AKT TRZECI
Lewa część sceny przedstawia salę tronową w pałacu Fizdejki, w stylu fantastyczno-spiczastym. Na lewo w rogu tron, ustawiony twarzą na przekątni całej sceny. Ściana lewa żółta, przechodzi w ciemnożółty i pomarańczowy w miarę zbliżania się ku czarnym drzwiom w środkowej ścianie. Lewa połowa drzwi w stylu spiczastym. Czarne desenie z przecinających się trójkątów. Prawą połowę sceny zajmuje kawiarnia w stylu fantastyczno-okrągłym. Dużo stolików i krzeseł. W głębi okno dla podawania potraw. Od drzwi zaczynają się czarne, koliste desenie, a kolor od czerwonego, przez purpurę, przechodzi w zupełnie czysty fiolet na ścianie prawej. Strona tronowa ciemnawa — kawiarniana oświetlona. Tron czarny w złote desenie posiada dwie kondygnacje. Na niższej siedzi Fizdejko. Ma ogolone wąsy, jest strasznie trupio bladozielony. Ubrany jest w purpurowy płaszcz na ubraniu z I aktu. Na wyższej kondygnacji siedzą dwa Potwory. Na prawo od tronu stoi Glissander we fraku, na lewo — Naczelnik Seansów Der Zipfel. Oprócz okienka do podawania, okien nie ma. Na czele dwunastu Bojarów wchodzi Mistrz, ubrany jak w akcie I, z odsłoniętą przyłbicą, z Janulką w stroju żałobnym i ogromnym czarnym kapeluszu. Stają między częścią tronową a kawiarnianą. Koło stolików krzątają się: de la Tréfouille jako kelner i Księżna Amalia jako kelnerka.
FIZDEJKO
ponuro
Zdaje się, że jestem definitywnie spreparowany. Życie moje zmieniło się w jakąś potworną malignę. Tworzę nowe światy wewnętrzne z łatwością notorycznego czarodzieja.
JANULKA
podchodząc ku tronowi
Papusiu, ja tworzę chyba jeszcze więcej — sztuczne uczucia takie, jakich w życiu wcale nie ma. Zaraziłam tym Gottfryda. Jestem jego perwersyjną kochanką, a myślę, że zostanę i żoną. On jest następcą tronu? Prawda?
FIZDEJKO
Mówisz o tym tak, jak gdyby pojęcie następstwa nie implikowało pojęcia śmierci twego ojca. Wyrzut ten — o ile wyrzutem nazwać to można — robię ci jeszcze automatycznie z tej strony świeżo osiągniętych granic. Sam jestem istotnie — wraz z nim i tobą —
wskazuje Mistrza i Janulkę
— w tym piekielnym świecie sztucznej psychicznej konstrukcji. Cudowny świat! Ale jest tylko potencjalnym. Nie wiem, jak będzie wyglądać rzeczywistość.
MISTRZ
W każdym razie będzie piąta. Chwistek wyczerpał cztery pierwsze w zupełności. Zaraz zrobimy próbę. Światła!
De la Tréfouille przekręca guzik lampy łukowej i mnóstwa żarowych. Wchodzi Joël Kranz ze swymi chasydami. Nie zwracając uwagi na nikogo zajmują miejsca przy stoliku w kawiarni.
DE LA TRÉFOUILLE
Trzy czarne dla panów.
Biegnie do okienka. Księżna podaje ciastka.
FIZDEJKO
Czemu ten błazen został kelnerem?
MISTRZ
Jest to problem zupełnie nieistotny. Tak zwane ćwiczenia transformacyjne dla duchów niższej klasy.
FIZDEJKO
A więc zaczynajmy raz, do diabła, tę piekielną komedię. Ja mówię — zwracam wam uwagę — więcej niż cezar August. On, kończąc wszystko, przyznał się34, ja — zaczynając. A zresztą, są to inne dymensje i współczynniki: on zaczynał upadek Rzymu — my tkwimy, jak stare grzyby, w głębi puszcz zbolszewizowanych — to jest, co ja powiedziałem? Ludzkość? Precz z tym! Siedzimy wśród pierwotnej dziczy.
MISTRZ
O — teraz dobrze. Jakiż będzie twój pierwszy krok władcy? Nie chcę ci się narzucać tak od razu z pomysłami.
FIZDEJKO
Wprowadźcie moich wasali — wasali, powtarzam — a ujrzycie, że nie różnią się niczym od niedźwiedzi. To bydło — skończona bydłokracja, idąca pod byle jaki nóż. No — i cóż dalej? Moja sztuczna konstrukcja spiętrza się coraz wyżej. Wyżej, wyżej — aż zabraknie samej wysokości. Ja jestem samą wysokością: Jego Wysokość książę Litwy Eugeniusz nie wiem który Fizdejko! Sama nazwa może przyprawić o kolki. Och — ja pęknę dziś, po raz nie wiem który — wydyma mnie czysta nicość.
