Katarzyny Nietoperz opinie literackie

Czasy iście babelskiego pomieszania języków nastały pośród tych, którzy nigdy do żadnego nie szturmowali nieba, których myślom sufit już był zbyt wysoko. Można wątpić doprawdy o przyczynowości, tożsamości jaźni ludzkiej, a nade wszystko o istnieniu jakiejkolwiek logiki i sprawiedliwości we wszechświecie. Najspokojniejsi obywatele, grający codziennie w winta299, pokera lub przestarzałego wista300, zapalali nagle latarnie i wychodzili na poszukiwanie własnego „ja”, i napotkawszy jakiegoś jaskrawo przystrojonego pajaca, jakiegoś krzykliwego komiwojażera301 branży duchowej, wmawiali w siebie, że je znaleźli. Spotykano kamieniczników, zalewających się łzami na myśl, że świat cały, a więc i ich kamienice są tylko ich wyobrażeniem.

— Świat, jako moje wyobrażenie, to można znieść, ale kamienica!... Jakże straszną i złowrogą mocą jest solipsyzm! Och, ten Przybyszewski302!

Cienie, pozbawione swoich właścicieli, szukały ich na próżno po ulicach, miejscach zabaw i rozrywek towarzyskich. Zielonooki strach wyzierał z najbardziej ospałej twarzy. Zaprzęgnięte do dziennikarskiej pracy potomstwo oślicy Balaama303 żałosnym, źle zestrojonym rykiem wzmagało trwogę.

W czasach tych, tak ironicznych i niezasłużonych, w czasach, gdy Zyzio Przybylski304 myślał o napisaniu dramatu symbolicznego w pięciu aktach (coś w rodzaju swojskiego Aksela305), a Gabriela Zapolska306 nie kryła się z zamiarem naszycia księżyca i gwiazd na swej jedwabnej halce i stworzenia sobie w ten sposób przenośnego nieba — celu wzlotów mistycznych — Incognitus307 na próżno szukał przekonania. Próbował najrozmaitszych sposobów — strwożoną myślą ciskał we wszystkie cztery strony świata, trafiając zawsze bez wyjątku w ubytek prenumeraty i śmieszność.

Przekonania! Kto powie mi, jakich dzisiaj trzeba być przekonań?! Głowę moją za przekonania! Znikąd ratunku! Świat zmienił się w potworny wir niedorzecznych niespodzianek, z których każda drwiła z samej siebie, ze wszystkich innych, a przede wszystkim z Incognitusa. Po nocach śnić mu się zaczęły sny fantastyczne i szyderskie308. Zdawało mu się, że jest Edypem309, zbłąkanym w lesie Sfinksów310. Wszystkie miały utkwione w nim oczy i czarną wymową wzroku przyrzekały odsłonięcie tajemnic prenumeraty, wziętości i sławy. Z tęskną nadzieją podbiegał do każdego z nich Incognitus, lecz hieratyczny311 potwór najniespodziewaniej w świecie pokazywał mu język, wykręcał się na pięcie i z bardzo nieprzyzwoitym gestem zaczynał gwizdać lub śpiewać coś niezdradzającego wcale szacunku dla kierownika „najpoczytniejszego” w Warszawie organu codziennego. Jeden z nich tylko zachował się aż do ostatniej chwili poważnie, z bardzo tajemniczą miną pochylił się do ucha Incognitusa i wyszeptał: „A ja ci powiem, co by było, gdyby filister312 oszalał” — potem zadarł głowę do góry i zaśpiewał: „Jedź na Kretę! Jedź na Kretę!”.

Miara cierpliwości Incognitusa wyczerpała się. Od czasu, gdy wizje zaczęły sobie z niego pokpiwać, postanowił ostatecznie zerwać z modernizmem i w ogóle ze wszystkimi poglądami, a nawet w paru bardzo zaufanych kółkach wyraził się lekceważąco o Brandesie313.

