E. Dzieła napuszonych
Robi na mnie wrażenie, że cała Polska odrodzona jest zbyt napuszona, a zbyt mało realna. Dążenie do wielkości i niby wielka polityka na mały dystans, zamiast ekspiacji za winy, przez propagandę światową wielkich idei ogólnoludzkich na jak największą skalę, jakby to wypadało choćby z krótkiego okresu mesjanistycznego, z dobrze zrozumianej jego ideologii. A wewnątrz wszystko niedociągnięte do tego zewnętrznego, watowanego, cylindrowo-langustowo-train-de-luxe’owego ideału. Zaznaczam to tylko nawiasowo, nie chcąc wdawać się w rzeczy, w których poza ogólnikowymi sądami nie mogę poszczycić się głębszą kompetencją. Ale tak mi się wydaje.
O ile człowiek realny, dążący do faktycznego odegrania swego kompleksu niższości, stara się uczciwie stworzyć rzeczy solidne i wartościowe i w ten sposób nabrać wartości dla siebie i drugich, pozbywając się gniotącego go poczucia własnego gówniarstwa, o tyle normalny gówniarz, wywatowany i wybalonowany, aby stać się główniarzem (ł, Ładoga, łój), będzie dokonywał czynów pozornych, w których będzie się napuszał przed sobą i innymi, zostawiając za sobą twory niedoskonałe, zrobione byle jak, na olaboga, a nawet na jeszcze gorsze terminy. Wspomniany wyżej termin zmarłego znanego pejzażysty Jana Stanisławskiego, który obok moich terminów: gnypalstwa i fazdrygulstwa, powinien być używany często, aby napiętnować fatalne dla naszego rozwoju „dzieła” napuszonych. Sumowanie się drobnych takich „zadzierżek” daje w rezultacie ogólne zahamowanie tempa codziennego dnia, zmniejsza jego tempo w nieistotny, nic nikomu nie dający sposób, wywołuje kurczenie się życia. Zmniejszenie tempa świadome, pozytywne, przy jednoczesnej ogólnej regulacji gospodarczej świata całego dla wzmożenia równomiernego rozłożenia dóbr doczesnych, byłoby pożądanym, ale jest niezmiernie mało prawdopodobne, aby ludzkość w formie transformacji od góry na coś podobnego się zdobyła: trzeba by zmienić mózgi władców koncentrujących siłę, a to jest mało prawdopodobne. Na te „drobnostki” (nie mówię już o rzeczach „wielkich”) nie zwraca się u nas zupełnie uwagi. Pedanteria zwrócona jest też w kierunku hamowania, a nie ułatwiania, a drobne niedokładności, drobne świństewka, niedopatrzenia, ustępstwa na rzecz lenistwa sumują się i sumują, i ostatecznie, kiedy przyjdzie wielka chwila próby, następuje scałkowanie generalne wszystkich gnypalnych i fazdrygulnych „różniczek ducha ciężkości”151 i rozpoczyna się generalna plajta.