Krzyczy.
Joël! Joël! Zaświatowy polipie z innej geometrii! Czyś stworzył już wszystkie, niewyrażalne w swej bezmiernej nudzie, instytucje?!
MISTRZ
Spokojniej, spokojniej. Spokój jest najwyższym zbytkiem, na jaki mogą sobie pozwolić ludzie naszego pokroju. Mów, Joël. Niech cię nie przeraża nienasycenie naszego władcy. Jest jak sucha gąbka w swych nieogarnionych pragnieniach. Pochłania wszystko, jak świnia świętego Antoniego.
KRANZ
wstaje gwałtownie od stolika, wylewając kawę; chasydzi siedzą dalej bez ruchu.
Panowie, ja nie mogę być spokojnym. Chciałem się opanować, ale nie mogę. Ja się trzęsę cały z dzikiej furii. Ja nie mam czasu. Życie jest krótkie — ach, jak krótkie! A muszę zrobić wszystko to, do czego jestem stworzony. Są już ramy i genialne koncepcje, ale któż je wypełnić zdoła! Wy się bawicie — ja wiem, bawicie się dobrze — ale ja wypełniać muszę — ja nie mam czasu — ja proszę o rozkazy!
FIZDEJKO
Wyrżnąć wszystkich. Nie chcę nikogo — chcę być zupełnie sam.
MISTRZ
Eugeniuszu, nie siedź na tronie w takim razie. Jako władca musisz być zawsze w nieodpowiednim dla siebie towarzystwie — z wyjątkiem paru osób najbliższych — oczywiście. Pojęcie władzy implikuje pojęcie miazgi. Znany problem Karola V. Ale on rozwiązał go w klasztorze, jako zegarmistrz.
FIZDEJKO
Dobrze — chcę miazgi, ale prawdziwej. Ostatecznie ty z Janulką możesz zostać jako następca. Ale poza tym nic — jedna miazga. Chcę być władcą samotnym.
KRANZ
Panie de la Tréfouille! Jeszcze jedna kawa! Z tym panem przeprawa będzie ciężka. Sztuczna jaźń zerwała mu się z łańcucha jak wściekły pies. Zauważ pan na serio, panie Fizdejko, że ja już i tak wziąłem ciężary ponad siły: szkolnictwo, sądownictwo, handel...
FIZDEJKO
Wiem, wiem: przemysł, finanse i tak dalej, i tak dalej. Konam z nudy na samą myśl o tym.
De la Tréfouille podaje kawę Kranzowi, który pije stojąc.
KRANZ
Jakkolwiek działy te są dość prymitywne w naszym nowym państwie, jednak jak na jednego Semitę pracy mam po uszy...
FIZDEJKO
Lepiej powiedzcie, czemu czuję ciągle potrzebę normalnych związków pojęć?
MISTRZ
Oto czemu: za mało samotnym jesteś sam w stosunku do siebie. Radzę ci, skup do ostatnich natężeń twoją moc wykrzywiania i bądź raz karykaturą twej własnej woli i przeznaczenia. Ja tylko wyzwalam — nie tworzę. Moje działanie, jako następcy tronu, może być tylko i jedynie katalityczne.
FIZDEJKO
Katalizuj do woli, ale czemu mnie właśnie? Czemu głównym obiektem twym nie jest Kranz, de la Tréfouille lub moja nieboszczka żona?
Wchodzi kniagini Elza, ubrana jak w akcie I, i kładzie się powoli u stóp tronu.
O, w niedobrą godzinę wymówiłem to słowo. Panie, świeć nad jej duszą — mnie nie obchodzi to już nic. Tylko dlaczego ja?
Wchodzi v. Plasewitz.
O — dlaczego nie on?!
Wskazuje v. Plasewitza.
MISTRZ
Wyrwałeś mi z ust to pytanie. Nie mówię o sobie, ale czemu nie on?
Wskazuje v. Plasewitza.
Czemu? Dlatego że nie on. Dlatego. Bezpośrednie poczucie przyczynowości stworzyło to piekielne słówko: „dlaczego”. Znaczenie tego jest czysto negatywne. Dlatego dzieje się to, że właśnie nie dzieje się coś innego. Nie mamy nieskończonego szeregu przyczyn aż do prapoczątku — mamy tylko konieczne wycinki. Przecież nie chcesz zejść do roli wycinka, Eugeniuszu. Materia żywa: konik polny, krowa, ja sam i ty nawet, przeczymy temu prawu absolutnie. Wyzbądź się przesądów, bo inaczej koronacja nie dojdzie do skutku.
