XVI. Orcio
Czy rozumiecie, dlaczego Orcio633, jedyny czysty duch ginącego świata w Nie-Boskiej Krasińskiego, jest ślepy? Bo w ginącym, przesilającym się świecie niewinnym się czuć można, tylko nie widząc. Człowiek nie może być widzem, on czuje się twórcą i bierze udział swym sumieniem w rozgrywających się przed nim losach ludzkich. Ci, którzy stali na uboczu w tym czasie, dość jednak blisko, aby rozumieć i widzieć — straszne przeżywali próby.
Mefistofeliczna maska, poza którą ukrywały się męskie serce i promienny umysł Szełgunowa634, odbijała wiernie męki i nadzieje najlepszych członków społeczeństwa. Uspieński przechorowywał każde nowe aresztowanie. Cała głębia bólu, przebytego przez niego w milczeniu, wybuchła dopiero wtedy, gdy choroba stargała arkan635 woli. O sobie Uspieński zaczął mówić, dopiero utraciwszy równowagę władz psychicznych. I choroba jego była piękna jak romantyczny poemat. Dusza jego rozszczepiła się na dwie walczące ze sobą jaźnie. Był on Gleb, jasny duch, sprzymierzeniec wszystkich świetlanych sił kierowanych przez rozum — i był Iwanycz, obcy i jednocześnie przez jakiś fatalizm skuty, zesczepiony razem z Glebem, niszczący wszelkie jego wysiłki, kalający same myśli jego, przedstawiciel „świńskiego pierwiastku”.
Myśl poety przez całe życie nie pozwalała sobie na zbytek zwrócenia się ku sobie, szukania siebie. Ona swoim rozranionym, zbolałym jestestwem mierzyła, wyczuwała grozę istnienia milionów. Któżeś ty jest, jasna myśli, abyś śmiała o sobie mówić? Oto zstępujemy tam, gdzie nie ma gwiazd ani słońca przyszłości, tam gdzie jest życie ciemne, codzienne: popróbuj czuć tu, poznawaj, rozumuj, zgłębiaj.
Uspieński całe życie niósł krwawą służbę. Poezja była dla niego istotnie widzeniem życia — życiem, które samo siebie widzi. Darowywał on siłę wzroku najmroczniejszym, myśl jego zstępowała w najbardziej skołatane, bezsilne głowy, wyrazić umiejące swą niedolę i niemoc zaledwie urywkowym bełkotaniem, pozbawionymi związku słowami. Nie oglądał się wcale na to, co sam on czuje przy tym, i miarę przebytych cierpień poznał dopiero w ostatecznym rozstroju.
Nie rozumiem, kiedy myślę o życiu dziś, jak może ono wytwarzać poetów, jak mogą oni znosić widok życia. To piekło może trwać jedynie w ciemności i głuszy. Kto zdoła znieść nieustanny trzask kości, śmiertelne jęki serc konających, krzyk myśli zalewanej przez czarne wody zguby? Pomyśleć, że mówił o sobie „ja” każdy z tych ginących, ożywić znowu myślą czyngis-chanową piramidę czaszek, zrozumieć, że zdrowie, spokój, szczęście są wyjątkiem i że my bierzemy udział w tym nieustannym mordowaniu ludzi, i znosić to wszystko jest niepodobieństwem. Ludzie mieszkający w młynach nie słyszą podobno wreszcie wcale — turkotu i huku jego kół. I my nie słyszymy druzgotania nieustannego istnień, chlupotu krwi, przelewającej się poprzez szprychy i koła. Szalonym pędem mknie pojazd szczęśliwych, rozumnych, otaczają ich tumany kurzu, nie widzą, nie słyszą nic. Nie widzą krwawych bruzd, jakie zostawia za sobą ich pościg, nie słyszą krzyku rozpaczy i straszniejszego niż wszystkie jęki — milczenia, które rozpościera się, gdy serce ludzkie oswoi się z beznadziejnością. Jęk niedoli nie może być tak straszny, jak milczenie ginących.
Widziałem wieś zamęczoną przez głód. Jechałem pomiędzy dwoma szeregami chat. Od czasu do czasu wychylała się jakaś sczerniała głowa o szklistych oczach. Najczęściej nie wyciągano nawet ręki, nie żebrano. Trwało to już długo. Legło na duszach jakieś oschłe szaleństwo. Na rogu uliczki stał człowiek bosy, z gołą głową, choć ją paliło słońce, na szyi miał łańcuch, z końców którego zwisały dwa żelazne ciężary. Ubrany był w jakąś świtę636, otwartą na piersi, widać było, że spod kolczastego pasa, który ściśnięty miał na biodrach, ściekała krew. Podałem mu jakiś pieniądz. Spojrzał na mnie, rzucił pieniądz na ziemię. Po chwili zaczął go zagrzebywać nogą i laską o żelaznym okuciu.
— Co robisz? — spytałem.
