek w czerwonej koszuli, na harmonijce gra, komaryńskiego615 tańczy, o białym byczku śpiewa.

Oj, był, oj, poszeł,

Oj, komaryński mużyk.

„Cyprianow” — powiada Michajłow.

Nie śmieliśmy wierzyć oczom, a on pośrodku ulicy hołubce616 wywija z klasyczną ścisłością, wpada wreszcie pomiędzy nas i powiada:

„Muzyka nie spodobała się, powiedzieli: »Ruszaj won, przy rewizji przeszkadzasz«. Przy nich już nawet potańcować ani zagrać nie można”.

Widziało się, słuchając tego, uśmiechnięte oczy Cyprianowa, jego pogodną twarz. I znikała pamięć, że legł on w Moskwie, na ulicznym bruku, z czarną raną w głowie. Pamiętałem, jak znosił Oli bukiety w Odessie, jak pędził ulicą na swoim koniu naprzeciw prowadzącej ją straży w Twiery, bezpośrednio po ocaleniu z zanadrza wydobył pęczek świeżych konwalii. Marzyciel, który na trzy godziny przed śmiercią jeszcze Republikę617 Platona czytał, marzył o tym, kto napisze nową, nie nad brzegami Ilyssu618 wznoszącą się już, lecz obejmującą Atlantyk i Wielki Ocean. Trzy godziny jeszcze przed chwilą, gdy padł czaszką na twarde kamienie, świeciło w niej jeszcze złote słońce myśli.

Perowska z wolna, z wolna zbliżała się ku wspomnieniom coraz droższym, coraz bliższym, mówiła, jak poniósł z sobą do katorgi pierścień z włosów trzech sióstr spleciony Piotr Aleksiejew619 — „mnie, Olgę Lubatowicz i ją siostrami, nazywał” — mówiła.

I wydawało mi się, że ona jeszcze żyje tam, uśmiecha się, myśli teraz gdzieś we wspomnieniach Aleksiejewa, Myszkina.

Żelabow podszedł do nas.

— Dmochowski620 umarł — powiedział — i Hipolit Myszkin wygłosił nad jego trumną mowę pogrzebową. On, skuty, ogolony katorżnik, wśród cerkwi, gdzie szczękały łańcuchy i broń, nad trumną nieznanego sobie, umęczonego brata, i mówił: „Nie wierzcie, że on umarł, on nie śpi nawet — tamten, którego nie znam, lecz wiem, że cała jego wola, wszystkie jego myśli są tam i żyją w dziesiątkach, setkach piersi, w które on je przelał. Na próżno śpiewać mu tu pogrzebalne hymny: on żyje, nie przestaje żyć — z jego krwi, z krwi wszystkich nas wyrasta nowe życie, nowa przyszłość szczęścia i swobody”. Pijany pop mu odparł na to krótko: „Kłamiesz! Nie wyrośnie”, a Myszkin, wskazując popa, rzekł: „Za zgasłego raba bożego621, Eustafiusza, pomódlmy się, bracia, umarł bowiem i nie wstanie”. Pop zaklął, przeląkł się i zemknął, a Myszkin mowę dokończył. Czy jest co większego, bardziej podziwu godnego niż te egzekwie622, jakie sprawia nad trzymającym go w swych krwawych szponach caratem, w jakiejś zasypanej przez śnieg cerkiewce syberyjskiej katorżnik w gronie innych katorżników?

— Teraz masz słuszność, Taras — mówił Michajłow. — Teraz czujesz, jak powinieneś czuć ty. Tak, tu jest nienarodzona nigdy dotąd moc. Międzynarodówka i Narodna Wola staną obok siebie kiedyś. Kirsanow mówi, że my oderwaliśmy się od podłoża masowego ruchu. Niech mi Kirsanow da masy, a stworzymy mu międzynarodówkę. Teraz my na własnych ramionach i głowach dźwigamy sklepienie, aby masy mogły pod nim żyć, nie zginając karku.

— A co z Nieczajewem będzie? — zapytała Perowska.

— Do Nieczajewa idzie Miszuk — rzekł Żelabow.

