G
Jednym ze środków przyciągania ofiar dla tortur są komple-(właściwie „pli”)-menty. Umiejętność rozdzielania ich w przerwach od mąk jest sztuką „hodowców”. Umiejętnie fałszywie, naśmieszliwie rozkomplimentowana ofiara staje się bezbronna: nie wystawia straży, nie fortyfikuje się, zasypia z nieopancerzonym brzuchem, obżarta tanim frazesem. Nie wie, że kat świadomie ją rozgwajdla i rozkierdasza nieodpowiedzialnymi frazesami niby-dodatnimi, które go nic nie kosztują, a kiedy widzi ofiarę rozmemłaną, rozmamaną i rozrozkoszowaną na skutek objedzenia się pseudopochlebstwami, wbija jej nagle, co chce, po samą rękojeść, jak chce, tam gdzie chce i ile razy chce — przeważnie „w to, co najważniejsze”. I ofiara, upojona poprzednimi frazesami, łyka (z bólem jednak) truciznę, której działania frazesy te nie usypiają; dwa procesy te biegną obok siebie równolegle — ofiara cierpi, ale jest sparaliżowana, jak liszka ukłuta przez gąsienicznika. A kat wpija się w nią wzrokiem i jakimiś ohydnymi „aktami intencjonalnymi” i ssie jej mękę jak nektar, spuszczając się nieomal (w niektórych wypadkach dosłownie) z sadystycznej frajdy. „Ochy, ochy — ochyda” — jak pisał niezapomniany L. Grocholski (wyższy stopień ohydy jest przez ch — to jest mój pomysł).
H
Ponieważ nikt w pierwszej chwili analizy choćby nie widzi swojej podświadomości, więc zawsze jest najmniejszym zarzutem pokrzywdzony — robi z siebie ofiarę jakiejś machinacji czy podejrzeń, będąc np. wyrafinowanym rodzajem kata w powyższym znaczeniu. I on tak faktycznie czuje, w tym nie ma blagi. Trucizna sika zeń boczną rurką, która nie przechodzi przez kontrolę ośrodków ekstrapiramidalnych — sika gdzieś z boku przez jakąś fistułę (chwistułę? — co? — dobre — co?153) czy rupturę albo zgoła kilak soczysty lub nowotwór, który jest rodzajem „nowego otworu”, jak to z samej nazwy wynika. „Głupi witz lepszy niż nic” — według zasady dowcipnisiów ze szkoły Fra Antonia da Slonimo i Widmona Brudnawera (Brudona Widmawera). O — sam siknąłem świństewko, sprowokowany tą analizą. Ale teraz uświadomiłem to sobie dokładnie i więcej już takiego świństewka nie zrobię.
Przeważnie Polak jest w pewnym sensie nieudany — mógłby być czymś całkiem innym. (To bądź, cholero!!) Człowiek analizowany na tle pozornie niesprawiedliwego sądu wydanego na siebie traci zaufanie do analizującego nie tylko w stosunku do siebie, ale w ogóle zaczyna go uważać za kogoś pozbawionego poczucia sprawiedliwości i słuszności: pojawia się brak zaufania i opór, który czasem może uniemożliwić psychoanalizę zupełnie.
Genialność w znawstwie ludzi polega na tym, że właśnie geniusze tacy umieją odgadywać podświadomość tych, o których opanowanie im chodzi. Potem grają na niej jak na flecie, a tamci biedacy, nic o tym nie wiedząc, reagują automatycznie tak, jak tego chce zręczny pogromca. Samoanalizowanie daje niebywały wgląd w te rzeczy i uwielokrotnia cudownie nasze siły w walce z ludzkim niebezpieczeństwem. Kobiety operują tą metodą intuicyjnie daleko bardziej niż mężczyźni. Ale to u nich dotyczy tylko chwilowego przekroju, a nie syntezy danej osobowości. Podobną wiedzę mają kelnerzy, portierzy i w ogóle ci, którzy w dochodach swych zależni są od nastrojów napiwkowych.
Najgorsze jest to łykanie krzywd przez ofiary z powodu braku środków obrony i fałszywej, a natomiast zbyt rozwiniętej ambicji. Szczerość i odwaga mogą wszystkie te przeszkody złamać. Przecież są ludzie, którzy udają głupszych, niż są, nie tylko aby mieć racje wobec tłumów, jeszcze głupszych świadków walki ich z kimś mędrszym, tylko żeby nie poddać się niszczącej kompleksowe prerogatywy analizie.
Niewyjaśniona aluzja daje wyższość, podobnie jak obrażenie kogoś bez reakcji z jego strony. Upajają takie rzeczy podświadomie węzłowiaków-upośledzeniowców, ale jest to upojenie niższego stopnia w porównaniu z tym, które daje np. studiowanie filozofii lub choćby nawet od biedy czytanie jakichś „vies romancées”154 czy nawet dobrej (o jakże to rzadka teraz rzecz, szczególniej u nas!) powieści. U nas nawet udani ludzie, którzy mogliby obejść się bez napuszenia — i ci zahodowują ośmieszające ich często „kołpaki napuszenia”, rzeczywista wielkość w zwykłej marynarce im nie wystarcza, muszą się ubrać — mówię to w przenośni (uwaga dla kretynów) — jak kacyk murzyński na koronację w stary mundur angielskiego porucznika, wtedy dopiero jest taki snardzek kompletnie „dodowolnyj soboj i mirom”155. Właściwie jeśli się weźmie pod uwagę, jakie ma dane, w jak idiotycznej atmosferze wychowuje się nasza arystokracja, to trzeba się dziwić, że członkowie jej są tak mało jeszcze napuszeni, że są tacy, jacy są, a nie w dosłownym znaczeniu kretynami. Podobnie jak trzeba podziwiać kobiety, że przy tej psychofizycznej strukturze jeszcze są takie, tzn. nie są skończonymi, okrutnymi, jamochłonnymi potworami.
Są złośliwości typu francuskiego, tzw. przeze mnie pachnące, na które można odpowiadać „fechtunkowo”, z zachowaniem honoru, do pewnego stopnia przynajmniej. Tych mało się używa w Polsce. U nas są w użyciu złośliwości śmierdzące, w odpowiedzi na które trzeba ponuro milczeć, bo każda odpowiedź, z wyjątkiem dokładnej, druzgocącej zupełnie psychoanalizy złośliwca z zaliczeniem go do (NDN) lub do (ZDRN) (zimnych drani), zagwazdruje tylko coraz gorzej ofiarę, nawalając na nią rykoszetem pokłady płynnych ekskrementaliów. Żyjemy w stanie masowego i indywidualnego zakłamania. Żeby nagle, znienacka odkłamać całą Polskę, społeczeństwo by tego nie wytrzymało — wstrząs ten mógłby zabić je, zjonizować, rozłożyć na elementy. Trzeba z tym postępować powoli i systematycznie jak z odzwyczajaniem się od narkotyków. Sfajtane (t, tajfun, taniec) klapzdrygle — oto nasza główna narodowa wada.