FIZDEJKO
Wielka mi groźba! A zresztą, ja rozumiem nawet czysty przypadek, ale poza mną. Postaram się jednak spojrzeć na siebie zupełnie z boku, całkiem obiektywnie.
Wygina się na tronie.
O już — już skończone. Już widzę siebie na tronie, na jedynym tronie tej ziemi.
MISTRZ
Gdybyś nie był pod wpływem ogólnej demokratyzacji, nie pytałbyś o to wcale, Eugeniuszu. Przyjąłbyś przeznaczenie twe takim, jakim jest.
Fizdejko wykręca się dziko.
Ale stał się bądź co bądź cud: przez pojęcie absolutnej przyczynowej czy funkcjonalnej zależności doszedł do pojęcia absolutnej wolności — odwrotnie niż Maurycy Blondel35, który twierdził, że tylko przez swobodę mamy poczucie determinizmu. To wszystko może wydać się wam nudnym, ale mimo to są to pierwsze podstawy dla Czystej Formy w życiu społecznym... tfu, do licha, co za ohydne słowo!
v. PLASEWITZ
Ujęcie to podoba mi się. Nawet największa przyjemność nic nie jest warta bez odpowiedniego steoretyzowania. Zaczynajmy ceremonię.
KRANZ
pospiesznie
Tak jest, zaczynajmy. Bydlęcieć zaczynają całe socjalistyczne republiki obok nas i masa krajów jest do zawojowania. Tylko stwórzmy wprzód wojsko. Trzeba jak najprędzej podpisać dekrety.
FIZDEJKO
Ale co mnie dziwi, że ty, Joël, taki zwykły sobie Żydek, idziesz teraz przeciw wszystkim Żydom świata.
KRANZ
Są Żydzi i Żydzi. Dla was, Ariów, my podobni jesteśmy do siebie jak nieboszczyki-Chińczyki. Ale są Żydzi i Żydzi przez wszystkie wielkie pięć liter. Ostatni naród na tej planecie. Ale to jest już prawie metafizyka. Prędzej, prędzej — beze mnie moglibyście co najwyżej wstąpić do teatru. Ja nadziewam nowym farszem stare skorupy. Ale czymże jest najlepszy farsz bez skorup — i na odwrót: formy bez nadzienia niczym są. Musimy działać razem, a nade wszystko szybko, szybko, szybko!
MISTRZ
Zaczynamy. Kranz, masz koronę?
KRANZ
Owszem — tylko bez żadnych ceremonii. Możecie się, panowie, wobec mnie nie krępować.
Wydobywa spod surduta złotą koroną i kładzie ją Fizdejce na głowę.
Oto ja, Joël Kranz, wszechwładny minister-premier, koronuję ciebie, Fizdejko, na króla nowobarbarzyńskiej Litwy i Białorusi. I skończone — ani słowa więcej. Oby całe państwo nasze nie było tylko premierą! Podpisuj, sire, papiery i jadę dalej. Ani chwili czasu do stracenia.
Podaje Fizdejce plik papierów i fountain-pen36. Fizdejko gorączkowo podpisuje.
MISTRZ
Jak niesłychanie sprawnie działa nasza państwowa maszyna. Prawda, bojarowie?
Szmer wśród Bojarów i pokłony.
FIZDEJKO
Gotowe, ekscelencjo Kranz. Mianuję cię hrabią, drogi Joëlu. Pierwsze urzeczywistnienie tylu, tylu snów.
Chce go uścisnąć.
KRANZ
usuwając się
Nie mam czasu. Państwo jest na mojej głowie, a nie tytularne fatałaszki.
Wylatuje przez drzwi pędem. Za nim wybiegają chasydzi, którzy zerwali się raptownie od stolika, bełkocząc niezrozumiałe wyrazy.
MISTRZ
No — nareszcie zostaliśmy sami. Możemy zająć się fantastyczną stroną problemu. Potąd —
przejeżdża palcem po gardle
— mam już tych spraw życiowo-państwowych.
FIZDEJKO
A więc bawmy się. Wszystkich bojarów, mych wasali i rywali, skazuję tym oto słownym wyrokiem na śmierć. Tego już nie podpiszę, bo jestem zmęczony urzędowaniem realnym. Ustawić się według wzrostu.
Bojarowie ustawiają się w szeregu przed tronem.
MISTRZ
To jest tylko wstęp.
Do Bojarów
Na prawo — zwrot!!
Bojarowie wykonują zwrot na prawo.
