I

Burmistrz był w najwyższym stopniu rozdrażniony. Bezradny biegał dokoła, przerzucał papiery; pot spływał mu z czoła.

Gordon starał się go uspokoić.

— Ależ wuju, nie powinieneś tracić przytomności. To przecież śmieszne, że te drobnostki tak cię poruszają.

— Drobnostki! Drobnostki! Boże, czyś ty oszalał? To nazywasz drobnostką? Pomyśl tylko, piąta proklamacja w tym miesiącu. Piąta! Jedna niebezpieczniejsza od drugiej. To jest u nas coś niesłychanego!

— Musisz się do tego przyzwyczaić. W innych prowincjach przyjmują to z zupełnym spokojem. Ty myślisz zaraz o rewolucjach, mordach, podziale własności. Nie, kochany wuju, tak źle nie jest...

Burmistrz patrzył na niego niedowierzająco.

— Sądzisz więc, że rzeczywiście nie ma żadnego niebezpieczeństwa?

— Niebezpieczeństwa? Ależ zmiłuj się! W takim razie musiano by zamknąć do więzienia najmniej dwa miliony socjalistów, anarchistów i jak się tam wszyscy nazywają. Tego się nie robi. Rząd nie może tego zrobić. Musi uznać każdą partię polityczną, a każda partia polityczna ma swobodę agitacji. Ale w każdym razie musisz taki ruch zdusić w zarodku i postępować z możliwą surowością...

— Tak! nieprawdaż?

— Naturalnie! Ale musisz to czynić na własną odpowiedzialność. Wzywać pomocy rządu, to nic innego, jak wystawiać sobie świadectwo ubóstwa. A cóż dopiero wzywać wojsko na pomoc, to mogłoby zachwiać twoim stanowiskiem. Tak źle sprawa się jeszcze nie przedstawia. W kołach rządowych powiedziano by tylko, że się nie zorientowałeś dostatecznie. Pomyśl tylko! Wojsko! To znaczy przecież zaprowadzić stan oblężenia!

Burmistrz chodził niepewny tam i na powrót100.

— Tak, tak. Masz słuszność. Ja też nie myślę wcale chwytać się ostatecznych środków. Ale zupełnie nie mogę sobie dać rady. Schnittler przylatuje tu każdego dnia i żąda pomocy, bo robotnicy mu się buntują... Patrzaj! Znowu list od niego.

Gordon czytał list z zaciekawieniem.

— Zdaniem moim list jest bezwstydny. Cóż cię to może obchodzić? Jeśli robotnicy Schnittlera się buntują i są niezadowoleni, to tylko jego własna wina. To prosty łotr101. Każdą dziewczynę, która mu się spodoba, bierze do kantoru i gwałci. Niechże teraz sam przekona robotników, że wszystko, co robi, nie przekracza zakresu praw każdego pracodawcy. Gdybyś się ty tą sprawą zajął, wywołałbyś jeszcze większe rozgoryczenie: znaczyłoby to, że się z Schnittlerem solidaryzujesz.

Burmistrz rozwarł szeroko oczy.

— Więc to tak się sprawa przedstawia! Słyszałem wiele o tym, ale nie chciałem temu wierzyć.

Gordon uniósł się.

Jego powinien byś zamknąć. On zatruwa całe miasto. Wszystko, co się tu dzieje i tyle troski ci sprawia, to wszystko rozpustny wpływ Schnittlera. On jeden jest winien temu, że właśnie ta agitacja znalazła tak wspaniały grunt.

— Tak! Masz z pewnością słuszność. Dam mu porządną nauczkę. To przecież bezwstydne, pisać mi odgrażające listy.

— Jeśli się jeszcze raz poważy, ja odpowiem mu w twoim imieniu!

Burmistrz był zupełnie wzruszony.

— Kazałeś zamknąć głównych krzykaczy z jego fabryki? — zapytał Gordon po chwili.

— Tak. Czy może niedobrze zrobiłem?

— Owszem. Dobrze. Ale teraz postępuj ostrożnie, pogorszyłbyś tylko położenie, a mógłbyś się pozbyć stanowiska. Majątku nie masz, a ja najpóźniej za rok zbankrutuję.

Burmistrz biegał niespokojnie po pokoju.

— Tak, tak, masz słuszność. Jakie szczęście, że mam cię przy sobie. Pomyśl tylko, chciałem już pisać do Berlina po kilku zdolnych agentów politycznej policji...

— Ładnie byś się skompromitował. Czy znasz odpowiedź? Znasz? Nie, więc słuchaj: skoro burmistrz miasta z dziesięciu tysiącami mieszkańców może się tak przerazić kilku politycznymi proklamacjami102, w takim razie nie zna zupełnie politycznych stosunków naszego czasu... To mogłoby się źle skończyć.