— Zaorać trzeba złe. Pieniądz złe, chleb złe. Co pozwala żyć, złe. Czekam tu drugi dzień i co wieczór idę przez wieś, i wołam wielkim głosem: Posłała mnie Najświętsza Trójca. Bóg wtedy zmarł na kamiennej górze. I człowiek nie powinien żyć. Trzeba wsie spalić, siebie spalić, ogień uderzy w niebo, spali gwiazdy.
Był wtedy ulgą dla mnie ten obłąkany po trupim milczeniu chat. Trupy w nich dopiero miały być jutro, pojutrze, a już można było zrozumieć, jak straszne jest, że taka olbrzymia, przytłaczająca większość przyjmuje życie i milczy. Jak może znieść to poeta? On, który widzi i słyszy sercem. Czy jest doprawdy rzeczą pewną, że istnieli kiedykolwiek poeci; myślę, że najwięksi z nich milkli, zanim zdołali wyrzec słowo. Człowiek jest jeszcze dziś zbyt nieszczęśliwą istotą, aby mógł być na wskroś myślą.
— Myśmy otworzyli wtedy przed wzrokiem społeczeństwa rosyjskiego piekło ziemi. Myśl musiała ujrzeć, jak ludzie giną, walcząc z krzywdą, w której każdy bierze udział.
Tołstoj637 nie mógł znieść tego widoku i złamał się: nie należy walczyć ze złem. Narodowolcy nazbyt silnie ciążyli na ludzkim sumieniu: oni winni, dlaczego piszą krwią własną płomienne oskarżenie, wezwania, wobec których drżą trwożliwe dusze. Nie walczyć ze złem, bo wy nie zmożecie potwora — a my nie możemy już dłużej patrzeć na waszą zgubę.
Europa do dziś dnia uważa Tołstoja za jakiś szczyt rosyjskiej myśli moralnej. Nie zna się Czernyszewskiego, milczy o Michajłowskim, milczy o Żelabowie, Perowskiej, Myszkinie, Łopatinie, o setkach i tysiącach innych. Tołstoj! Tołstoj! Tak się pisze historia.
W tym zaś czasie tak nieustannie wyrywano kogoś z naszych szeregów, miasto tak było pełne strasznych wieści, że niepodobieństwem638 było nie widzieć życia w całej jego grozie. Wszystkie pojęcia ludzkie zostały wystawione na próbę. W tym czasie trudno było przeprowadzić granice, gdzie kończy się bierność, a gdzie zaczyna się wspólnictwo z przelewającą najszlachetniejszą krew ludzką, depczącą myśl, sumienie i prawo — siłą. Trzeba było dużej naiwności, ślepoty lub obłudy, aby mówić o wartości moralnej, moralnych podstawach ładu, trzymającego się tylko szubienicami. Za co ginęli ci ludzie? Społeczeństwo znało ich myśli, wiedziało, że nie zdoła ich odeprzeć, wiedziało, że nie może im przeciwstawić żadnych innych, czuło się ono samo zniewolone wewnętrznie widzieć, uznawać ich prawdę. Czuło, że głos, który rozlega się w milczeniu niewoli i trwogi, woła jak sumienie własne. I jednocześnie wiedziało, że nie może, nie zdoła nic innego dać tej uznawanej prawdzie prócz więzienia i szubienicy.
Nowoczesne społeczeństwa dlatego wytwarzają w sobie atmosferę tak przeraźliwie zgniłą, iż niepodobna w niej żyć, nie wątpiąc o człowieku, że są nieustannym judaszowym zaprzedaniem. Wiedzą ludzie dobrze, że niegodni są istnienia, wiedzą, że życie, jakie stwarzają, to ciężki koszmar bez godności i szczęścia, i jednocześnie nie są w stanie wyzwolić się spod jego władzy. Własna niemoc, o wzgardę dopominająca się nicość — ciążą jako przeznaczenie. I jednocześnie coraz jawniejszą jest rzeczą, że ten świat, którego nikt nie szanuje, nikt nie czci, do którego nikt nie jest przywiązany, trzyma się tylko na sile i przemocy. Myśl jasna i sumienna czuła grożące tu niebezpieczeństwo, groźba — to nieprzyjaciel. A jednocześnie nie ma już wiary w ochraniany, utrzymywany za cenę krwi porządek.
W inteligentnych domach petersburskich tego czasu widziało się wtedy śmierdzącą obłudę. Ludzie jakby uniewinniali się przed sobą wzajemnie, wzajemnie usiłowali sobie dowieść, że mają rację, że trzyma ich w obrębie sytej niewoli nie tchórzostwo i słabość, lecz poczucie zasad. Chodzili, nadymając się przed sobą, ci Sieyèsowie639 petersburscy, mający za jedyną odpowiedź: j’ai vecu640. I dowieść usiłowali sobie, że mają prawo ochraniać, ocalać to swoje jedyne życie. Trzeba przecież było być po którejś stronie. Oni czekali. Czekali, chociaż wiedzieli, że to sumienie ich własne, dusza ich własna walczy, ginie za nich, chcąc wydrzeć ich hańbie i niewoli. Czekali, aż zwycięży. Tak zakłamał się nowoczesny człowiek, że swobodę nawet własną osiągnąć może jedynie kosztem zdrady.
