SCENA PIERWSZA

HELENA, ZDŻARSKI.

ZDŻARSKI

kaszle. Długa pauza.

Dziwny nastrój w tym pokoju. Jesień. Jesień. Niedługo zaczną się deszcze. A to straszna rzecz, gdy deszcz całymi dniami na szybach jęczy.

HELENA

nie odpowiada.

ZDŻARSKI

po chwili.

Że też Stefana tak długo nie widać!

HELENA

śmieje się cicho.

Pewno też tak rychło nie przyjdzie.

ZDŻARSKI

Panna Agrelli przyjeżdża zatem z pewnością jutro.

HELENA

Podobno.

ZDŻARSKI

No i co pani zamyśla robić.

HELENA

Ja? śmieje się błędnie. Ja? Nic, nic... czekam, aż się wszystko skończy!... Jestem tak spokojna... Ja tylko czekam, czekam... A potem — no! Niech będą szczęśliwi. On ją kocha, a ona jego chyba też kocha; dlaczegóżby go nie miała kochać?...

ZDŻARSKI

śmieje się szyderczo.

Ona? Kocha? He, he!...

Ona kochać nie umie! Siebie kocha! swoją próżność, swoją dumę, swoją piękność.

HELENA

chłodno.

Tego pan wiedzieć nie możesz. To, że pana nie kochała, nie pozwala wnioskować, by nie miała kochać Stefana. Dlaczegóżby za niego wychodziła? On przecież ani sławny, ani bogaty — kocha go, kocha i on będzie z nią szczęśliwy!

ZDŻARSKI

z bolesną ironią.

Może jest coś heroicznego w pani rezygnacyi... Tak, tak... rezygnacya podobno zawsze jest heroiczną uśmiecha się zmęczony. Ale dajmy spokój bohaterstwu! Nam bohaterstwa nie trzeba; ot — trochę szczęścia, maleńką odrobinkę szczęścia. Tego nam potrzeba. Bądź pani otwartą. Niewiem, cobym za to dał, żeby pani ze mną otwarcie mówiła. Ja nie wierzę w pani rezygnacyę; ja czuję, jak się serce pani krwawi. A ja mam dużo, dużo sympatyi dla pani, więcej, jakby się tego można po mnie spodziewać. Pani mi tak żywo przypomina moją narzeczoną.

HELENA

Z nikim nie byłam tak otwartą, jak właśnie z panem. Pan mi okazał tyle uczciwej przyjaźni w ostatnim czasie... Alem ja taka zmęczona. Moje myśli tak rozprószone. Ja nie jestem w stanie ani jednej myśli do końca domyśleć... Teraz się wszystko skończyło. To męka... ta straszliwa męka ostatnich dni.

ZDŻARSKI

gwałtownie.

Pani nie powinna go puścić! Jeżeli go pani kocha, to go pani zatrzyma przy sobie; on przy niej szczęścia nie znajdzie, tylko rozpacz i cierpienie.

HELENA

z bladym uśmiechem.

Nie!... nie!... przepadło! To już koniec!...

ZDŻARSKI

Poświęć pani swą dumę dla jego dobra. Pani go kocha. Pani ostatecznie na tem zależy, żeby nie zmarniał przy tej kobiecie.

HELENA

Dlaczegóżby miał zmarnieć?

ZDŻARSKI

z namysłem.

Bo... Bo... jakże mam to pani wytłómaczyć? — Wie pani może, że jest coś, co starzy ludzie dawniej cnotą czystości nazywali... he... he... rzeczywiście cnotą czystości — dziś to już jest starzyzną. Cnota czystości nabrała komicznego znaczenia. He, he... młodzi panowie nauczyli panienki, że cnota czystości jest śmieszna. I my ludzie postępowi śmiejemy się z owej cnoty — w teoryi proszę pani... bo w sercu o, w sercu... chciałbym widzieć tego mężczyznę, któryby przenosił kobietę, co z rąk do rąk przechodziła, nad kobietę tak czystą i jasną, jak... jak naprzykład pani...