„Kant — myślał Incognitus — po krytyce czystego rozumu napisał krytykę rozumu praktycznego. Czas, abym i ja pomyślał o wierze”. Tegoż samego dnia Incognitus kupił sobie Naśladowanie Chrystusa314 we francuskim przekładzie Lamennais’ego315 i postanowił opokę wiary przeciwstawić wzburzonym falom współczesnego życia i myśli.

„Tu — myślał — wiem, czego się mam trzymać, każdy katechizm mnie objaśni, podczas gdy tam trzeba wybierać, rozstrzygać, a mądry będzie ten, kto potrafi rozpoznać swój pogląd od cudzego. Etykiety bestia nie będzie miał na czole, skąd więc mam wiedzieć, że to mój, a nie na przykład jakiegoś źle wychowanego radykała? Tak się to dziś pogmatwało, że diabeł do ładu nie trafi”. Na skutek tych refleksji pani Katarzyna Nietoperz, gospodyni księdza Izydora Piernackiego, proboszcza w Bebechach Małych, osoba, z nabożności swej, stałości w poglądach i mocy charakteru zaszczytnie znana Teodorowi Jeske-Choińskiemu316 i Janowi Jeleńskiemu317, a przez Werytusa318 żartobliwie „klucznicą bram niebieskich”, a poza oczami Cerberzycą nazwana, otrzymała któregoś z dni ostatnich list w kopercie, z napisem drukowanym „Redaktor Kuriera Warszawskiego”. Przyzwyczajona do korespondowania z wikarymi, proboszczami, dziekanami, a nawet kanonikami, nie zdziwiła się, lecz otworzywszy list, zaczęła czytać:

„Czcigodna Pani! Pyta się socjolog, Benjamin Kidd319, co oznaczają wieże kościelne wznoszące się powyżej kominów fabrycznych i czyżby na darmo i bez związku z tym życiem, ponad którym górują, wznoszone być miały? Co zważywszy, protestuje przeciwko materialistycznemu pojmowaniu dziejów w imieniu bardziej idealnych zasad. Azaliż320 bowiem wszystkim ma być komin fabryczny? Punkt widzenia i pytanie niepozbawione słuszności, niemniej jednak jednostronne. A w sprawach społecznych trzeba być syntetykiem321, a także realistą. Nie zaprzeczam i nie chcę zaprzeczać górowaniu wieży kościelnej. Śmiem twierdzić nawet, że należy sięgać dalej. Przy kościele bowiem jest plebania, a w niej kuchnia, a co za tym idzie — komin kuchenny. Czy nie osiągnie się przez to punktu widzenia istotnie bezstronnego i w prawdziwym znaczeniu syntetycznego? Bo czyż przez przynależność swą do kościoła komin plebanii nie jest spowinowacony z wieżą kościelną, a przez naturę swą samą z kominem fabrycznym? Czy nie jest jednym i drugą zarazem, czy nie stanowi — że tak powiem — ich połączenia? Nie przemysłowiec więc ani ksiądz — jak twierdzi spirytualizm322 — jest sprężyną rozwoju społecznego, ale klucznica323, czyli gospodyni, czyli ty, czcigodna pani, jak twierdzę, zgodnie z zasadami idealno-realnej syntezy dwóch światów profesora Struvego324, ja niżej podpisany. Bo zastanówmy się, pani, czy nie przez klucznicę, gospodynię, styka się ksiądz z realnym światem potrzeb, dążeń, interesów świeckich swego czasu i czy dalej poprzez klucznicę, gospodynię, poprzez ciebie, czcigodna pani, nie zdobywają sobie te właśnie realne potrzeby dostępu do naszego wnętrza, asylum325 samotności duchowej, w której znajdują idealne swe uświęcenie? Czyż nie jest to przedziwna synteza, zlanie się i dopełnienie cudowne, i niemal mistyczne? Ci, którzy twierdzą, że nasze duchowieństwo zbyt oderwane jest od życia, zbyt mało przenika się ideałami i potrzebami nurtującymi społeczeństwo, zapominają o klucznicy. Na plebanii ona reprezentuje kulturę świecką, ducha czasu i jego potrzeby. Jeżeli więc są księża, którzy narzekają na oderwanie od życia swego stanu, to niewątpliwie temu to przypisać należy, że nie mieli oni klucznic. Stąd wypływa dla mnie logiczny i arcyważny wniosek, że aby poznać, co będzie myślał ksiądz o sprawach świeckich, społecznych, artystycznych, naukowych i tak dalej, należy zapoznać się z poglądami jego klucznicy; ona bowiem stanowi arterię326, poprzez którą wnikają realne interesy i zagadnienia do przeduchowiającego je medium plebanii. Stąd nie zdziwisz się, czcigodna pani, gdy zwrócę się do ciebie z prośbą, abyś zechciała wypowiedzieć zdanie swe o niepokojącym nasze społeczeństwo modernizmie i w ogóle o tak zwanych nowych prądach”.