Widzieliśmy to jasno, widzieliśmy, że liberalna opinia, która potajemnie usiłuje wmówić w siebie, że to ona tryumfuje, gdy przemoc drży pod naszymi ciosami, szczuć nas będzie, ujadać za nami jak sfora psów, że ciała nasze będzie szarpać mściwym zębem hańby, pozostawionej już na wieki z samą sobą. Lokaje własnego tchórzostwa przesłaniali swoją nędzę sami przed sobą całymi bastionami rozumowań. Moralność, nienawiść gwałtu, w jakiejkolwiek bądź formie występuje on — wszystko to służyć miało za usprawiedliwienie. Jak gdyby tu jeszcze mogło być coś do ocalenia.
Nowoczesna ludzkość kulturalna powinna pamiętać, że żyje na podstawie prawa, które jest nieustannym morderstwem, na olbrzymiej większości wykonywanym. Póki żyjemy w takich warunkach prawnych, że istnienie kulturalnej mniejszości możliwe jest tylko na podstawie nędzy, ciemnoty, śmierci i zguby mas, wszelkie frazesy etyczne, wszelkie deklaracje o współczuciu spływać będą jak woda, która nie jest w stanie zmyć tej krwi, jaką pisane są kodeksy. Prawo istniejące jest naszym istotnym czynem, a prawo to jest mordem. Palcem nie ruszając, nic nie czyniąc, żyjąc tylko w obrębie istniejących stosunków, przelewamy nieustannie, nieustannie wdeptujemy w ziemię krew ludzką.
Było nam tak trudno spotykać się, że musiałem być w tym czasie na balu, prawdziwym świetnym balu, z frakami, balowymi kostiumami, aby zobaczyć się z Wierą Kochanowicz. Przyszedłem późno, chcąc zabawić tu jak najkrócej. Stałem oparty o jakąś kolumnę, doznawałem zawrotu głowy, usiłując objąć wszystkie cisnące się w myśli i sercu przeciwieństwa. Śmiech tu był i wesołość. Piękne, smukłe postacie kobiece omijały mnie w wirze tańca. Muzyka tylko tu rządziła. Nic prócz rozśpiewanej duszy. Ona wprawiała w ruch te piękne ramiona, jej rytmem pulsowały serca. Co chwila wzrok mój spotykał w tłumie czyjeś spojrzenie. Oczy były roziskrzone radością, szczęściem, nie chciało się wierzyć, że jest możliwe, że istnieje ten świat, który może i śmie się bawić, podczas gdy podziemiami płynie krew. Myślałem, jak patrzyłby Nieczajew ze swego podziemia na to święto szczęścia i radości.
Błądząc po sali, napotkałem parę oczu wpatrzonych w tańczących z takim wyrazem przerażenia i bólu, że mimo woli zatrzymałem na nich spojrzenie. Spojrzenia nasze spotkały się, coś jakby pytanie przemknęło w bolesnych oczach, blada twarz nagle uśmiechnęła się — poznałem ją teraz. Był to poeta Wołzski, poznałem go gdzieś na jakiejś wieczorynce literackiej. Lubiłem niezmiernie jego utwory: smutne jak muzyka słuchana przez umierającego i jak śmierć wśród kwiatów i słońca lub z pamięcią o nich w szpitalu. Czuło się w nim duszę znękaną i zbolałą, kaleczoną przez wszystko, spragnioną światła i szczęścia, których nie znała nigdy. Wołzski podszedł do mnie, spostrzegłem, że ma twarz bledszą niż zwykle, wargi spieczone. Usiedliśmy w jakimś kątku.
