Pan Alojzy — człowiek dobrej woli
Sens i charakter długiej i wytrwałej działalności powszechnie znanego pana Alojzego zamknąć się daje w nie tyle wytwornym, ile raczej jędrnym i ścisłym określeniu: „chciał, lecz nie mógł”. Ponieważ pozycja tego rodzaju niepozbawiona była dwuznaczności, więc pan Alojzy miał duszę rozdartą i inklinację356 ku hamletyzmowi357. W momentach zwątpienia posuwał się nawet tak daleko, iż mówił: „jestem niepotrzebny” i oczekiwał szczerze zaprzeczeń. Szmer nie zawodził nigdy prawie: „Ależ panie Alojzy, jakże można!” — „Pan niepotrzebny!” „Pan, co tyle lat podtrzymujesz!”. Pan Alojzy milkł i jak na altruistycznego Atlasa358 przystało, prostował patykowate plecy, wysuwał wklęsłą pierś i majestatycznie podnosił obciążone posłannictwem obywatelskim ramiona. Po czym rozczesywał rzadką bródkę długimi, żółtymi palcami i mówił:
— Uznanie publiczne jest jak rosa, ożywiająca wśród spiekoty i skwaru wrogiej codzienności, jest jak ten promień słońca, w zetknięciu z którym jęczy Memnonowa359 kolumna i z mojej piersi ten wydobywa się głos: „Oto jestem i stoję, aby nie runęły sklepienia”.
— Kolumna, jęcząca kolumna — szeptało otoczenie, a pan Alojzy na czas pewien odzyskiwał dumę.
„Chcę, lecz nie mogę” — mówiło jego spojrzenie.
Formuła ta sprawiała mu przyjemność. Miała w sobie istotnie coś prometeistycznego; tkwiło w niej: „jestem wyższy nad możność, nad warunki realizacji, formy ziszczalności. Udziałem moim jest mieć dobrą wolę i pomimo to przeminąć w zapomnieniu samotności”. Tak bliskie było hamletyzujące zwątpienie hiperionowych360 szczytów. W takich chwilach szedł pan Alojzy do swego gabinetu, odczytywał ostatnie strofy testamentu Słowackiego361, po czym niezmiennie płakał, ocierając łzy z właściwą męczennikom niezręcznością zawsze w tej chwili, gdy ktoś stał już w drzwiach jego samotni362. Najczęściej czyniła to żona. Zatrzymywała się ona w takich wypadkach na progu i na palcach pospiesznie odchodziła.
— Alojzy znowu płacze — mówiła uroczystym szeptem do przyjaciółki, kuzynki, służącej lub kto się nadarzył. Złośliwy pan Ignacy twierdził, że zastał ją raz ściskającą mopsa i szepcącą doń363 poprzez łzy: „Twój pan jest męczennikiem”. Pies, strapiony jej zmienionym wyrazem twarzy i głosem, wyrywał się i groźnie warczał.
— W tej chwili właśnie wszedłem — mówił pan Ignacy, a pani Alojzowa rzekła:
— Mopsy są niewdzięczne i zmaterializowane.
— O, tak — odpowiedziałem — są to rentierzy psiego rodu.
— Jest w nich bryłowata obrastałość — powiedział poeta Cyprys, który właśnie czytał Norwida.
— Oh, comme c’est vrai, ce, que vous dites364 — szepnęła pani Alojzowa, z chrztu świętego Eufemia, i wpadła w zadumę.
„Otoczyła ją smętku welonowość” — wyrażał się o takich chwilach poeta.
Nie wszystko jednakże na świecie jeszcze zmopsiało.
— Twój mąż ma ukrzyżowaną duszę — mówiła do pani Alojzowej ciocia Eulalia.
— W ciernie spowite serce — dodawała kuzynka Emilia.
Poeta zaś Cyprys deklamował półszeptem pierwszy wiersz nienapisanego sonetu: Golgotyzujący balsam łez.
— Ale dlaczego on ciągle płacze i tak się krzywi? — pytał dziesięcioletni Edzio.
— Bo chce, a nie może, moje dziecko — tłumaczyła pani Eufemia.
— A dlaczego on nie może? — niepokoił się malec.
— Bo ściany głową się nie przebija — mówiła pani Alojzowa, nieco już niecierpliwie.
Edzio umilkł, ale przy obiedzie wpatrywał się w pana Alojzego i w końcu rzekł:
— Jaką to, wujciu, musisz mieć twardą głowę!
— A to dlaczego? — trochę cierpko zdziwił się pan Alojzy.
— A, bo od tego bicia w ścianę nie masz wcale guzów.
Mama Edzia, pani Eufemia, zaczerwieniła się, a potem zbladła. W końcu zaś rzekła:
— Mój Edziu, wujaszek ma ostrożne męstwo.
— A zresztą protestuje w duchu — dodała pani Emilia.
Pan Alojzy zaś uśmiechnął się smutnie:
— On jest niedostatecznie uduchowiony. — On, twój syn — ostrzegam cię, Eulalciu. To się zemści — zapewniam cię... My przede wszystkim potrzebujemy uduchowienia. Jak Grecy w starożytnym Rzymie — dodawał i nieznacznie usiłował spoważnieć, niby posąg ducha wśród przypadków materii.
Uduchowienia pan Alojzy miał niezmiernie wiele. Jedyną realizacją, na jaką go było stać, a raczej — jakiej jeszcze potrzebował, była migrena.
— Pan Alojzy ma dziś migrenę — mówiono szeptem, oglądając się przy tym ostrożnie. Mówić o migrenie pana Alojzego uchodziło za rzecz niebezpieczną. Ludzi mówiących o niej i mających dokładne i niezbyt spóźnione informacje nazywano sympatykami. Znaczyło to, że oni sympatyzują i że z nimi trzeba sympatyzować. Te rozszerzające się kręgi sympatii stanowiły to, co nazywano ogólnie „działaniem”.
Migreny pana Alojzego miały podwójne źródło. Niekiedy przyczyny ich były żywiołowe. Niebo chmurzyło się i padał grad lub śnieg. Pan Alojzy miał migrenę. W innych wypadkach migrena była pośrednio przynajmniej umotywowana przez własne środowisko. Co do tego punktu zachodziły jednak dość ciekawe wątpliwości. Ten drugi gatunek migreny pana Alojzego związany był z małym uduchowieniem pewnych warstw, że tak powiem, żywiołów. Nie poprzestając na proteście duchowym, żywioły go usiłowały realizować zewnętrznie. Pan Alojzy wtedy miał niezmiennie migrenę! W jednych wypadkach szeptał: „przedwcześnie! przedwcześnie!” i miał migrenę żałobnie bolejącą! Wtedy małe uduchowienie żywiołów występowało tu w roli jednej z przyczyn sprawczych jego cierpienia i trzeba było podziwiać słodycz pana Alojzego, z jaką żywiołowi ich brutalną niecierpliwość wybaczał. Niekiedy jednak stosunek zdawał się odwracać. Pan Alojzy nabierał takiej wiary w moc swojej migreny, że przypisywał jej zdolność nawet nieuduchowionej materializacji. Wtedy miał migrenę triumfującą, a sympatycy chodzili z podkręconymi do góry wąsami.
Niezależny od migreny był protest duchowy. Protest duchowy tylko dwóch rodzajów: bierny i czynny. Bierny nie objawia się niczym i istnieje, że tak powiem, metafizycznie. Czynny objawia się par excellence365 powstrzymaniem od czynu. Na przykład pan Alojzy przez tydzień nie chodził do teatru. Na siódmy dzień brał nowy cylinder, wychodził na ulicę i spotkawszy rewirowego, patrzył nań366 dumnie. Rewirowy udawał, że nic nie spostrzega, wewnętrznie jednak truchlał. Pan Alojzy wracał do domu i oczekiwał, ponieważ zaś wszystko się zdarza, niekiedy doczekiwał się.
Sprawa stawała się poważna. Pani Eufemia przywdziewała krepę367.
Pewnego roku z hukiem lodu niespodziewanie ruszyła Wisła.
Pan Alojzy uczuł potrzebę zajęcia wobec tego faktu stanowiska.
Chodziło tylko o rzecz drobną:
— Czy ja tego chciałem, czy nie chciałem?
O tym, że nie mógł, na razie zapomniał. Wobec wypadków wielkiego znaczenia trzeba zapomnieć o sobie.
Przez kilka dni pan Alojzy myślał.
W tym czasie zdarzył się wypadek całkiem nieprzewidziany.
Stary i zakurzony, zeschły oleander państwa Alojzostwa wypuścił wśród zimy kilka listków.