Skinąłem głową. Gdy otrzymaliśmy z Petropawłowskiej Twierdzy krwią spisaną karteczkę Nieczajewa, w której żądał on porozumienia z nami i wskazywał drogę, prosiłem, aby mnie powierzono tę funkcję. Nie potrzebuję mówić, jak podziałał na nas ten głos z mogiły: pogrzebany w niej od lat dziesięciu bojownik mówił tym samym tonem płomiennej, niewygasłej, nieubłaganej nienawiści.

Myślałem o czasach, które upłynęły od tych dni. Byłem jak starzec, tyle już przeżyłem drogich głów. Istotnie, mieszali mi się żywi z umarłymi i w taki jak ten wieczór krążyła moja myśl nad cichą zatoką śmierci.

Michajłow miał kult umarłych, droga mu była każda pamiątka, każdy ślad pozostały po poległych towarzyszach. Teraz upominał on się od Wiery o jakąś fotografię Kwiatkowskiego.

— To jest szaleństwo — mówił Wołczok — jestem przekonana, że u fotografa byli szpiedzy, gdyśmy stali z Aleksandrem, czekając, fotograf czegoś w książce szukał, a nad jego głową żona jego czyniła nam taki znak — pokazała ręką na szyję. — I tam chcesz iść.

— Nie tam, ale do całkiem innego zakładu.

— To wszystko jedno — mówiła Wiera — mogli wydać rozporządzenie, aby aresztować każdego, kto przyjdzie z tymi fotografiami.

— Więc ma na próżno — z udanym spokojem mówił Michajłow — dopominać się pamięć o drogie rysy.

— Kto inny przynajmniej niech idzie — rzekła Perowska.

— Kogo innego wezmą, a mnie nie — powiedział Michajłow — zresztą pomyślę jeszcze.

Nie zwracaliśmy na przedmiot ten więcej uwagi. Kibalczyc zaczął jakiś długi spór z Sablinem i z wolna jego zamglone oczy rozjaśniły się.

— Jest kraj, w którym pomimo wszystko wszyscy jesteśmy solidarni i powiązani: myśl, tam jest ojczyzna człowieka. I przecież zrozumiejcie, że to jest właściwa ojczyzna — w ścisłym, dosłownym znaczeniu — myśl, poznając dziś, stwarza glebę dla przyszłych pokoleń, gdyż stwarza ich władzę nad światem. Każdy powinien mieć tam coś swego. Wszystko inne może być pomyłką. Cała Rosja może być pomyłką, Europa może być pomyłką, ale to, co tam jest, zostanie. Właściwie najpożyteczniejsze i najwydatniejsze jest to, co człowiek robi pośród gwiazd, to, co on tam wyorze, każda skiba, każda bruzda są wieczne.

— Tyś powinien wiersze pisać — rzekł Sablin.

Kibalczyc niezbyt dobrze rozumiał żarty i czuł się wobec nich skrępowany. I teraz obawiał się, czy nie ma w tym jakiejś ironii.

Sablin objął go:

— Ależ nie, ja szczerze. Tylko widziałem ciebie ze złotym pługiem wśród szafiru nieba i gwiazd, a to jest piękne.

— Michajłow, który dba o naszą mitologię, ma nową zdobycz:

I Kibalczyc w gwiazdy idzie ze swą sochą, złotem połyskującą i wśród gwiazd obrotów znaczącą swoje bruzdy, aby w nie swe ziarno rzuciła myśl, aby plon przetrwał niezliczone wieki, aż człowiek się wzniesie myślą znów w te strony i znajdzie ślad po niej — próbowała żartować i nagle spoważniała Perowska.

Michajłow mówił:

— Bylibyśmy biedniejsi o coś wielkiego, gdyby nie było pośród nas człowieka z myślą nadgwiezdną, cichą jak niebo. To jedno wspólne jest pomiędzy ludźmi, to daje niezachwiany grunt, czysta, niezwyciężona prawda dzisiaj i na wieki.

— Czy Aleksander Drugi patrzy kiedy w gwiazdy? — pytał Sablin półgłosem.

— Jeżeli tak — mówił Żelabow — to wyczyta w nich śmierć.

Kibalczyc przytwierdził poważnie:

— Ciężko żyć musi być człowiekowi pod grozą prawdy, ciężko żyć, kiedy nie zdoła on wejść nawet myślą w ciszę. — I ze spokojem rzekł: — Dla niego jest lepiej, iż umrze.

