IV
Fryderyk156: Przysłuchiwałem się waszej rozmowie i lubo157 argumenty Emanuela są przekonywujące, nazbyt zastarzały i nałogowy, że tak powiem, ze mnie sceptyk, ażebym miał ulec im, nie wytoczywszy przedtem wątpliwości.
Emanuel: Słucham cię i naprzód już łagodność mowy twej radośnie podziwiam: nie przyzwyczaiłeś nas do tak sielankowego tonu...
Fryderyk: Bije snać158 cicha godzina. Przewiduję zgodę, rzekłbym, że odsłoniło mi się znaczenie słowa jedność. I że tylko to jest, co jest jedno, że więc różnica wszelka jest czymś napotkanym w drodze.
Emanuel: Więcej niż słusznymi wydają mi się twoje słowa i sądzę, że nastanie czas, gdy ludzie zdumiewać się będą nad tymi, co mniemali, iż może być coś ponad to, co jest, że może coś być a nie być.
Fryderyk: Tak, ale wiem także, że bywa jedność fałszywa.
Emanuel: Powiedziałbym raczej: zbyt pospieszna.
Fryderyk: Nie wiem, czy teraz dobrze cię pojąłem. Ale mniemam, że tak; zbyt pospieszną nazywam jedność, która mniema, iż samą siebie już całkiem ujęła i w przypuszczeniu tym przeciwstawia się czemuś i wyklucza, jako obce jedności.
Emanuel: Nie inaczej.
Fryderyk: Jeżeli więc kto mniema, że wszystek blask jest w cnocie, a mrok tylko i czarność w występku.
Emanuel: Kwapi159 się lekkomyślnie; wszelki występek bowiem jest cnotą nieźrałą160: gdy dojrzeje, rozkwitnie i — ukaże, czym jest i z czego, ujawni, że jest w słońcu. Nie wierzy w wielką jedność, kto mniema, że coś jest poza nią.
Fryderyk: A jak jedność określić?
Emanuel: W tym jest, w czym się kochamy: w jedności świat się kocha wszystek i ona świat cały blaskiem osłonecznia. Póki coś nam jest czarne, ciemne, martwe, póty snać nie umieliśmy zobaczyć go poprzez jedność, w niej więc nie jesteśmy.
Fryderyk: Czy tak więc mówisz: że mrok jeno mrok widzi.
Emanuel: Nie inaczej.
Fryderyk: I że cnota z występkiem są zwaśnieni bracia.
Emanuel: Tak bym powiedział, że występkiem jest to, co się nie przebudziło jeszcze i co słońca nie przejrzało jeszcze, co tych słów nie pojęło: że syn i ojciec są jedno.
Ryszard: Zbyt spiesznie mówicie. Wyznam wam, że słowa wasze wydają mi się śpiewem.
Fryderyk: Wszelka mądrość w śpiewie się zaczęła i w śpiewie się skończy.
Emanuel: Rad byś jednak — byśmy ci to przełożywszy na szkolną mowę, zawarowali161 i poręczyli niejako.
Ryszard: Wyznam, że nie jestem z tych, co szkołą gardzą.
Emanuel: Zrozumieliśmy już uprzednio, że jedyną rękojmią wszelkich wartości jest swoboda.
Ryszard: To już wiem...
Emanuel: Jakim więc może być sprawdzian moralny, bo o to ci idzie, jeżeli się nie mylę. Swobody znosić nie może. Gdyż to tylko ma wartość, co swoboda dla siebie ustanawia. Czyż nie znaczy to, że może nim być tylko to, co swobodę utwierdzi, a więc swoboda sama; czyli, że wartością najwyższą to tylko być może, co gdy uznane zostaje — wszystko wartością się staje, wartością może być tylko słońce, ku któremu zdążają, nie znając go, wszelkie wartości: ten blask, w którym świat się kocha.
Ryszard: A zatem wszystko wolno.
Emanuel: Nie — nie wolno być niewolnikiem, niewolnikiem zaś jest każdy, kto spełnia coś, nie wierząc, iż jest dobre. Wolno nam czynić wszystko dobro nasze, cały zakres swobody swej mamy spełnić — i nic ponadto.
Ryszard: A cóż jest złe?
Emanuel: Niewola w nas i poza nami.
Ryszard: Ale mistrz twój uczył, że nie wolno ulegać żadnemu popędowi.
Emanuel: Tak, ale dodać zapomniał, a wy czytać go nie umiecie: że trzeba każdy popęd zmieniać w czyn swobodny. Że swobodnym ma być cały czujący, wzruszający się, kochający człowiek.
Fryderyk: Evöë!162
Emanuel: A ja bym rzekł inaczej i sądzę, że powiesz wraz ze mną.
Fryderyk: Zgadłeś: Alleluja!
Ryszard: Wyznaję, zbyt szybkie i gwałtowne tu łączenie pojęć.
Emanuel: Dla tych tylko, co nie rozumieją, że swoboda jest jedyną rzeczywistością człowieka, a więc i miłość — a miłość jednoczy: nie ma nic prócz miłości, szczęścia i chwały.
Ryszard: A wszystek świat.
Emanuel: Przemija, w ogniu miłości swej i tęsknoty się spala.