Podpisano „Jan Brzeziński327” — mówiąc między nami — Incognitus.

Odpowiedź pani Nietoperz nie kazała na siebie zbyt długo czekać, zredagowana była zaś w tonie stanowczym i energicznym.

„Kot Filuś, gdy zje szperkę328, wypije śmietankę lub inaczej spsoci, przymila się już, zanim wezmę trzepaczkę. Ale mu to nie pomaga. Nie pomoże i wam, choć już naprzód kręcicie ogonem. Chcielibyście i diabłu ogarek, i Bogu świeczkę, i gospodyni księżej podpłomyk, ale ja na cztery nogi kuta, okpić się nie dam i tylko z Maćkiem i Kaśką się załatwię, zaraz się do was zabiorę. Zapytacie się mnie, com złego zauważyła329, odpowiem: wszystko złe! A nie chcieliście słuchać, nie trzeba się było pytać. Skoro zaś, gdy panu Sienkiewiczowi się nie udało, mnie prosicie o pomoc i chcecie, abym między wami ład uczyniła, to słuchajcie! Słucham ja ciągle waszej gadaniny i aż mi się mdło robi — takie z was ślamazary i niezdary! Mnie takie sprawy nie pierwszyzna. Moja siostrzenica też głupia była i za jakiegoś belferzynę330 poszła. Chuderlak był, bez butów chodził, a książki do domu znosił i piórem skrobał. Głód, nędza — jak to wiadomo — tam, gdzie obraza boska. Ale choć Bóg cierpliwy, aleć i sprawiedliwy, więc i ten pióroskrób zległ, i krwią pluć zaczął, dycha, dycha, a jeszcze pisze, przez to skończyć nie może. Ani na tę, ani na tamtą stronę. Aż też ja przyszłam i porządek durch331 uczyniłam, choć moja siostrzenica i głupia, i dla jego książek w dziurawych bucikach chodziła (tak już jej całkiem pan Bóg rozum odjął), ale zawszeć332 moja krew! Przychodzę więc. Mówi: tak i tak! Idę ja do niego: leży żółty, ślepia od ciągłego bezbożnego czytania gdzieś pozapadały i jak węgle piekielne świecą. Ażem333 się przeżegnała (przy takim zawsze lepiej ostrożnie!). Podchodzę więc i do niego słodziutko: »A cóż ci to, mój Jasiu? A cóż ci to, moja duszko?« I takem go rozmiękczyła334, że stał się niby miód do smarowania. Po rękach mnie całuje, płacze. »Cioci jednej tylko wierzę, do cioci tylko mam zaufanie«. — A ja na to: »Dobrze, serduszko! A mów ino335«. — I zaczął on mówić jako bezbożności swe, dla których żonę i dzieci głodził (a i sam także bez wszystkiego się obywał: taka już w nim była zatwardziałość), ma w dwóch wielkich księgach spisane i jako dziś ludzie za głupi są jeszcze, aby to mogli zrozumieć, ale z czasem wielka »szczęśliwość i światłość z tego jego pisania« wyniknąć może. Więc prosi mnie i po rękach całuje, abym ja je wiernie przechowała i do jakiejś ci tam biblioteki odesłała albo odniosła. »Dobrze, synku — mówię — sama zawiozę, żeby to gdzie w drodze nie przepadło«. — Sam już nie wiedział, jak mi dziękować. Łzy mu z oczu kapią, kapią, a ja ze śmiechu, com go dusiła, małom się nie zatchnęła336. »Gdzież więc są, serduszko, te twoje książki?