HELENA

Co pan chcesz przez to powiedzieć?

ZDŻARSKI

po chwili.

Do tych ludzi, którzy sami siebie okłamują, do tych ludzi słabych, dla których tak nazwany postęp ha, ha, ha, postęp jest ideałem, w imię którego niszczą najszlachetniejsze instynkty sercowe — ową starzyzną moralną — należy Mlicki. Mlicki jest rodzajem takiego moralnego Don-Kiszota. W sercu pełno owej „starzyzny”, ale się jej wstydzi!... He, he! najpiękniejsze teorye mu się w nic rozprysną, gdy robak zacznie serce dzień i noc toczyć!

HELENA

Zupełnie nie rozumiem, co pan chcesz powiedzieć.

ZDŻARSKI

Otóż proszę pani, ta dama, z którą Mlicki się chce żenić, była dawniej już kochanką innego, a może i innych.

HELENA

patrzy na niego osłupiała.

Stefan wie o tem?

ZDŻARSKI

Wie!

HELENA

I — ???

ZDŻARSKI

Powiedz mu to pani; może wobec pani uczuje wstyd... może, jeśli pani mu to powie, przeleci mu przez myśl, co czystość znaczy, co znaczy posiąść kobietę tak czystą... he, he... Zna pani Hamleta?... Stary Poloniusz ma racyę... Nawet ciekawość księżyca może tę czystość skazić!...

HELENA

Czemu mi pan tego dawniej nie mówił?... w wielkim niepokoju. I on o tem wie, i pomimo tego chce mnie opuścić — mnie — mnie, dla niej — co z rąk do rąk przechodziła... O mój Boże... mój Boże...

ZDŻARSKI

Jeszcze nic nie stracone. Powiedz mu to pani. Pani sama musi to powiedzieć!

HELENA

opada.

Nie, nie. to się na nic nie zda. To nic nie pomoże. — On o tem wie, wie o wszystkiem i pomimo tego idzie do niej... O Boże, jak on ją kocha!

ZDŻARSKI

Posłuchaj mnie pani.

HELENA

zrozpaczona.

Nie, nie, nie! nie mów pan dalej! To nie ma sensu... On wie o tem, a jednak, jednak mnie opuszcza... nie ma rady, nie ma...

Pauza, Helena głęboko zamyślona.

HELENA

nagle.

Od jutra mam sama pozostać... z trwogą. Sama! Co to znaczy? Jak to jest, być samą — samiuteńką?... o Boże! To musi być straszne.

ZDŻARSKI

To więcej, jak straszne! po chwili. Pani nie ma pojęcia, jakie to okropne... a te noce, te noce, te noce szału i obłąkania... nocą w łóżku... tak strasznie cicho... słyszy się bicie własnego serca... Lampa zgaszona — a serce bije, bije, bije — ktoś stuka do drzwi — czoło się potem oblewa — a ktoś puka, puka gwałtownie, bezładnie, sam pełen strasznego lęku, jakieś szmery wokoło... szepty, obłąkany śmiech... wyskakuję z łóżka, drżę na całem ciele, zapalam świecę... Strach spojrzeć za siebie, bo tuż za mną ktoś stoi, ktoś rękę wyciąga coraz gwałtowniej. A drzwi, drzwi zdają się otwierać. — Chcę biedz ku drzwiom, rzucić się na nie, zaprzeć je... skradam się pocichutku... Jezus! Marya! Drzwi się otwierają...

HELENA

Jezus! Marya!

ZDŻARSKI

A płomień świecy rzuca jakieś straszne cienie — cały pokój drży, błyska niespokojnie... Cienie zamieniają się w upiory, schodzą ze ścian, wyciągają ręce, zbliżają się...

HELENA

Przestań pan, przestań...