— Co to jest? — pytał Wołzski, wskazując wzrokiem salę. — Zrozumieć trudno. Wiem, że to jest codzienne i powszednie, że dziwić się temu nie wypada, nie można — ale co to jest? Jak to zrozumieć i pojąć? Hamlet dziwił się matki weselu na dworze w Elsynorze641. My się nie dziwimy nawet z kielichem w ręku, w kwiatach, przy dźwięku muzyki, brodzimy w krwi i nikt nie widzi, nikt nie czuje, że to, co się dzieje — jest straszne. Wie pan — mówił — wczoraj byłem u Loris-Melikowa642, właściwie dziś nad ranem, ale przechodziłem przed jego domem prawie całą noc. Myślałem, że znajdę słowa, że przecież znajdę jakiś ton, że on poczuje, zrozumie. Mirski643 — skazany na śmierć. Myślałem, że mu powiem, co to jest śmierć człowieka. Chodziłem i myślałem, co to jest śmierć człowieka. To jest nieprawdopodobne. Wszystko gaśnie, ginie. Wszystko to słoneczne, barwne, pachnące, kwiaty, pocałunki, szczęście, morze, zieleń, ginie — nagle nic. Świat był, świat runął nagle w nicość. Co to jest, jak to może być? Jak może być to, aby człowiek obmyślił śmierć człowieka, ja nie rozumiem, nie rozumiem nic. Jakieś nieporozumienie jest we wszystkim. I ktoś przecie musi dać początek. Ktoś musi wskrzesić dobroć. Myślałem, że powiem mu coś niezwykłego, i czułem to. Nie powiedziałem nic. Był bardzo uprzejmy, chłodny i spokojny, jak gdyby rozumiał i nie dziwił się niczemu. Co może być tak silne, że zrywa wszystkie węzły pomiędzy ludźmi? I czy w nas, czy teraz istnieje jakiś związek, istnieje jaka wspólność? A najstraszniejsze, że tak się ludzie spychają wzajemnie w śmierć, nie widząc i nie wiedząc, jak gdyby nie rozumiejąc, że to na zawsze, że to naprawdę. Myślę, myślę i czasami wydaje mi się, że to ja tylko nie zrozumiałem czegoś — ot, zostałem z jakimiś dziecinnymi, sielankowymi mrzonkami, a życie — to właśnie to: zabijać, zabijać, zabijać. I czy nie? Czy my nie zabijamy i samych siebie? Cóż jest praca, gorączka twórcza, wszystko? Nieustanne samobójstwo. A więc tak trzeba. Coś dziwnego gna nas, my myślimy, że należymy do siebie, a nad nami świszcze bat, ktoś pędzi, gna przez śnieżne pola wśród nocy. Więc życie — to nigdy nie jest moje życie, zdaje mi się tylko, że ja jestem. A jest coś, co mi je odbiera, mnie i każdemu. I co to jest? Ja patrzyłem w oczy tamtego człowieka, który śmie wymówić słowo śmierć, i szukałem odpowiedzi. On ma tylko odwagę zabijać. Skąd ma ją on, skąd ma męstwo człowiek, aby zabijać innego, i tak chłodno, spokojnie, bez niebezpieczeństwa dla siebie zabijać?
Któż jest winien ostatecznie?
Wszyscy. My wszyscy, trzymający w ręku władzę, prawo, naukę, myśl ludzkości i nie umiejący wytworzyć z tego nic prócz nędzy. My wszyscy jesteśmy winni, dlatego nie mamy prawa się usuwać i wybierać dróg, które nam dogadzają. Trzeba iść, gdzie każe prawda i choćby przez ich i naszą śmierć.
A potem? — pytał Wołzski. — Powstaną nowe pokolenia, nowe walki. Ludzie będą ginęli w krwawym mroku, póki nie zdołają go przemóc. To trudno określić — a tak jest. Nie wolno się uchylać od spełnienia swojego czynu. Swojego właśnie. Będą szczęśliwe pokolenia, którym da historia czyny jaśniejsze, czyny szczęścia i światła, niezamroczone przez niczyją krew. Ale to będzie ich czyn. My tu stoimy i musimy przeżyć siebie, własną duszę, myśl. Jeżeli nie można przeżyć myśli swej, nie wołając, nie ściągając śmierci na ziemię — takie jest już położenie historyczne. Historia nie ceni człowieka. Gubi go i w nicość spycha dla niczego. Śmierć nie stanowi dla niej przerwy ani przeszkody. Nie dostrzega ona jej nawet. Większość ludzi ginie, nie wiedząc po co. Dlaczego na przykład umierają i umierają w tej chwili ci wszyscy tańczący, weselący się ludzie. Przecież ona nie wróci, ta na wieki zatracona obecna chwila ich niepowracającego życia. I tak, jedną za drugą, stracą oni wszystkie chwile, godziny, dnie, całe życie. Umierają i giną na wieki nie wiedząc, po co żyli. Świece płonęły na wichrze, świece wiatr strawił. Spłonęły i wiatr dmie te same puste, niezrozumiałe skargi, płacze, przekleństwa. Śmierć nie jest straszna; śmierć bezpłodna, śmierć nie tworząca nic prócz nowej warstwy, nowego pokładu martwego kamienia i mroku grzebiącego żywe społeczeństwo, to jest jedyna groza. My tu w tej chwili siedzimy i w ten lub inny sposób wpływamy na życie ludzi, których nie znamy, przyczyniamy się do tego, że ich życie przeminie marne, puste, bez treści, oni przezywani są przez nas i przezywają nas, i gdzie winowajca? Coś nieznanego trawi żywoty ludzkie i pozostaje wiecznie nieme jak wicher nad czarną, zwęgloną pustynią. I to coś, ten los, my wszyscy tworzymy, on nie jest niezależny od nas. Nieustannie każdy zabija siebie i jest zabijany. Nieustannie. I to przecież jest historia. Trzymamy miliony w ciemnocie, aby na ich nędzy, jak na mierzwie, wybudować myśl. Myśl dojrzała dopomina się o władzę, chce żyć, wskazują jej, że żyć nie może, bo miliony są ciemne. Ona zabiła ich życie, one teraz zabijają ją samą swym ciężarem.