— Co z nimi zrobić? — pytała pani Eufemia.
Pani Eulalia zaś rzekła:
— To symbol.
I zerwawszy listki, uwinęła wianuszek.
Uczyniwszy to zaś, złożyła go na łysinie pana Alojzego.
Wianuszek był maleńki, a łysina — duża.
Ale pan Alojzy zrozumiał:
— Musiałem chcieć! — mruknął do siebie.
I spoglądał na płynącą Wisłę z niewyłączającą sprawiedliwej dumy skromnością.
Jean qui rit et Jean qui pleure
Dwa oblicza pana Weyssenhoffa
— Rira bien, qui rira le dernier368 — powiedział pan Zygmunt Podfilipski, gdy na półkach księgarskich ukazała się znana książka o nim pana Weyssenhoffa.
— Co powie Podfilipski?
— Co zrobi nasz Zygmunt? — stało się kwestią dnia w salonach, salonikach, fiumoarach369, sportowych stajniach, klubach, gabinetach. Ale pan Podfilipski nie zrobił nic.
W parę dni opowiedział tylko kilka anegdotek o katzenjammerze370, o różnych formach, jakie ten stan niemiły u różnych osobników przybiera.
— Najzabawniejszy katzenjammer zauważyłem jednak u Weyssenhoffa — powiedział wreszcie.
Obecni nadstawili uszu.
— Wyobraźcie sobie, wydaje mu się wtedy — kończył całkiem swobodnie pan Podfilipski — wydaje mu się wtedy, że jest Rodziewiczówną371. Vous savez372 Ro-dzie-wi-czó-wna. Jest wtedy taki vierge373, taki héroïque374, patriarcal375 et caetera376, et caetera. Podobno nawet coś na-pi-sał.
Na drugi dzień nie mówiono o niczym innym.
— Słyszałeś o Weyssenhoffie?
— Wydaje mu się, że jest Rodziewiczówną.
— To właśnie.
— Nadzwyczajne.
— A ja myślałem, że to Wallenrod377.
— A to tylko katzenjammer!
— Zuch ten Podfilipski!
A panna Lili, urocza i nieco rozzuchwalona przez świadomość posagu bankierówna, spotkawszy na jakimś raucie378 pana Weyssenhoffa, najniespodziewaniej powitała go:
— Bonjour379, Mr. Dewajtis380!
Podfilipski uśmiechnął się dyskretnie.
— Rira bien381...
A polscy demokraci powitali w panu Weyssenhoffie satyryka.
*
Polski demokrata jest to w ogóle jedno z najdziwniejszych stworzeń.
Niedawno pewna leciwa zresztą już pensjonarka, która przeczytała świeżo Ostatnie spotkanie, zapytywała mnie, co właściwie znaczy „pervers”382?
— Perwers, perwersja383, proszę pani. Ja powiem pani, co jest szczytem perwersji.
— Ale, proszę pana, czy ja jako panna...?
— Och, nic nie szkodzi. Szczyt perwersji, proszę pani, to redaktor Libicki384 piszący o procesie w Pile385.
— O!... To jeszcze kwestia — oponuje Incognitus. Jedynym człowiekiem w Polsce prawdziwie „pervers” jestem ja, który w organie warszawskich mieszczuchów, łyków, łyczków i łyczątek386 pozwalam panu Perzyńskiemu387 pisać o domach otrzymujących nad ranem pięć rubli i o erotycznych automatach...
— Dobrze, już dobrze! A więc konkurs, panowie. Państwo Incognitus i Libicki ubiegają się o championat388 perwersji na Królestwo Polskie z roku 1904.
W oczekiwaniu dalszych danych głosuję za panem Libickim i uzasadniam:
Pan Libicki jest moralistą, pan Libicki jest demokratą, pan Libicki jest demokratyzującym moralistą i moralizującym demokratą, a pomimo to pan Libicki kocha skandale, co więcej, kocha skandale utytułowane.
— Ależ pan się myli, on ich nienawidzi.
— To wszystko jedno. Miłość moralisty do skandalów nazywa się nienawiścią. W tym właśnie tkwi perwersja. Wyobraźmy sobie tylko, że nikt nie oszukuje w karty, nie trwoni pieniędzy na kokoty389, nie fałszuje weksli, nie handluje żonami, co stałoby się z moralistami? Przecież jedyną rozkoszą życia pana Libickiego są kazania. Gdyby nie stało390 grzechów, kazania byłyby zbyteczne.
— To wszystko znane, nazbyt znane!
— Nie skończyłem. Demokratyczny pan Libicki czuł się nie tylko oburzony na ujawnione przez proces w Pile skandale, ale i poniżony, poniżony w swej własnej godności osobistej. Co więcej, gdybyście usiłowali go przekonać, że jeżeli w ogóle utytułowane błoto spada na kogokolwiek w naszym społeczeństwie, prócz tych poszczególnych jednostek, które je wytwarzają, to już w każdym razie nie na demokratów, pan Libicki czułby się osobiście dotknięty. Nie umiałby zdefiniować dlaczego, a jednak przekonanie, że owe arystokratyczne, ozdobne w dziewięciopałkowe korony i mitry391 szalbierstwa392, nie mogą i nie powinny go w gruncie rzeczy obchodzić zupełnie, sprawiłoby mu przykrość. To tak przyjemnie mieć arystokratyczne przedmioty oburzeń. Jest dziwna sadystyczna rozkosz, znana tylko moralistom, w poczuciu odpowiedzialności za grzechy, których nigdy się nie popełniło, jest coś słodko odurzającego w oburzeniu doktrynera demokraty, potępiającego występki i winy, „szlachetnie urodzonych”. Jest dla „ascety manczesteryzmu” coś zawrotnego, coś upajającego w roztrząsaniu życia tych „zwyrodniałych”, jak ich nazywa, którzy obchodzą się tak nieoględnie z tym wszystkim, co jest święte, cenne, nietykalne z punktu widzenia jego skarbonkowych, kuchennych, higienicznych, familijnych i hemoroidalnych cnót. Świadomość burżuazyjna ma doprawdy dziwne zakątki...
W tonie artykułów naszej prasy o procesie w Pile niepodobna było nie zauważyć, jak intensywnie nasi piorunujący moraliści pieszczą się i upajają przeświadczeniem: „ja strofuję hrabiego”, „książęca hańba spada na mnie”. Gdy jakiś polski karmazyn393 zostanie gdzieś spoliczkowany, najuboższy, najbardziej wyszarzały skryba dziennikarski rości sobie prawa do cząstki tych policzków i uczułby się obrażony w swym obywatelskim, demokratycznym poczuciu, gdyby mu tych praw odmówiono. Polska prasa, traktująca skandale Bnińskich394, Mielżyńskich395, Ponińskich396, Milewskich397 jako sprawę narodową, usiłuje ściągnąć choć odrobinę tej śliny, jaką oplwali samych siebie w oczach „wszecheuropejskiej reporterii398” nasi błękitnokrwiści399, na użytek mniej szlachetnie urodzonych twarzy. „Gdy mego hrabiego biją, ja także twarzy nadstawiam” lub „arystokracja nie ma prawa hańby swej zachowywać dla siebie, my także chcemy mieć w niej udział” — oto formułki usposobienia naszej prasy i naszej „obywatelskiej” publiczności w danym wypadku.
*
Słowem?
Słowem, głęboką i zupełną słuszność ma felietonista „Wędrowca”400 — pan Toporski, gdy powiada, że hańbą i wyrzutem dla społeczeństwa może być każdy proces ciemnych i nieznanych Bartków i Maćków, lecz rzeczą najzupełniej obojętną lub mającą co najwyżej znaczenie ciekawego widowiska są najbardziej nawet skandaliczne procesy naszych choćby nawet najstarożytniejszych rodów.
Stąd, że praprapradziadowie walczyli pod Kircholmem401, Cecorą402, Chocimiem403, a prapraprawnuki oszukują w karty po swojskich i nieswojskich Dąbkach, wynika to tylko, że „umarli szybko jadą”404, a także ujawnia się kierunek tej jazdy.
Vogue la galère405... panowie.