— Tak, tak, teraz rozumiem dobrze. Nie mogę teraz wcale zrozumieć, jak mogłem tak się przerazić; ale te wieczne listy, te anonimowe listy.

Gordon śmiał się.

— Na Boga, jakiś ty naiwny, wuju! Wszakże to najpospolitsza i najgłupsza taktyka na świecie. Anarchiści zowią to: wzbudzaniem trwogi. Czy wiesz, dlaczego anarchiści rzucają bomby? Tylko po to, aby mieszczaństwo utrzymywać w ciągłej śmiertelnej trwodze. Ten środek straszących listów jest we Francji np. tak zużyty, że żaden człowiek nie zwraca na niego uwagi. Prezydent francuski otrzymuje codziennie setki podobnych listów, co jednak mu zupełnie nie przeszkadza chodzić swobodnie po ulicach...

— Tak, tak, wiem... — burmistrz zdawał się wstydzić swego nieuctwa... — Ale jestem tak nerwowy, spać nie mogę...

— Pokaż mi zresztą te listy. — Gordon wzruszył wzgardliwie ramionami.

Burmistrz podał mu całą paczkę listów.

Gordon przejrzał je uważnie, nagle zmarszczył czoło.

— Dziwne, dziwne — przemówił bardzo poważnym tonem.

— Co jest dziwne? — burmistrza znowu obejmował wielki niepokój.

— Ten list... Wiesz, zupełnie taki sam otrzymałem trzy miesiące temu, kiedy spłonęła moja stodoła.

— Tak, przypominam sobie.

— A teraz chce spalić starostwo.

— Co? Co mówisz?

Gordon siedział zamyślony i bawił się listem, nagle zerwał się, jakby mu przyszła dobra myśl.

— Co? Co mówisz? — burmistrz chwiał się na nogach.

Gordon uderzył się w czoło. Nieco po aktorsku, jak mu się samemu zdawało.

— Teraz mam. Dziwna rzecz, że pierwej na to nie wpadłem. Mój leśniczy, którego zastrzelono przeszłego roku, mówił także o listach anonimowych...

— Ale co — co?

— Więc nie domyślasz się jeszcze? kto pisał te listy?

— Nie!

— Naturalnie, kłusownik Sobek!

— Ale wczoraj dostałem wiadomość, że przeszedł granicę.

— W takim razie jest chytrzejszy od nas wszystkich. Każe nam wierzyć, że uciekł, a może siedzi tu w jakiejś dziurze. Moją stodołę spalił, mszcząc się za to, że doniosłem do sądu, iż on jest mordercą, teraz chce spalić starostwo, bo starosta naznaczył tysiąc marek nagrody za schwytanie go.

Burmistrz stał z otwartymi ustami.

— To się zgadza. Ale czemu zawiadamia nas ten łotr?

— To jest jego niesłychanie bezczelna brawura. Zresztą wszyscy oni tak robią. Zapewne stary zwyczaj, jeszcze z czasów sądów tajemnych.

— Tak, prawda, tak...

Gordon stał zamyślony przy stole.

— Łotr ma odwagę. Ale to odwaga rozpaczy. Tym razem się nam nie wymknie.

Nagle zatrzymał się.

— Słuchaj, wuju. Jeżeli ten łotr pisze, że chce spalić starostwo, to ma naturalnie na myśli opactwo.

— Dlaczego?

— Bo starosta tam mieszka i opactwo leży za miastem.

— Tak jest! Naturalnie! — burmistrz obcierał pot z czoła. — Tak jest rzeczywiście! Nie mogłem uwierzyć, aby jeden człowiek się odważył... Starostwo leży przecież w środku miasta.

— Chciał cię naturalnie w błąd wprowadzić; ale to mu się nie uda.

— Nie, nie! Każę opactwa strzec dniem i nocą.

— Ale masz dosyć służby na to? Musisz całe opactwo otoczyć strażami możliwie najgęściej i to dziś jeszcze. Sobek nigdy nie zwleka.

— Naturalnie, natychmiast!

— Ale masz dosyć policjantów?

— Wezmę wszystkich ludzi do pomocy. Trzech służących z ratusza, sześciu policjantów, razem dziewięciu. To wystarczy.

— Tak, to wystarczy. Musisz naturalnie nakazać im najsurowiej milczenie, przedstawić im to jako głęboką tajemnicę urzędową, inaczej by się miasto zaniepokoiło.

— Naturalnie, naturalnie!

— Teraz godzina trzecia. O siódmej każ im udać się na miejsce. Muszę teraz odejść...

— Tak, Gordonie, przyjdź do mnie dzisiaj wieczorem na partię wista.

Gordon namyślił się.

— Z przyjemnością.

— Ale przyjdź trochę wcześniej, może o ósmej.

— Dobrze.

— I nie zapomnij przynieść twego szczęścia do kart.

— Nie, nie...