Rozumiałem, o co chodzi Wołzskiemu. Szukał on tej samej odpowiedzi u mnie, jakiej nie znalazł u Loris-Melikowa. Przypomniał mi się stryj Seweryn i to, co mówił on o strasznym położeniu człowieka, który nie jest w stanie na swym stanowisku, jakie zajmuje, postępować po ludzku. Przypomniało mi się także to, co mówił on, że obecnie wszyscy dążą do zakreślenia takich granic, poza którymi wolno im już przestać liczyć się z człowiekiem i obowiązkiem. Dla jednych wolno nie być człowiekiem wobec zbrodniarza i w złodzieju lub w zabójcy nie widzieć już człowieka, dla innych obowiązkiem się stało przestawać czuć po ludzku, gdy idzie o cesarza rosyjskiego. Gdzieś zawsze kończy się wspólnota w myśli i dążeniu. Rozum bankrutuje, pozostaje, jako ostatnia racja, chłodna, nieprzemożona logika topora. A jednocześnie czułem, że nie mógłbym się zatrzymać na żadnym stanowisku tego rodzaju, że pogardzałbym sobą wewnętrznie, gdybym dziś zeszedł z zajmowanego posterunku. Było więc we mnie jakieś prawo. Myśl usiłowała je ująć. Wymykało się jej zawsze coś ostatniego, jak światło księżyca na czarnej, drżącej powierzchni wody. Męczyło mnie to w tej chwili. Muzyka grała, otaczała nas wrzawa, ciężki, odurzający zapach tłumu, krzyżowały się ponad naszymi głowami uśmiechy i spojrzenia. Ja czułem na sobie rozpalony wzrok Wołzskiego i myślałem, że muszę przecież coś odpowiedzieć temu sercu uciskanemu przez świętą bojaźń o przyszłość, o czystość, o prawdę wewnętrzną człowieka. Mówiłem ciężko i z trudem:
— Są położenia, gdy wina jest wszędzie. Rozłożyła się na wszystkie głowy, ciąży na wszystkich ramionach, gdy żywi czują, że nie wydołają, że nie są w stanie zrozumieć, gdzie jest źródło krzywdy. Czują, że muszą dźwignąć, a nie mogą, że prawda wyszła już poza nich, że przeszkadzają jej ziszczeniu, że wymyka się im ona wtedy...
— Wtedy? — spytał Wołzski.
— Wtedy trzeba, aby zginęli wszyscy. Trzeba, aby nie lękali się zginąć. Nie wiem, wydaje mi się, że nie wolno usuwać się. Znika różnica między tym, kto daje i bierze śmierć. Znika różnica pomiędzy ręką, która uderza, i sercem, w które godzi kindżał644.
— Nie rozumiem — rzekł Wołzski — cóż może śmierć?
— Nie przez siebie samą. Ale jest tak. Woła straszliwym głosem krzywda, woła cała krwawiąca olbrzymia masa ludzka: ocal mnie. I czuje się to i widzi. I nie może się dźwignąć. Wciąż się jest przeszkodą. Nie wolno żyć, depcząc po krwi. Już nie wolno rozumować, a raczej — nie pomoże. Niepodobna myśleć o czystym, swobodnym, nieobryzganym krwią życiu. Orestes645 nie wybierał losu. A to nawet nie to. Bo to nie zemsta. Biada tym, co żyją, a nie umieją stworzyć prawa. Muszą zginąć. Pod oknami tego domu stoją karety i czekają stangreci, lokaje na mrozie. I przemija tak niepowrotnie ich życie. Czekają, aż tu się skończą bawić, i nieustannie zbliża się do nich śmierć, która ich strąci w nicość. Czas ich ginie na wieki i nic nie pozostanie: ot, spada po prostu mętna i zimna fala w pustkę. Tu muzyka i taniec. Przed czym uciekają ci ludzie, co gonią, czas ich ściga, widmo ślepe i wystygłe. Zdaje im się, że już uszli, wyrwali mu się. Własnego życia tylko kilka godzin znów samym sobie wydarli, strącili w jałową pustkę. Muzyka gra, a właściwie tu i tam to jedno, dmie śmierć, wieje wicher, porywa zmarzłe listowie.
— Czy pan wierzy — mówił powoli Wołzski — że ludzie zawładną losem, że uczynią celowym stwarzaniem to nieustanne umieranie, uczynią śmierć życiem, że będzie ona posłuszna ich woli i wywodzić będzie z mrącej piersi tylko ich myśl, ich duszę? Czy pan wierzy, że czas będzie miał serce i sumienie?
Z rozpaczliwą wiarą, która mnie przywaliła jak kamień w pamiętną noc nad trupem Adasia, z wiarą, która stoi już jakby na mogile, na drżącym sercu, odpowiedziałem:
— Tak.