*
Przestępstwo jednostki jest wtedy tylko hańbą i wyrzutem dla społeczeństwa, gdy jednostka ta może być uznana za jego typowy wytwór. Społeczeństwo nasze z pochylonym czołem odczytywać powinno statystykę nożownictwa, prostytucji, drobnych i niegłośnych, a pomimo to miażdżących istnienie ludzkie, przestępstw szarej masy. Wobec procesów Bnińskich, Ponińskich, Kwileckich406, społeczeństwo rumienić się nie potrzebuje. Co ci panowie mają wspólnego z nami? Przechodzą pomiędzy nami z miną ironicznych, wzgardliwie pobłażliwych półbogów, z ironicznie pobłażliwą obojętnością traktują naszą pracę, naukę, sztukę, nasze ideały i tragedie. Nie jesteśmy dla nich niczym i my nie wiemy o nich nic, póki nie ujrzymy ich na ławie oskarżonych. My mielibyśmy za to odpowiadać? Nasz honor miałby być na szwank narażony przez ich brudy? To żarty! Nie wiemy nic o tych ludziach. Gdy pomiędzy nimi spostrzegamy czasem przebłysk uczuć, które my uważamy za ludzkie, dziwimy się. Ich życie jest całkowicie od nas niezależne — gdybyśmy co mogli o swoim życiu i jego stosunku do nich powiedzieć! Nazbyt często jeszcze odgrywają ci półbogowie względem nas rolę przechodnia niweczącego dla kaprysu kosztem krwawych wysiłków wzniesione mrowiska. Stworzyli sobie oni na zewnątrz naszego życia własne życie, własne stosunki, własną atmosferę. Nie wychowywaliśmy tych ludzi, nie pracowaliśmy ani z nimi, ani nad nimi, myślimy innymi niż oni myślami, czujemy innymi uczuciami, nie poczuwamy się wobec nich ani za nich do żadnej odpowiedzialności. Gdy jakieś europejskie czy amerykańskie więzienie karne zamknie któregoś z tych ludzi w swym wnętrzu, możemy być tylko wdzięczni społeczeństwu, które wzięło na siebie koszty utrzymania takiego „dziedzica chwały”, na jedynym stanowisku, jakie nasi panowie umieją sobie wywalczać pracą własną, w drodze zasług osobistych.
Przedstawiciele polskiego społeczeństwa! Nędzne kłamstwo! Przedstawiciele ci — to my! ludzie, codzienną pracą sprawiający, że w społeczeństwie tym nie ginie myśl, życie.
Nasza arystokracja to Żeromski, Wyspiański, Orzeszkowa407, Świętochowski408, Witkiewicz409, Konopnicka410, Prus411, Kasprowicz412, Przybyszewski, Miciński413, Kisielewski414, Stanisławski415, Malczewski416, Wyczółkowski417, Weiss418, Biegas419, Boznańska420 et caetera, et caetera.
A ci panowie z koronami i herbami na biletach wizytowych reprezentują Polskę, co najwyżej, wobec garsonów421 hotelowych.
Co prawda, opinia kelnerów, maklerów, sutenerów422 i reporterów wszecheuropejskich jest dla naszej prasy dotychczas ultima ratio423.
*
Proces w Pile i gorączkowe zajęcie nim naszej prasy pozwala nam raz jeszcze wyjaśnić prawdziwe znaczenie społeczne naszej prasy i stosunek jej do życia i rozwoju naszego ogółu. Przekonaniem tej prasy jest, iż społeczeństwo nasze i wszystko, co w nim zachodzi, nie ma żadnego własnego, wewnętrznego znaczenia.
Sami przez się jesteśmy niczym. Własne nasze zdanie o sobie samych zależy od tego, co myślą o nas inni.
Przekonanie to wżarło się w nas tak dalece, że w stanie jesteśmy przypuszczać, iż jedynymi następstwami naszego postępowania są zmiany w opinii europejskiej o nas, że wewnątrz własnego społeczeństwa czyny nasze i usiłowania, nasze cnoty i występki nie wytwarzają żadnych skutków. Mamy wszystko jedynie na eksport: i honor, i patriotyzm, i wiedzę, i głupotę, i podłość — nie możemy się zdecydować tylko, co właściwie wytwarzać i wywozić powinniśmy. Samo przez się wszystko jest niczym — nie mamy żadnej twarzy, wszystko stało się dla nas żartem i maską. Jesteśmy krotochwilnym424 społeczeństwem, żyjącym przez żart i na żart jedynie.
Tak odzwierciedla się życie nasze w naszej prasie. I gdy się zważy, jakich warstw społecznych prasa ta jest przedstawicielem, można zgodzić się, że spełnia ona istotnie swoją misję historyczną. Ideologia — klas reakcyjnych, klas niemogących zbyt daleko i zbyt poważnie zazierać w przyszłość — jest w ogóle niezmiernie ciekawym przedmiotem studiów dla psychologa. Cechą charakterystyczną jednej z form tej ideologii — formy przeważającej tam tylko, gdzie klasy reakcyjne nie odznaczają się głębokością ani bogactwem kultury — jest obracanie wszystkiego w żart, jest tkwiące głęboko w organizmie duchowym przekonanie, że nie trzeba nic brać na serio, że nic nie ma znaczenia. W tym tkwi źródło ironizmu klas i warstw przeżytych. Tylko że podczas gdy na Zachodzie wytwarza on Anatola France’a425 lub nawet takiego tytana niemocy, jak Juliusz Laforgue426, który czyni z tego, co jest wynikiem specjalnych historycznych warunków, jedną z typowych i oryginalnych, i mających ponadhistoryczne, pozaczasowe znaczenie postaw metafizycznych ducha ludzkiego, my zdobywamy się co najwyżej na pana Weyssenhoffa.
*
Pan Józef Weyssenhoff jest bardzo typowym „żartobliwym ideologiem” tego arystokratycznie-szlachecko-kosmopolitycznego kompostu, który nazywamy wyższymi warstwami naszego społeczeństwa. Jedynie tylko nasza poczciwa, pozbawiona wszelkiego psychologicznego węchu i taktu naiwność demokratyczna dojrzeć mogła w panu Weyssenhoffie satyryka. Zaimponował tu głównie fakt, że w literaturze naszej przemówił o „towarzystwie” ktoś z prawa do niego należący. Pan Weyssenhoff w swoim Podfilipskim — najlepszym swoim utworze — nie powiedział o tym towarzystwie naszym nic, czego nie wiedzielibyśmy już przedtem, głębiej i lepiej, nie dorzucił ani jednego nowego rysu charakterystycznego. Jego Podfilipski był niewątpliwie płytszy od takiego Różyca427 z Nad Niemnem428 Orzeszkowej i od wszystkich w ogóle przedstawicieli tego typu w powieściach tej autorki. O porównaniu tła duchowo-społecznego, na jakim ukazują się tego rodzaju postacie u Orzeszkowej i u Weyssenhoffa, nie może być oczywiście nawet mowy. Pozostaje więc do zapisania na dobro pana Weyssenhoffa sylweta wprawdzie znana, lecz zarysowana dość dowcipnie, pozostaje styl ironiczny, którym u nas w Królestwie Polskim w ogóle mało kto umie władać, pozostaje polszczyzna dobra, choć nieco zmanierowana w kierunku fałszywej prostoty i sztucznej tężyzny. Poza tym ani głębokości myślowej, ani prawdziwie oryginalnej wrażliwości artystycznej, ani intuicji duszoznawczej, ani — oczywiście — żywego i ciągłego kontaktu z życiem swego społeczeństwa. A pomimo to satyryk, kandydat do „Panteonu negujących”! Satyrykiem nazwany został pisarz, którego całe życie umysłowe zamknięte jest szczelnie w granicach płyciuteńkiej i obcej istotnym metamorfozom i przekształceniom społecznym warstewce towarzyskiej; pisarz, który swoje nienowe spostrzeżenia, z życia tej warstewki zaczerpnięte, oświetla z punktu widzenia ideałów pojmowanych tak naiwnie, jak pojmować je może najbardziej sentymentalna spośród dobrze intencjowanych429 powieściopisarek, „należących do sfer niższych”. I proszę tylko zważyć, jaką cząstkę w życiu duchowym pana Weyssenhoffa zajmują owe ideały? Niewątpliwie nierównie mniejszą niż wszystkie drobniuteńkie przepisy i konwenanse sportowego i towarzyskiego życia. Znać, że przychodzą mu one na myśl w tych godzinach „zblazowania” i „matowości” duchowej, w których chwyta za pióro. Katzenjammer nazywano niekiedy przebudzeniem anioła w zwierzęciu. Przebudzenia te bywają bardzo ciekawe i piękne u Baudelaire’a430 lub Verlaine’a431. Anioł budzący się w panu Weyssenhoffie — sportsmenie i ekspercie spraw bakaratowych432 — jest doprawdy dość nudny i jego liryzm pachnie na milę Modlitwą dziewicy niezapomnianej pani Bądarzewskiej433.