FIZDEJKO
A teraz niech każdy zabija toporem tego, którego ma przed sobą.
Pierwszy Bojar wali swego potylnika w głowę. Drugi Bojar pada.
No — dalej!
II BOJAR
konając
Ja nie mam kogo walić. O Boże — co za męka! Kniaziówno, to przez ciebie giniemy. My się w tobie kochamy od dawna — od pieluch prawie.
FIZDEJKO
No — dalej, dalej: Trzeci — Czwartego, Piąty — Szóstego, Siódmy — Ósmego i tak dalej.
III BOJAR
Aha — rozumiem. Bądź przeklęta, Janulko.
Wali Czwartego. Reszta robi to samo.
JANULKA
Ach, teraz rozumiem wszystko. Jakże was kocham obu: papusia i ciebie, Mistrzu!
MISTRZ
Co?
JANULKA
pospiesznie
Nie — nie kocham was — to stare przyzwyczajenie: podziwiam w was odwrotność waszych natur, odbitych, w krzywym zwierciadle mego zdeformowanego serca — ale ciebie, Gottfrydzie, inaczej niż papusia.
Zostają: Pierwszy, Trzeci, Piąty, Siódmy, Dziewiąty i Jedenasty Bojar. Trupy padają na prawo.
FIZDEJKO
grzmiącym głosem
Ścieśnić rząd! Szlusuj! A, to cudowna zabawa!
Bojarowie stają w ścieśnionym rzędzie.
MISTRZ
Jak dawni cesarze Niemiec walczysz z wasalami, sire. Ale o ile prostsze masz zadanie. To są barany, nie ludzie, a w dodatku potomkowie udzielnych książąt. Jazda dalej!
FIZDEJKO
To samo co poprzednio! Prędzej! Władza moja puchnie jak olbrzymi wrzód nalany ropą! On musi pęknąć!
Pierwszy Bojar uderza Trzeciego, Piąty — Siódmego, Dziewiąty — Jedenastego.
I BOJAR
Zdaje się, że ja jeden zostanę.
FIZDEJKO
Możliwe — nie znam się na matematyce. Szlusuj i to samo co pierwej!
Pierwszy, Piąty i Dziewiąty ścieśniają rząd. Pierwszy wali Piątego.
Dziewiąty: zwrot w tył i walczcie ze sobą!!
Dwaj Bojarowie walczą.
Zupełnie jak gladiatorzy. Zdaje mi się, że jestem rzymskim cezarem!
Dziewiąty Bojar powala Pierwszego i staje, dumnie wspierając się pod boki.
IX BOJAR
No i cóż teraz powiecie, panie Fizdejko? Czy ja nie jestem też godzien być królem jako wy? Hę? Ja — zbydlęcony przez socjalizm inteligent, a do tego pan z panów, z dziada pradziada?
MISTRZ
strzelając mu w ucho z browninga
Godzien jesteś — owszem. Ale przełknij przedtem ten karmelek bez zakrztuszenia.
Dziewiąty Bojar pada.
FIZDEJKO
Tym strzałem rozwiązałeś dla mnie problemat władzy, Gottfrydzie. Godzien jesteś mojej córki. Bierz ją, a was oboje wszyscy diabli. Nudno mi.
Schodzi z tronu, idzie do kawiarni i siada przy stoliku.
Jednak bez kawiarni pewne organizacje duchowe żyć nie mogą.
De la Tréfouille daje mu kawę.
JANULKA
Gottfrydzie, wybacz mi, ja jestem już w sferze urojonych uczuć. Gdybyś znał perwersyjność myśli mych, oszalałbyś ze zmieszanego z rozkoszą żalu, ze wstrętu i dumy, z pobłażania, upokorzenia, przywiązania i ze zwykłego erotycznego rozdrażnienia. A jednak jestem kobietą. Wszystko to jest udawanie poprzebieranych bydląt, nie wyłączając samego papusia. Kochaj mnie sztuczną miłością, jako dzikie zwierzątko, Gottfrydzie. Ja nie wytrzymam dłużej. Ten strzał mnie dobił. Ja się wścieknę od tego rozpaczliwego pożądania.
MISTRZ
zimno i stanowczo
Chodź na kawę, Janulko. Nie rozumiesz mnie jeszcze dokładnie. Nie chodzi o komplikację uczuć znanych, tylko o coś nowego, niepojętego. Jeszcze za mało masz w sobie sztucznej jaźni. Proszę cię, nim stracę cierpliwość i zbiję cię w sposób zupełnie ordynarny, zostań kochanką mego adiutanta, księcia de la Tréfouille. Dopiero po nim będziesz mogła ocenić moje psychiczne, a nie tylko fizyczne wdzięki. Małe odciążenie od czysto erotycznych nieporozumień.
