J
Specjalnym gatunkiem niemytych dusz (NDN) są (NDN) dobre — (NDDN)157, dobre pozornie. Dobroć, taka rozlizująca, rozgładzająca na plaster, rozmemływująca i osłabiająca dobroć jest także czasem środkiem panowania i niszczenia. Poświęcając się dla kogoś można go samym faktem poświęcenia z kopytami i ogonem pożreć: dobroczyńcy władają czasem silniej niż gwałciciele. Niestety prawda ta nie da się przenieść na tereny społeczne: tam panuje aż do skutku (tj. do rewolucji) zasada stołypinowska: „s naczała usmirienie, a potom rieformy”158. Przeciw niszczącej dobroci trudniej się bronić niż przeciw złu — a czasem trzeba, bo inaczej nieznacznie człowiek może się zamienić w zgniłą marmeladę, sam nic o tym do ostatniej prawie chwili nie wiedząc. Dobroć i poświęcenie tego typu, o jakim tu mówię, są też produktem źle skierowanego kompleksu niższości. Podobnie jak ci, którzy stwarzają sobie otoczenie ze zlekceważalnych osobników dla nasycenia podłej żądzy względnego wynoszenia się ponad siebie, tak samo dobroczyńcy stwarzają sobie środowisko mediów dla swych „dających” praktyk, aby stale odczuwać swoją nad nimi wyższość. Oczywiście nie każda dobroć jest tego typu. Ale są demony puste jak beczka Danaid, napuszone ukradzionymi frazesami i dobre pozornie jak anioły, które są wprost katami swych najbliższych i łamią wokół siebie życia jak słomki. A złapać takie ścierwo na gorącym uczynku jest czasem niezmiernie trudno.
K. Die S. G. Allgemeine Gratulationstheorie159
Nie ma człowieka (jak to już, zdaje się, stwierdziłem uprzednio), który by nawet w wypadku szczerej radości z czyjegoś powodzenia nie doznał choćby nikłej komponenty podrzędnej w postaci słabiutkiego choćby, niemiłego piknięcia w swoje dobre skądinąd, współczujące i „szczodre” serduszko. Nie ma człowieka, który by zdołał opanować chwilowy rozkład twarzy na elementy proste w chwili takiej (chwilami, zdaje się, świadek widzi po prostu tłuszcze i węglowodany osobno albo nawet zjonizowane prądem stłumionej zawiści atomy węgla, tlenu i wodoru), nie ma takiego, który by zdołał wstrzymać nadciągający na nią z głębi tzw. „arcyludzkich” (raczej właśnie bydlęcych?) bebechów bury cień zawiści. To trzeba być świętym, żeby tego nie mieć. Widziałem cień taki np. na twarzy religijnego Forcia, posądzającego mnie nie o zawrót głowy, tylko zwykły strach w górach, gdy mu powiedziałem, że wyjechałem kolejką na Kasprowy i nie miałem zawrotu z powodu braku pierwszego planu: zrobił się wprost ziemisty, a opanowana zwykle twarz była bezradną kupą zdezorganizowanych komórek. „Tak to bywa, tak to bywa”, jak pisał Ludgard Grocholski. Takie głupstwo czasem wystarcza. Oczywiście Forcio zaprzeczyłby stanowczo i posądziłby mnie o halucynacje. Niestety, jestem psychologicznym portrecistą i dobrych kilka tysięcy twarzy w życiu detalicznie, moja paniusiu, przestudiowałem. Otóż gratulacje pozwalające na wyraźne skrzywienie twarzy w sztucznym uśmiechu, dające prawo oficjalnego udawania, zgrywania się na zimno z przyzwoleniem widzów, gratulacje pozwalające używać form stałych jednoznacznego, ucieszonego wyrazu (kiedy np. ktoś chce zakwiczeć z zawiści lub genitalia rozluźniają się mu i pęcznieją z zazdrości i złości) są wielkim dobrodziejstwem dla większości „nie całkiem porosłych używaczy znaczących znaków”. Zamaskowanie wyrazu istotnych, przeważnie ujemnych, uczuć przez skonwencjonalizowanie — co za cuda, co za cuda! Jest to operacyjne usunięcie wrzodu zamiast powolnego rozpędzania go maściami. Zauważyć należy, że gratulujący przez sam fakt gratulacji wznosi się ponad gratulanta, mimo chwilowych przewag życiowych tzw. „tego ostatniego” (uważam, że to dobre jest wyrażeńko) — jest w tym pewne zlekceważenie tych przewag jak w „potlatschu”: „Patrz, ja jestem tak wielki pan, że mogę sobie pozwolić na to, aby twój order, podwyższenie na posadzie czy wygraną na loterii zlekceważyć.” Ateiści mogliby z przyjemnością żartobliwie Bogu gratulować stworzenia świata — chociaż Leibniz mógł to zrobić nawet wierząc (ale czy naprawdę wierzył — zawsze mam co do tego wątpliwości) — bo „ponoć” wierzył, że ten świat jest najlepszy ze wszystkich możliwych. Najlepszy to może nie, ale skoro już raz jest, to musiał być takim, jakim jest (szczególniej gdy zapada w przeszłość), i to nie w znaczeniu fizykalnej przyczynowości: musiał być takim (jako odłożony w trwaniu swym byłym) nawet w dowolności swych elementów — monad, w ich wolnych czynach.