Gdyby autorem Podfilipskiego i Sprawy Dołęgi434 nie był pan Weyssenhoff — a więc człowiek, który o każdym z naszych demokratycznych krytyków, chociażby nawet krytyk ten nie był panem Gallem, powiedzieć może z zupełną słusznością: „ci poczciwcy mają osobne pojęcia o życiu; posiadają i zalety: nie umieją grać w karty i z wielką trudnością, po wyczerpującej sesji można im zaledwie wyłożyć technikę gry w „bakarata” — książkom jego nie przyznano by nawet połowy tego znaczenia, jakie przyznane im zostało przez naszą prasę postępową. Zaszło tu pewne nieporozumienie. Książki pana Weyssenhoffa posiadają znaczenie artystyczne (średniej miary) i znaczenie dokumentu, rysującego nam życie pewnych warstw społecznych. Wobec minimalnego znaczenia tych warstw i wobec niewielkiej oryginalności spostrzeżeń, jakie książki pana Weyssenhoffa przynoszą — i to ostatnie dokumentalne znaczenie było niezbyt wielkie. W każdym razie wyraz „dokument” określa tu charakter znaczenia. Nie używam tu wyrazu: dzieła, umyślnie, gdyż gdzie mówię „dzieło”, muszę powiedzieć „działacz” — a więc człowiek, pragnący nadać biegowi zdarzeń pewien określony kierunek. O tym zaś oczywiście nie może być mowy u pana Weyssenhoffa; jego aspiracje w tym kierunku, to wybębnianie społecznej bądarzewszczyzny w godzinach katzenjammeru, jeżeli zachodziły co do tego jakieś wątpliwości, to manifest pana Weyssenhoffa z powodu procesu w Pile musi je usunąć. Satyryk Weyssenhoff przemawia z powodu faktów, stanowiących zazwyczaj przedmiot jego satyry. Że sam brał udział bezpośredni w faktycznym przebiegu sprawy, to nie stanowi nic i nie zmniejszałoby niczym samo przez się znaczenia jego satyry, ale wczytajcie się w argumentację, wniknijcie w sposób traktowania sprawy, w subtelność dystynkcji435; zauważcie, z jaką finezją została wyeliminowana cała masa szczegółów najbardziej charakterystycznych, z jakim sprytem wszystko zostało zredukowane do konfliktu pomiędzy panem Bnińskim a Ponińskim, z jakim machiawelizmem436 ten ostatni został pognębiony, jak sprytnie wyzyskana pseudopolityczna strona sprawy (w oczach „myśliciela pana Weyssenhoffa” sprawy Bnińskich mają znaczenie polityczne), a mimo woli nasuwa się przekonanie, że to pisał Podfilipski.
I to jest jedyny może konkretny wynik procesu w Pile. Pan Podfilipski i pan Weyssenhoff to Jean qui pleure et Jean qui rit437. „Zwei Seelen wohnen in meiner Brust438” — mógłby powiedzieć pan Weyssenhoff. Dzieła moje są historią walki, nieustannego antagonizmu pomiędzy Podfilipskim a Rodziewiczówną. Konflikt nie najciekawszy. W każdym razie legenda o Weyssenhoffie-satyryku została unicestwiona. Co powiedziano by, gdyby w lat parę po wydrukowaniu Havelaara439 Multatuli440, proszony o wypowiedzenie się w sprawie nowych jakichś nadużyć jawajskich, wdałby się w wykład co do form, w jakich obdzieranie Jawajczyków odbywać się powinno, aby być przyzwoitym.
Manifest pana Weyssenhoffa mutatis mutandis441 takie miał właściwie znaczenie.
Pan Weyssenhoff negujący, pan Weyssenhoff urękawiczniony społecznik — wszystko to są złudzenia, których uratować się nie da.
Pozostaje pan Weyssenhoff — pisarz co do talentu i rozległości widnokręgów duchowych zajmujący miejsce pośrednie pomiędzy panem Konarem442 a panią Esteją443. Pomimo to w danym momencie przynajmniej jego przyszłość pisarska jest najzupełniej zabezpieczona. Temu pseudospołeczeństwu, do którego pan Weyssenhoff należy i dla którego pisze, nic nie jest tak potrzebne, jak pseudosatyra. Jest to jeden z najciekawszych wytworów „żartobliwej ideologii”, daje złudzenie samokrytyki, a więc przekonanie, że się jest jeszcze czymś żywym i zdolnym do sprawiania nad samym sobą sądu, a jednocześnie jest całkiem nieszkodliwy.
Czasami zaś osiągnięty zostaje jeszcze rezultat nieprzewidziany i ludzie stojący na zewnątrz biorą ją za satyrę rzeczywistą i na niej formują swój niezależny krytyczny punkt widzenia.
Wynik niezmiernie pożądany, gdyż taki żartobliwy ideolog wie zawsze dobrze, z czego żartować można, a czego poruszać nie należy. Wie dobrze, gdyż każde zboczenie w niebezpiecznym kierunku byłoby samounicestwieniem. I on podlega prawu ogólnemu, które nie pozwala zbyt daleko zazierać444 w przyszłość, zbyt głęboko sięgać w teraźniejszość. Bezwiedna chytrość klasowego rozumu (Hinterlist der Vernunft445) na tym polega, by narzucić to swoje, przystosowane do wymagań własnego bytu pseudoostrowidztwo tym, co mogliby zajrzeć i dalej, i głębiej.
Niestety (czy też na szczęście), pomyłki takie trwają zawsze krótko, zbyt krótko dla zainteresowanych nawet wtedy, gdy ciągną się dłużej niż kilkuletnie nieporozumienie polskich postępowców co do pseudosatyryka polskiej arystokracji pana Weyssenhoffa. Co może być przedmiotem satyry, to jeszcze żyje. Pan Weyssenhoff zdołał wmówić w arystokrację, że jest jeszcze „satirenwürdig446”. Dlatego też satyra jego była w gruncie rzeczy apologią447.
Scherz, Ironie und tiefere Bedeutung448
Psujmy zabawę plotkarzom!
Raz jestem i ja tego samego zdania, co i „Kurier Warszawski”449, co więcej — mogę wprowadzić w czyn program przez to pismo wygłoszony. Przyjemności ceni się tym wyżej, im są rzadsze. Toteż wdzięczność dla pana Rittnera, mimowolnego sprawcy niespodziewanej koincydencji450, nakazuje mi zacząć od niego.
W „Kurierze Warszawskim” pan Rittner zawitał wkrótce po Incognitusie.
— Jestem dyletantem451 — mówił Incognitus — arystokratą nerwów, hodowcą odcieni, kolekcjonerem stylów.
— Un amateur d’âmes452 — podpowiedział pan Rittner.
— Otóż to. Voilà le mot453. Zdaje mi się, że się porozumiemy. Otóż... uważa pan, potrzebuję Ariela454. Vous savez Ariela455...
— Och, tak.
— Widzi pan... Falstaffa456 już mam... Katoblepasa457 — też... Kaliban458, nic a będzie. Trzeba contrebalancer459... Otóż Ariel...
— Ale co to jest właściwie Ariel? — zapytał Koskowski460.
— Pewien gatunek szczygła!
— Albo gołąbka! — dorzucił skromnie Rittner. — Ja, panie redaktorze, chętnie... Aigle, vautour ou colombe461... To z Victora Hugo462. Orzeł, sęp albo gołąbka. Sęp już jest. Orzeł? Próbowałem orła. Ça ne va pas463 orzeł! A więc gołąbek!
— Doskonale... A zatem Ariel. Rzecz skończona... N’appuyez pas464. Glissez465... Muskać. Muskać!
Od tej chwili pan Rittner zaczął muskać swoje niedzielne felietony, nowele, noweletki gołębim piórkiem, umaczanym w malinowym soczku. Podobne do krwi, a jest słodkie! Przede wszystkim zaś słodycz! Trzeba być słodkim jak figurka Lamartine’a466 ulepionego z cukru. I wszystko w tym rodzaju. Zdania króciuteńkie, po dwa, trzy słowa, takie właśnie bibelowate467, figurkowate... I zawsze ciepło, cieplutko, cieplutko jak w serduszku u wielkanocnego baranka, gdy za sklepową szybką cukierni w jasny kwietniowy dzień stoi. I myśli takie niewinne, barankowate, rzewne... na różowej wstążeczce...