« — pytam; a on mi kluczyk zaraz dał i szafkę w biurku pokazał, a sam na poduszki opadł i całkiem zesłabł337. Otwieram, wyjmuję: och, takie wielkie szpargaliska! Na jednym wielkimi literami napisane: Rozum społeczny, a na drugim: Zasady dobra powszechnego. »Pięknie — myślę — znam ja się na tym«. A ty, Antychryście, Belzebubie, piórkoskrobie przeklęty!... — A sama słodziusieńką minę robię i mówię: »Już ja ci się, serdeńko, tym zajmę«. — A on się do mnie uśmiecha i ręce składa; tu już mnie taka złość porwała, że byłabym go udusiła. Taki ręce będzie składał, taki, co o rozumach społecznych pisze, w Boga nie wierzy. »Damże ja ci... — myślę. — Poczekaj, będzie ci tu zaraz ciepło!« — Przechodziła akurat pod oknem Żydówka, kiwnęłam na nią. Podeszła, a ja ją pytam, czy nie potrzebuje papieru do zawijania masła. »Ny, dlaczego nie potrzebuję — mówi — zawsze potrzebuję«. — A on pod tę chwilę, nie wiem już, zasnął czy omdlał, ale się nie ruszał, jakby martwy. Targ w targ, sprzedałam Żydówce papierzyska. Dwa złote osiemnaście groszy mi dała! Oszukała Żydówka, alem się już strasznie spieszyła338. Wzięłam pieniądze, do łóżka podchodzę, a on ocknął się i mówi: »Śniło mi się, że mi nietoperz na moich piersiach usiadł, skrzydłami dusił, krew z serca pił«. — A ja mu na to: »Zaraz, serdeńko — powiadam — dowiemy się, co taki sen znaczy, bo właśnie u Żydówki dwa złote groszy osiemnaście utargowałam, to po sennik poszlę339 i zaraz się z niego dowiemy«. — A on uśmiecha się i mówi: »Żartuje ciocia, kto by dziś w senniki wierzył — powiada — to tylko zabobon«. — »Poczekaj — myślę — dam ja ci zabobon«, a sama mówię: — »Pewnie, że więcej w tym zabawy i pustości aniżeli prawdy, ale dlaczego i nie zabawić się, jeżeli grosz niespodziany i nierachowany w ręce wpadnie; a ja właśnie za twoje papierzyska aż dwa złote osiemnaście groszy utargowałam. Byłoby więcej, ale bardzo atramentem popaskudzone i do owijania masła niezdatne«. — Zbladł, zachłysnął się i potem poczerwieniał, jakby się grzdyką340 własną zadławił. »Nieprawda! — krzyczy — nieprawda!« — »Prawda — mówię — aniołku, szczera prawda i już ci się u Żydówki szpargały nie pomarnują, prędko w obrót pójdą«. — Podniósł się, piersi wyciągnął, krzyczy: »Na pomoc! Ludzie! Na pomoc! Nietoperz!« — Ażem się zastraszyła, że to on może siłę nieczystą na pomoc tak zwołuje, alem się przeżegnała, na poduszki go siłą ułożyła i mówię: »Leż, pióroskrobie, leż, piekielniku, farmazonie, belzebubie zatracony, leż, słodko ci mówię, leż!« — A chciał krzyczeć, więcem mu taką maleńką poduszeczkę — jasiek się nazywa — w mordę wetknęła341. Potrzepotał się trochę, potrzepotał, a potem wyciągnął się i taki był jego koniec — pióroskroba.

A toć ja słyszę, że oni wszystkie takie, te pióroskroby, albo paralusz342, albo suchoty i wy sobie z nimi poradzić nie możecie. To tak jak kot, co za dużo mięsa je i myszy mu się łowić nie chce; ej, wezmę ja trzepaczkę i w mig się z wami i z nimi rozprawię. Toć widzę, że wy tylko dla zamydlenia oczu, że niby nie po próżnicy chleb jecie, udajecie, że swoje robicie. A już się u was jak u wałkonia-kucharki, flejtucha różne »modernizmy« namnożyły! Ej, zakaszę ja rękawy, zakaszę i zrobię koniec z pióroskrobstwem. A teraz piszę.