Dam dwa przykłady bardzo zresztą nieistotne, ale ilustrujące rzecz dobitnie, mimo że niedopatrzenia w mających być wymienionymi sferach bezpośrednio mogą nie przynieść jakiejś poważnej klęski. Ale właśnie ponieważ już w takich rzeczach objawiają się działania gnypalstwa, można z tego wnioskować, jakie wynikają szkody, gdy dzieje się to samo w odpowiedniej skali w sferach stokroć ważniejszych i mających bezpośrednie znaczenie dla prężności całego społeczeństwa i poszczególnych jego elementów (instytucji i indywiduów). A że się tak dzieje, to jest według mnie, jak to mówią, „więcej niż pewne”. Dość poczytać gazety. Podnosząca się z każdą chwilą fala świństw, nadużyć i kradzieży w różnych branżach, i to w wyższych ich regionach, jest symptomem tego, jak wielkie „niedopatrzenia” muszą leżeć u jej źródeł. Za granicą uderza jedna rzecz: precyzyjne wykonanie według najkorzystniejszego planu. U nas często w różnych dziedzinach ma się wrażenie, że plan robił nieuk, a wykonywał niedołęga. Wchodzimy do wychodka „pierwszorzędnego” hotelu w miejscowości kuracyjnej. Mała, zupełnie ciemna sionka, której jedynym oświetleniem jest okno samego klozetu (drzwi dalsze są bez szkła). W ciasnej sionce tej mieści się umywalka bez mydła i ręcznika. Na cóż więc woda, kiedy umyć się ani wytrzeć nie można. Drzwi otwierają się ku wchodzącemu, mimo że miejsca jest mało. Dalej ogromna przestrzeń pusta i jasna, w której mieści się tylko kaloryfer, sam zaś istotny dla tej instytucji apartament jest tak mały, że siedzący człowiek uderza głową o drzwi, a z tyłu wieje mu prosto w grzbiet okno umieszczone tuż nad siedzeniem. Wolę deskę z dziurą w góralskiej chacie niż taką ohydę; przynajmniej wiem, z czym mam do czynienia. Tu zaś czuję się nabrany w obrzydliwy sposób przez spółkę „sprytną”(!?) durnia z niedołęgą i muszę być wściekły. Przykład drugi: przez lata całe nie było dobrej ścieżki na odcinku końcowym „podnóżowym” danej drogi. Turysta idący już względnie wygodną drogą na samym końcu (często o zmroku) dostaje się w labirynt fatalnych wybojów, korzeni i głazów. Nareszcie ścieżkę zrobiono. Są niby wygodne zakosy, stopnie, ławeczki, niby wszystko zrobione według planu. Nieprawda — proszę spróbować. W górę jako tako, ale w dół od razu daje się uczuć niesamowita stromość drogi: nie można po niej szybko biec, jak po wspaniałych końcowych chodnikach po stronie czeskiej, nie ma mowy, aby iść nią szybko o zmroku. A znowu nie jest tak płaska, żeby niebiegnięcie, zwykły chód nie był męczący. Do tego zakręty są bardzo ostre i stromsze jeszcze od ogólnego poziomu. Na zakrętach czasem są schodki, które hamują jednostajne tempo schodzenia, tak ważne dla zmęczonych nóg dalekobieżnego turysty. Skała jest śliska, wapienna. Ani ścieżka ta nie jest dla zupełnych niedołęgów, którym powinna służyć, ani nie służy dla ułatwienia drogi ludziom silnym, prędko chodzącym. Brzegi (i to jest skandal najgorszy!) otoczone są drutem kolczastym (ochrona lasu), na który łatwo nadziać się poślizgnąwszy się w ciemności, wybić sobie oczy lub w najlepszym razie poharatać mordę w sposób straszny152. Kwestia darmowego prysznicu na Hali Gąsienicowej należy do tych samych śmierdzących bolączek czy bolących śmierdziączek. (To jest obecnie na szczęście załatwione, ale trwało dobrych kilkanaście lat.)
Czy nie może porwać wściekłość, gdy człowiek się spotyka z takimi objawami, a słyszy i czyta ciągle o tysiąc razy gorszych? Dochodzi do przekonania, że tak u nas jest wszędzie, i włosy mu stają na głowie na myśl, ile energii traci całe społeczeństwo na ciągłe przezwyciężanie takich historii od najmniejszych do największych. A na dnie każdej takiej afery siedzi wywatowany, nadęty snardz, z fałszywie skierowanym kompleksem niższości. I gdyby był w porę uświadomiony, mógłby zamiast być zawadą i twórcą hamulców stać się zupełnie porządnym i pożytecznym członkiem społeczeństwa. Są to rzeczy szalenie proste, nawet banalne — po prostu wstyd o nich pisać, a jednak mam wrażenie, że są stale u nas pomijane i zamazywane. Tak samo jak gorszą formą alkoholizmu jest stałe popijanie małych ilości, w przeciwieństwie do intensywnego popoju od czasu do czasu (to ostatnie praktykowałem właśnie — obecnie coraz rzadziej), tak samo wielkie świńskie afery nie są tak społecznie szkodliwe, jak małe, codzienne, chroniczne świństewka nieznaczne — to wytwarza ogólny parszywy stan społeczeństwa, przestaje ono być „w formie”, staje się gnuśne, ospałe i obojętne: „wsio rawno, nie pospiejesz” (wszystko jedno, nie zdążysz), jak mówili przed wojną sankt-petersburszczanie.