— Ariel... słowo honoru Ariel! — rozpływał się Incognitus... — I zawsze temacik taki znajdzie niewinny, miły, świegotliwy! Kochany, słodki chłopiec! Psujmy zabawę plotkarzom! O... o jak to jest wymuskane, wychuchane, wypieszczone... Nigdzie goryczy, oburzenia, gniewu... Taki serdeczny naiwny gest, coś takiego pastuszkowatego, jagnięcego, coś tak à la468 Watteau469, jak gdyby z wachlarza. Dyskretnie! Miękko! Właśniem takiego sobie wymarzył470... Ariel oswojony, ugłaskany! Siedzi w klateczce, cukier z palców bierze i grucha, i świergoce, i ćwierka...
Przez wdzięczność więc dla pana Rittnera psujmy zabawę plotkarzom! A wynalazłem właśnie parę ciekawych odmian.
Przede wszystkim nie zawsze plotkarzami są ludzie chcący nam szkodzić. Zdarzają się plotkarze... przyjaciele! Na przykład „Dowiadujemy się, że pan Rabski został zaproszony na kandydata na posła do rady państwa”.
— Ależ skądże! — broni się pan Rabski471. — Plotka jakaś! Ja nic nie wiem — i spuszcza skromnie oczęta, i buzię zaciska w ciup...
Albo znowu: „współpracownik naszego pisma doktor filozofii Władysław Rabski został okradziony. Prócz kolekcji krawatów złodzieje skradli mu rękopisy pięciu dramatów, tysiąca i jednego sonetów, studium o d’Annunziu472 i znacznej części nowoczesnego Dekameronu473 (na tle własnych przygód), nad którym od lat wielu pracował”. Albo jeszcze... „Zapewniają nas, że przyczyną samobójstwa wydawcy NN. nie było odmówienie mu przez pana Rabskiego napisania studium o Łodzi! Źródła rozpaczliwego kroku szukać należy raczej w ogólnym przygnębieniu, w jakie pan NN. popadł od dnia, w którym pan MM. przelicytował go i nabył od pana Rabskiego zbiór felietonów, o które — jak wiadomo — ubiegały się wszystkie firmy wydawnicze, a kilka nawet w tym celu założono”.
Są i inne typy. Na przykład plotkarze próbujący, plotkarze torujący drogę... Można by ich nazwać zwiastunami lub też harcownikami... Właściwie nie zmyślają oni, tylko wyprzedzają wypadki. Przed jakimś ryzykownym krokiem zawsze dobrze spróbować, przygotować opinię! Puszcza się więc ploteczkę... jedną, drugą, trzecią i nadsłuchuje się, i wietrzy... Nikt nie protestuje... Można zaryzykować! Ploteczka się sprawdzi... Oburzenie lub niechęć. Wszystko się cofnie, ślady zatrze, ploteczkę się dezawuuje474. A zawsze skutek będzie! Nie teraz, to na przyszłość. Fermencik zostanie... Można także obok tej ploteczki inną wprost przeciwną... Nastąpi walka zdań... pokrzyżuje się szyk, ściągnie się sympatie...
Takie na przykład ploteczki teatralne... Pan Śliwiński475 chce wziąć teatr w dzierżawę... Odwołanie... Hm... Puk476! naprzód tyś, od odszczekiwania. A fermencik jest. Nieufność się zbudzi.
Albo znowu... Spróbować. Moment nastał... I brzęczą plotki, nie plotki. Była deputacja477. Dwie deputacje. W imieniu artystów, społeczeństwa... Ciekawe i te deputacje. Dotychczas były tylko anonimowe listy, teraz wynaleziono anonimowe deputacje. Kto wysłał? Społeczeństwo! Inteligencja! Literatura! A potem cisza, cisza... aby się przypadkiem ci wysyłający nie dowiedzieli, że wysłali...
Znane przysłowie: gdzie kucharek sześć! A gdyby tak spróbować sześciu reżyserów. Od sceny Żelazowski478, Śliwiński, Rapacki479. Od kwalifikacji Rabski, Rapacki, Paliński480. Uda się, nie uda! Dobra nasza! Nie uda... Kto mówił? Nic nie było. Plotki. Ploteczki.
Klapa. A więc nowa torpeda. Szept tragiczny, tajemniczy szept. Kamiński481 był już reżyserem, Kamiński, Kamiński... Potem... wiadomo. Kamiński odjedzie, ale w pozycji pana Śliwińskiego zostanie szczerba. Łatwiej będzie ugryźć...
Na jedną chwileczkę bądźmy poważni.
Że Teatr Rozmaitości nie jest przy obecnej reżyserii ani świątynią sztuki, ani szkołą, ani placówką kultury artystycznej, o tym wiemy. Ale że za dawniejszych kierowników było gorzej, gorzej! to wiemy jeszcze lepiej. Pan Śliwiński to bądź co bądź: Przybyszewski, Kisielewski482, Kawecki483, Feldman484, Szukiewicz485, Zapolska486 na scenie. Projektowany triumwirat487 to królowanie Sardou488, Ohnetów489, Lubowskich490, Grabowskich491 et comme de raison492 — Palińskich. I tak dalej. Pan Śliwiński nie reprezentuje kultury artystycznej, ale reprezentuje średnią, kochającą teatr. W triumwiracie zaś projektowanym pan Rapacki jeden reprezentowałby sztukę, ale dawnej szkoły i przez pryzmat własnych ról widzianą, pan Rabski — klikę, a pan Paliński — grafomanię. Panu Śliwińskiemu można stawiać poważne zarzuty: nieuwzględnianie repertuaru klasycznego, cudzoziemskiego, naszego (szczególniej w ostatnich czasach), zły wybór sztuk tłumaczonych (ale przecież publiczność zapełnia teatr na Publicznych Tajemnicach), brak zespołów i stylu w obsadzie sztuk. Pan Ładnowski493 grający razem z panią Siemaszkową494 to tak jak gdyby Kasprowicz przeplatany Woroniczem495! Ale niektóre z tych wad są do usunięcia, a przynajmniej byłyby do usunięcia, gdyby artyści warszawskiej sceny szczerzej kochali sztukę, a prasa nie przeszkadzała im, lecz pomagała w pracy dla niej; inne spotęgowałyby się niepomiernie, gdyby miejsce pana Śliwińskiego zajął ktokolwiek z będących dziś na porządku dziennym kandydatów. Rozmaitości muszą liczyć się z publicznością i jej stopniem — grzecznie mówiąc — kultury, obniżanej nieustannie przez prasę. Poziom artystyczny Rozmaitości podnieść można jedynie przez podniesienie poziomu kultury publiczności. Tej zaś roli wychowawczej Teatr Rozmaitości dla wielu względów podjąć się nie może. Tu trzeba czegoś o wiele lotniejszego, niezależniejszego. Warszawa potrzebuje teatru o wysokim artystycznym poziomie, teatru mającego na celu tylko sztukę. Ten zaś stworzyć może tylko inicjatywa osobista jednostek bezpośrednio zainteresowanych, to jest dramaturgów i artystów, istotnie sztukę kochających...
Powiedzą mi: mrzonki! Ale przecież energią jednostek powstała Szkoła Sztuk Pięknych496.
A tymczasem wieczne wyrzekanie na pana Śliwińskiego jest aż nazbyt jałowe i łatwe.
...Pod wpływem nieustannych pogłosek, plotek, zaprzeczeń, potwierdzeń, odwołań miałem jednej z ostatnich nocy sen, dziwaczny, pogmatwany i rozkiełznanie497 ironiczny... Śniło mi się, że pan Śliwiński rozpisał ankietę, a raczej chodził z nią sam po osobach kompetentnych i wpływowych. Chodził i pytał: co robić? Czym ma być Teatr Rozmaitości?
Był u Sienkiewicza. Ale ten zatrzasnął drzwi i nie chciał mówić.
— Dosyć, już dosyć. Nie mówię o teatrze.
Był u pana Rabskiego. Ten milczał długo, w końcu rzekł:
— Ote toi, que je m’y mette498.
Był u pana Masoniusa. Kazał mu czytać Lessinga499 i Arystotelesa500. W końcu zaś zapowiedział koniec świata i rychłe nadejście Antychrysta...
Pan W. M. Kozłowski501 zalecił mu wystawianie sztuk neomaltuzjańskich502, pan Miecznik — Mistrza Twardowskiego, pan Lorentowicz503... Dame à la faux504 i w ogóle sztuk z duszą, Miriam zaś zrazu nie chciał mówić, w końcu radził Aksela505, Kraswę506 i teatr Claudela507. Od tego momentu właśnie zaczyna się fantasmagoria508.