I padło to słowo tak dziwnie w tej chwili, jakby zawierało w sobie nieskończenie wiele myśli niedopowiedzianych.
— Ja nie mogę, nie mogę uwierzyć myślą — mówił Wołzski — muszę widzieć myśl. Muszę mieć tę chwilę w sercu. O Boże, czy nigdy, czy człowiek nigdy nie będzie swój własny? Dobrze pan powiedział, kradnie coś nieustannie człowiekowi człowieka. Mam wrażenie, żem się zaplątał w jakiś obcy sen, z którego się nie mogę przebudzić. Czuję, że się muszę przebudzić, muszę poznać prawdę jasnym, trzeźwym wzrokiem, ująć życie. A snują się obce, obmierzłe obrazy. I tak przeminę w tym cudzym, potwornym śnie. My nic nie znamy, same kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Myślę, że ja właśnie jeden winien, że powinienem krzyknąć z głębi serca i zbudzić wszystkich, bluznąć im wszystkim krwią w oczy, aby stanęli. Ach, ta muzyka.
Śmierć gra.
Kwiaty pachną, oczy się skrzą.
Nad miastem palą się gwiazdy. Tańczą piękne pary. Młodzi, rycerscy panowie szepcą słowa tajemne jak las.
Kwiaty pachną; jak gwiazdy skrzą się oczy. Błyszczą na umarłym niebie. I wy, i oni — umarli. Wstrzymał się, zastygł już czas. Czarna rzeka zacięła się w kamień. Cała ziemia leci w słońce jak głaz.
Jak głaz spadnie roztańczona ziemia; kiedy wstrzyma się, zastygnie już czas.
Muzyka gra, krążą piękne pary: na sali, na niebie jest śmierć.
Kwiaty, kwiaty się sypią, sypią się myśli i dnie. Ludzie więdną, zapachem się cieszą chwil, co się sypią jak płatki. Jak listki pachnące, tak dzwonią chwil otrząśniętych wspomnienia.
Lecz coś połyskuje na dnie,
Co na dnie jest szczęścia pamięci?
Czarna rzeka świeci martwo, gwiazdy patrzą groźnie jak śmierć.
Krążą, krążą, życie nasze mierzą,
Naszych serc piją życie — krew,
Krążą, krążą obce i nieznane.
Nasze życie tak krąży nad nami,
Niedosiężne i obce jak śmierć.
Jak księżyc, który się przegląda w rzece
Czarnej, zamarzłej jak głaz;
Nasze życie patrzy na nas z dali,
Patrzy, rychłoli646 zagasi nas czas.
Śmierć gra.
Tańczcie, piękne panie!
Zimne gwiazdy krążą nad nami —
Policzone są już nasze dnie —
Los nasz leży jak zamarzła rzeka,
Śmierć się patrzy i na nic nie czeka:
— Nie powiemy jej, przechodząc, nic.
Ona stoi i czeka na hasło.
Czeka, czyli647 jej nie powie kto,
Że złamane jest wieczne milczenie,
Że nie rządzi gwiazd zmarłych krążenie
Żywych ludzi pulsującą krwią.
Stoi na stronie i czeka.
Życie ludzkie jak piasek przecieka,
Szumi los, jak jesienią rzeka,
Nim zamarznie.
Leży martwa jak szkło.
Szklane gwiazdy śmieją się w górze,
Nic nie zmieni się w życia naturze.
Wciąż jednaki człowieka jest los.
Życie krąży nad nami jak gwiazda
Niedosiężna, obca, daleka.
Los przemija, zamarza jak rzeka,
Gwiazdy patrzą zimne i kamienne —
Wciąż jest obce, wciąż jest bezimienne
Gwiazd i losu nad nami krążenie —
Piękne panie, przeminiecie jak cienie.
Gwiazdy krążą i milczą nad zamkiem,
Biedny człowiek tam mieszka i rządzi —
Życie jego jak gwiazda umarła
Patrzy z dala:
Śmierć u wrót już czeka,
U wrót śmierć czeka na hasło,
Że gwiazd chłodnych krążenie zagasło,
Że zmieniło się wieczne milczenie,
Że brzmi głos
I słuchają kamienie
Własnej mowy żywego człowieka.
— Biedny człowiek pod gwiazdami rządzi,
Że wolę ma i czyn — śni,
Duszą się łamie, że błądzi,
Duszę ubroczył we krwi.
Śmierć na próżno czeka na hasło,
Gwiazdy milczą
Nad głową człowieka.
Jego życie jak fala przecieka,
Będzie leżeć martwa i kamienna,
Nad nią pustka
Wieczna i niezmienna.
Gwiazdy krążą nad nami jak straże,
One tylko, one tylko mocarze,
Krew się leje, leje jak rzeka,
Gwiazdy krążą nad zamkiem człowieka.
Życia ludzkie płyną jak rzeka
— Próżno wstrzymać ją pragniesz, żeglarzu,
Pod wiosłami fala przecieka.