Mogą być buty na obstalunek343, to mogą być i książki na obstalunek — i żeby innych nie było. Przyjdę, powiem, ile funtów, jaki kolor okładce, i jak co!

Miłości żadnej! Bo to z tego ani ksiądz proboszcz, ani ja żadnego pożytku nie mamy. Co innego ślub. O ślubach można. Można i tak, żeby rozwieść, a potem znowu ślub, bo to także piękny dochód, ale bez miłości. I rozwód także! Niech się rozwodzą dla pieniędzy. Wszystko inne w szóstym przykazaniu zakazane.

Potem, ażeby było wesoło, bo jak smutno, to nie mam apetytu, a ksiądz proboszcz także. Najlepiej, niech Żyd chłopa oszuka, a chłop Żyda ogrzmoci. I prawda, i pożytek, i piękno.

O naukach nie potrzeba: ja i ksiądz proboszcz i tak wszystko wiemy. Z nauki dla świeckich tylko sennik egipski wielki i kabała344. Ćwierciakiewiczowej345 nie trzeba — porubstwo346; ja sama lepiej wiem. A zresztą wezmę trzepaczkę”.

Podpisano „Katarzyna Nietoperz”.

Incognitus po przeczytaniu osłupiał. Za krańcowe, stanowczo, za krańcowe, ech — i źle wychowana. Kot Filuś, trzepaczka, ee... nie uchodzi. Proszę, a to grubianka! Stanowczo zaczynam rozumieć Combesa347 — zaraz jutro napiszę. Mnie trzepaczką! Quelle brute cléricale!348

A w nocy miał sen — zdawało mu się, że ma sklep, z papierem, starym, zadrukowanym papierem. Przynoszono mu całe pliki, zapisane szkarłatną krwią, z napisami: Żeromski349, Przybyszewski, Wyspiański350. Rozwijał je, na stole rozkładał, a stojący obok Henryk Sienkiewicz, z wytwornym uśmiechem i pieczątką, na papierze tym dwa wyrazy: „ruja i porubstwo” wyciskał, a on, Incognitus, Żydówkom do zawijania masła go sprzedawał. A nad nimi trzepotał się olbrzymi nietoperz o głowie wypasionej rzeźniczki i trzepaczkę miał w ręku, pod skrzydłem. Skrzydłami trzepotał, trzepaczką machał i śmiał się.

Zagrożone podstawy, czyli katastrofa w życiu pana Izydora Drzazgi

Przypadek, który spotkał pana Izydora Drzazgę, znanego w szerokich kołach przemysłowca, akcjonariusza i członka zarządu lombardu, założonego pod hasłem: „precz z Żydami, popierajmy lichwę krajową”, powinien by zwrócić na siebie powszechną uwagę. Świadczy on, że indywidualistyczne rozpasanie coraz szersze ogarnia kręgi, że modernistyczna zgnilizna przesiąka coraz głębiej w rdzeń organizmu społecznego. Dochodzi do tego, że żaden poważny człowiek, opiekujący się jakąś sierotą, nie będzie się mógł uważać za zabezpieczonego od przypadłości, które powinny być jedynie słuszną karą dla zdemoralizowanych chłystków, nigdy zaś dosięgać nie powinny mężów poważnych i stojących, że tak powiem, na świeczniku. Musi przecież być jakaś różnica pomiędzy rozpustą, nieznającą żadnych karbów, a rozsądną i słuszną rozrywką, mającą na celu osłodę chwil wolnych od pracy obywatelskiej, zwłaszcza jeżeli się przestrzega przy tym zasad ekonomii, higieny i dobrze zrozumianej etyki. Tak jest — etyki — powiadam! Czyż można przypuszczać bowiem, że młodą i przystojną sierotę popycha ku poważnemu obywatelowi, który losem się jej zajmuje, grzeszna chęć uciech cielesnych, zwierzęcy popęd zmysłowy? Tego nie powie nikt, kto kiedykolwiek obywateli tych widział. A więc chciwość? Lecz pan Drzazga był oszczędny. Pozostaje więc jedynie uczucie czci dla siwizny, zdobytej w pracy dla dobra ogółu, czysto idealistyczne przywiązanie do zalet wyłącznie duchowych. Ale materializacja trawi nas, nie umiemy już żyć radością innych, cieszyć się myślą, że służymy szczęściu kogoś lepszego od nas. Oznaki są groźne — powtarzam — i choć wiem, że lekkomyślna opinia naszego ogółu nie uzna słuszności moich słów, nie mogę milczeć. Poczucie obywatelskie kładzie mi dziś pióro do ręki.