— Czymże wobec tego powinien być teatr? — pytał strapiony pan Śliwiński.
Miriam mówił długo i uczenie. Na końcu zaś rzekł:
— Alkahestem509.
Z niesłychaną szybkością scenizacji, jaką tylko wielki reżyser Sen się odznacza (czytaj: Karola du Prela510: Philosophie der Mystik. Traum als Dramaturg511), zmienił się nagle widok. Miriam siedział już sam, osłupiałym wzrokiem wpatrywał się w olbrzymie ogłoszenie, rozłożone na stole...
Z natchnienia CHIMERY zamienia się
TEATR ROZMAITOŚCI
W SYMBOLICZNY TINGLE-TANGLE512
z udziałem Kraswy
pod nazwą Alkahest (nie Alkazar)513.
Areopagita514 L. Śliwiński.
A także PAUL CLAUDEL (występy gościnne):
...klaun-metafizyk o chińskiej tresurze
i AKSEL z PANEM IGNACYM BALIŃSKIM515
w tytułowej roli, z kupletami516, poprawiony przez
ANDRZEJA MARKA517, odtańczy DEOTYMA518.
Co przeczytawszy, Miriam popadł w katalepsję519. Gdy ocknął się, nieszczęsny dokument leżał przed nim.
— Tingle-tangle — wyszeptał.
— Dlaczego nie?
Baletniczka Degasa520 wyślizgnęła się z ramek, wyskoczyła z obrazu i nieco ryzykownym pas521 podbiegła do Miriama.
— Pourquoi pas? Pourquoi pas?522
— A to znowu co? Ty skąd? Co mogą pomyśleć... Przecież opinia...
— Nie dbam o opinię. Je m’en moque, je m’en fiche...523 Kocham cię...
— Ależ...
— Kocham cię... Nie poznajesz mnie? Jestem sztuka.
— Ty?
— Ja... O, bez tych min... Ja wiem... Dla ciebie zawsze: Absolut! Absolut! Poza przestrzenią — czasem. A ja jestem tu, tuż obok. Na ulicy, podwórzu! Wszędzie. I nie lubię tych wielkich słów. Tak, czasami... gdym smutna... i śmiać się nie mam z czego... Ale à la longue524... br... Idea platońska! Wieczność. To wszystko... zawracanie głowy... les chansons525.
— Jak się ty wyrażasz!
— Och, mniejsza o to. Vois-tu526. Ja czasem jestem motłoch, czasem — rynsztok527, ulica, ale zawsze życie, słońce, miłość, namiętność, taniec, a to wszystko.
Nagle stało się coś strasznego. Parę biustów528 zachwiało się i spadło, kilkanaście książek runęło, drzwi wyleciały z zawiasów.
— Dame, Dame, Dame, Dame!529
— Kto tam!
— Hej! hop! Z drogi. Życie idzie. Jego Słoneczność Życie! Pijany statek! Rimbaud530!
— Hm... hm... Ja już wolę w książce. Mam doskonałe wydanie... To nie ocean.
— He, he... Miriam. Tu es nègre. Décidément nègre531...
— Bardzo proszę... bez tej poufałości. Ostatecznie. Remy de Gourmont532 miał słuszność. Insupportable voyou533...
— Remy de Gourmont, encore un chapon534!
— I zastrzegam sobie, że okna... To jest właściciel, propriétaire535!
— Je m’en fiche536. Gwiżdżę na twojego proprietera. Okno przeszkadza... Słońce nie wchodzi... A to co, firanki! Precz! I to precz.
— Rimbaud... Żywiołowa siła... Ale in Begrenzung zeigt sich der Meister537! Poczekaj... Zaraz w przyszłym numerze.
— Fiche-moi la paix538... I bez pludrowskiego539 języka. Nie lubię... Hej, ty tam! Chodź tu...
— Wypraszam sobie. Znany nożownik!
— Nożownik!... Ah, je m’en fiche. Ciekawe ma ślepia! Taki pijany statek...
— Pan się myli. Ja przetłumaczyłem Pijany Statek. To, co u pana było tylko bezwiedną erupcją, to ja opanowałem mocą kongenialnego540...
— Tu es nègre. Nie, nie! Tu es chinois541. Décidément542. Chińczyk! Un magot543 ! Hop là544. Tu na konsolkę.
— Proszę... bardzo... Co za poufałość. Voyou545... Va-nu-pieds546... Sans-culotte547!
— Hop là ! Magot. Voilà.548
I Miriam z przerażeniem spostrzegł, że stoi, a raczej siedzi w kucki na konsolce i że porcelanowieje.
— Otóż to. A teraz głową! W prawo i w lewo! Bim-bam, Bim-bam ! Bim-bam — là549!
— Brawo!
Wszystko znikło. I tylko porcelanowy Miriam (przecież to sen, ach, tylko sen) kiwał się w takt. Bim-bam, Bim-bam, Bim-bam... Czuł głęboko niestosowność swego położenia, a nie mógł zejść, gdyż bał się rozbić.
Wtem otworzyły się drzwi. Wszedł Lemański550.
„Ten mnie ocali” — pomyślał Miriam i zakiwał się mocniej.
Ale Lemański przyjrzał się, przymrużył oczy, zrobił dziwaczny ruch palcami.
— A... wiesz co! — rzekł. — Wcale dobra ta kombinacja, ja zawsze coś takiego sobie myślałem.
Usłyszawszy to, Miriam spadł i ja obudziłem się z przestrachu.
Ulicami miast, ścieżkami pól i lasów przelewa się życie pełne tęsknot, marzeń, czuć, widoków raz tylko istniejących i o kształt swój i wyzwolenie proszących, a na scenie Rozmaitości... Wojny domowe! Reduty! Pod okrętem! A w „Chimerze”551 pisze Leśmian552 Legendy, Tęsknoty, pani Komornicka553 wyłania wizje lwów, lwic, panter i tygrysic.
A państwo Rabscy intrygują, że pan Śliwiński za dużo daje sztuk tych tam „dekadentów554”. W klateczce zaś za złoconymi pręcikami siedzi der akklimatisierte555 Ariel i ćwierka.
Król-Duch w Krakowie
Kraków jest miastem dziwnego nabożeństwa. Dość spojrzeć w twarz jakiegoś rozhawełkowanego556 radcy miejskiego, a później przenieść wzrok na Sukiennice albo na kamień oznaczający miejsce składanej przez Kościuszkę557 przysięgi, aby dojść do przekonania, że rzeczywistość jest niczym, a reprezentowana przez kamienie myśl zamierzchła czasów — wszystkim.
— Jedno mam tylko za złe Daszyńskiemu558 — mówiła pewna krakowska dama — że jest całkiem współczesny. Byłby prawdziwie piękny i wzruszający, byłby nawet na wskroś polski i narodowy na witrażu jako święty Jerzy lub syn Kraka559 walczący ze smokiem.
— Pani — przerwałem — dlaczegóż krzywdzić tę nieszczęśliwą legendarną bestię, zestawiając ją z Dzieduszyckim560? I smoki wprawdzie wypadłoby zaliczyć między płazy, ale nie był to w każdym razie gad w liberii561.
— Ach, wy, ludzie z Królestwa — szepnął krakowski przysięgły rzeczoznawca sztuki i literatury — jak wy nie umiecie oderwać się od rzeczywistości! Zawsze aktualność i aktualność! Nawet w rzeczach sztuki nie umiecie być swobodni, nie umiecie się oddać wieczności.
Kraków od rzeczywistości odrywa niezaprzeczalnie. Najzagorzalszy materialista staje się tu w krótkim czasie metafizykiem, kabalistą, mistykiem, katolikiem, twórcą nowej sekty religijnej. Ludzie i gesty, słowa i myśli cuchną tu dziwnie domem pogrzebowym. Idee rosną tu z szybkością przypominającą porastanie włosów na trupie. Myśleć i tworzyć jest ogromnie łatwo — głosi estetyka krakowska — trzeba zapomnieć tylko, że myśli i wyobrażenia mają pozostawać w jakimkolwiek stosunku do rzeczywistości.
— Otóż to, otóż to! — przyświadczają chóralnie myśliciele i esteci stanisławowscy562 i złoczowscy563, rzeszowscy, przemyscy i inni reprezentanci czystego ducha, który pozostawiwszy ciało w galicyjskiej bajorze serwilizmu564, klerykalizmu, cuchnącej, przegnojonej nędzy i ciemnoty, sam ulata, ulata...
Ja przepisuję w kancelarii papier,
Który nakreślił starosta poziomy565:
On licytować nakazuje chłopów.