Słońce krąży obce jak kamień,
Jak kamienna, zamarznięta rzeka,
Obce życie —
Gwiazdy będą z niebiosów patrzyły
W czarny los —
Los zamarzły człowieka,
Który leży umarły jak kamień
— A że rządził —
Sny mu się śniły,
A że błądził —
To było marzenie.
Bezimienne jak gwiazd zmarzłych krążenie,
Bezimienne i wiecznie dalekie.
Życie nasze przepływa nad nami —
Śmierć otula zamek skrzydłami.
Gwiazdy krążą w oddali i szydzą,
Własnych losów tancerze nie widzą —
Z serc ich własnych płynie muzyka,
Życie chwilom się pustym wymyka —
Kwiat się sypie,
Opada wspomnienie.
Połyskuje los groźnie na dnie —
Będą lecieć umarłe kamienie
W ciszę słońc.
Szydzi z ludzi świecące milczenie —
Gwiazdy krążą chłodne i błyszczące —
Próżno bijesz, serce gorejące!
Życie ludzkie na zawsze zagasło,
Śmierć nie czeka już na żadne hasło —
Ona stoi niema i nieżywa,
Gwiazda gwiazd,
Świecąca, straszliwa.
Wkoło pustka, głuchota kamienna,
Czarna rzeka leży bezimienna
W głuchej nocy —
Cicho się szkli.
Nikt nie widzi zamarzniętej krwi.
Myśl snujące serce już zagasło —
Już nie czeka, nie czeka na hasło
Czas.
Wszystko jest kamienne,
Wszystko jest jak czarny gmach z kryształu,
W którym szydzi gwiazd zimne krążenie —
Przeminęło na wieki marzenie —
Nędzarzowi śniły się sny.
Iż był carem i wolę miał,
I chcieć śmiał, i podnosił winy —
Sen to był,
Nie ty.
Przeminęło to wszystko,
Nie, ty.
Było losu i życia krążenie,
Krew się lała,
Milczały kamienie,
Żeś był carem — to było marzenie. —
Teraz leży
Zakończony już, milczący los,
A zimne kamienie gwiazd
Krążą ciche.
Czarny zamek milczy —
Przeminęło już nasze marzenie —
Śmierć jest wszędzie —
Gwiazdy i milczenie.
Nie przepływa woda pod mostami.
Zimne gwiazdy krążą nad trupami,
Szklane gwiazdy śmieją się w górze —
Nic nie zmieni się w życia naturze.
Noc usiadła nad miastem
Jak kruk.
Jeszcze płyną czarne fale rzeki,
Jeszcze światło się na falach skrzy,
W salach jasno,
Gra muzyka.
Pachnie jak kwiat —
Osypują się myśli jak liście,
Ludzie gasną jak świece w przeciągu —
Rzeka płynie — ciągle płynie rzeka —
I tak obce jest życie człowieka,
Jak milcząca gwiazd kamiennych straż.
Wołzski mówił zrazu na wpół do siebie, zatrzymując się i urywając, później przejął się własnymi słowami, obrazami, jakie snuły mu się przed oczyma, nie zwracał się już do mnie, choć mówił dla mnie i wiedział, że go słucham. Słuchałem istotnie tych słów, jakby zapadając w sen. Myśli skupiały się na rzeczywistości stwarzanej przez słowo, otaczały się ich światem. Gdy spostrzegłem, że idzie ku mnie Wiera Kochanowicz z inną, piękną, wysoką kobietą, wydało mi się, że należą one do tego samego obrazu, że związane są z nim kontrastem. Sala teraz wydawała się pusta, muzyka grała w pauzie jakąś operową uwerturę648. Dwie kobiety szły ku nam, piękne, poważne, groźne. Zdawało się, że musi się stać coś przez nie. Szły jak zwiastunki.
Żeś był carem — to było marzenie...
— powtórzyłem.
Nie przepływa woda pod mostami —
Zimne gwiazdy świecą nad trupami.
Wołzskiego Wiera i jej towarzyszka znały już. Mnie odprowadziła Wiera na stronę.
— Was czekają jutro na Sadowej — powiedziała. — Już postanowienie.
— Kiedy? — spytałem.
— W najbliższą niedzielę zapewne — rzekła Wiera.
Był wtorek.
Żeś był carem — to było marzenie...
Nie przepływa woda pod mostami,
Śmierć otula człowieka skrzydłami.
Zamieniliśmy jeszcze kilka słów. Wołzski rozmawiał z drugą z pań.
Gdym podchodził, słyszałem, jak kobieta mówiła:
— Antygona jest dla mnie zbyt słodka. Grzebała brata i nie spostrzegła, że miał u boku miecz. A zresztą ja nie sądzę, żeby nam wystarczyć mógł naprawdę ten stary, tak niezastosowany do naszych miar świat. Jasność myśli i czucia pozostaną.
— Każde zjawisko jest tam w formie jakby ostatecznej — rzekł Wołzski.