Od kilku dni pan Izydor Drzazga był jak gdyby nieswój, niespokojny, smutny. Trzy dni z rzędu nie był na giełdzie, nie słyszał, co się do niego mówiło, wreszcie zwierzył mi się, że pragnie pójść do doktora. Udaliśmy się do specjalisty znanego z dyskrecji. Po krótkim badaniu na twarz jego wystąpił wyraz zakłopotania. Z widocznym przymusem wypowiedział wreszcie złowieszcze słowo. Człowiek ten, stykający się przecież z przejawami własnym jadem zatruwającego się cynizmu, cierpiał przecież w tej chwili, wstydził się za społeczeństwo. Pan Drzazga przybladł lekko, kazał sobie podać szklankę wody:

— O, żmija — mówił — a ja tak dbałem o nią... Czytałem jej wieczorami Deotymę351, pilnowałem, aby co niedzielę się modliła, mówiłem z nią zawsze tylko o rzeczach wznoszących ducha... a ona... czułem to, czułem, że toczył ją wrogi wszelkiej poezji materializm. Starałem się ją osłonić. Chroniłem ją od wszelkich pokus, dostrzegałem w niej zgubną chęć zbytku i starałem się wdrożyć ją do rozumnej oszczędności. Ściśle wyliczałem każdy grosz, co tydzień przeglądałem książeczkę wydatków. Mówi się ciągle: „ruch etyczny, ruch etyczny”. Ja niosłem pochodnię światła i oto wdzięczność, oto rezultaty. Są to warstwy zgangrenowane. Musimy to wyznać. Niepodobna dłużej ukrywać gorzkiej prawdy. Społeczeństwo nasze na złe wstępuje drogi. Dzień każdy podkopuje jakąś powagę, niweczy coś szanownego. Ja mam siwe włosy, panie doktorze — zwrócił się tu do lekarza — mógłbym być jej ojcem. Zniżałem się do tej błaźnicy. I oto... Niezbadane są koleje świata.

Wyszliśmy od doktora. Towarzyszyłem panu Drzazdze do domu. Nie mogłem pozostawić go samego. Po drodze pan Drzazga skarżył się, rozdzierając mi boleśnie każdym słowem serce. Nie mogłem go utulić. Rozpacz tego czcigodnego człowieka była wstrząsająca, był on jak gdyby Filoktetem352 czasów nowoczesnych, czasów tak odmiennych, a przecież nie mniej cichego heroizmu i poświęcenia wymagających walk i zapasów.

Gdyśmy przyszli do domu, posłaliśmy natychmiast po Pypciową. Ona to zapoznała pana Drzazgę z ową niewdzięczną, przetrawioną przez cynizm Basią.