Mimo całego cudu cywilizacji, na którą my patrzymy mimo woli jako na świadomą twórczość, a która była przecie początkowo wytworem instynktowym — tu jest tajemnica biologiczna niedoceniona: czynności bezrozumnych bydląt; nie trzeba robić żadnych hipostaz (w rodzaju Klagesa160: dusza i duch), aby ją naukowo opisać. Przerost pallium161 u małpoludów niczym znowu nie jest bardziej tajemniczy z pewnego punktu widzenia od niepomiernego rozrostu triasowych gadów, które przez wzrost ten potem (gdy żarcia zabrakło) zginęły. I my też może zginiemy przez naszą korę mózgową: stworzyliśmy bowiem cywilizację, której opanować nie potrafimy i która nas zeżre na żywo, jeśli się w porę nie opamiętamy i nie wyrzeczemy się wszelkich autarkii162, ale przeciwnie: nie stworzymy ogólnej gospodarczej organizacji całego globu z racjonalną wytwórczością wszelkich dóbr.
L. Uśmiech kretyna
Mogę powiedzieć, a nawet rzec śmiało, że większa część mego życia upłynęła w „cieniu uśmiechu kretyna”. Zaraz wyjaśnię ten niezbyt skomplikowany termin — nawet człowiek niewykształcony filozoficznie zrozumie go po prostu „w mig”. Jest to również jeden z refleksów utajonego i źle odegranego węzłowiska upośledzeń. Kretyn musi też żyć, tzn. uznawać samego siebie, i aby zlekceważyć wszystko, co może go zaniepokoić, i to zlekceważyć w imię tradycji, sensu, zdrowego rozsądku, normalności, przeciętności itp., wynalazł cudowny środek, właśnie ów „uśmiech kretyna”, który jest jednym z elementów najbardziej zatruwających u nas wszelką twórczość i powstawanie wszelkich, choćby najmniej rzucających się nowością w oczy, rzeczy nowych. Bo twórczość to nowość — co nie dowodzi, że każda snobistyczna nowalijka jest wysokiej marki twórczością. W tzw. „nowej sztuce” obok rzeczy genialnych (Cezanne, niektórzy kubiści: Picasso, Braque, Matisse i może kilku innych) była cała masa snobistycznej produkcji puszczonej tylko dla wyzyskania koniunktury. I to w oczach kretynów zdyskredytowało całą nową sztukę. Bo kretyn nie ma zmysłu dla odróżnienia rzeczy wartościowych od tandety: on tępi każdą nowość puszczając na nią swój zabójczy uśmiech, a w razie jej istotnej wartości i uznania dla niej po pewnym czasie robi woltę i staje się jej znawcą, wolny już uśmiech swój kierując na nowe zarówno nowalie, jak i istotne nowości. Kretyn nigdy nie uśmiechnie się swym specyficznym uśmiechem do czy nad rzeczą przez szersze kręgi uznaną: on ją będzie nieśmiało podziwiać twierdząc, że zawsze miał dla niej uznanie, gdy wszyscy na nią jeszcze plwali i rzygali.
Ja, wskutek moich właściwości, które wyliczyłem wyżej à propos rozmowy mojej z Gustawem L. (pewna nowość produkcji, początkowa niezrozumiałość, możliwość łatwej interpretacji ujemnej — jako blagi i nabierania itp., itp. i pewne jednak uznanie niektórych), nadawałem się specjalnie jako obiekt dla kretyna w celu zużytkowania przez niego zdolności uśmiechowych. Czyż jest większa dla kretyna rozkosz, jak móc się z politowaniem uśmiechnąć (a w uśmiechu tym musi być zawarte to: „ja się nabrać nie dam” — to jest integralną jego częścią) nad czymś dzikim i niezrozumiałym, a jednak niebędącym już wyraźną croûte’ą163, camelote’ą164 czy pacotille’ą165 (czyli po prostu tandetą). Jest to ten sam problem, co tzw. słynny Gustaw-problem: lekceważenie już zbyt wyraźnie nieciekawych rzeczy i ludzi nie daje zadowolenia i poczucia wyższości166, coś tam do zlekceważenia być musi — nie zadowolą nas np. koty lub karaluchy, w lekceważeniu których nie napotykamy żadnych większych przeszkód. Dopiero jeśli kretyn natrafi na odpowiedni obiekt, wtedy rozwija natychmiast niezrównany czar swego uśmiechu, który doprowadza (w jego mniemaniu) do szału bezsilnej złości nieszczęsnych samców znajdujących się w jego kręgu i do obłędu drażni płciowo samice, szukające bardziej skomplikowanych przeżyć erognoseologicznych.