Dla Kibalczyca śmierć była znakiem matematycznym, czymś, co nie wstrzymywało jego myśli. Zakończywszy pracę rewolucyjną, każdego dnia oddawał się badaniom nad problemami kierownictwa balonów. I jedno nie przeszkadzało drugiemu, tylko gdy zaczynał mówić o życiu, stawał się zmęczony. Zauważyłem, że denerwują go, męczą wrażenia zbyt jaskrawe, niezharmonizowane. Nie lubił sporów i zamykał oczy, słuchając przeciwnika i myśląc o swoim. Kirsanow usiłował raz przytłoczyć go bogactwem swej erudycji623 i zabić ironią, a gdy skończył, Kibalczyc siedział jeszcze nieruchomo przez długą chwilę... Wreszcie otworzył oczy i rzekł: „Wybacz mi, ale zapomniałem, o co chciałeś spytać”.

Teraz spojrzał na nas swoimi otwierającymi się nagle oczyma i rzekł:

— To jest jednak ciekawe, czym jest przestrzeń poza głową ludzką.

— Michajłow wierzy w Boga — powiedział Żelabow.

Aleksander uśmiechnął się:

— Tak, bo jest zboże, praca, poezja grecka, Międzynarodówka i wy.

— A Żelabow myśli z gniewem — żartował Sablin — jak ten Bóg może istnieć.

— Nie — powiedział spokojnie Żelabow — myślę tylko, że trzeba znaleźć inne słowo. To, co jest, jest i musi być zależne ode mnie. Nie może być wypowiedziane ostatnie słowo.

— Chciałbym raz spojrzeć na świat oczami Łobaczewskiego, jego wewnętrznym wzrokiem — marzył Kibalczyc — jest rzecz straszliwa, jak ta wielka, obca, wszechpotężna rzecz nieustannie poza nami żyje.

— Za mało się kocha Kibalczyca, panowie — wołała Sonia — stanowczo za mało się kocha Kibalczyca. On sam nie wie, ona nie wie, nasza kochana Katarzyna — było to żartobliwe przezwisko Kibalczyca — jaki jest piękny. — Mówiła to wesołym głosem, ale w oczach miała łzy. — Żebyście wiedzieli — skończyła, obejmując nas wszystkich spojrzeniem — jak ja was kocham — i oczy jej spoczęły wreszcie na postaci Żelabowa.

I on poczuł na sobie ten wzrok i po jego ostrej, pięknej twarzy wodza przebiegł rumieniec. Żegnaliśmy się w ten wieczór cisi i spokojni. Na drugi dzień po południu szedłem się przebrać, by iść na wskazaną przez Nieczajewa schadzkę, gdy spotkała mnie Wiera, blada z sinymi wargami:

— Michajłowa w tej chwili wzięli u fotografa.

W tej chwili myślałem, że Ola stała się dla mnie jeszcze dalsza, jakby po raz drugi stracona; coś zimnego zatargało mi w sercu i szeptało: skończże prędzej, skończże raz i ty. A przed oczami przesunęła się twarz Aleksandra Michajłowa: jasna i poważna. Narodnaja Wola żyje przez was, dzieło ludzkie, a niedosiężna, nieprzemijająca, potężna jak bóg. Wytrwam, Dmitrycz — zaszeptało znużone, zziębłe serce. Wytrwają wszyscy. Narodnaja Wola — będzie żyła.

— Trzeba uprzedzić ludzi — powiedziałem do Wiery. — Ja na dziewiątą będę wolny.

Schadzka była naznaczona na szóstą — musiałem się spieszyć.

XV. Ora et sempre624

Nieczajew nie utracił w lochach więziennego osamotnienia demonicznej siły, dającej mu władzę nad duszami. Podczas rozprawy sądowej sędziowie nie usłyszeli od niego nic prócz okrzyku:

— Niewolnikiem waszego tyrana już nie jestem. Nie uznaję was za sąd.