— Same zjawiska są zbyt małe, powiedziałabym, nieme. I przeznaczenie ich jest dla nas inne. My wiemy już, że stworzymy sami swoje przeznaczenie, tylko stwarzamy je niby w śnie. Jestem przekonana, że nasz świat, ujrzany i uchwycony przez poetę z taką jasnością, z jaką widzieli greccy pisarze własną swoją, otaczającą ich rzeczywistość, stworzyłby dzieło wielokrotnie przerastające greckie arcydzieła znaczeniem i głębią.
— Nie widziała, że u boku ma miecz — mówił Wołzski — a może widziała pole zasiane trupami i nad nim milczenie śmierci i czuła bezpłodność miecza.
— Nastanie dzień, miecze przekują się w sochy649; jest dziś inny czas, gdy sochy trzeba i lemiesze650 na miecze kuć. Dopóki kosi krzywda ludzkie żywoty, piękny jest miecz, błyskawica krwawa w ręku człowieka.
— Cóż śmierć? — jeszcze raz powtarzał Wołzski. — Zostaje to samo.
— Nie, zostaje cisza jak po burzy, gdy przejdzie z piorunami — wspomnienie, że istotnie istnieje przez człowieka stworzone prawo, co strąca w nicość przemoc. Śmierć stworzona, wywołana przez poczucie sprawiedliwości, to wielka siła. Miecz jest także pługiem i śmierć siewbą651.
Rozmawialiśmy jeszcze chwil kilka. Wołzski, przejęty wciąż swymi myślami, powtarzał całe strofy:
Biedny człowiek tam siedzi i rządzi,
Że ma władzę i czyny — to sny —
Marzy tylko, że działa i błądzi.
Własną duszę, że broczy we krwi.
Krwawe zjawy stoją nad zamkiem,
Przepuściła je królewska straż —
Krew się leje, leje jak rzeka,
We krwi broczy ciało człowieka —
Żeś był carem — to było marzenie...
Wszędzie gwiazdy, pustka i milczenie.
Czoło przyjaciółki Wiery nachmurzyło się, oczy błysnęły.
— To nieprawda — powiedziała — to nieprawda. Ja widziałam z bliska ten świat, ich gwiazdy — to świecidełka i pieniądz. Tam przelewa się krew dla błahostki. Ludzkim głodem tam się bawią złe dzieci. Los świata mają w ręku błazny i zbrodniarze. To nieprawda. Tam nawet nikt nie zasłużył na westchnienie ani pamięć. Poezja nie powinna im dać ani jednego słowa, gdy przytroczonych do wozu powlecze ich za sobą gniew ludowy. Tam nie zasługuje na ocalenie — nic. Tylko słabość, tchórzostwo nasze i brutalna siła ich osłania. Tam nie ma nikt prawa do naszej litości, współczucia. W jakimś uczonym dziele wyczytałam: „Winowajca ma prawo do śmierci jako przywrócenia sprawiedliwości, społeczeństwo winno mu śmierć”. — I powtórzyła: — Sprawiedliwość winna mu śmierć.
Rozstaliśmy się.
Od Wołzskiego dowiedziałem się, kim była ta przyjaciółka Wiery. My pomiędzy sobą tak często zmienialiśmy nazwiska, że nie zwracało się na nie uwagi.
Wołzski był cały pod wrażeniem. Siedzieliśmy z nim parę godzin jeszcze razem. Nie chciało mi się rozstać z nim.
On wpadł w jakiś miękki nastrój i oddawał się obrazom stwarzanym przez wzruszenie, gdy mówił:
— Huczą konie po zwodzonym moście, turkot słychać ciężkich, złotych kół, pędzi rydwan. U boków mścicielki strasznym wzrokiem wszędzie niosą śmierć. Z mieczem stoi na szczycie rydwanu w złotym kasku Atene, mścicielka. Huczą koła złote, wykuwane, tupot koni słychać już przed zamkiem. Porażona przez gorgony652 straż. Sina trwoga wykrzywiła lica. Pozostał sam jeden na tronie władca. Blada głowa chyli się w koronie.
O mścicielko, czyliż śmierć mi dasz?
Daj mi ciszę, wieczne zapomnienie —
Głowę zgina śmiertelne zmęczenie,
Daj mi śniegów i lodów milczenie
Nad pamięcią.
Daj mi głuchą noc —
Pędzą konie po zamarzłym stepie,
Kopytami biją o kryształy
Ściętych wód —
Pallada-mścicielka na wozie,
W ręku trzyma zakrwawiony miecz —
Blade ciało wlecze się za wozem —
Patrzą w niebo skamieniałe oczy —
Gorgoniy sprawiają straż,
Patzzą z woza, by nie wstał umarły.
Kruki lecą,
Będą ciało darły..
Głucha noc —
Gwiazdy ciche świecą,
Pallas milczy —
Konie lecą, lecą —
Gorgony sprawiają straż...