SCENA TRZECIA

CIŻ, HELENA.

HELENA

wchodzi z kawą; na pozór bardzo spokojna.

ZDŻARSKI

Dzień dobry pani.

HELENA

porządkuje zastawę i podaje Zdżarskiemu rękę. Siadają i piją kawę w milczeniu.

MLICKI

nagle.

Wybaczcie mi, na chwilę muszę wpaść do redakcyi szuka kapelusza. Człowiek się trochę przy korekcie przetrzeźwi...

Wychodzi.

Zdżarski i Helena siedzą chwilę w milczeniu.

ZDŻARSKI

Ma pani papierosy?

HELENA

podaje je z biurka.

Proszę.

ZDŻARSKI

zapala papierosa i obraca nerwowym ruchem filiżankę od kawy.

HELENA

nagle.

No i będzie Stefan z nią szczęśliwy.

ZDŻARSKI

Szczęśliwy? Nie! Nie!

HELENA

A jednak on ją bardzo kocha.

ZDŻARSKI

Tak mu się zdaje. Jego miłość jest w trzech częściach prostą próżnością. Olśniewa go swymi śmiałymi sądami, pochlebia mu jej piękność, jej wyniosła duma; wokół niej roi się od mężczyzn; a to go oczarowało, że właśnie ku niemu zwróciła swe względy że on został wybrany. Przytem umie nęcić, podrażnić, obiecuje jednem spojrzeniem więcej, ile inna nie da, choćby się całą duszą oddała. Ilu ich już się w jej sieci zaplątało!... znałem jednego, który przez nią stał się — he, he, jakby to nazwać?... Ale pani nie idzie o przymiotnik. Był szczęśliwy i dziwna rzecz był także zaręczony... Spotkał ją przypadkowo — nie wiem w jaki sposób zamyśla się. No, dość na tem, że uległ odrazu. Zajęła się nim bardzo, wabiła go ku sobie i odtrącała go, pozwoliła się nosić na rękach po schodach aż do drzwi mieszkania, a potem kiwnęła głową i powiedziała: Dziękuję. Wyobraź sobie pani, jaką głupią minę musiał ten ktoś zrobić. He, he, trzebaby widzieć młodzieniaszka z tą kapitalną miną!... Ninawidził jej do tego stopnia, że chciałby ją nieraz udusić, a czołgał się przed nią, błagał — raz nawet płatał! Ha! ha! Płakał jak dzieciak. Dziw, że sobie w łeb nie palnął... tajemniczo z brzydkim uśmiechem. Raz nawet okradł swego przyjaciela...

HELENA

Okradł?

ZDŻARSKI

Najlepszego przyjaciela, żeby módz za nią pojechać! Podróż była kosztowna, bardzo kosztowna... sumienie się o kryminał otarło.

HELENA

Czy pańskie?

ZDŻARSKI

Tak — moje...

Pauza.

HELENA

I niema sposobu, aby Stefana uratować?

ZDŻARSKI

Co będę mógł zrobić, to zrobię niespokojnie. Dla pani to zrobię zakłopotany. Pani tak uderzająco podobna do niej, mojej dawniejszej narzeczonej. Tak mi ją pani przypomina... mówi cicho i szybko. Niczego nie żądam, straciłem wszelki szacunek dla siebie, nie wymagam go od innych. Pogardzam ludźmi, nienawidzę ich. Ale, ale są rzeczy, wobec których słabnę, serce mnie tak boli... i... i... zacina się i wstaje. Co będę mógł, to zrobię. Tylko, tylko, że się nie da nic zrobić, absolutnie nic! Kogo ona pochwyci, tego nie puści... wyssie, odrzuci, ale nie puści... Człowiek na zawsze z nią pozostanie spętany... nagle wybucha. Czy pani jeszcze Mlickiego kocha po tem wszystkiem? Ma pani jeszcze trochę dumy i rozsądku?

HELENA

przerywa.

Co panu rozsądek i duma w pańskiej miłości pomogły? Mój Boże, Boże! powtarzam sobie tysiąc razy, Stefan mnie nie kocha, kocha inną; niech idzie, niech będzie szczęśliwy, woła mój rozsądek, podłością go zatrzymywać, jeśli mnie nie kocha. A serce krzyczy ratunku, do nóg jego przyczepić bym się chciała, żeby nie odszedł. Niech bije, niech nogami tratuje, byle tylko pozostał! chwyta się za głowę. O Boże, Boże, co teraz będzie? do siebie. Co będzie, co będzie?

Pauza.

Gwałtownie.

Pan mi musi pomódz. Pomóż mi pan, pomóż! Zmarnieję bez niego. Nie mam domu, nie mam rodziców; cały świat się mnie wyparł. Na całym świecie Stefan, tylko Stefan, jedyny Stefan!...

ZDŻARSKI

z wzrastającym niepokojem.

Ale jak ja mam pomódz? Cóż ja na to poradzę? Ona go opętała. Cała jego dusza jest jedną zbolałą raną, a oderwać się od niej nie może.

HELENA

złamanym głosem.

Tak, tak, ma pan słuszność. Nie ma rady — nikt pomódz nie może — nikt!

Pauza.

ZDŻARSKI

po chwili, jakby porwany nagłym strachem.

Jakie to życie straszne! po co, po co tu jeszcze żyć?

HELENA

Co? co pan mówił?

ZDŻARSKI

Nie ma szczęścia dla nas obojga — a bez odrobiny szczęścia nie można żyć.

HELENA

zamyślona.

Nie można...

Pauza.

Budząc się z zamyślenia.

Może sobie pan wyobrazić stan duszy człowieka, któremu wyrok śmierci przeczytano?

ZDŻARSKI

Co? co?

HELENA

Wyrok śmierci.

ZDŻARSKI

Wyrok śmierci?

HELENA

Ja mam przy sobie mój wyrok śmierci. Wczoraj przyszedł telegram. Od niej — ja wiem, że to od niej. Ja wiem, co w nim jest. Nie otworzyłam go, a wiem, że ona jutro, pojutrze, za dwa, trzy dni przyjedzie... i Stefana zabierze... I wie pan, za każdym razem, gdy go do ręki wezmę, i chcę go dać Stefanowi, ręka mi cierpnie, trzęsę się cała. Jakie to głupie! przecież mu go dać muszę, a chociażbym go nie oddała — nic się nie zmieni — nic!