Duch mój się wyrwał z cielesnych okopów
I pochwyciwszy archanielski rapier566,
Nadgwiezdnych światów przemierza ogromy —
— pisał dwudziestoletni kandydat na urzędowego kandydata do posady bezpłatnego pomocnika c.k.567 kancelisty. Dziwił się, że w Warszawie dopatrują się jakiegoś związku pomiędzy politycznym stanem kraju a Weselem568. Dla mnie — mówił on — jest to gra kolorowych refleksów na płocie wioskowego cmentarza, zaobserwowana przez chłopa, który się upił na jarmarku i wpadł do świeżo wykopanego grobu — i śnił sobie, że jest na przyjęciu u Matki Boskiej Częstochowskiej.
Działanie Krakowa jest szybkie i niechybne.
Miałem przyjaciela, który jeszcze w Szczakowej569 rozprawiał wcale trzeźwo, a nawet z sarkazmem o zastosowaniu darwinizmu do odrodzenia duchowego i fizycznego mas.
— Żądam — twierdził — dla polskiego chłopa tych tylko względów, jakimi otoczony jest na postępowej amerykańskiej farmie byt świni albo krowy.
— Pan zapomina — przerwał ze swojego kąta jadący z nami ksiądz — że chłop ma nieśmiertelną duszę.
Na bezwyznaniowej twarzy mojego przyjaciela zadygotały groźnie wszystkie, dość rzadkie (błogosławieństwa bożego nie było) i nieco szczecinowate rudo-blond włoski wąsów i brody.
— A ja twierdzę — zaperzył się, wymachując rękoma i ukazując chałupy wiosek omijanych przez nasz pociąg — że w takich norach nie chciałaby mieszkać żadna amerykańska świnia, chociażby ją co tydzień pędzono na kazanie księdza dobrodzieja.
Siedzący obok księdza obywatel ziemski z Podola parsknął śmiechem; od dłuższej już chwili można było zauważyć, że ma on zamiar porodzić dowcip, koncept570, dykteryjkę571, wyczytaną w Ramotach i ramotkach Wilkońskiego572 lub w „Kolcach”573 sprzed lat trzydziestu, i w ten sposób zapoznać nas z ziemiańską twórczością, i dowieść, że większa własność polska reprezentuje na kresach interesy polskiej kultury (granice nie tylko terytorialne, lecz i umysłowe sprzed roku 1772). Pikowa kamizelka obywatela falowała rozkosznie, co wyglądało, jak gdyby się śmiał sam do siebie brzuchem.
Wyraz „brzuchośmiech” polecam uwadze „Chimery” Miriama i innych S.A.M.574 Można mówić na przykład, że Fredro575 miał „brzuchośmiech naiwnie bytostwierdzający”, a Zabłocki576 miał śmiech racjonalistycznie oschły bezbrzusznego mózgu, że Molière’a577 mózg ze światem kłócił, a brzuch godził, że Fredro śmiał się górną, a Arystofanes578 — dolną częścią brzucha; brzuchośmiech zenitowo-trawienny i nadirowo-seksualny579, wszystko to z rozdziału: „Brzuch, śmiech i puchlina. Przyczynki do metafizyki płaskiego konceptu580”).
Wreszcie obywatel przerwał swój monolog brzuchowy i rzekł:
— A ja co dzień, wieczorem, idąc spać, modlę się: „Zrób mnie ty, Panie Boże, ekonomską świnią”.
Było to tak nieoczekiwane, żeśmy się wszyscy roześmieli, zapominając o rozpoczętym sporze. Obywatel zaś, wyładowawszy nadmiar wesołości, podrechotując od czasu do czasu, zaczął wykładać o szczęśliwości, jakiej zażywa na koszt dziedzica i z jego jawną krzywdą — ekonomska świnia.
— I co oni tam gadali w tej Dumie, panie, to zaraz znać książkowych ludzi — teorie przy zielonym suknie powymyślane — wywłaszczyć, wywłaszczyć, chłopom oddać, a o tym zapomnieli, że wtedy już chłop ciągle będzie musiał swoje tylko i sam jeść, i bydłu dać. „Semen — pytam ja raz — możesz ty bydło w szkodę nie wpędzać?” — „Ne możu, pane, zowsim bez toho ne może buty...”581 — a oto i głos ludu. Chłop, panie, i jego bydło z dziedzicowego żyje, dziedzic, panie, to jest jak mamka, swoją piersią, panie, wszystko karmi. „Ziemia rodzi” — mówią. — Nie ziemia, ale dziedzic... Gdzież, ja się panów pytam, chłop wypasać będzie koniczynę albo i pszenicę, jak dziedzicowego nie stanie? Swoje?! Toć on prędzej z głodu umrze, niż swoje ruszy... Chłop bez wypędzenia w szkodę żyć nie może — taka już jego natura — a tu raptem wszystko swoje — wtedy on bydło zamorzy, sam się powiesi. Ja nawet taki rysunek zrobiłem, bezpretensjonalny, panie — swojska sztuka — chłop się powiesił na suchej wierzbie, chude, wyschłe krowy chodzą jak szkielety z wysuniętymi, poczerniałymi z głodu językami, łzy obcierają, a na boku siedzi dziedzic i wyschłą, wyschłą, panie, piersią, tak jak pelikan, chłopskie dzieci karmi. Tak — zarzucono mi wprawdzie, żem dziedzica z piersią kobiecą wymalował — alem nie odstąpił — symbolizm, panie. — Wolno Böcklinowi582 malować tam, panie, utopionego centaura, dlaczego nie może być dziedzic z wyschłą piersią mamki... Tak, panie — namalowałem, panie, własną ręką — teraz trzeba walczyć na rozumy... Nic, tylko obraz! — W ramy i do młodszego pana Hurki583 z wdzięcznego serca — i tom tylko napisał: znać po panu krew polską, szlachecką... Tak, on jeden i pan Skirmunt584 nas ratowali, a z piszących to chyba tylko pan Grabski585 (brzydkie, panie, nazwisko — przysłowie takie jest: spisał się jak Grabski w tańcu...) i ten, panie, drugi... jakże mu tam... Rosenzweig586. — Niedobrze też, że nazwisko jakby żydowskie; myślę, panie, czyby do rodziny go nie przyjąć i do herbu — Dudek na śmieciach, panie — stare szlacheckie godło... Tylko że trudności, panie, trudności, a o heroldii587 oni w tej Dumie całkiem zapomnieli. A pan Rosenzweig jest wielki myśliciel, ale i on jeszcze przesądom hołduje — i on jeszcze coś o pracy, o wydajności gleby bąka... Nie gleba, nie praca, tylko dziedzic. Z nas, panie, wszystko! nas ssie rząd i miasto, i handel, i kredyt, i chłop, panie, chłop! Po ekonomskiej świni — chłop jest na wsi dziś najbardziej uprzywilejowane stworzenie. — I cóż teraz, pytam ja się panów, będzie, jak dziedzica nie będzie, pelikana tego, krwią swą serdeczną wszystkich żywiącego? — Twarz naszego obywatela zmarszczyła się od wielkiego wysiłku i poczerwieniała tak, że stała się całkiem podobna do faszerowanego pomidora poruszającego groźnie wąsami. — Nic nie będzie, głód i nędza; pomarnieje to wszystko jak świeżo wyłupione, nieopierzone pisklęta, którym matkę zabito. Nietrudno zniszczyć, urodzić trudno. Ja to, panie, wiem — my to wiemy. Ekonomską świnią trzeba było mi się urodzić, nie dziedzicem.
Słuchając tego monologu, dojeżdżaliśmy do Krakowa.
Na drugi dzień wyszedłem już na planty588 w tym specjalnym nastroju, który krakowskim nazwać by można. Idealiści widzą wpływ historii w tym głębokim przeświadczeniu, jakie z wolna, a nieustannie i niedostrzegalnie, wcieka w człowieka i przekonywa589 go, a raczej zmusza czuć, że wszystko, co się tu dzieje, dziać może, nie jest istotne, że ludzie żyją sobie tu ot tak, na niby. Na niby się współczuje Warszawie, na niby tworzy się metafizykę, na niby czci się Kościuszkę. Wszystko, co się dzieje naokoło, jest pewnym rodzajem nudnego snu.
Kraków wywołuje zawsze przedziwne skojarzenie w wyobraźni mojej, obraz: na wpół wspomnienie, na wpół uplastycznione poczucie nudy i ociężałości. Zgniły ciąg od Rudawy i Wisły, odór pleśni, pajęczyna na myślach i słowach ludzi, wszystko to razem splata się i kojarzy. Przybyszewski nazwał to malarią, Wyspiański wyczuł ten trupi charakter ludzi i skojarzywszy go z historycznością, śni w Krakowie swoje własne życie niby w sarkofagu. Czy zresztą można tu mówić o życiu jeszcze?