Przysiada się do stolika Fizdejki. Janulka zadąsana zbliża się do Alfreda i z nim flirtuje przy okienku. Wstaje Kniagini i zajmuje osobny stolik. Przysiadają się do niej: v. Plasewitz i Glissander. Mistrz Seansów, Der Zipfel, siada na tronie. Mistrz wstaje z uszanowaniem.
FIZDEJKO
Dwie kawy i beczkę likieru. Może być strega.
Księżna przytacza beczkę z gumową rurą. Fizdejko i Mistrz podają ją sobie wzajemnie podczas pauz w rozmowie.
Siadaj, mój metafizyczny zięciu i następco. Spracowaliśmy się urzędowaniem w sztucznych kondygnacjach jaźni. Mój Boże! Piąta rzeczywistość! Więc tylko tyle? Więc nie zdołamy nawet stworzyć snu dość zabawnego? Ależ to byłoby tylko najczwarciejszą rzeczywistością i sam Chwistek pękłby z niemożności dodania choćby jednej setnej nowego współczynnika. Czyż na to spotęgowałem moją nicość aż do pęknięcia, żeby pójść potem na kawę do kawiarni? Rozumiem teraz urządzenie tej sali przez Glissandera. Symbolizm!! Wolałbym skończyć jako Starzec Leśny, jako nadleśny w twoich dobrach, Gottfrydzie. Finansowo zrujnowany jestem zupełnie. Teraz wiem, czemu córkę moją uwodzi mi zwykły książę-kelner.
MISTRZ
siadając przy nim
Więcej kawy, księżno! Całą maszynkę najlepiej. Noc jest długa — nie wiadomo w ogóle, czy się skończy.
Niebieskawy pobrzask daje się odczuć na sali mimo braku okien, a światła powoli gasną.
Chcesz, królu, programowo dokonać czegoś wbrew nam samym, naszym sztucznym jaźniom i nawet wbrew naszej intuicji chwili. Oto córkę twą, a moją narzeczoną oddałem fagasowi w kawiarni. Tam zbydlęcone masy burzą się jak olbrzymia kałuża. Możemy na nią wypłynąć lub bawić się u brzegu jak dzieci, puszczając małe okręciki. Ale wprzód, za życia twego jeszcze, rozegramy państwo między nas.
FIZDEJKO
Bój się Boga, w jaki sposób? Daj mi choć chwilkę odpocząć.
MISTRZ
Nie — wyznam ci ostatnią prawdę: ja, który chcę być dobrym, same świństwa popełniam mimo woli. Chcę się dziś oczyścić, choćby przez śmierć honorową. Chciałbym walczyć, ale z jakąś godną mnie potęgą. Za łatwe były mi te zwycięstwa. Zakończmy noc tę pojedynkiem.
FIZDEJKO
Księżna nalewa mu kawę.
Walcz z Plasewitzem, z Glissanderem, nawet z Kranzem walcz — tylko nie ze mną. Uszanuj króla i teścia. Moja córka puściła się z kelnerem — nie roszczę żadnych praw — wiem, że to była próba.
MISTRZ
Tak — to był mój największy upadek. Chciałem wypróbować jej miłość, bo się w niej najzwyklej w świecie zakochałem. Próba się nie udała. Zemsta to za to, że tyle czasu kłamałem przed nią, wmawiając jej rzeczy urojone.
FIZDEJKO
Mniejsza z tym. Ale kim jest ten twój rywal? Kelnerem z mitrą w kieszeni. Nie wiemy nic więcej. Ale czy dużo więcej wiemy o nas samych?
MISTRZ
niepewnie
No — zawsze coś niecoś...
FIZDEJKO
Nic — czasem fakt jakiś bardzo dziwaczny odsłania nam, kawałek czegoś pod maską. Ale nawet nie możemy pewni być, czy to twarz, czy całkiem co innego. Kim ja sam jestem? Czuję ten piekielny strach przed samym sobą i nic mnie już nie uspokoi.
MISTRZ
Proszę mnie nie sugestionować. Ja nie chcę bać się siebie. To jest obłęd. Im większa jest sztuczność, tym mniejszy jest lęk. Nie bałem się dotąd niczego.
FIZDEJKO
Nieprawda — ukrywałeś to tylko przed sobą jak wariat ukrywający przed sobą swe szaleństwo. Z tym gorszą siłą wybucha to potem.
MISTRZ
Ha! Ja się wścieknę z tym jasnowidzącym starcem. Ratujcie mnie!
