I

U nas przeważnie ludzie nie formują siebie jako jakichś ktosiów pierwotnych, tylko dociągają się często do niezbyt określonych wzorów. Fryderyk Wielki był sobą, dlatego był wielki (prócz dla innych jeszcze oczywiście danych jego duszy): miał zadania, które go charakteryzowały, nie tylko rozwiązania. Wilhelm II chciał być Fryderykiem i dlatego stał się błaznem, który nie wytrzymał ciężaru maski, którą dla siebie wytworzył (mianowicie uciekł z okopów do Holandii). Z wyjątkiem Piłsudskiego, który nie miał w sobie waty nawet za grosz, i jeszcze paru ludzi — większa część naszych wybitnych osobistości odgrywa różnych „ktosiów”: dziś Robespierre’a, jutro Neya, pojutrze Cezara, a popojutrze jakiegoś Dziemborowskiego czy innego snardza — byle nie siebie, byle tylko nie siebie. Masa odwagi wojskowej, a duży strach przed odpowiedzialnością wobec społeczeństwa, narodu, historii i... Europy — to jest najzgubniejsze. Zawsze niszczyła nas Europa i obawiam się, że i tym razem Polska minie się ze swym przeznaczeniem. Nasza polityka zagraniczna powinna być funkcją zdecydowanej w kierunku maksymalnie społecznym polityki wewnętrznej. Inaczej przyszła ludzkość przeklnie nas jako tych, którzy nie spełnili swego przeznaczenia na tej gałce, nie zapłacili podatku od swego prawa bytu, który nieopatrznie dało im przeznaczenie, raczej zły instynkt rasy ludzkiej. Bez znajomości naszych podświadomych zapadni, wilczych dołów, kamufletów i pułapek nasza świadoma praca nad samymi sobą czy nad jakimś celem poza nami może się nam w wielu wypadkach nie udać, nawet bez możności zrozumienia przyczyn tego nieudania się i odparowania ich na przyszłość. Będziemy nagle zapadać bezwładnie na dno po całej serii świadomych wysiłków, co może spotęgować zniechęcenie i poczucie beznadziejności walki. Bo o co się oprzeć? O irracjonalny wysiłek woli? — Kiedy sens jego przez podświadomą machinację został bez możności szukania ratunku w warstwach świadomych podkopany. Ale znowu trzeba się strzec robienia z podświadomości i stanu podświadomego jakichś hipostaz: specjalnej „władzy ducha”, drugiej naszej osobowości, oddzielnej od tej świadomej. Trzeba traktować terminy te jak psychologiczne skróty — nic więcej.

Wiele pań dobrze by zrobiło — żeby zamiast choćby latania do wróżek (nie mówiąc o innych „zajęciach” tzw. „pani” — brrr!) postudiowało Kretschmera i Freuda. Jakże odciążyłoby się życie rodzinne od potwornych złogów nieporozumień zastygłych w krwawe szablony, trafarety, według których zadręczają się prawie mechanicznie już różne „kuple” (couple) czy stadła (sadło i stado). Podstawą twórczości społecznej jest społeczeństwo nienapuszone — dziura to dziura, ale niech nikt nie zapycha jej pakułami; niech syn czy wnuk zdobędzie się na mięso, jeśli nie ojciec czy dziadek. Praca na daleki dystans — tego nam brak przede wszystkim. Ale na to musi być plan. A do planu potrzeba łba — na to nic nikt nie poradzi. Wszędzie, gdy człowiekowi zabraknie natchnienia (tego jądrowego wprost, po prostu, jak to mówią, jaj), to nadrobi to głową — zawsze jednak wybitni mężowie mają jakieś intelektualne rezerwy, mają maszynki mózgowe, które do każdej transmisji przyprząc się dają. U nas panuje prawie że od góry do dołu, w literaturze i krytyce, w życiu i sztuce pogarda intelektu. To jest straszne. Mędrsi udają głupich (puszenie się perwersyjne na wywrót), aby móc żyć, nie wybijać się z otoczenia, które zionie umysłową pustką i brakiem wszelkiego światopoglądu: ludzie piszący zatłamszają w sobie światopoglądy, dlatego że to nie popłaca, i ze strachu kłamią, kłamią, kłamią jak jeden mąż. Śliskie są ścieżki literackie w Polsce, śliskie i niebezpieczne — höchst gefährlich156: wewnętrznie, a z drugiej strony zewnętrznie. Jak słusznie zauważył Wasowski: wielka niezależna publicystyka (tak dobra instytucja jak sąd) zginęła, a metody, które się dziś stosuje, powrócić jej społeczeństwu (a jest to dar „nieba” wprost bezcenny) nie potrafią: zatłamszą ją zupełnie.