Najpierw przedmiotem uśmiechu kretyna w stugębnym zaiste wydaniu były moje kompozycje tzw. demoniczne (po wojnie chciano je masowo kupować, ale nowe modele tego typu nie zostały jakoś wypuszczone), potem teoria Czystej Formy (dopóki prof. Władysław Tatarkiewicz nie wyciągnął jej z mroku na swoich seminariach), potem dramaty — te utknęły i zanikły zupełnie, potem filozofia, dopóki ostatecznie nie wydała mojej pracy Kasa Mianowskiego i nie odniosło się do niej poważnie, mimo krytycznych sprzeciwów (to zawsze każdemu wolno i tak być nawet musi), paru poważnych, uznanych myślicieli. Zawsze jakaś sfera mojej działalności była w danej epoce mego życia w cieniu uśmiechu kretyna i jego „perfidnych rzeczników” (tak musiałem napisać i koniec, i niech mi Chwistek ciężkim już za życia nie będzie) — i dlatego tak bardzo rozumiem doniosłość tego zjawiska, które rozszerzone do tych rozmiarów co u nas nabiera cech grozy społecznej: prowadzi do bezpłodnej malkontencji, zlekceważenia każdych oryginalnych poczynań (na tle tego, że każdy Polak au fond167 drugim Polakiem troszeczku pogardzowuje), do uznania tylko tego, co przyjdzie już z zagraniczną marką (na tym też polega prócz antyintelektualizmu, czyli mówiąc po prostu dureństwa, upadek teatru, poezji, malarstwa, literatury i krytyki u nas), do wyśmiewania się z bezinteresownej walki o idee, do zakatrupienia w zarodku każdej samodzielnej myśli, do ogólnego spsienia i zgównienia wszystkiego; kretyn pokryje swym uśmiechem wszystko; uśmiech ten zaraźliwszy jest od dżumy, od niego nabierają idiotycznego refleksu całe ulice, całe lokale publiczne, całe miasta, kraj. Jest to jedna z tych plag, których grozy nie widzi się u początku jej pojawienia się (podobnie jest z radiem, które grozi zupełnym antyintelektualizmem, uniemożliwieniem pracy nielicznym intelektualistom przez bezustanne rzępolenie w dzień i w nocy i upadkiem muzyki), a gdy rozplenią się tak, że wyplenienie ich jest niemożliwe, wtedy dopiero robi się gwałt i lament, a wtedy jest już za późno.
Czyż z całą naszą kulturą nie jest tak samo? Mój głos jest nikły jak brzęk komara wobec megafonów spłyciarzy (ł, łój, Ładoga), ale faktem jest, że przed różnymi rzeczami: nadmiernym przyspieszaniem życia, upadkiem teatru i literatury (wskutek podlizywania się durniejącej z dnia na dzień publice), antyintelektualizmem, grożącym zupełnym zguanieniem mózgów — ostrzegałem wiele razy. Nikt nawet dyskusji na ten temat ze mną nie podjął. Gdy idee, do których ja doszedłem sam, zaczęły się przeciskać do nas w formie spengleryzmu i karykatur literackich Huxleya, nawet sfery, które mnie zlekceważały z moimi przestrogami, stały się też trochę „bedenklich168” na te tematy. Tak jest ze wszystkim: zgnębić krajową oryginalność, aby przyjąć to samo z zagranicy w parę lat później. Już Słowacki o tym pisał, a jest z tym coraz gorzej. Oczywiście uśmiech kretyna jest takim samym refleksem węzłowiska niższości jak każde napuszanie się. Zwracam nań tylko specjalną uwagę jako na wybitnie jadowitą, a pozornie, w małych dawkach, nieszkodliwą niby formę tego procederu, w którym tak celujemy, nous autres Polonais169. Wiem z góry, jaka będzie reakcja uśmiechających się kretynów na to, co tu piszę: „P. W., słusznie nieuznany z powodu małej wartości jego wytworów i napełniony przez to goryczą, z powodu braku pewnych wygód życiowych, które daje bogactwo, wylewa w ten sposób swoją żółć, mszcząc się na tych, których nie udało mu się nabrać”. Tak, tak, kotki — nie jest u nas dobrze i jeśli szybko nie zaczniemy odklajstrowywać wszystkich zaklajstrowanych naszych słabizn i zgnilizn, grozi nam kompletne spsienie. Ja jak zobaczę ten uśmieszek cudny, to mimo że osobiście dawno już (od lat mniej więcej trzydziestu czterech) przestałem nań reagować, zawsze mam ochotę dać w mordę. Ale często jest ten sposób reakcji na wszystko (tj. uśmiech kretyna) nie programowym draństwem, tylko po prostu nieuświadomionym kompleksem niższości i wszystkie symptomy po rozwiązaniu go (uświadomieniu — do czego może też pomoże niniejsza książeczka) minąć mogą jak ręką odjął.
Więc tylko trochę mniej oporu,
słuchajcie, ach, o kotki me.
Lepiej niech wszystko będzie według wzoru
niż żeby miało być tak bardzo „fe”
(a wszystko będzie jeszcze dobrze). I nie podejrzewajcie mnie o jakąś nieczystą machinację, bo nie jestem zimnym draniem (ani ciepłym też) na pewno, a zanalizowany jestem naprawdę bardzo gruntownie.