Wszyscy się śmieją na sali. Śmiech ustaje nagle, skoro Fizdejko zaczyna mówić.
FIZDEJKO
Tak, tak — im sztuczniejsza psychika, tym większy strach przed sobą. Zawlokłeś mnie na szczyt i tam zdechnę z przerażenia, nie mogąc zejść już na dół. I nie licz na mnie już, Gottfrydzie. Sam też nie wybrnę, ale cóż z tego — jestem stary. Szkoda mi ciebie, mój chłopcze.
MISTRZ
wstając
To wprost nie do zniesienia. Zamiast być moim medium, on sam przetworzył mnie jak czarodziej.
FIZDEJKO
Tak — wszystkim nam zdaje się, że wiemy, kim jesteśmy. Mówię wam: tyle o tym wiemy, ile o sobie wiedzą jętki jednodniowe i mikroby. Przemijamy jak one i tyle z nas prawie co z nich zostaje. Wyginęli moi bojarowie — niegodni byli mnie jako wasale. Sami jesteśmy, sieroty nieszczęsne, a świat jest straszny i nieznany przed nami. I nic nas już nie okłamie: ani fach, ani stanowisko, ani żadna filozofia, ni religia. Za wiele wiemy, aby wiedzieć naprawdę. A rządzić nie mamy ochoty, a nade wszystko — kim rządzić nie mamy. Nicość zwycięża.
Woła w tył, za siebie.
Uprzątnąć trupy tam!!
DER ZIPFEL
z tronu
Wstać!!
Bojarowie wstają jak jeden mąż.
Równy krok! Przeze drzwi marsz!!!
Bojarowie wychodzą rzędem, machając toporami.
MISTRZ
Oto jest dyscyplina! Nawet trupy nas słuchają. Ten pomysł ożywił mnie. Czyż nie jest to dość dziwaczne, aby usprawiedliwić nawet nasz upadek?
FIZDEJKO
Dziwaczność nie jest też bezwzględna. Zależy od osobnika, który daje jej możność urzeczywistnienia. Ten błazen, Der Zipfel, jest dla mnie wcieleniem pospolitości. Cokolwiek by nie zrobił, jest to dla mnie osobiście tylko wulgarnym „trickiem”.
Ponuro
I ja mam jakieś granice w mojej sztucznej, żelazobetonowej, par excellence współczesnej jaźni.
DE LA TRÉFOUILLE
Współczesnej — ale czemu?
FIZDEJKO
wstaje, śmiejąc się
Wybuchowi sto pięćdziesiątej szóstej gwiazdy w mgławicy Andromedy. Współczesność jest fikcją w fizyce. A cóż dopiero mówić o kwestii dowolnego przemieszczenia kultur w czasie historycznym!
DE LA TRÉFOUILLE
Tym powiedzeniem zarżnął mnie pan ostatecznie.
Siada i ociera serwetą pot z czoła.
JANULKA
podbiegając
Ja cię uratuję, mój książę. Już wiem: z Gottfrydem będziesz się bić tylko ty, i to o mnie.
Do Fizdejki
To jemu oddał mnie Mistrz na dokończenie erotycznej edukacji. I to z wielkiej miłości! Cha, cha, cha! Niech za to teraz odpowie.
FIZDEJKO
A — róbcie sobie, co chcecie — ja muszę się przespać trochę.
Zdejmuje koronę i kładzie się na ziemi między stolikami, zawijając się w swój purpurowy płaszcz.
KSIĘŻNA
Ale pod warunkiem, że jednak panna Fizdejko odda mi mego męża. Francja też chyba zbydlęcieje za naszego życia, a wtedy któż będzie lepszym francuskim Fizdejką od niego?
MISTRZ
Zgadzam się dziś na wszystko. O ile się wam to uda, może wtedy znajdzie się nareszcie jakiś litewski de la Tréfouille. Dręczy mnie jedna tylko myśl, że dla stworzenia takiej sytuacji jak dzisiejsza nie potrzebowaliśmy aż państwa, z całym handlem, przemysłem i tak dalej, całej tej piekielnej pracy, którą włożył w to Joël Kranz. Wystarczyłby mały pokoik w jakimś trzeciorzędnym hotelu. Czy tło nie przerasta tego, co miało się na nim ukazać?
DE LA TRÉFOUILLE
Jest to maksimum zbytku: stworzyć tło dla samego tła i nie ukazać na nim niczego. Życie wewnętrzne, jego szczyty i przepaście, niezależne są od stopnia władzy, bogactwa i powodzenia...