Widziałem kiedyś w Warszawie przytułek nieuleczalnych staruszek — siedziały nabrzękłe, to znów jak szkielety chude; sztywniejącymi rękami darły pierze, oczy ich były szkliste, a raczej zagasłe, zmętniałe i nieruchome. Siedziały rzędem, milcząc. Ten obraz przesuwa mi się, gdy myślę o Krakowie. Staruchy siedzą, nie widząc pracy, jaką wykonują ich palce. Najfantastyczniejszym przedmiotem wydaje mi się w tym wszystkim gęsie pierze. — Staruchy, różaniec — to wszystko w porządku rzeczy. Siostra wygląda woskowo, lecz jest tłusta, zrozumiałe — są przecież staruchy i ich trupio automatycznie poruszające się palce... ale skąd pierze? Na kim porasta ono w tej trupiarni?
Galicja nie jest krajem, to jest szpital. Z chorych żyją: lekarze, felczery590, intendentura591, ale gdzieś musi to mieć swój początek. Początku jednak tego dostrzec niepodobna...
A prawda, są jeszcze karawaniarze, trumniarze i inne gałęzie przemysłu.
Umarli w dziejach cywilizowanych bywają wcale niezłym przedmiotem eksploatacji, a w Galicji — jak polemika w sprawie pluralności wykazała — robotnik ponad lat 30 jest rzadkością. Nawiasem mówiąc, czy nie jest to dowodem krańcowej arogancji ze strony ludzi, którzy żyją tak krótko, których nawet obywatelami nazwać niepodobna, ale tak sobie „przechodniami”, że śmią żądać praw głosowania na równi z ludźmi, co na tym padole przeżyć mają lat 70–80, ale tak to już dzieje się. Prawda ma słuszność. Socjalizm592 nie jest niczym rdzennie demokratycznym. Bo skąd by na przykład mogło zjawić się w klasie robotniczej pojęcie o życiu dłuższym nad lat 30, skoro nie leży to w jej zwyczajach?
Powracając jednak do Krakowa, to najnaturalniejszym wydaje mi się przypuścić, że śmiertelność proletariatu służy za podstawę jego materialnego istnienia. Bo proszę tylko pomyśleć, kto żyje ze śmierci — grabarz, trumniarz, ksiądz, organista, szarytka593 et caetera, et caetera. Karol Gide594 w swoim wspaniałym i głęboko przemyślanym traktacie o ekonomii politycznej pisze o zamienności i równoważeniu się potrzeb. Tak na przykład kawa jest zbyt droga, więc kupujemy sobie kalosze, które potaniały, albo drożyzna mięsa przyczynia się do popytu na trumny, ba, na krzyże, a nawet nagrobki, widzicie więc, że istnieje solidarność między rzeźnikiem, hodowcą, obszarnikiem a rzeźbiarzem na przykład, który dostarcza tanich, szczególniej tanich nagrobków, płyt et ceatera.
Sama zaś koncepcja Krakowa jako miasta ze śmierci żyjącego posiada w sobie wiele groźnej, ale majestatycznej poezji, całkiem w nowoczesnym — dajmy na to — Micińskiego stylu.
Mógł pisać Norwid o Egipcie: „Między mumią i Sfinksem naród wychowany” — dlaczegoż by rzec nie można: między księdzem a trumną?
Tak myśląc i układając już poemat, dramat, epopeję, zbiór liryków Wrotyszcze śmierci595 albo Królowa śmierci, albo Dzwon nicości, siadłem do tramwaju.
Naprzeciwko mnie siedział pan bardzo chudy, o żółto-sinej cerze, cienkich nogach, lnianym zaroście i bladoniebieskich oczach. Był podobny do wygotowanego kangura. Było rzeczą jasną, że jest to els596. I jakoż po krótkiej chwili zaczął on zwalczać prostytucję.
Słuchało go parę istot, tak szczelnie w zakopiańskie peleryny zawiniętych, że niepodobna było je pod względem płci zaklasyfikować. W każdym razie były tak brzydkie, że ze względów estetycznych należało przyklasnąć ich konsekwentnej i wytrwałej czworakiej wstrzemięźliwości.
— Polska — piszczał kangurowaty pan — może się odrodzić tylko przez czystość, czystość absolutną.
Wykład został najniespodziewaniej przerwany, gdyż z kąta zerwało się groźnie indywiduum597 o czworograniastej głowie i kłapiących uszach...
Poklaskując nimi, jegomość ten zaryczał:
— Pytam się szanownego pana, czy Polska może być kiedy państwem, czy też nie?
— My liczymy na siłę moralną — zaperzyła się jedna z istot pelerynowych.
— A ja państwu mówię, że stała armia bez prostytucji obejść się nie może. Zresztą badania naukowe antropologów wykazały, że prostytucja jest kwestią rasy; prostytutka się tak samo rodzi, jak poeta, zbrodniarz. O równości deklamują tylko socjaliści, którzy, jak dowiedliśmy tego, są tu pewnym produktem degeneracji, a osłabienie instynktów państwowych jest dziś dowodem, jak bardzo przesiąkająca ze wschodu anarchia...
— Ja myślę — przerwałem — że są i inne powody, niedbałości władz...
— Otóż to — potwierdził wszechpolak — ale postanowiliśmy temu zaradzić i stronnictwo nasze, stronnictwo narodowych denuncjantów, n.d.598 — od początku zastrzegliśmy sobie symbolicznie to prawo.
— Tak — powiedziałem — władze są niedbałe, dlaczego na przykład — rzekłem, wskazując na tablicę: „w celu walki z gruźlicą” — nie było dodać dwóch liter: c.k.,cesarsko-królewską.
— Protestuję — zawołał wszechpolak — znam ten przesąd centralistyczny... Z autonomicznego stanowiska protestuję, w imię narodowych instynktów protestuję — i zapisał w notatniku: kwestia do opracowania: „O unarodowieniu gruźlicy”.
— Więc pan — odezwała się istota w pelerynie — stoi na grubo empirycznym stanowisku bojaźni śmierci. Dla pana gruźlica jest chorobą... O, jest nią ona dla ciała, ale czym są dla ducha choroby, skąd pan wie, na co duchowi potrzebna jest gruźlica, w jakie on pod jej wpływem stroi się pióra? A choćby śmierć. Pytam się pana, co jest ważniejsze: ciało czy duch? Uczynki nasze są przecież tylko siłą przez to, że poruszają duchowe kolumny... Kto wie, gdyby cały nasz naród miał odwagę umrzeć, umrzeć tak, jak oblubienica w dzień weselny...
— Tak, ale materializm — rzekł els. — On przeszkadza. Mówią nam, że my nie widzim599 czasu, że wypadki przechodzą nad nami niepostrzeżone. O, nie, my ich nie chcemy widzieć. Polska, niby sen srebrny, leży w czarnej trumnie. I niosą ją, i pędzą fale krwawe... Tak, ja sądzę, że póki lud nasz nie zrozumie, że śmierć jest mocą, póki na świecie zmiennym będzie zakładał nadzieję...
— Tak — rzekła druga z istot w pelerynie — ja myślę, że Baumfeld600, kiedy o odrodzeniu natury mówi, nie wyciąga ostatecznego wniosku, bo on myśli, że to się dzieje tu przez wolę wszystko, a najpierw trzeba umrzeć, a później dopiero...
— Główna rzecz, że trzeba teren walki przenieść poza grób...
— I to jest — powiedział els — najohydniejsze w socjalistach, że oni profanują samą śmierć, oni umierają dla ziemi.
— Tak, Szczepanowski601 to już przewidział, kiedy mówił, że oni żądają błota, to jest użycia dla wszystkich.
— A jeszcze lepiej powiedział to Miciński, odsyłając ich do wedyckiej602 mądrości o jaźni.
Wysiadłem. Pilno było mi zobaczyć mojego przyjaciela; jego oschły darwinizm był dla mnie teraz niezbędnym antidotum.
Zastałem go przemierzającym wielkimi krokami swój mały pokoik — przed nim siedział sobowtór Elsa.
Przyjaciel mój mówił:
— Przekonałeś mnie... My wprawdzie nazywamy to ciągłością, plazmą zarodkową, ale przyjąwszy, że jest odrębna plazma królewska i że ta...
Kraków działał.