Skazano go na ciężkie roboty, rząd pogrzebał go w Petropawłowskiej Twierdzy, w Aleksiejewskim rawelinie625. Tu zjawił się u niego naczelnik Trzeciego Wydziału, generał Potapow, przyrzekając złagodzenie kary za zeznania i wskazówki co do ruchu rewolucyjnego. Nieczajew odpowiedział policzkiem. Przykuto go łańcuchem do ściany. Nie zdołało jednak i to złamać siły jego ducha i charakteru. Przykuty do muru w celi podobnej do grobu, odcięty od świata, przekonał on żołnierzy, że jest przedstawicielem jakiejś tajemnej potęgi, że boją się go nawet skrępowanego i unieruchomionego. Pozwolił zręcznie, splatając urywane pół słowa, domyślać się, że jest on w porozumieniu z prawym626 cesarzem Rosji, wielkim księciem Konstantym Mikołajewiczem627, że Aleksander II nie miał prawa do tronu, urodził się bowiem wtedy jeszcze, kiedy ojciec jego, Mikołaj I, był wielkim księciem — nie cesarzem. Umiał on uderzyć w więzieniu w żywą w duszy rosyjskiego chłopa strunę oczekiwania, w tkwiące w niej podejrzenia, że musi być nieprawdziwy, podstawiony, jeżeli życie jest takie, jakie jest.

Co do osoby Konstantego krążyły jakieś niejasne legendy. Wiadomość o jego liberalizmie, o jakichś pseudokonstytucyjnych projektach, rola jaką odgrywała jego żona przy oswobodzeniu włościan — wszystko to przedostawało się w formie głuchych pogłosek do ludu. Murawjew po zamachu Karakozowa dokładał starań, aby podejrzenia skierować ku osobie księcia. A sam Konstanty? Konstanty Mikołajewicz był stylowym partnerem carskiego dramatu: liberał ten i Hamlet w ciągu tureckiej wojny628 brał udział w różnych malwersacjach dostawowych. Rosyjski Hamlet spekulował na głodzie żołnierzy.

Straż Nieczajewa wierzyła, że pilniej od innych strzeżony więzień musi być istotnie kimś potężnym i groźnym. Podtrzymywało ją w tym mniemaniu wyzywająco śmiałe zachowanie się Nieczajewa i ten dziwny strach, który bezwiednie powstaje w duszach słabych i niskich w zetknięciu ze skrępowaną chociażby siłą. Sam fakt, że on generałów po twarzy bił, był poważnym czynnikiem w ugruntowaniu i utrwalaniu się legendy.

W tym czasie Nieczajew tak już władał częścią garnizonu twierdzy, że szedłem oto na schadzkę z nim w towarzystwie żołnierza. Przeszliśmy zwodzony most. Wiatr zwiał śnieg z rzeki i leżała ona teraz jak czarny, matowy kamień. Było mroczno na podwórzu fortecy. Żołnierz wymawiał jakieś hasła, coś porozumiewawczo szeptał i otwierały się przed nami jedne za drugimi ciężkie wrota, kraty. Szliśmy sklepionym, wijącym się korytarzem; miałem wrażenie, że idę przez katakumby629 i myśl szukała już tej krypty, w której spocznę. Wreszcie otworzył mi żołnierz jakieś drzwi.

W celi paliła się zakopcona, licha lampka kuchenna. Łańcuchy zgrzytnęły, kiedym wszedł. Pod ścianą spostrzegłem przede wszystkim parę oczu błyszczących jak węgle. Nie poznałem Nieczajewa. Przede mną siedział szkielet o płonącym spojrzeniu. Gdy zaczął mówić, zabrzmiał ten głos jak wspomnienie, chociaż mówił teraz ochrypłym, zdławionym szeptem. Nie poznał i on mnie zrazu. Z ciężkim i głębokim wzruszeniem zbliżałem się ku niemu. Gdym podszedł, spostrzegłem niemal z przerażeniem, że twarz Nieczajewa kurczy się i drga, że wstrząsa nim wstrzymywane łkanie. Nie widziałem nigdy rzeczy tak strasznej, jak ten dławiony w tej płomiennej piersi płacz. Nogi zatrzęsły się pode mną i głos drżał. Przez ciężkie, duszące łzy wyszeptałem:

— Przyjacielu, po tylu, tylu latach.