ZDŻARSKI

opada, obciera sobie ręką czoło, po chwili.

Teraz Stefan widma odgania i rozprasza upiory, ale jak pani sama zostanie z tą wściekłą rozpaczą w sercu...

HELENA

nieprzytomna.

Ten los mnie czeka, ten los...

ZDŻARSKI

Tak! Ten los panią czeka.

HELENA

w strasznym niepokoju.

To się nie dobrze skończy... nie dobrze... nie dobrze...

ZDŻARSKI

zimno i stanowczo.

Tak, to nie dobrze się skończy. Pani zmarnieje, a Mlickiego gorszy los jeszcze czeka. — Dzień i noc będzie się truł i gryzł i myślał o swoich szczęśliwych poprzednikach. Dla nich była ta pani kochanką, dla niego żoną! Ha! ha! żona Mlickiego była metresą innych! Ta myśl się wpije w jego krew, zatruje mu każde uczucie, zaprzepaści duszę! — Jego gorszy los czeka, niż panią!... Pani będzie żyła; tak łatwo sobie człowiek życia nie odbiera... Będzie się pani musiała postarać o jakieś zatrudnienie urywa nagle. Tak! będzie się pani musiała obejrzeć za zarobkiem. — O, o to trudna rzecz... Pani zepsute dziecko bogatych rodziców, wychowana w zbytku i pieszczotach — pani będzie wędrować od jednego pryncypała do drugiego... a pani znajdzie zarobek, bo jest pani przystojna, bardzo przystojna... rozumie pani, co to znaczy?... Trzeba być bardzo przystojną, by otrzymać pracę...

HELENA

prostuje się, z załamanymi rękami.

Jak mnie pan męczy! jak mnie pan męczy! Co mam począć nieszczęśliwa?... On nie zważa na moje prośby... odtrącił mnie wczoraj od siebie. Całą noc chodził po pokoju. Jak szalony, kładł się i zrywał znowu... i błagał i nogi mi całował... Mój Boże, on opętany... on nie może żyć bez niej — niech idzie — niech idzie — niech zmarnieje przy niej, byle tylko mi nie robił wyrzutów... niech się ze mną dzieje, co chce... byle mnie nie zabijał swoją rozpaczą!...

ZDŻARSKI

On chce panią zmusić swoją niecną komedyą.

HELENA

opamiętuje się.

Co pan powiedział? Co? Tego panu nie wolno mówić!...

ZDŻARSKI

Owszem! jeszcze raz powtarzam, że Mlicki gra niecną komedyę. To nie miłość, co go ku niej ciągnie, to próżność — prosta, marna próżność.

HELENA

wybucha gniewem.

Pan kłamie! naraz patrzy nań dziko i krzyczy. Pan ją jeszcze kocha! Kocha! Kocha!...

ZDŻARSKI

wstaje zmięszany.

HELENA

Milcz pan! pan ją kocha! pan się chce mścić na niej i na nim... O, o, jak pan zbladł... jak twarz pana drga...

ZDŻARSKI

chwyta ją za ręce, po cichu.

Ja jej nie kocham, ale ją zmiażdżę! zmiażdżę! Pomszczę panią i siebie!

HELENA

Ja nie chcę, byś pan mnie mścił! nie chcę, nie pozwalam! Stefan ma być szczęśliwy! Będzie szczęśliwy! Nie pozwolę panu się mścić! Będę żyć, będę pracować, przyjmę jego pomoc.

ZDŻARSKI

wściekły.

Tego pani nie zrobi...

HELENA

Zrobię! zrobię!

ZDŻARSKI

Nie krzycz! Mlicki stoi za drzwiami — ha, ha, ha!

HELENA

patrzy wpół nieprzytomna na drzwi.

A! a!...

Idzie ku bocznym drzwiom, stoi chwilę, patrzy na Zdżarskiego i wychodzi.