System polityczny pana Teodora Grzechotki
Ojcem duchownym systematu291 był smok papierowy. Stało się to w sposób niezmiernie prosty. Pan Teodor Grzechotka poszukiwał idei. „Podporządkowanie wszystkich interesów ludowi” — już mu się to znudziło, „socjologia uduchowienia” obrzydła, nieustanne odmienianie przez wszystkie przypadki wyrazu „współdziałanie” w przeciwstawieniu do „współzawodnictwa” przejadło się. Trzeba było znaleźć coś nowego. Zresztą tamte wszystkie myśli wynalezione były przez innych, pan Teodor Grzechotka potrzebował idei własnej, czuł się powołany do jej stworzenia. Wierzył zawsze, że pewnego dnia musi się stać coś, co będzie dla niego tym, czym było dla Newtona292 spadające jabłko.
Jako też pewnego pięknego poranku owo z utęsknieniem oczekiwane jabłko spadło. Pan Grzechotka siedział w kawiarni i leniwym wzrokiem przebiegał pisma, gdy nagle wzrok jego padł na następujące, pozornie nic nieznaczące słowa: „...zamiast bronić się, Chińczycy wyprowadzili na mury olbrzymiego tekturowego smoka i byli mocno zdziwieni, gdy zamorskie diabły nie zlękły się go”. Pan Grzechotka przeczytał parę tych wierszy przelotnie i na razie nie zastanawiał się nad ich treścią. W nocy jednak przyśnił mu się smok papierowy, stał przy jego łóżku i szeptał mu coś do ucha.
„W tym coś jest” — pomyślał pan Grzechotka i wstąpił do kawiarni, aby odszukać numer pisma, w którym przeczytał wzmiankę o smoku. Numer się nie znalazł, ale pan Grzechotka pamiętał, że dziennikarz europejski drwił w nim niemiłosiernie z naiwności Chińczyków.
„Ale cóż to znaczy — pomyślał pan Grzechotka — ja zawsze przeczuwałem, że Europa jest zgniła”.
Pan Grzechotka miał przyjaciół, którzy również jak on szukali idei lub też czekali przynajmniej, aż ktoś szczęśliwszy z ich koła ją znajdzie.
Na zwykłym zebraniu tygodniowym proponował właśnie ktoś, ażeby powypisywać na kawałkach papieru różne sentencje i hasła polityczne, a potem ciągnąć. „Zawsze się coś wyciągnie” — mówił projektodawca — i większość zgromadzenia zaczynała się już przechylać na jego stronę, gdy nagle pan Grzechotka wstał i oznajmił, że chce zabrać głos. W krótkich i treściwych słowach pan Grzechotka opowiedział, co przeczytał w kawiarni, następnie zaś swój sen i zakończył: „Panowie, proponuję, abyśmy zaczęli budować smoka”. Dreszcz przeszedł po zgromadzeniu. Wszyscy poczuli, że rodzi się pośród nich coś wielkiego.
Pan Grzechotka potoczył okiem zwycięzcy po wpatrzonych w niego, przytłoczonych podziwem słuchaczach.
— Panowie — rzekł — Europa jest zmaterializowana. Jest to fakt, fakt bardzo smutny nawet, zaprzeczyć mu jednak niepodobna. Panowie! Trzeba się liczyć z faktami. Epoka złudzeń już minęła, żyjemy w czasach polityki realnej. Panowie! Zmaterializowana Europa w zwykłego smoka nie uwierzy.
Słuchaczom zdawało się, że pan Grzechotka błysnął im przed oczyma jakimś światłem, aby wnet potem je zdmuchnąć i uczynić zmrok trudniejszy do zniesienia niż przedtem, ale pan Grzechotka stał wciąż spokojny i pewien siebie, z miną cudotwórcy, który za chwilę wymówić ma wszechpotężne zaklęcie.
— Tak jest, panowie — ciągnął dalej — Europa w smoki nie wierzy. Siła przedstawia się jej dzisiaj w innych postaciach i trzeba, panowie, abyśmy zastanawiali się nad tymi postaciami. Dlaczego, panowie, nazywamy pewne narody silnymi, dlaczego na przykład uważamy za silnych Niemców? Oto, dlatego, panowie, że oni są w stanie ciemiężyć innych. Gdyby Niemcy nie gnębili Polaków, skąd wiedzielibyśmy o ich sile? Gdy jednak nauczyciele katują dzieci polskie na Śląsku, a następnie sąd skazuje rodziców tych dzieci na więzienie, siła jest niezaprzeczalna. A zatem, panowie, aby stać się silnymi, powinniśmy znaleźć kogoś słabszego, abyśmy go uciskać mogli. Europa nie wierzy w smoki, ale Europa wierzy w Bismarcka, panowie. Cały sekret na tym polega, abyśmy stworzyli...