Nieczajew podniósł rękę ku mojej twarzy i zaczął gładzić nią skronie i czoło pieszczotliwie, przesunął dłoń po moich włosach, położył ręce na ramionach i trzymając je na nich, patrzył mi w oczy niemym, głębokim spojrzeniem. Nie mogłem mówić. Głowa gięła mi się do jego stóp i kolan. Nie przewidywałem, że tak strasznie zdoła jeszcze cokolwiek bądź mną wstrząsnąć. Nieczajew chwycił moje dłonie i uścisnął. Ręce miał rozpalone.

— Wytrwałeś, szlachcicu — rzekł. — Powiedziano mi twoje nazwisko, że ty przyjdziesz. Ucieszyłem się. Tyle lat, tyle lat nie widziałem człowieka.

Bezładnie, gorączkowo mówiłem mu, co dzieje się u nas. Nieczajew słuchał i prostował się, rósł.

— A gdyby — mówił — tak. On przecież tu przychodzi na nabożeństwo, ja tu mam żołnierzy pięćdziesięciu, sześćdziesięciu. W imię cesarza Konstantego aresztować każę, w loch cisnę, ot, w ten sam loch, niechaj słucha, jak tu śpiewa Newa, a tam armaty na miasto, na Pałac Zimowy. A wy tam: niech żyje Republika!

Nie chciałem go drażnić, nie mówiłem mu nic o zasadniczych niemożliwościach planu; powiedziałem więc, że plan Komitetu Wykonawczego daje większe gwarancje powodzenia i że zresztą pragniemy, aby on stąd jak najprędzej wyszedł.

— Czy oni o mnie pamiętają, czy istotnie pamiętają? — mówił Nieczajew. — Czy tylko tak na kształt relikwii mieć mnie chcą?

Mówiłem mu, że dzisiaj się rozumie jego rozpacz, rozpacz człowieka, który zbudził się sam pod pokładem tonącego statku, skuty z ludźmi nierozumiejącymi jego mocy, lękającymi się kapitana i bicza nawet wtedy, gdy już szli na dno. Pytał o ludzi, charaktery, usposobienia. Żelabow był tu już u niego.

— To jest człowiek — mówił — orzeł. Żelabow może wszystko.

Czas mijał. Omawialiśmy jeszcze plan ucieczki. Nieczajew miał wyprowadzić wraz z sobą Szyrajewa i kogo da się jeszcze. Myślałem o Michajłowie.

— Nie mogę uwierzyć, że stąd wyjdę. Nie wiem nawet, czy potrafię tam, pod jasnym słońcem, myśleć — mówił Nieczajew. — Tu, w tych kamieniach, w długie noce skupiała się, hartowała dusza zrastała ze swymi kamieniami i łańcuchami. Wiosną i latem szumi tam za ścianą pod oknem czarna woda. Tu się myśli inaczej. Tu ja mam prawo do wszystkiego. W noce długie myślałem, że wyjdę stąd w jaki słoneczny dzień, miasto będzie płonąć, bić będą w dzwony, po ulicach będą grzmieć topory i kosy. Newą popłyną trupy carów i bojarów. A ja wyjdę, dzwoniąc łańcuchami i moją kamienną jak grób myślą. Wyprowadzą mnie, będę widział pożar, huk, tłum zbrojny, krwawą zemstę. I takem zżył się już z tym, że ja tu żyję pod ziemią jak trup, który ma wstać w dniu sądu i skutą ręką strącić z tronu cara. Wiesz, jak nazywano w Grecji te bóstwa mściwe, te z wężami koło głowy i rąk, co wstawały i żądały zemsty i krwi.

— Erynie — przypomniałem.

— Tak — powiedział.

Biały carze, jasny carze, słysz, jak wicher dmie — czego marszczysz groźnie czoło, nie odstraszysz mnie: pod twym tronem zakopany, czekam mściciel trup — aż nastanie moja chwila — nie odstraszysz mnie. Biały carze, jasny carze, słysz, tryśnie ognia słup, słyszę, płacze w sercu trwoga: carze, lękasz się. Podziemiami krew płynie, łańcuchy brzęczą w myśli twojej, skute szeregi trupów, noc się zrywa, my wstaniem, mściciele, łańcuchami ciebie przygnieciem.