— Basia się nazywa — mówił Drzazga — Basia! Zupełnie jak w Wołodyjowskim... To mnie tak dla niej ujęło... Ale — mówił i wargi jego przy tym wspomnieniu lekko drgnęły — ona zawsze miała w sobie coś takiego, taki dziwny brak poezji. Mówiłem jej o Wołodyjowskim, mówiłem, że ja powinienem być dla niej takim Michałem, jedynym Michałkiem, że ja także jak on stoję na straconym posterunku, że nasz lombard jest placówką naszej rodzimej katolickiej kultury, zalewanej przez bezwyznaniowość i żydostwo. I niech pan sobie wyobrazi, że ona ośmieliła mi się raz powiedzieć: „Aha! — powiada — akurat, daleko by zajechał Wołodyjowski z takimi łydkami”. A wszystko ten niezdrowy kult nagości. Ci artyści, panie, nie widzą innego piękna, jak muskuły. Namalują albo wyrzeźbią grubaśne ramiona albo nogi i kontenci. Postawią ci takiego gołego kloca. „Tors — mówią. — Akt!” — Ty mi duszę pokaż, pobożność, zasady wyrzeźb, a nie te akty, torsy, zgorszenie tylko... Byliśmy raz na wystawie. Patrzyła ci na takiego rzeźbionego draba, a potem na mnie. Nie mogłem znieść tego wzroku! To rozbestwienie, panie.

Nadeszła wreszcie i Pypciowa. Rumiana jej twarz miała wyraz głębokiego oburzenia i współczucia.

— Taki pan — mówiła prawie z płaczem. — ...taak, mogę powiedzieć, perła! — Natarłem na nią ostro. Ale kobieta ta miała wysoko rozwiniętą świadomość społeczną i poczucie moralne. — Tak jest — mówiła — ja wiem, że bezpieczeństwo panów to jest moja rzecz, że to jest moja odpowiedzialność. Ale ja sama nie zdołam.

— Tak — przerwałem — pani to dobrze powiedziała, że to jest pani odpowiedzialność, ale czy pani zdaje sobie sprawę z całego znaczenia tych słów, z całej doniosłości swojej misji, swego posłannictwa? Czy czuje pani, co spoczywa na barkach pani? Oto bezpieczeństwo ludzi takich jak pan Drzazga. I jakże się pani z tego zadania wywiązuje? To przecież służba publiczna.

Pani Pypciowa płakała z żalu.

— Nad moje siły — mówiła — ciężar ten, nie podołam. Wszystko dziś pcha do zepsucia, jakże ja jedna zdołam ochronić to, co wszyscy podkopują? Ciągle mówiłam: za dużo tej nauki, tego czytania. Wszystko to z tego. Myśli teraz każda ma w głowie; a już jak człowiek myśli, to już nikt za niego nie ręczy. Coraz mu się coś wydaje. Ciągle mówiłam: dokąd idziemy? Do zguby. Nikt mnie nie słuchał. Pypciowa tak, a Pypciowa owak. Śmiechy, chichy. A teraz bieda. Pypciowej wszystko się trzyma, na Pypciową wszystko się wali. A wpływ, jaki ja mam, znaczenie jakie? Posłucha mnie kto? Faktorka353, rajfurka354!... Proszę, jakie mi mądrale!... Nosem na Pypciową kręcą, do towarzystwa jej nie dopuszczają. „A co by się z wami stało, moje panie — myślę — gdyby nie ja?”. Kto dba o waszych mężów, narzeczonych waszych córek, synów? Ja czuwam nad nimi.

Pani Pypciowa wstała.

— Tak jest — powiada — żal mi tego pana, ale nie moja wina. Nie trzeba było drwić z Pypciowej. Pypciowa powinna być szanowana. Czytałam o kapłankach ogniska, o duchach opiekuńczych. To ja jestem. Ja nad wszystkim czuwałam, nad wszystkim miałam pieczę. A czy miałam jakie uważanie? Nigdy. To się nie mogło dobrze skończyć. Fundamentów się nie narusza, bo dom cały na łeb się zwali, a ja jestem właśnie taki fundament. Umiecie żyć bez Pypciowej? Nie umiecie. A jak nie umiecie, to szanujcie. Na pierwszym miejscu ja u was zasiadać powinna355, wtedy i posłuch byłby, i znaczenie. A tak, tfu!

Splunęła i odeszła, zatrzaskując drzwi za sobą.

Byliśmy zdruzgotani. Miała słuszność. Niepodobna było tego ukrywać. Miała słuszność. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu.

— Zagrożone podstawy — wyszeptał wreszcie pan Drzazga. — Zagrożone, a to się mści — to się musi mścić. Nie osłabia się bezkarnie podwalin.