MISTRZ
Pociechy tego rodzaju dobre są dla takich makrotów jak pan, panie Alfredzie. Na to, aby ten pogląd stał się rzeczywistością, trzeba być świętym. Ale ani pan, ani ja nimi nie jesteśmy. Ja przyjmuję cios w samo serce: boję się siebie, jak żadnego widma ani śmierci nigdy dotąd się nie bałem. Jest mi wprost straszno.
DE LA TRÉFOUILLE
No, Mistrzu: bijemy się na spojrzenia!
Do Janulki
Zaręczam ci, że pojedynek ten jest dla niego o wiele niebezpieczniejszy, niż gdybyśmy bili się na szpady, rewolwery lub nawet na depresyjne gazy Plasewitza.
Do Mistrza
Patrz w moje oczy, dobry, współczesny, mały człowieczku — przypomnij sobie rozmowy nasze sprzed lat pięciu — byłem wtedy prawie dzieckiem...
Świt coraz wyraźniejszy. Mistrz chwieje się i szuka oparcia. Łapie się za krzesło.
MISTRZ
złamanym głosem
Nie mogę się oprzeć. Zdaje mi się, że ciebie jednego kocham na tym okropnym, pustym świecie. Jestem biedny, słaby człowiek, pełen najsprzeczniejszych, a przy tym zupełnie zwykłych uczuć.
DE LA TRÉFOUILLE
Amalio, wyprowadź Mistrza do naszej sypialni, a sama wracaj zaraz po Janulkę — przyjdzie czas i na nią.
Mistrz bezwładny, wyprowadzony przez Księżnę, wychodzi.
POTWÓR
No — a teraz na nas kolej.
Złazi z tronu. Za nim Drugi Potwór. Der Zipfel siedzi dalej na tronie. Podstawki Potworów wiszą na nich, jak spódniczki, odsłaniając podarte, strzępiaste, długie, ale trochę za krótkie spodnie i bose nogi. Podchodzą do stolików.
II POTWÓR
Kawy, kawy i likierów. Nie wiemy nazw, byleby były drogie.
JANULKA
Więc wy jesteście tym, za co was brałam: po prostu jesteście symbolami ostatniej nędzy przedświtowych złudzeń.
I POTWÓR
Nie jesteśmy symbolami. Nikt nie wie, ani my sami, który z nas jest kobietą. Czekamy nowego grzechu. Jesteśmy sami w sobie zamkniętym światem absolutnych, ale spotworniałych idei. Piąta rzeczywistość jest nonsensem samym w sobie, jest tylko ostatnią maską ginących arystokratów ducha. Kawy! Kawy!
Siadają oba przy stoliku kniagini Elzy.
JANULKA
Więc nawet na was liczyć już nie można? Wstrętne są te wasze bose nogi i podarte portasy. Miałam was za żywych półbożków, za coś nie z tego świata. I co z tego zostało?
De la Tréfouille podaje Potworom kawę.
I POTWÓR
nalewając
Od góry jesteśmy, zdaje się, jeszcze dość dziwaczni.
JANULKA
A potem pokaże się, że i do góry także jest nie to. Ach jakie to przykre! Mamo, ja wracam do ciebie na ostateczną nędzę. Ja chcę zacząć wszystko od samego początku.
ELZA
spokojnie
Za późno, moje dziecko. Ojciec mój powiadomił mnie o wszystkim. Bez ślubu oddałaś się przewrotnym żądzom Mistrza. Możesz sobie wstąpić do jego fraucymeru.
Pije kawę.
JANULKA
To jest nieprawda! Jestem tylko półdziewicą. A zresztą to jest szczegół.
Do ks. Alfreda
Więc ty jeden może będziesz miał odwagę. Bij się, z kim chcesz, ale nie na spojrzenia. Pokaż, że jesteś kimś. W pustce bez dna majaczy mi się jakaś postać nieznanego rycerza — bez zbroi — niech będzie we fraku, niech będzie nawet alfonsem czy złodziejem, ale niech ma odwagę — tą zwykłą, ludzką, a nie jakieś samobójcze, tchórzliwe czekanie szczęśliwego wypadku pod maską sztucznej jaźni.
Wchodzi Księżna.
DE LA TRÉFOUILLE
To nie są problemy godne mojej przeszłości. Ja nie wierzyłem nigdy w te blagi Gottfryda, ale przy sposobności stworzyłem sobie też swój światek, może nie tak fantastyczny, ale za to bardziej realny. I tam nie dam wejść komu, nawet mojej przyszłej żonie — bo nie wiesz, Janulko, że mam ochotę oświadczyć ci się oficjalnie...
Do Księżnej
Czy wszystko gotowe?