Ty nie wiesz, Miszuk, co to jest chęć pomsty, ile razy ja tu siedzę: myśli się w sobie skupią, rozpalą. Siedzę i słyszę jęk.

I nagle z sąsiedniej celi rozległ się straszliwy jęk zwierzęcy, bolesny, pełen strachu.

— Wariat — rzekł Nieczajew — trzeci rok słucham go tu. Pisałem do cara krwią własną, jak do was. List nie doszedł. Pisałem, aby szalonego wzięli. Ach, zemsty! zemsty! Serce się ścina, marzy. Budzę się w nocy i czuję w ręku nóż. Słyszę, jak miasto się burzy, płonie ogniami, w dzwony bije. Jak oni mogą tak żyć? Oni, ci i spokojni, syci niewolnicy. Żyć i śmiać się, jak mogą?... Żyją, kochają, płodzą, jasne myśli snują i żyją. A każda chwila płynie krwią. Siedzę tu i myślę: bij serce, bij serce, jak śmiertelny zegar znacz godziny, niech nadejdzie chwila swobody i odwetu. Zdaje mi się zawsze, że ja muszę jeszcze czegoś dożyć, zobaczyć muszę coś. Niepodobieństwo, abym ja tu tak umarł z zemstą w sercu niezaspokojoną, ja bym jeszcze w grobie się wił i palce gryzł. Daj mi rękę — powiedział w końcu — daj mi słowo, że tak jest.

— Co? — spytałem.

— Że on nie ujdzie.

Ścisnąłem mu rękę:

— Żelabow obliczył wszelkie szanse. Zdaje się, że niepodobna, aby uszedł.

Nieczajew milczał i nagle ciężko podniósł rękę skutą, przycisnął mnie do piersi.

— Za wszystko, za wszystko to — niech wam nie zadrży ręka, niech ja już tu zginę — niech to wiem. Ten dzień mi tylko dajcie.

Wariat za ścianą łkał, ryczał na głos:

Hospody pomiłuj, hospody pomiłuj raba Aleksieja630.

— Za cesarzewicza Aleksieja631 się uważa — rzekł Nieczajew. — Tu kamienie wszystkie krwią płaczą. W tej celi siedział Rylejew632, potem Polak jakiś — to napis polski — przeczytasz może tu w kącie, koło okna, nade mną...

Wyryte były litery:

„Umiera tu szlachcic polski, co oddał krew, życie, a w grobie dopiero poznał, że ojczyzna to nie może być krzywda milionów. Pokoleniom, które przejdą, przekazuje chłopa polskiego i zemstę. Odrodzenie ludowe przez swobodę. Umieram sam, sczeznę na wieki, bo Bóg jest kłamstwem i na mogile prawdy chwałę swoją śpiewa. Krwawe ręce obalą ołtarze i trony. Polaku, jeśli będziesz tu, nie bądź szlachcicem. Nazwiska nie kładę, bo chcę umrzeć jako to, czym jestem: nagi nędzarz w obliczu śmierci i wieczystej krzywdy.

W roku 1865”.

Przeczytałem i przetłumaczyłem.

— Kości, kości, gdyby wstały — rzekł Nieczajew. — Jak bym umrzeć chciał w ten dzień, kiedy on padnie. Cicho patrząc w słońce, sam, gdziekolwiek bądź...

Trzeba było już iść. Jeszcze raz uścisnął mnie, poczułem, jak spływają łzy i po mojej twarzy. Przycisnąłem jego rękę do ust. Spojrzał na mnie dziwnym, niewypowiedzianym wzrokiem.

— Miszuk, co ty, Miszuk? — kończył szeptem: — Jeżeli możesz, wspominaj mnie czasem, ot, tak jak w tej chwili, z przyjaźnią... I ja byłem człowiekiem, Miszuk, nim stał się ze mnie upiór...

— Zobaczymy się — rzekłem — tu i tam.

Nieczajew wstrząsnął głową.

— O tym, coś przyrzekł, nie zapomnijcie. Wyście mi winni jego śmierć. Więcej nic.

Wyszedłem. Przez korytarze gnał mnie śmiech i krzyk wariata. Słyszałem głuche hasła, chrzęst zawiasów. Znalazłem się na mieście jak człowiek, który wraca spoza życia.