— ...tekturowego Bismarcka. — odezwał się czyjś głos poza plecami pana Grzechotki.
Pan Grzechotka oblał się purpurą, obejrzał się poza siebie, lecz niewzruszony żartowniś zdążył już wyjść, pan Grzechotka zaczął więc dalej mówić:
— Każda wielka idea spotkać się musi przy swym powstaniu z szyderstwem i niewiarą — rzekł. — Musimy przekonać przeciwników naszych czynami, że żartować z siebie nie pozwolimy. Chwila jest poważna, panowie, zwlekać niepodobna. Na szczęście zaś nie potrzebujemy długo rozglądać się za tymi, na kim dowieść możemy swojej siły. Mamy przecież Rusinów293.
Grzmot oklasków zagłuszył dalszą mowę pana Grzechotki. Wiwaty, gratulacje trwały bez końca. „Polski Bismarck”, „Smok papierowy XX wieku”, „Smok grzechoczący” — wołano, a pan Grzechotka chwytał te wyrazy powszechnego entuzjazmu życzliwym uchem.
— Tak więc, panowie — wołał — cel mamy wytknięty zupełnie jasno. Wszystkie usiłowania nasze zwrócić powinniśmy przeciwko Rusinom. Gdy dowiedziemy, że jest to szczep słabszy, a więc niższy rasowo i kulturalnie, gdy zgnębimy ich, wszyscy w nas uwierzą, nie może bowiem gnębić ten, kogo nie ma. Nie uspokajajmy się, panowie, póki nie będziemy mieli własnego funduszu antyrusińskiego i póki na ich dzieciach nie wyprawimy sobie nowej Wrześni294.
— Wiwat! Niech żyje! — wołano, gdy pan Grzechotka przerwał znowu swą mowę. — Niech żyje nowa Września! Brawo! Wiwat Grzechotka! — i tak dalej, i tak dalej.
— Stanowimy więc stronnictwo, panowie. Każde stronnictwo ma program. Powinniśmy więc postarać się o jego stworzenie.
— Proponuję, abyśmy obrali za podstawę artykuły pism hakatystycznych295 i odezwy bohaterskie — odezwał się jeden z zebranych, niejaki pan Harap-Wrzeszczowicz. Propozycję tę, popartą przez pana Grzechotkę, zgromadzenie przyjęło aplauzem.
— Nie dość na tym — zabrał ponownie głos, zachęcony powodzeniem pierwszego pomysłu, Harap-Wrzeszczowicz — mam inną myśl jeszcze, która jest w stanie dodać nam szacunku nie tylko wobec innych, ale także wobec samych siebie.
— Przypowieści, panowie — zaczął — i przysłowia są mądrością narodów. Znacie, panowie, anegdotę o owym żydku, który, idąc przez las, nałożył czapkę swą i jarmułkę296 na obie ręce, aby wydawało się, że idzie z dwoma towarzyszami. Jest w tym, panowie, zdrowa myśl polityczna — proponuję, abyśmy z niej skorzystali. Powinniśmy wzbudzać wszelkimi środkami wrażenie liczebności, siły. Osiągnąć to się da bardzo łatwo. Wystarczy, gdy dodamy do każdego wyrazu, do każdego nazwiska przydomek „wszech297”. Czy nie uważacie, panowie, jaka moc i zwartość jest w słowach moich, gdy mówię: „Ja — Wszech-Harap-Wszech-Wrzeszczowicz, ty — Wszech-Teodor-Wszech-Grzechotka”?
Zapał powstał tak wielki, że niepodobna było nic zrozumieć w ogólnym gwarze.
— Ja — Wszech-Grzechocę — wołał jeden — my Wszech-Smoki — krzyczał inny. — Wszech-Bismarcki, Wszech-Września, Wszech-bokserzy, Wszech-hakata!
Narada zakończyła się wszechucztą, na której pito na pohybel298 przeklętych Rusinów.
W ten sposób powstało wszechgrzechoczące stronnictwo papierowego smoka, z którym spotkamy się zapewne jeszcze niejednokrotnie.