KSIĘŻNA
Tak. A teraz chodź spać, Janulko, i nie wierz w nic, co mówi Alfred. Ja cię wtajemniczę w subtelności tych panów. Obrzydliwie brzmi to słowo, ale nic na to poradzić nie można. Przestaniesz nareszcie uważać życie za gorączkowy majak.
FIZDEJKO
Zrywa się nagle i zrzuca purpurowy płaszcz. Stoi w tabaczkowym surducie.
Ja tu jeszcze jestem — ja — król! Na kolana wszyscy przede mną.
DE LA TRÉFOUILLE
zimno
Nie ma pańskiego reżysera, panie dyrektorze Fizdejko. Wielki Mistrz jest mój i nikt go z moich szponów nie wyrwie.
FIZDEJKO
strzela mu w łeb z browninga
Gada jak bohater z kryminalnego romansu. Milcz, milcz na wieki, przeklęty symbolu mojej hańby.
Wbiegają panny cztery z fraucymeru Mistrza i wynoszą księcia przez drzwi.
No — von Plasewitz, pora puścić twoje depresyjne gazy. W za dobrych humorach jesteśmy wszyscy, moi państwo.
v. PLASEWITZ
Wyjmuje z kieszeni jakąś dziwną rurkę i odkręca śrubkę; słychać głośny syk.
Chcecie? Bardzo proszę,
FIZDEJKO
Janulka, to wszystko był zły sen. My zaczynamy wszystko na nowo. Jesteś pomszczona. Księżnę biorę za guwernantkę.
JANULKA
wskazując na Potwory
Ale ci — co z tymi zrobimy, papusiu? Nawet ci się zdemaskowali.
FIZDEJKO
podchodząc do Potworów
Ci — to są zwykłe podmiejskie rzezimieszki.
Potwory ze skrzekiem ptasim siadają na ziemi w dawnych pozach, na podstawkach ze spódnic krynolinowych.
Ci...
zmieszany
Ci to są tylko i jedynie symbole.
JANULKA
Ale symbole czego — sztucznej jaźni czy najzwyklejszej zwykłości? Ja nie wytrzymam tego — ja pęknę także! Ja chcę trwać wiecznie, bez końca, a wszystko mi się wymyka, bo jest za śliskie, za małe...
Ptasi śmiech Potworów; robi się prawie jasno, ale w czerwonawym kolorze; światła gasną.
To nie jest histeria, jak to pewno myślą te Potwory. Ja chcę naprawdę kogoś pożreć, a jedynie na ciebie mam ochotę, papusiu.
FIZDEJKO
Masz mnie — twego nieszczęśliwego ojca. Pożeraj go wyrzutami. Tego tylko jeszcze brakowało. Nie udało mi się zdobyć ci odpowiedniego męża.
Do Der Zipfla
Uwolnij nas nareszcie, okrutny dozorco zaświatowych więzień. Zrób jakiś nowy „trick”. Ja chcę po prostu spać raz w życiu jak zwykły, mały człowieczek, jakim jestem.
DER ZIPFEL
wstając z tronu
Nie — seans nie jest skończony. Chcieliście wieczność zafiksować na małej kartce życia? Macie ją. Jest świt i nowy dzień musicie zacząć nie śpiąc ani chwili.
FIZDEJKO
Wieczność! Janulka, słyszysz? Ja nie chcę już królestw żadnych ani sztucznej jaźni, ani skomprymowanej w tabletkach chwil wieczności. Zasnąć i zapomnieć — to jedyne moje marzenia. Ach, i żeby we śnie tym przyszła raz już cicha, bezbolesna śmierć!
ELZA
A nie mówiłam — tyle razy ci to mówiłam, Gienku, że sen jest najwyższym szczęściem ludzi ubogich i duchem, i ciałem. Ale nie trzeba było opijać się kawą z likierami.
JANULKA
I ja, taka młoda, piękna, dziwna — to mówią wszyscy — a przy tym taka zwykła dziewczynka, muszę wam przyznać rację. To oni temu winni — przeklęci, niedorośli do mnie mężczyźni.
v. PLASEWITZ
Tak — najwścieklejsza nawet fantazja nie jest w stanie stworzyć żadnej nadbudowy psychicznej. Skończymy jak zwykłe, błotne bezlotki. Maski bez posady, trupy na urlopie, klucze bez zamków, mutry bez śrub, małpie ogony bez małp, nie odegramy nawet naszych ról do końca.
DER ZIPFEL
strasznym głosem
Precz! Precz z moich oczu, fałszywe duchy. Jestem oszukany, zdradzony!
Skrzek Potworów bardzo głośny. Wszyscy z wyjątkiem Potworów i trupa de la Tréfouillea uciekają nagle w dzikim popłochu, tłocząc się we drzwiach.
Kurtyna.